j0204
06.05.04, 09:51
Witam Kochane E-Mamy,
Długo zastanawiałam się nad, wysłaniem tego postu. Ale zdecydowałam się. I
być może spotka się on ze słowami krytyki, przyjmę je.
Wiem,że może dla niektórych mam ciężko będzie czytać ten list. Jeżeli
poczujecie się dotknięte, piszcie a ja z góry Was przepraszam - nie mam na
celu nikogo urazić.
Śmierć wpisana jest w moje życie. Wiem,że kiedyś będe stała z nią twarzą w
twarz i musze być gotowa. Ale czy będę? Mówi się,że z nią nie można wygraż -
ja z nią wygram, tego jestem pewna. Wygram,bo wiem,że nie będzie panowała
nade mną, choć zostawi mi cholerny ból, cierpienie i łzy.
Pamiętam rozmowę z jedną z nowych pielęgniarek z naszego hospicjum. Mówiłam
jej o ratowaniu Sylwii.Kiedy rano obudziłam się i widziałam jak mój mały
Króliczek "chce" mnie opóścić, podjęłam walkę ze śmierćią --wygrałam.
Wiem,że kiedys taka próba może sie nie powieść, że będę musiałą powiedzieć-
to koniec, a jednak bede czuła się wygraną. Czasem myślę, czy zaskoczy mnie
jak lisica, że po cichu wkradnie się i zabierze mi Króliczka , w nocy, kiedy
będe spała? Nie wiem.
Oswajam się z nią powoli.O ile można się z nią oswoić. Chodzimy koło siebie
jak dwa dzikie psy mające na celu zdobycz, a potem triumf.Patrzę jej w oczy
od 13.03.2003 - to data wiadomości choroby mojej Sylwii.
Walczę z nią jak lwica o swoje małe lwiątka, tak i ja, matka walczę o
Sylwię niemalże każdego dnia.
Kilkadziesiąt razy dziennie nasłuchuję czy oddycha, zawsze mam ją koło
siebie, czasami nawet boję się wyjść z domu na zakupy bez niej.Choć wiem,że
będzie na mnie czekać. Może to moja nagdorliwość i nadopiekuńczość, a może
to walka ze śmiercią?
Po bardzo długich rozmowach z kapelanem, dziś wiem,że dzieci wybierają sobie
moment kiedy mogą zostawić rodziców samych.Czują,że dadzą sobie juz radę.
Czasem nawet, prosza o zgodę. I wiecie co, kiedy załamała mi się po raz
kolejny,wzięłam ją na ręce i szeptem mówiłam, że jeżeli juz nie ma sił,niech
sama zdecyduje....
Boże jakie to trudne...Tylko zastanawiam się , czy Sylwia nie męczy się tu,
na ziemi przeze mnie, bo ja czuję że nigdy nie dam sobie rady bez
niej !!!!!!!!!!!!!!!!!! ale kiedyś będe musiała pozwolić jej odejść..........
(nie mogę tego dokończyć, przepraszam...........)
Piszę o tym temacie, bo od kiedy weszłam na forum, zastanawiam się czy
czytanie Waszych postów i pisanie tu nie jest formą przygotowania na
rozstanie z moim Króliczkiem. Chyba tak właśnie jest.
Dziękuję Ci Agablues,że napisałaś do mnie list, że wyciągasz do mnie rękę
kiedy mi źle,dziękuję za to forum.Dziękuję Wam, drogie dfziewczyny,że
jesteście , że zawsze mogę tu wejść, poczytać, popłakać sobie i pokrzyczeć w
domu,bo nikt nie słyszy.
DZIĘKUJĘ!!!!
Na koniec dołączam wiersz,WOJCIECHA ŚWIĘTOBORA MYTNIKA
który mi się spodobał....
OSWOIĆ ŚMIERĆ
OSWOIĆ ŚMIERĆ TO WIERZYĆ W SWOJE PRZEMIJANIE.
OSWOIĆ ŚMIERĆ, TO PATRZEĆ JEJ Z UŚMIECHEM W OCZY.
TAK - KIEDY W KOŃCU CHWILA KONANIA NASTANIE-
Z PEWNOŚCIĄ ŁATWIEJ BĘDZIE W NOC SIĘ PRZEISTOCZYĆ.
OSWOIĆ ŚMIERĆ- WYZNAWAĆ MOCNE PRZEKONANIE,
ŻE ŻYĆ SIĘ BĘDZIE DALEJ LUB W NIEBYT SIĘ ZMIENI.
TAK- KIEDY WRESZCIE PRZYJDZIE NASZE UMIERANIE-
Z PEWNOŚCIĄ ŁATWIEJ BĘDZIE PÓJŚĆ W KRAINĘ CIENI.
A ŻYCIE? CZY JE TAKŻE OSWAJAĆ MUSIMY?-
WSZAK CZASEM TAK NIEUFNE I NIEZROZUMIAŁE...
TAK CZĘSTO NAS ROZBUDZA, KIEDY TWARDO ŚPIMY,
PALETĄ BARW, DŹWIĘKAMI, CAŁYM SWOIM SZAŁEM...
Ściskam Jola i Sylwia