natkaszczerbatka
17.06.04, 10:45
Witajcie! Przeniosłam się do Was z wątku poronienie - bo to co mnie gnębi to
raczej nie poronienie (chociaż też mi się to przydarzyło), ale narodziny
dwójki moich martwych dzieci - rok po roku. Chciałam wam zaproponować wątek,
który na pewno był już wiele razy poruszany i wałkowany na różne sposoby.
Wciąż jednak czuje niedosyt, jak chyba My wszystkie ...
Jak radzicie sobie po stracie? Przecież trzeba normalnie dalej żyć! Ja
czasami zupełnie nie wiem co robić ... wpadam w dziwne stany, krzyczę,
czepiam się wszystkiego bez powodu. Boję się że cierpi na tym moja córeczka
(6 lat) - bo krzyczę wtedy na nią zupełnie bez sensu. Albo raptem zaczynam
płakać - a ona patrzy na mnie i nie wie o co chodzi.
Mam ogromną potrzeba mówienia o tym co się stało, ale mam wrażenie że raczej
nikt nie chce tego słuchać. Czuję głęboko, że moje dzieci gdzieś są i nie
chce o nich zapomnieć! Jak mówić o dzieciach których nie ma z nami, o których
niewiele kto wie, że kiedykolwiek były? Mój mąż chyba milczenie w tym temacie
potraktował jako obronę.
Znam kilka mam, którym mniej więcej w tym samym czasie urodziły się śliczne
dorodne bobasy. Wiadomo: jest wokół nich zamieszanie, rozmowