artykul porod przedwczesny, smierc dziecka

24.05.04, 15:38
Kochane Mamy!
Wraz z Melka_x piszemy niejako druga czesc artykulu o przegranym
macierzynstwie. W pierwszej pouszylysmy problem poronienia i wszystkiego co
sie z tym wiaze, w drugiej chcemy opisac jak wygalda sytaucja gdy kobieta
dowiaduje sie ze urodzi dziecko ktore umrze, gdy musi urodzic martwe dziecko,
lub gdy nastepuje przedwczesny porod. Ponizej podajemy pytania dotyczace
problemow jakie chcemy w tym tekscie poruszyc.
Bedziemy wam wdzieczne za wszystkie odpowiedzi- mozecie opisywac swoje
historie lub odpowiadac po kolei na pytania, jak bedzie wam latwiej. Nie
musicie tez odpowiadac na wszystkie pytania, po prostu napiszcie o tym co sie
stalo i co czujecie:

* czy przy porodzie i potem mogli być przy was mężowie?
* czy dostałaś znieczulenie (lub czy ktoś je proponował)?
* jak w czasie porodu byłaś traktowana w szpitalu? Czy personel wiedział jaki
jest twoj poród i inaczej cię traktował (lepiej? gorzej?)
* czy podano leki na wstrzymanie pokarmu (jesli dziecko zmarlo rpzed porodem)?
* Czy po śmierci dziecka miałaś problemy z laktacją?
* czy miałaś możliwość pożegnania dziecka? Jeslil nie - dlaczego?
* czy miałaś problemy z rejestracją dziecka w USC?
* czy miałaś problemy z pogrzebem dziecka?
* Jak zachował się ksiądz? Czy udzielił pogrzebu bez problemu?
* Czy ktoś proponował pomoc psychologa? I czy psycholog potrafił ci pomóc?
* Jak zachowali się znajomi po śmierci dziecka?
* Czy zmieniły się relacje z mężem?
* Czy otoczenie dało ci prawo do żałoby?
* Czy mogłaś rozmawiać (z mężem, rodziną, znajomymi) o dziecku które odeszło?
* Czy przechodziłaś jakąś terapię? Co ci w niej najbardziej pomogło?

Te pytania to punkt wyjscia do wysluchania waszych historii.
Bardzo nam przykro, ze musialyscie tyle wycierpiec, mamy nadzieje z tych
opowiesci powstanie artykul ktory uswiadomi innym jak wielka tragedia jest
strata dziecka i jak wiele traumatycznych rzeczy sie z tym wiaze.Pozdrawiamy
was mocno
Anka i Magda
    • aniao3 zapomnialam dodac... 24.05.04, 15:56
      W artykule wszystkim osobom ktorych wypowiedzi cytujemy zmienimy imiona, nie
      podajemy takze imion dzieci (chyba ze wyraznie zaznaczycie, ze chcecie by imie
      sie pojawilo) oraz nie podajemy nazw szpitali.
      Pozdrawiam
      Anka
      • amania Re: zapomnialam dodac... 25.05.04, 00:32
        Wysłałam Ci wiadomość na priv.
    • j0204 Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 24.05.04, 23:06

      > * czy przy porodzie i potem mogli być przy was mężowie?

      Po poronieniu,była ze mnmą siostra i mąż,miałam świetna opieką zarówno z ich
      strony jak i personelu.Osobiście jakoś nie czułam się jak kolejny przypadek.

      > * czy dostałaś znieczulenie (lub czy ktoś je proponował)?

      Przy pierwszej ciąży miałam znieczulenie ogólne.
      Przy drugiej ciąży osobiście prosiłam o znieczulenie,(bóle krzyżowe !!!) ale
      lekarz stwierdził,że akcja porodowa może się cofnąć i podano mi relanium (to
      chyba nie jest odpowiedni lek w czasie porodu?).lekarze sami zdecydowali,że
      lepiej będzie dla mnie na przyszłość, kiedy urodzę maleństwo "dołem" mimo,że
      był pośladkowy poród.

      > * jak w czasie porodu byłaś traktowana w szpitalu? Czy personel wiedział jaki
      > jest twoj poród i inaczej cię traktował (lepiej? gorzej?)

      Tak, lekarze wiedzieli jaki będzie poród i czym może się zakończyć.Praktycznie
      wszyscy byli w pogotowiu. Choc wiedzieli ,ze ciąża jest zagrożona i
      trochę "inna" to chyba czułam się jak przypadek medyczny (żadka wada
      genetyczna).Ale było znośnie.

      > * czy podano leki na wstrzymanie pokarmu (jesli dziecko zmarlo rpzed porodem)?

      Tak, dostałąm leki po porodzie i lekarz był na tyle miły, że wszystko mi
      wyjaśnił - chodzi o cąły przebieg laktacji.
      > * Czy po śmierci dziecka miałaś problemy z laktacją?
      -------------------
      > * czy miałaś możliwość pożegnania dziecka? Jeslil nie - dlaczego?
      -------------------
      > * czy miałaś problemy z rejestracją dziecka w USC?

      Nie, nie miłam żadnego. Zrobił to mąż.
      > * czy miałaś problemy z pogrzebem dziecka?
      -------------------

      > * Jak zachował się ksiądz? Czy udzielił pogrzebu bez problemu?
      -------------------
      > * Czy ktoś proponował pomoc psychologa? I czy psycholog potrafił ci pomóc?

      Tak, w szpitalu w którym rodziłam Sylwię, był psycholog.pani psych sama
      przyszła do naszej sali i spytała czy ktoś ma ochotę na rozmowę
    • gizmag Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 25.05.04, 09:59
      Cześć mam na imie Magda i moja historia zdarzyła sie 10-02-2003r.

      -poród z mężem i mamą
      -znieczulenie w kroplówce owszem proponowano.
      -personel wiedział co sie stało był cudowny ,co pół godziny ktoś przychodził i
      sprawdzał jak sie czuje i czy cos potrzebuje.
      -tak odrazu dostałam leki na powstrzymanie laktacjii.
      -nie miałam problemów z laktacja.
      -nie pozwolono mi zobaczyć córeczki.Pani ordynator powiedziała że tak bedzie
      lepiej dla mojej psychiki.
      -nie było żadnego problemu w usc.
      -nie było problemu z pogrzebem wiadomo dziecko było urodzone martwo wiec nie
      było mszy tylko ksiadz pokropił w kapliczce trumienke i pomodlił sie za
      duszyczke.(wiem to od rodziny bo na pogrzebie mnie nie było nie pozwolono mi ).
      -nie wiem jak zachował sie ksiadz bo nie byłam.
      -psycholog pojawił sie u mnie w szpitalu 3 dni po porodzie.
      -unikałam znajomych i na wielu sie zawiodłam.Gdy lezałam w domu żadna koleżanka
      z pracy nie zadzwoniła choć miałam taka jedna od serca,ale sie niestety
      zawiodłam.
      -Relacje sie nie zmieniły ,ta tragedia bardziej nas do siebie zbliżyła.
      -Otoczenie omijało temat jak tylko mogli czekali jak ja sama podejme rozmowe.
      -Rozmawiałam z mężem i mamą ,ale mąż gasił moje rozmowy i zaraz zabierał mnie
      na spacer nie chciał rozgrzebywać ran,wiem że go to bardzo zabolało i bardzo
      cierpiał.
      -Chodziłam do psychologa ze dwa razy nie wiem czy mi pomogło ale napewno nie
      zaszkodziło.

      Moja córeczke straciłam w 41 tygodniu ciazy-żle odczytane ktg w przychodni
      gdzie było podejrzenie zaniku tetna a ja po tym ktg wyladowałam w szpitalu
      dopiero po 5 dniach,bo nic sie nie działo.A jak sie stało to lekarz z
      przychodni zamiast wezwac karetke to kazał mi isć do domu spakowac sie i jechać
      do szpitala nie informujac mnie co podejrzewa.



    • melka_x Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 25.05.04, 11:55
      Podciągam.
      M.
    • annjan Re: martwy poród 24 t. 25.05.04, 12:11
      * czy przy porodzie i potem mogli być przy was mężowie?
      TAK CAŁY CZAS ŁĄCZNIE Z NOCOWANIEM
      * czy dostałaś znieczulenie (lub czy ktoś je proponował)?
      TAK NAWET NAMAWIANO NA ZEWNĄTRZOPONOWE ŻE PRZYSPIESZY PORÓD
      * jak w czasie porodu byłaś traktowana w szpitalu? Czy personel wiedział jaki
      jest twoj poród i inaczej cię traktował (lepiej? gorzej?)
      TRAKTOWANIE DOBRE - TAKTOWNI LEKARZE Z JEDNYM WYJĄTKIEM
      * czy podano leki na wstrzymanie pokarmu (jesli dziecko zmarlo rpzed porodem)?
      TAK
      * Czy po śmierci dziecka miałaś problemy z laktacją?
      NIE
      * czy miałaś możliwość pożegnania dziecka? Jeslil nie - dlaczego?
      TAK I NAWET SAMI LEKARZE PROPONOWALI MÓWIĄC ŻE CÓRECZKA JEST ŚLICZNA I NAPEWNO
      BYŚMY ŻAŁOWALI GDYBYŚMY JEJ NIE ZOBACZYLI -FAKTYCZNIE TO NAJMILSZE WSPOMNIENIE
      Z TEGO KOSZMARNEGO PORODU
      * czy miałaś problemy z rejestracją dziecka w USC?
      NIE
      * czy miałaś problemy z pogrzebem dziecka?
      NIE
      * Jak zachował się ksiądz? Czy udzielił pogrzebu bez problemu?
      TYLKO TZW. POKROPEK BO DZIECKO NIE BYŁO CHRZCZONE. PRAWDĘ MÓWIĄC NIE WIEM CO
      MÓWIŁ KSIĄDZ, NIEWIELE PAMIĘTAM Z POGRZEBU KTÓRY ODBYŁ SIĘ 4 DNI PO PORODZIE
      * Czy ktoś proponował pomoc psychologa? I czy psycholog potrafił ci pomóc?
      TAK ALE NIE SKORZYSTAŁAM, NAJBARDZIEJ POMÓGŁ MI MĄZ
      * Jak zachowali się znajomi po śmierci dziecka?
      OGÓLNIE OK, CHOCIAŻ WIEM ŻE I TAK NIE ZROZUMIELI OGROMU SMUTKI I BÓLU BO SAMI
      TEGO NIE PRZEŻYLI A KAŻDEMU WYDAJE SIĘ ŻE 6-CIO MIESIĘCZY PORÓD TO BARDZIEJ
      PORONIENIE I NIE MAJĄ ŚWIADOMOŚCI JAK WYGLĄDA 650 GRAMOWY NIEMOWLAK, ŻE JEST
      TAKI JAK KAŻDY TYLKO W MINIATURCE I ŻE NORMALNIE DZIECI W TYM OKRESIE
      PRZEŻYWAJĄ I ROSNĄ ZDROWE...
      * Czy zmieniły się relacje z mężem?
      CÓRKA NAPEWNO SCEMENTOWAŁA MAŁŻEŃSTWO, TO JEDYNY PLUS CAŁEJ TRAGEDII - JESTEŚMY
      SOBIE BLIŹSI I MOGĘ NA NIM POLEGAĆ NA 100000%
      * Czy otoczenie dało ci prawo do żałoby?
      NIE SZUKAŁAM ZROZUMIENIA BO : "NAJEDZONY GŁODNEGO NIE ZROZUMIE" PO DWÓCH
      TYGODNIACH WRÓCIŁAM DO PRACY, ALE W MIARĘ NORMALNIE FUNKCONOWAŁAM DOPIERO PO 2
      MIESIĄCACH
      * Czy mogłaś rozmawiać (z mężem, rodziną, znajomymi) o dziecku które odeszło?
      CHCIAŁAM ROZMAWIAĆ TYLKO Z JEDNĄ OSOBĄ - MĘŻEM - TO BYŁO NASZE DZIECKO, NASZ
      PORÓD, NASZE WSPOMNIENIE CÓRKI I NASZA TRAGEDIA, OD INNYCH ZROZUMIENIA NAWET
      NIE CHCIAŁAM WYMAGAĆ, CHOCIAŻ ZAWIODŁAM SIĘ NA NAJBLIŻSZYCH I DO TERAZ A MINĘŁY
      4 M-CE WARCZĘ KIEDY SŁYSZĘ : OJ BĘDZIE NASTĘPNE DZIECKO...albo CO TY TAKA
      NERWOWA, MOŻE W CIĄŻY JESTEŚ...?
      BRAK TAKTU - JAK SIĘ NIE ROZUMIE SYTUACJI TO NIE POWINNO SIĘ PODEJMOWAĆ WOGÓLE
      TEMATU DZIECKA I CIĄŻY
      * Czy przechodziłaś jakąś terapię? Co ci w niej najbardziej pomogło?
      NIE PRZECHODZIŁAM, WIEM ŻE SZALONY DÓŁ I TRAGEDIA TRWAJĄ OK. 2M-CY I W TYM NIKT
      NIE POMOŻE. A POTEM, POTEM TO WG POWIEDZENIA:"CZAS GOI RANY" A O TYM CO SIĘ
      STAŁO BĘDĘ PAMIĘTAĆ ZAWSZE I PIERWSZĄ CÓRECZKĘ ZAWSZE BĘDĘ MIAŁA GŁĘBOKO W
      SERCU, ZOSTAŁO BOLESNE WSPOMNIENIE I NAGROBEK NA CMENTARZU....Z POCHOWANĄ
      AGATKĄ I MOIMI MARZENIAMI I PLANAMI

      • daaisy1 Do Annjan! 26.05.04, 01:25
        Widzę, że wiele nas łączy - ja również urodziłam córeczkę w 24
        tygodniu..ciązy..tesknie za nią...ale to prawda..że drugie dziecko w
        przyspieszonym tempie goi rany..uwierz w to.
        Pozdrawiam gorąco i jestem z Tobą
        Edytka
        • annjan Re: Do Annjan! 26.05.04, 13:57
          Witam i dziękuję z e-maila. Nie wiem czy podjęłaś jakieś leczenie po pierwszej
          ciąży. Ja zrobiłam już masę badań i okazuje się że to chyba stan zapalny
          spowodowany bakteriami u Męża. Jesteśmy po leczeniu i optymistycznie chcemy od
          końca czerwca ( po 5 miesiącach ) podjąć kolejne próby...
          Twój e-mail dodaje nadziei - dziękuję i pozdrawiam całując Ciebie i Twoją
          Pociechę
          • daaisy1 Do Annjan raz jeszcze! 26.05.04, 22:48
            PO pierwszej ciazy zrobiłam podstawowe badania i badania na toksoplazmozę,
            wyniki wskazywały na to, że dopiero co ją przeszłam i jestem pewna, że to
            właśnie dlatego straciłam moją córcię...ale gdy zaszłam w ciążę mój
            lekarz "położył" mnie do szpitala i zrobił wszelkie badania łącznie z
            gastroskopią, aby wykluczyć jakiekolwiek powody, dla których mogłam tej ciazy
            nie donosic...pozdrawiam gorąco..i mam nadzieję..że Ci się uda....
            Edytka
    • daaisy1 Poród martwego dziecka 26.05.04, 01:21
      Napisałam Wam moją historię na e-mail, ale jeszcze w skróce odpowiem na
      pytania. MYślę, że wtedy będziecie miały pełny obraz mojej historii.

      czy przy porodzie i potem mogli być przy was mężowie?
      - tak, zarówno przy po rodzie jak i po nim
      czy dostałaś znieczulenie (lub czy ktoś je proponował)?
      - tak, dostałam
      jak w czasie porodu byłaś traktowana w szpitalu? Czy personel wiedział jaki
      jest twoj poród i inaczej cię traktował (lepiej? gorzej?)
      - byłam traktowana z szacunkiem, z taktem, po prostu ok.
      czy podano leki na wstrzymanie pokarmu (jesli dziecko zmarlo przed porodem)?
      - tak, położne uczyly mnie również jak nalezy dbać w tym okresie o piersi
      Czy po śmierci dziecka miałaś problemy z laktacją?
      - laktacja była, ale po miesiacu zaniknęła
      czy miałaś możliwość pożegnania dziecka? Jeslil nie - dlaczego?
      - miałam możliwość, ale zrobiłam to dopiero wówczas gdy odbierałam córeczkę z
      prostektorium
      czy miałaś problemy z rejestracją dziecka w USC?
      - nie, mąż rejestrował dziecko, ale nie było żadnych problemów
      czy miałaś problemy z pogrzebem dziecka?
      - nie, udało mi się załatwić szybko wszelki formalności
      Jak zachował się ksiądz? Czy udzielił pogrzebu bez problemu?
      - bez problemu i bezpłatnie - co nieczęsto się teraz zdarza
      Czy ktoś proponował pomoc psychologa? I czy psycholog potrafił ci pomóc?
      - nie potrzebowałam psychologa, był przy mnie mąż i to było najważniejsze
      Jak zachowali się znajomi po śmierci dziecka?
      - naturalnie, dyskretnie - ok
      Czy zmieniły się relacje z mężem?
      - myślę, że staliśmy się sobie jeszcze bliżsi
      Czy otoczenie dało ci prawo do żałoby?
      - tak..
      Czy mogłaś rozmawiać (z mężem, rodziną, znajomymi) o dziecku które odeszło?
      - tak, najwięcej rozmawiałam z mężem, choć teraz mogę już o tym porozmawiać z
      obcymi ludźmi
      Czy przechodziłaś jakąś terapię? Co ci w niej najbardziej pomogło?
      - nie potrzebowałam terapii


      Pozdrawiam gorąco...
      Edytka
    • elagodzi poród ... mojej córeczki 26.05.04, 14:32
      Do domu wróciłam ze szpitala dwa tygodnie temu. Zaglądałam już na forum, ale
      nie byłam gotowa dzielić się jeszcze swoim bólem. Czy jestem już gotowa? Nie
      wiem, ale spróbuję. Właśnie w taki dzień jak dziś ... Czy mam prawo czuć się
      Matką???

      * czy przy porodzie i potem mogli być przy was mężowie?
      Mąż był przy mnie przed porodem i po. Na czas samego porodu został wyproszony.
      W sali porodowej na patologii ciązy spędziłam blisko 3 dni. Pierwszej nocy
      lekarz próbował wyprosić Męża, ale ostatecznie wyraził zgodę. Drugiej nocy była
      ze mną teściowa. Trzeciej nocy kiedy doszło już do porodu do sali porodowej
      wszedł ochroniarz i również próbował wyprosić Męża. Uciekł kiedy zaczęłam
      krzyczeć.

      * czy dostałaś znieczulenie (lub czy ktoś je proponował)?
      Dostałam 4 zastrzyki, które i tak nic nie pomogły. Miałam bardzo sile i częste
      skurcze niestety szyjka pozostawała nadal zamknięta. Kiedy wyłam juz jak
      zwierzę Mężowi pokazano drzwi do których może zapukać i "dogadać się". Nie było
      innego wyjścia. Dostałam znieczulenie i w ciągu 2 godzin doszło do porodu.

      * jak w czasie porodu byłaś traktowana w szpitalu? Czy personel wiedział jaki
      jest twoj poród i inaczej cię traktował (lepiej? gorzej?)
      Personel wiedział. Najgorzej wspominam dzień porodu i lekarza, który miał wtedy
      dyżur. Popołudniowy obchód co do mojej osoby załatwił na korytarzu twierdząc,
      że dzisiaj toi tak nic z tego nie będzie i jutro będą próbować czegoś innego,
      aby go w końcu wywołać. Nie interesowało go czy mam skurcze czy nie, jak
      często. W nocy kiedy został wezwany przez położną aby mnie zbadać również nie
      pytał o nasilenie bólów tylko "Czego Pani tak krzyczy?" Ostatecznie nie pojawił
      się nawet przy samym porodzie tylko wezwana była młoda lekarka.

      * czy podano leki na wstrzymanie pokarmu (jesli dziecko zmarlo rpzed porodem)?
      Tak, kiedy byłam w szpitalu. Wychodząc dostałam receptę.

      * Czy po śmierci dziecka miałaś problemy z laktacją?
      Jak na razie nie. Wczoraj skończyłam przyjmować leki.

      * czy miałaś możliwość pożegnania dziecka? Jeslil nie - dlaczego?
      Nie. Zdecydowanie nam to odradzono. Dlaczego? nawet nie jestem w stanie tego
      napisać, ale wolę ją pamiętać taką jak na usg 3D/4D kiedy zasłaniał się rączką.

      * czy miałaś problemy z rejestracją dziecka w USC?
      Do dnia dzisiejszego nie zdobyliśmy sie na to. Chyba nie ma takiego obowiązku?
      Nie chcę, aby była kolejną pozycją statystyczną. Jest tylko moja ...

      * czy miałaś problemy z pogrzebem dziecka?
      Być może ktoś nas potępi, ale nie zrobiliśmy tego, i tak będziemy ją
      pamiętać ...

      * Jak zachował się ksiądz? Czy udzielił pogrzebu bez problemu?
      ---

      * Czy ktoś proponował pomoc psychologa? I czy psycholog potrafił ci pomóc?
      Nie

      * Jak zachowali się znajomi po śmierci dziecka?
      Boję sie kontaktu z nimi. Boje się, że nieuszanują mojego bólu, nierozumiejąc,
      próbując dawać dobre rady zranią mnie. Próbkę dostałam już dzisiaj.

      * Czy zmieniły się relacje z mężem?
      Bardzo się zbliżyliśmy.

      * Czy otoczenie dało ci prawo do żałoby?
      Nie

      * Czy mogłaś rozmawiać (z mężem, rodziną, znajomymi) o dziecku które odeszło?
      W zasadzie o wszystkim tylko z mężem i przyjaciółką, która straciła swoje
      Maleństwa 3 miesiące wcześniej w wyniku porodu przedwczesnego.

      * Czy przechodziłaś jakąś terapię? Co ci w niej najbardziej pomogło?
      Próbuję żyć dalej ... Próbuję, ale ...

      • aniao3 Re: poród ... mojej córeczki 26.05.04, 22:07
        Eluniu!
        tak strasznie mi przykro, tak bardzo...
        Jedyna dobra rzecz - ze masz meza ktory cie wspiera.
        Smierc dziecka to takie przezycie po ktorym nic juz nie jest takie samo.
        Co do pogrzebu - jesli tak to czuliscie to nikt nie ma prawa was osadzac. My
        tez z mezem przy calej milosci do naszej coreczki zdecydowalismy, ze nie chcemy
        wiedziec gdzie jest jej grob. I mimo iz minely juz prawie cztery meisiace od
        jej smierci - nie zalujemy tej decyzji.
        Co moge ci powiedziec - pisz ilekroc jest ci zle. Mi to bardzo pomagalo w
        najgorszych momentach - ta swiadomosc ze nie jestem sama z moja rozpacza.
        Potem moga przyjsc takie chwile, ze bedzie ci sie wydawalo ze nie cierpisz
        wystarczajaco, ze skoro nie placzesz to moze nie kochalas swej coreczki... Ale
        to nieprawda. Po prostu czasem na troche wraca sie do zycia, ale ten smutek, ta
        rozpacz wraca i dopada nas czasem w najmniej oczekwianym momencie.
        Bardzo mocno cie sciskam
        Anka
      • aniao3 Re: poród ... mojej córeczki 26.05.04, 22:10
        Eluniu - jezcze jedno - oczywiscie ze masz prawo czuc sie Matka.
        Ten wiersz jaki dzis nam znalazla Agablues to takze list dla ciebie od twojej
        Coreczki.
        Dziekuje ze napisalas
        Sciskam cie mocno
        Anka
    • alina1 Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 08.06.04, 20:24
      a * czy przy porodzie i potem mogli być przy was mężowie?
      Przy pierwszym porodzie mąż był do samej chwili porodu. Na ten moment kazano mu
      wyjść czego bardzo żałuję. Za drugim razem miałam cc i męża wpuszczono dopiero
      po operacji.
      > * czy dostałaś znieczulenie (lub czy ktoś je proponował)?
      Za pierwszym razem dostałam znieczulenie 40 min przed porodem, za drugim razem
      byłam usypiana. Niestety wywoływane skurcze były bez znieczulenia. Cos
      strasznego.
      > * jak w czasie porodu byłaś traktowana w szpitalu? Czy personel wiedział jaki
      > jest twoj poród i inaczej cię traktował (lepiej? gorzej?)
      Za pierwszym razem byłam traktowana na zasadzie "ojej ale mi się trafiła
      zmiana", położna przy porodzie nie powiedziała do mnie ani słowa, ta ze zmiany
      wcześniejszej była bardzo miła. Za drugim razem wolę koszmar.
      > * czy podano leki na wstrzymanie pokarmu (jesli dziecko zmarlo przed porodem)?
      Za pierwszym razem podano od razu, za drugim razem jedna położna się tym
      zainteresowała i interweniowała.
      > * Czy po śmierci dziecka miałaś problemy z laktacją?
      Za pierwszym i drugim razem miałam pokarm, bandażowałam piersi, brałam
      bromergon.
      > * czy miałaś możliwość pożegnania dziecka? Jeslil nie - dlaczego?
      Niestety nie miałam takiej możliwości. Za pierwszym razem lekarz na chwilę mi
      ją pokazał, ale ja byłam półprzytomna i niewiele z tego pamiętam. Karetka
      wywiozła ją do innego szpitala do kostnicy i na sekcję. Nikt jej nie widział.
      Za drugim razem wogóle nie mieliśmy takiej możliwości. Położna bardzo
      zniecierpliwionym tonem kazała nam szybko się zdecydować czy zabieramy dziecko
      czy kremujemy.
      > * czy miałaś problemy z rejestracją dziecka w USC?
      Nie. Mąż to załatwił za pierwszym i drugim razem.
      > * czy miałaś problemy z pogrzebem dziecka?
      Nie.
      > * Jak zachował się ksiądz? Czy udzielił pogrzebu bez problemu?
      Księdza nie wspominam najlepiej. Mylił imię, płeć. Było to krótkie nabożeństwo
      zwane "pokropkiem".
      > * Czy ktoś proponował pomoc psychologa? I czy psycholog potrafił ci pomóc?
      Nikt mi nie proponował takiej pomocy.
      > * Jak zachowali się znajomi po śmierci dziecka?
      Przestali dzwonić. Nie wiedzieli jak się zachować. Unikali tematu. Nie
      odwiedzają grobu.
      > * Czy zmieniły się relacje z mężem?
      Przez długi czas oddalaliśmy się od siebie bo każde z nas inaczej to przeżywało.
      Ja przez pewien czas jeździłam na cmentarz codziennie, on nie chciał wogóle się
      tam pojawiać.
      > * Czy otoczenie dało ci prawo do żałoby?
      Nie potrafię tego ocenić. Ale jeśli pocieszenia typu "jesteś młoda, jeszcze
      będziecie mieli dzieci" można uznać za nacisk na to by zakończyć żałobę to
      raczej nie dano nam takiego prawa.
      > * Czy mogłaś rozmawiać (z mężem, rodziną, znajomymi) o dziecku które odeszło?
      Z mężem nie. Nie chciał, nie umiał o tym rozmawiać. Dla niego unikanie tematu i
      cmentarza było sposobem na zmniejszenie bólu.
      Z rodzicami także nie za bardzo. Czasem z teściową trochę rozmawiałam. Albo
      siostrą. Ale bardziej o przebiegu porodu, nie o uczuciach.
      > * Czy przechodziłaś jakąś terapię? Co ci w niej najbardziej pomogło?
      Nie, nie przechodziłam żadnej terapii. Pomogło mi forum. Ale po drugim porodzie.
      Po pierwszym sama sobie musialam radzić.
      >
      > Te pytania to punkt wyjscia do wysluchania waszych historii.
      > Bardzo nam przykro, ze musialyscie tyle wycierpiec, mamy nadzieje z tych
      > opowiesci powstanie artykul ktory uswiadomi innym jak wielka tragedia jest
      > strata dziecka i jak wiele traumatycznych rzeczy sie z tym wiaze.Pozdrawiamy
      > was mocno
      > Anka i Magda
      • yezyk Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 09.06.04, 14:22
        urodziłam w 23 tygodniu martwe dziecko. mąż był cały czas przy mnie. miałam
        znieczulenie. personel traktował mnie dobrze (poza jednym wyjątkiem). położna
        była wspaniała. dostałam leki wstrzymujace laktację i nie miałam z nią
        problemów. nie miałam możliwości zobaczenia maleńkiej (podobno dłużej niż dwa
        dni była martwa, więc nie byłoby to dobre dla mnie).mąż rejestrował w usc.
        (strasznie źle na mnie wpłynął tekst z usc, standardowy mówiący o gratulacjach
        z okazji narodzin dziecka).pogrzeb był wspaniały, był z nami znajomy ksiądz,
        który cały czas nas wspierał. pamietał o wszystkim. nikt nie proponował pomocy
        psychologa i nie spotkałam się z nim. a znajomi zachowali się wspaniale. mąż
        również. przez pierwsze dni nie miałam nawet motywacji do wstawania z łóżka i
        płakałam często. gdyby nie mąż nie dałabym rady. potem zrobiłam wszystkie
        badania (na toksoplazmozę również) i do dziś nie wiadomo co było przyczyną
        śmierci mojego maluszka. Justynka umarła 06.01.2002. w listopadzie 2002 zaszłam
        w ciążę i teraz jest z nami Edytka (już 10 miesięcy). całą ciążę drżałam i
        bałam się o wszystko (byłam chyba najczęstszym gościem na izbie przyjęć) na
        szczęście nasza Edytka urodziła się tylko 3 tygodnie za wcześnie i żywa. cały
        czas myśląc o Justynce jest mi smutno. ale mamy teraz dwie córeczki, jedną w
        niebie ->oręduje tam za nami i się wstawia, i opiekuje.
        • aniao3 Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 09.06.04, 18:46
          Dziewczyny kochane!
          bardzo wam dziekuje za wszytkie wasze historie, choc tak bardzo zaluje, ze
          musialy sie wam przytrafic...
          Jak tylko tekst bedzie szedl do publikacji damy wam znac
          Sciskam was wszystkie mocno
          anka
    • andrzej_pietruczanis Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 10.06.04, 18:09
      czy przy porodzie i potem mogli być przy was mężowie?
      Zawiozłem moją "małżonkę" (żyjemy od 3 lat w konkubinacie) o 23-ciej do kliniki
      przy Placu Starynkiewicza w Warszawie bo zaczęły się skurcze.
      Był to 28 tydzień ciązy (zresztą przedwczesny jej drugi - poprzedni był też
      porodem wczesniaczki 30 tygodniowej dziesięć lat temu, Córeczka jej do tej pory
      nie ma najmniejszych problemów ze zdrowiem) tam ją zabrano na porodówkę a mi
      poradzono by co jakiś czas dzwonić - na IZBIE PRZYJĘĆ - zanim ją przyjęto
      obdzwoniono wszystkie szpitale w Warszawie aby się jej pozbyć ale nie udało się
      im i ją przyjęli.
      W ciągu nocy dwukrotnie dzwoniłem dopiero o 6-tej rano dowiedziałem się że mogę
      jej towarzyszyć. niezwłocznie się tam udałem. Na sali obok niej znalazłem się
      koło godz. 7-ej rano. Opowiedziała mi co sie działo w nocy : najpierw
      próbowano utrzymać ciążę ale na początku nie dało to rezultatów. O 1.40
      zrezygnowano z tej opcji i podano środki na przyśpieszenie porodu. O 2.20 dr
      Celińska osobiście spuściła płyn owodniony a w historii choroby oczywiście
      napisała że sam odpłynął. Później skurcze zmieniły częstotliwość na rzadsze a
      ich siła znacznie osłabła.
      Około 7.20-30 poprosiliśmy położną aby poprosiła lekarza bo chcielibyśmy aby
      zakończyć to cięciem cesarskim ale zbyła nas że lekarze wiedzą co robić.
      (finansowy aspekt ewentualnego cięcia można pominąc bo Natalia jest
      nieubezpieczona i tak za wszystko ja miałem płacić a wolałem zapłacić więcej
      aby zmniejszyć ryzyko uszkodzenia mojego synka wcześniaka)
      ale nie będę się już rozpisywał- biorąc leki na przyśpieszenie doczekaliśmydo
      14.40

      * czy dostałaś znieczulenie (lub czy ktoś je proponował)?
      Tak dostała znieczulenie miejscowe wbrew własnej woli. Zapytali czy wyraża
      zgodę - ona powiedziała że nie zgadza się na znieczulenie. Powiedzieli jej że
      lekarze postanowili że i tak jej zrobią i zrobili! jakiś czas później podsunęli
      jej jakąś karteczkę i kazali jej się podpisać - podejrzeewam że to była jej
      zgoda bo raczej nie weksel - jeszcze nie udało mi się do tej karteczki dotrzeć -
      w historii choroby jej nie ma.
      Gdy wyprosiłi mnie z sali porodowej na czas badania znieczulili ją i wygląda na
      to iż próbowali jakos wyciągnąć dziecko - podejrzewam że użyli wakum ale to na
      razie w fazie domysłów - muszę poczekać na wyniki sekcji z sądówki , następnie
      szybko przewieźli ją na operacyjną salę i tam prawie na żywo dokonali cięcia
      (znieczulenie nie zaczęło jeszcze działać. Dziecko zmarło na skótek krwawienia
      śródmózgowego wynikłego z obrażeń doznanych w czasie porodu. Lekarze
      odbierający poród czyt. życieto dr.Świrek i dr Cyganek.

      * jak w czasie porodu byłaś traktowana w szpitalu? Czy personel wiedział jaki
      jest twoj poród i inaczej cię traktował (lepiej? gorzej?)
      Tutaj mogę jedynie zarzucić kompletny brak informacji ze strony lekarzy w
      trakcie pobytu na sali porodowej, operacyjnej i pooperacyjnej. Pozatym wszystko
      o.k. jeśli nie liczyć tego że wcześniej niż powinni wypisali ją ze szpitala
      chociaż i jej było to na rękę gdyż nie chciała przebywać wśród ludzi z których
      winy zmarł nasz synek.

      * czy podano leki na wstrzymanie pokarmu (jesli dziecko zmarlo rpzed porodem)?
      Tak po śmierci synka 1,5 doby po cesarskim cięciu zaczęto podawać leki by
      powstrzymać produkcję pokarmu i obandarzowano jej piersi.

      * Czy po śmierci dziecka miałaś problemy z laktacją?
      Nie teraz nie ma problemów choć nie minęło jeszcze dwa tygodnie

      * czy miałaś możliwość pożegnania dziecka? Jeslil nie - dlaczego?
      tak mogła być przy nim gdy konał ale uznaliśmy że lepiej będzie gdy zostanie na
      sali operacyjnej a ja sam tam pójdę (na OIOM Noworodków), dostała relanium a ja
      poszedłem do synka wziąłem go za rączkę i czekałem aż serduszko przestanie bić.

      * czy miałaś problemy z rejestracją dziecka w USC?
      Tak jako że urodziło się w sobotę o 15.15 a zmarło w poniedziałek o 1.03 a my
      żyjemy w konkubinacie miałem trudności by je uznać gdyż zmarłego dziecka nie
      można uznać, ale powiedzmy że mi się udało (z naruszeniem prawa za co będę
      musiał odpowiedzieć)

      * czy miałaś problemy z pogrzebem dziecka?
      nie , wszystkim zajął się zakład pogrzebowy

      * Jak zachował się ksiądz? Czy udzielił pogrzebu bez problemu?
      Wszystko w porządku

      * Czy ktoś proponował pomoc psychologa? I czy psycholog potrafił ci pomóc?
      Na zapytanie w szpitalu o możliwośc wizyty psychologa powiedziano iż tego się
      u nich nie praktykuje ale można przyprowadzić swojego

      * Jak zachowali się znajomi po śmierci dziecka?
      Wszystko o.k.

      * Czy zmieniły się relacje z mężem?
      Ta tragedia jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyła

      * Czy otoczenie dało ci prawo do żałoby?
      Wszystko o.k.

      * Czy mogłaś rozmawiać (z mężem, rodziną, znajomymi) o dziecku które odeszło?
      tak porozmawialiśmy - wszystko o.k.

      * Czy przechodziłaś jakąś terapię? Co ci w niej najbardziej pomogło?
      Jeszcze nie ale pewnie będzie musiała, chociaż i mnie by sie to przydało - ja
      czuwałem przy dziecku do końca trzymając je za rączkę , ja osobiście je ubrałem
      po sekcji prokuratorskiej przed pogrzebem i ja byłem przy spuszczaniu trumienki
      do grobu (Natalia uczestniczyła we Mszy św. ale na podróż na cmentarz była
      jeszcze za słaba)


      Ciężko jeszcze o tym wszystkim pisać, prawdę mówiąc lepiej mi się o tym mówi.
      Jakby były jakieś pytania to mój e-mail to:
      andrzej_pietruczanis@gazeta.pl
      lub
      andrzej.pietruczanis@post.pl

      Pozdrawiam
      Andrzej
      • anuteczek Do Andrzeja 10.06.04, 18:25
        Andrzeju,
        Naprawdę bardzo mi przykro, że straciłeś Synka. Tym bardziej, że ma się
        świadomość, że w tym przypadku zawinił człowiek.
        Dobrze, że piszesz o Małym i tym, co Was spotkało. By móc wrócić do życia
        trzeba wyrzucić z siebie ból i żal. Tu nie musisz wstydzić się swoich uczuć,
        nie musisz być silny, możesz pozwolić sobie na słabość. To właśnie ten okres,
        początek Waszej żałoby. Pisz tak często, jak będziesz tego potrzebował.
        Sprawa czysto techniczna - dopóki nie masz orzeczenia o winie lekarzy raczej
        unikaj pdawania nazwisk na forum, bo możesz zostać oskarżony o zniesławienie
        (możesz podesłać nazwiska zainteresowanym na prv). Niestety kilka takich
        procesów już się odbyło i choć zasądzane były naprawdę symboliczne kary, to
        szkoda nerwów. Jeśli chcesz to napisz ten post bez nazwisk, a stary z
        nazwiskami wytniemy (na TRUDNEJ CIĄŻY możemy zrobić to samo).
        • andrzej_pietruczanis Re: Do Andrzeja - do anuteczek 11.06.04, 19:42
          jeśli można proszę nie wycinać z postów nazwisk lekarzy, procesów się nie lękam
          a pilniejsze obserwowanie tych lekarzy w szpitalu może sprawić iż nie będą
          czuli się bezkarni a odpowiedzialny zawód lekarza będzie odpowiedzialny.

          Andrzej
          • anuteczek Re: Do Andrzeja - do anuteczek 12.06.04, 20:27
            pewnie, że można
            ja tylko informowałam :)
            Należy im się, a co!
    • prusiu1 Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 11.06.04, 15:00
      Witajcie Niebiańscy Rodzice, tym razem na wasze kilka pytań odpowiedzi udzieli
      Tata.


      * czy przy porodzie i potem mogli być przy was mężowie?

      Dla Nas poród zaczął się po obchodzie, gdy w towarzystwie ordynatora i lekarzy
      musieliśmy podjąc jedyna i najtrudniejsza decyzję w Naszym życiu.
      Potem rozdzielilismy się, Żona została przewieziona na salę porodową a ja w
      wraz z innymi ojcami rozpoczeliśmy przygotowanie do porodu - wejścia na salę
      porodową. Na przeciwko siebie stali dwaj ojcowie ala w tym momencie tylko jeden
      był radosny. Po przebraniu się w ten kosmiczny strój, czekałam na pozwolenie
      wejścia na salę gdzie przenosi się maleństwo. Zobaczyłem na tej sali Naszą
      córeczkę 480 gram i 4 pkt w skali ABGAr. Pierwsza decyzja Zmieniam imię musi
      się udać te 480 gram 4 punkty nowoczesny inkubator imię Wiktoria oraz modlitwy
      całej rodziny to cały oręż Naszego Maleństwa.

      > * czy dostałaś znieczulenie (lub czy ktoś je proponował)?

      Z relacji Zony - zewnątrzoponowe, poród był przez cesarskie cięcie.

      > * jak w czasie porodu byłaś traktowana w szpitalu? Czy personel wiedział jaki
      > jest twoj poród i inaczej cię traktował (lepiej? gorzej?)

      Znależliśmy wszysktich znajomych, którzy pracowali w Matce Polce, w pewnym
      momencie żona, z uwagi na ilość odwiedzin, sama się w tym gubiła kto jest od
      kogo.
      W czasie pobytu w szpitalu zachowanie personelu można podzielić na dwie fazy:
      pierwsza to czas walki o zycie Wiktori, Żona była wtedy traktowana jak każda
      matka po cesarski cięciu, były położne miłe i te, które do miłych zaliczyć nie
      można.
      Drugiego dnia odwiedziliśmy z Żoną Wiktorię, to był ten jedyny raz gdy mogliśmy
      byc przy niej razem, rodzinka w komplecie.
      Trzeciego dnia rano otrzymałem telefon z oddziału Neonatologicznego, w którym
      Pani doktor poinformowała mnie że Wiktoria odeszła.
      Wiadomość tę chciałem przekazać osobiśćie Żonie, dlatego poprosiłem aby do
      mojego przyjazdu nic Żonie nie mówić.
      Prośbę spełniono. Ponieważ Żona leżała na 2 osobowej sali z inna mamą, której
      dziecko żyło, poprosiłem położną o to by pod jakimś pretekstem drga pacjentka
      opuściła salę abymmógł przekazać tę wiadomość Zonie.
      Prośę spełniono dyskretnie, choć inicjatywa wyszła z mojej strony, chyba brak
      standardów postępowania w takiej sytuacji.

      > * czy podano leki na wstrzymanie pokarmu (jesli dziecko zmarlo rpzed porodem)?
      Tak.

      > * Czy po śmierci dziecka miałaś problemy z laktacją?

      Żona miała laktację, przez pierwsze kilkanascie dni, póżniej po stoswaniu leków
      ten problem stopniowo ustawał.

      > * czy miałaś możliwość pożegnania dziecka? Jeslil nie - dlaczego?

      Pogrzeb dziecka postanowiliśmy odłożyć do czasy wpisania Żony ze szpitala.
      W tym czasie dziecko bez żadnego problemu czekało na Nas w prosektorium
      szpitala. My w tym czasie załatwiliśmy wszystkie formalności związane z
      pogrzebem i gdy tu wszystko było gotowe, przyjechaliśmy z Żoną i jej Mamą
      pożegnać Wiktorię.
      W tym dniu widzieliśmy Wiktorię ostatni raz.

      > * czy miałaś problemy z rejestracją dziecka w USC?

      Formalności załatwałem osobiście a urzędniczki w USC nie stważały żadnych
      problemów nawet brak odpisu aktu małżeństwa nie był przeszkodą w wystawieniu
      aktów urodzenia i zgonu, wszystkie dane potwierdiły telefonicznie.

      > * czy miałaś problemy z pogrzebem dziecka?
      Nie .
      > * Jak zachował się ksiądz? Czy udzielił pogrzebu bez problemu?

      Wybraliśmy pożegnanie w ścisłym gronie najbliższej rodziny, do takiej formy
      uroczystości dostosował się ksiądz. Było to pożegnanie bez celebrowania całej
      uroczystośći, po modlitwie w kaplicy złożyliśmy Wiktorię do grob.

      > * Czy ktoś proponował pomoc psychologa? I czy psycholog potrafił ci pomóc?

      Była propozycja skorzystania z pomocy psychologa, nie zdecydowaliśmy się z niej
      skorzystać w tym czasie.

      > * Jak zachowali się znajomi po śmierci dziecka?

      Tak na dobra sprawę to nikt nie wiedział jak ma się zachować. Znajomy znajomemu
      nie równy, kondolencje od tych dalszych udało mi si przyjąć bez większych
      emocji, trudniej było z najbliższymi przyjaciółmi.
      Tak naprawdę deklarację pomocy siłą rzeczy musiały byc gołosłowne, bo nikt tego
      nie przeżył i na pewno nie wiedział jak może pomóc. Gołosłowne co nie znaczy że
      nie szczere.
      Znajomi wysłuchali Naszej prośby i pozwolili nam pożegnać Wikorię w gronie
      najbliższych, bez nekrologów i oficjalnych kondolencji.

      > * Czy zmieniły się relacje z mężem?
      Stanoiwmy dla siebie największe oparcie, wypłakujemy się sobie nawzajem, każde
      z nas w innym momencie. Na pewno jesteśmy sobie bliźsi, staliśmy się
      wyjątkowymi rodzicami, którzy mają dziecko w niebie. Czas pokaże jak nas to
      zmieni wszystko stało się w maju.

      > * Czy otoczenie dało ci prawo do żałoby?
      Trudno Nam na to pytanie odpowiedzieć, jest jeszcze bardzo wcześnie.

      > * Czy mogłaś rozmawiać (z mężem, rodziną, znajomymi) o dziecku które odeszło?
      Tak to mi bardzo pomaga.

      > * Czy przechodziłaś jakąś terapię? Co ci w niej najbardziej pomogło?
      Może się zdecydujemy, jak przeczytamy odpowiedzi innych rodziców.
      Na razie jesteśmy u Was na forum i pozdrawiamy Was serdecznie.
      Bartek
    • marciam13 Re: artykul porod przedwczesny, smierc dziecka 12.06.04, 20:21
      To dobrze, że chcecie zająć się tym tak smutnym i dla wielu chyba "niechcianym"
      tematem...
      Ja także przeżyłam swoją tragedię. Nie tak dawno, bo w styczniu i lutym tego
      roku...O tym, że Weronika urodzi się z wadą serca i przepony dowiedzieliśmy się
      w ostatnich dniach listopada. To było straszne, ale mieliśmy nadzieję, że uda
      się Ją uratować. Skierowano mnie na dokładniejszą diagnostykę do ICZMP w Łodzi-
      tam po usg powiedziano mi, że urodzić muszę w ośrodku, który ma możliwość
      wykonania operacji po urodzeniu dziecka. Zdecydowaliśmy się, tak nam zresztą
      doradzano, na Łódź. Od końca grudnia (termin ustalono na 24 stycznia) leżałam w
      szpitalu-mieszkamy w Lublinie, w razie wcześniejszego porodu pokonanie 250km
      było niemożliwe. Przeżywałam swój koszmar-jestem lekarzem, co prawda
      ginekologia, perinatologia i kardiologia dziecięca nie są bliskimi dziedzinami,
      ale łatwiej mi uzyskać dostęp do literatury i może łatwiej zrozumieć, co się
      dzieje i czym to grozi. Zresztą już na początku grudnia powiedziano nam, że
      sytuacja wygląda bardzo źle, wszystko jednak tak naprawdę okaże się po
      porodzie. To dawało nam nadzieję, że może jednak będzie lepiej, niż się
      wszystkim wydaje...Nie traktowano mnie w szczególny sposób-wręcz przeciwnie,
      musiałam wielokrotnie prosić o wiele rzeczy-informacje, których udzielono nam
      niemal w biegu, na korytarzu, konsultację kardiologa dziecięcego, kontrolne usg-
      po którym nota bene okazało się, że trzeba prowokować poród, bo dziecko jest na
      granicy wydolności...I tak byłam w o tyle lepszej sytuacji, że mniej więcej
      wiedziałam czego mogę i powinnam się domagać. Kazano mi za to podpisać
      oświadczenie, że jestem poinformowana o licznych wadach występujących u
      córeczki-to chyba na wypadek, gdyby umarła przed lub w trakcie porodu. Wszystko
      to było całkiem rutynowe i zupełnie bezduszne. Takie nieludzkie-robiono
      wszystko, o co prosiłam, ale po kilkakrotnych interwencjach, czułam się
      traktowana jak namolna, zhisteryzowana pacjentka, która domaga się Bóg wie
      czego, zamiast spokojnie pogodzić się z rzeczywistością. A ja naprawdę starałam
      się zachować spokój za wszelką cenę-po to, żeby nie zaszkodzić Weronice,
      chociaż czułam się tam okropnie, miałam nieodparte wrażenie, że moje dziecko
      zostało z góry "spisane na straty"...A przecież to było moje chciane i dlugo
      oczekiwane dziecko, i przecież wciąż żyło...Chętnie zwróciłabym się o pomoc do
      psychologa, ale, pomimo iż był to oddział specjalizujący się raczej w patologii
      ciąży, takiej możliwości mi nie zaproponowano.
      Weronika urodziła się 16 stycznia. Dzień przed wywołaniem porodu pan doktor
      powiedział do nas chłodnym tonem fachowca:"nie wiem,czy ktos to szczerze
      państwu powiedział, ale to dziecko nie ma praktycznie szans na życie..."
      Kropka. Taka sobie po prostu informacja...Trochę wcześniej usłyszałam od
      bliskiej koleżanki (która sama posiada trójkę zdrowych dzieci), też lekarki, iż
      lepiej dla nas, żeby Weronika umarła wkrótce po porodzie, bo nawet jeśli
      przeżyje, będzie dzieckiem chorym i wymagającym stałej opieki-a ja byłam gotowa
      poświęcić każdą chwilę i wszystkie swoje sprawy, byleby tylko żyła...Zresztą
      mój mąż także...
      Mąż był obecny przy porodzie, także potem do dość późnych godzin nocnych, co
      było dla nas obojga bardzo ważne. Zaproponowano mi i podano znieczulenie
      zewnątrzoponowe. W trakcie porodu cały czas byłam monitorowana KTG.
      Niedociągnięcia wynikały chyba z braków personalnych-moja położna została
      wezwana do cięcia cesarskiego, ale druga, wezwana przez męża nie kwapiła się
      nawet do zbadania, chociaż mnie wydawało się, że już rodzę. Zresztą po jakichś
      10 minutach Weronika była na świecie. Przez tych kilka minut kiedy zostaliśmy
      sami, oboje, zwłaszcza mąż, byliśmy przerażeni-co będzie, jeśli się teraz
      urodzi-nie było przy nas nikogo...Ale szczęśliwie przydzielona do mnie położna
      zdążyła wrócić, wezwano neonatologa i poszło w miarę gładko. Byliśmy naprawdę
      szczęśliwi i pełni nadziei-Weronika miała 8-9pkt. w skali Apgar i poza
      przepukliną pępkową robiła wrażenie zdrowego dzieciaczka, wydolnego krążeniowo
      i oddechowo. Zabrano ją natychmiast na Oddział Intensywnej Opieki Noworodka, a
      mnie po 2 godzinach na położnictwo. Mąż dzielnie biegał między jednym a drugim
      oddziałem w 2 osobnych budynkach, dopytując się o małą i informując mnie na
      bieżąco. Nie wiem, jak bym sobie poradziła bez Niego...
      Na położnictwie nikt się specjalnie nie roztkliwiał, tyle że położono mnie na
      sali z dziewczyną, której dziecko również zostało na OITN. Cewnik do
      znieczulenia zewnątrzoponowego wyjęto mi po 30, zamiast po 24 godzinach, po
      wielokrotnych moich i męża prośbach. Pojechałam do Nisi następnego dnia po
      porodzie zamówionym przez położne specjalnym meleksem. Była śliczna, sama
      oddychała, płakała, poruszała się, a w nas rosła nadzieja, że będzie żyła.
      Drugiego dnia po porodzie, w niedzielę dostałam gorączki 38 z kreskami-
      prowdopodobnie wskutek "nawału mlecznego". Pan doktor ograniczył się jednak do
      powiedzenia "no i dlaczego?" i zalecił antybiotyk. Nikt mnie nie badał ( z
      wyjątkiem soboty), nikt nie zapytał, czy umiem odciągać pokarm -doprosiłam się
      również po kilkakrotnych prośbach. Weronika była pierwszym moim dzieckiem,
      byłam w Łodzi sama, nie mamy tam ani przyjaciół, ani rodziny. Następnego dnia
      (nawet nie po przepisowych 72 godzinach) wypisano mnie z oddziału, także bez
      badania, bez jakichkolwiek informacji co do dalszego postępowania, co do
      laktacji, z zaleceniem kontroli za 6 tygodni. Antybiotyku poza pierwszą dawką
      już nie dostawałam. Ale cieszyłam się-chciałam być jak najwięcej przy małej.
      Jeśli chodzi o opiekę na OITN i Oddziale pooperacyjnym mogę powiedzieć tylko
      dobre rzeczy, z wyjątkiem dwóch sytuacji, z którymi jednak nie mogę pogodzić
      się do tej pory. Pierwsza miała miejsce we wtorek, czwartego dnia po urodzeniu
      Nisi. Dokładnie przez 1,5 godziny, w trakcie zmiany dyżurujących położnych nikt
      do Niej nie zaglądał. Nie byłoby to może nic zdrożnego, ale była to sala
      intensywnej opieki, a alarmy monitorów Nisi włączały się co parę minut-zaczęły
      Jej tego dnia spadać parametry oddechowe. Mąż biegał po oddziale w poszukiwaniu
      pielęgniarki, jedna z nich pojawiła się, ale odpowiedziała na naszą prośbę o
      wezwanie lekarza, że zajmuje się innym dzieckiem-oczywiście nikogo też przez
      dłuższy czas nie powiadomiła. W końcu pojawił się dyżurujący lekarz (zresztą
      był to lekarz prowadzący Nisi)-przyszedł do innego dziecka, zaś na moje pytanie
      dosłownie odburknął przez ramię, że "w takich wadach może tak być". Zapytałam,
      jak długo zamierza czekać z jakąś interwencją, co skłoniło go jedynie do zmiany
      ustawień alarmu na niższe wartości. Alarm wył nadal, mnie zaczęła ogarniać
      panika...Poprosiłam lekarza o możliwość zostania przy małej w ciągu nocy-
      informacja o takiej możliwości wywieszona była przy wejściu do Oddziału.
      Ponieważ mąż ośmielił się zwrócić uwagę na to, że przez 1,5 godziny nie było na
      sali żadnej pielęgniarki, pan doktor podniesionym głosem poinformował nas, że
      wszelkie zastrzeżenia mamy zgłaszać do jego szefa. Zmienił też zdanie-
      stwierdził, że nie praktykuje się pozostawania nawet jednego z rodziców na
      oddziale, w związku z czym mamy go razem opuścić...Tak bardzo się bałam, że
      Nisia odejdzie tej nocy, a nas przy Niej nie będzie...Czuliśmy się jak mało
      ważni "petenci"-przeprosiliśmy nawet pana doktora za nasze zdenerwowanie.
      Okazało się jednak, że to my mamy rację-jeszcze tej nocy po konsultacji
      kardiologa włączono lek zapobiegający zamknięciu się tzw. przewodu Botalla (to
      właśnie prawdopodobnie jego zamykanie się w 3-4 dobie po urodzeniu było
      przyczyną pogorszenia stanu Weroniki), następnego dnia wykonano w trybie pilnym
      cewnikowanie serca. Druga sytuacja miała miejsce w dniu, kiedy Weronika umarła.
      Jej stan był coraz gorszy, po początkowej poprawie wszystkie zmiany na lepsze
      cofnęły się. Próbowano Ją po raz kolej
    • marciam13 marciam13-c.d. 12.06.04, 20:28
      Próbowano Ją po raz kolejny rozintubować (wymagała wspomaganego lub
      kontrolowanego oddechu od dnia cewnikowania serduszka)-właściwie rozintubowała
      się sama w trakcie przebierania przez nas, co się zdarza także wykwalifikowanym
      pielęgniarkom, zdarzyło się im też wcześniej w przypadku Nisi. Lekarka
      zadecydowała o pozostawieniu Jej na "własnym oddechu". Męczyła się bardzo. Od
      pielęgniarki usłyszałam: "widzi pani, jak się męczy przez panią?!". Byliśmy
      przy Niej przez cały czas-zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że może umrzeć w
      każdej chwili. Chcieliśmy Jej towarzyszyć-przerażał mnie fakt, że może być
      wtedy sama...Z Nisią było coraz gorzej i gorzej...Nie oddawała moczu, oddychała
      100% tlenem. Ale Jej małe ciałko walczyło...Dyżurowała strasza pani doktor
      spoza tego oddziału. Chyba nigdy w życiu nie spotkałam się z taką rutyną, wręcz
      obojętnością. Odnosiłam wrażenie, które tkwi we mnie do tej pory, że nie zależy
      jej w najmniejszym stopniu na ratowaniu życia Weroniki, że jej rolą jest
      wyłącznie "nadzorowanie" umierania Nisi, że nie zależy jej nawet na tym, żeby
      temu walczącemu dziecku ulżyć...Widziała już na pewno niejedno umierające
      dziecko...Leki moczopędne podano mimo mojej prośby po kilku godzinach, leki
      nasercowe również dopiero po mojej interwencji. Omal nie zemdlałam, kiedy z
      korytarza (wyproszono mnie) usłyszałam, jak mówi do pielęgniarek:"jeszcze jest
      ciepłe? może przeintubujemy?" Coś się działo z respiratorem, ale zrezygnowała z
      przeintubowania. Wiedzieliśmy już na pewno, że Weronika nie przeżyje tej nocy.
      Nasze dziecko wyglądało jak bezwładna, dosłownie tarmoszona przez pielęgniarki
      i lekarkę lalka, z siniakami wskutek nieudanych wkłuć na rączkach i główce.
      Pani doktor wzięła się wreszcie ostro do "roboty". Mąż płakał, ja
      również...Poprosiliśmy w końcu, aby pozwolono Weronice spokojnie i godnie
      umrzeć. Nisia odeszła o 5.17 nad ranem. Odzyskała na chwilę przytomność,
      patrzyła na nas swoimi mądrymi, nad wiek dojrzałymi oczami...Trzymaliśmy Ją za
      rączkę...Poprosiłam lekarkę o podanie jakiegoś leku, który złagodzi Jej
      cierpienie. Włączono Fentanyl, akcja serduszka Nisi zaczęła się
      zwalniać...70..50..20...Pani doktor służbowym tonem zapytała, czy chcemy
      czekać, ponieważ "u takich dzieci to może trwać godzinami"...Zero współczucia,
      nawet w głosie. Czysta rutyna. Poprosiliśmy o pozostawienie nas samych z
      dzieckiem. Chcieliśmy potrzymać Ją na rękach-przez całe Jej króciutkie życie
      miałam taką możliwość kilka razy, mąż również...Pozwolono nam zostać. Kiedy
      lekarka zastała nas trzymających Nisię na rękach, powiedziała wyraźnie
      zdumiona "proszę go położyć, przecież nie ma już tętna". Miałam ochotę ją
      uderzyć-to nie było "ono", to była nasza jedyna córeczka, nawet bez
      tętna...Ostatni komentarz pani doktor dotyczył panów z patomorfologii, którzy
      mieli zabrać Weronikę-pani doktor wpadła na salę i w naszej obecności rzuciła
      do pielęgniarki "czemu się spóźniają, trzeba "je" zabrać, przecież potrzebne
      jest łóżko". Potrzebne dla następnego dziecka...
      Wiele osób okazało nam jednak życzliwość i współczucie-inni lekarze, pani z
      zakładu pogrzebowego, pan w sanepidzie (staraliśmy się o zgodę na przewiezienie
      Nisi własnym samochodem), pani w szpitalnym hotelu, gdzie mieszkaliśmy. Ksiądz
      także nie robił problemów w kwestii pogrzebu. Nie odprawił jednak nabożeństwa
      tłumacząc nam, że kościół uznaje takie dzieci za czyste i niewinne, w związku z
      czym nie ma konieczności modlenia się o Ich zbawienie-One po prostu stają się
      Aniołkami...Do momentu pogrzebu Córeczka była z nami w domu-nie chcieliśmy,
      żeby została sama...
      Jeśli chodzi o znajomych i przyjaciół, większość zachowała się w sposób dla
      mnie zupełnie niezrozumiały. Odcięła się i odsunęła od nas. W pracy, na
      kilkadziesiąt pracujących w oddziale osób tylko cztery zdobyły się na
      powiedzenie "przykro mi" czy "współczuję". Reszta to po prostu przemilczała.
      Chociaż istnieje zwyczaj zamawiania wspólnych kondolencji w gazecie, kupowania
      wieńca czy kwiatów-ostatnio chociażby przed miesiącem, na okoliczność śmierci
      teścia jednej z koleżanek. Śmierć mojego dziecka po prostu zignorowano-tak to
      odczuwam, jakkolwiek by takiego zachowania nie tłumaczyć. Kiedy mąż pojawił się
      bezpośrednio po śmierci Nisi w mojej pracy-ja poszłam tam dopiero później,
      jeden z kolegów udał, że go nie widzi, inny, że nic nie wiedział, pozostali
      przemilczeli wszystko...A wiedzieli. Bardzo mnie to do tej pory boli-nie
      chciałam początkowo o swoim bólu z nikim rozmawiać, ale nie spodziewałam się
      zupełnie aż takiej obojętności-w końcu to była moja córeczka, część mnie
      samej...Czuję wręcz fizycznie, jak ludzie mnie unikają, jak unikają
      jakiejkolwiek rozmowy na temat Nisi, na temat mojego czy męża samopoczucia.
      Jeszcze bardziej boli mnie jednak zachowanie tzw.przyjaciół, ludzi, co do
      których byłam święcie przekonana, że mogę na nich liczyć w trudnych chwilach-od
      momentu kiedy powiadomiliśmy ich o odejściu Weroniki, tzn. od lutego nie
      wykonali nawet telefonu, nie zainteresowali się jak się czujemy, czy nie
      potrzebujemy pomocy-kompletna cisza...Nie rozumiem i nie potrafię tego
      zrozumieć. Śmierć Nisi jest dla nas straszną tragedią, ale w kompletnej niemal
      izolacji jest nam dużo trudniej. Czuję się bardzo osamotniona. Mąż chyba
      również, domyślam się tego z Jego wypowiedzi, choć mówi na ten temat niechętnie-
      twierdzi, że łatwiej Mu znosić nieszczęście w milczeniu. Ale także nie rozumie,
      co się stało. Z co najmniej kilku osób na które liczyłam pozostała mi jedna,
      która potrafiła przyjechać z Londynu, aby z nami pobyć choć krótki czas. I
      jeszcze jedna w pracy, której jednak ze względu na Jej własne problemy nie chcę
      zbytnio obarczać. Reszta milczy. A ja tak bardzo chciałabym móc z kimś
      porozmawiać o tym, co się wydarzyło, z kimś współczującym, dla kogo śmierć
      mojego dziecka nie jest tylko obojętnym wydarzeniem, komu nie jest też obojętne
      to, co ja czuję...I chciałabym tego samego dla mojego męża-tak bardzo dobrego i
      wrażliwego człowieka...Jest to dla mnie strasznie ważne także przez wzgląd na
      pamięć Nisi-żeby o Niej pamiętano, żeby to wszystko było dla kogoś
      istotne...Żeby Jej krótkie życie i śmierć nie przeszły bez echa, nie były dla
      innych "przezroczyste" i pozbawione znaczenia, żeby ktoś oprócz nas zapalił
      czasem dla Niej lampkę na Jej grobie...Dlatego tak bardzo boli mnie ta cisza.
      Dlaczego inni mogą mówić bez końca o swoich dzieciach, mogą postawić w pracy
      ich zdjęcie, a ode mnie oczekuje się milczenia na temat mojego dziecka? Czy nie
      mam prawa mówić o Nim dlatego, że odeszło? Żeby nie psuć innym dobrego
      samopoczucia?? Chciałabym móc podzielić się z kimś moim bólem, tęsknotą,
      poczuciem winy, żalem i gniewem, ale też dumą z tego, że Weronika była taka
      ładna, mądra i dzielna. Zawsze mogę porozmawiać na ten temat z mężem, ale
      raczej tego unikam-nie chcę Go ranić i przysparzać Mu bólu złymi wspomnieniami-
      jeśli już rozmawiamy, wspominamy to, co było w tym wszystkim dobre i piękne...
      Myślę też o wybraniu się do psychologa-może to jest metoda na uporanie się z
      tym, co się stało?
      Wiem, że strasznie się rozpisałam-ale było mi to bardzo potrzebne-możliwość
      powiedzenia tego wszystkiego...Bardzo Wam za to dziękuję...
    • marciam13 Chyba się spóźniłam... 13.06.04, 02:53
      Trafiłam na forum przedwczoraj, dopiero teraz zauważyłam, że chyba
      skończyłyście zbieranie materiałów. Ale może wykorzystacie i moją historię.
      Bardzo bym chciała, żeby i lekarze, i inni ludzie więcej wiedzieli i więcej
      rozumieli. Sama jestem lekarzem-bycie "z drugiej strony" wiele mnie
      nauczyło...Tylko czemu za taką cenę???
      • malomi Re: Chyba się spóźniłam... 13.06.04, 09:58
        Na pewno dziewczyny przeczytają a artykuł, chyba jeszcze do końca nie pwstał.
        pewnie wyjechały gdzieś na długi weekend.
        Pozdrawiam
        Gosia
Pełna wersja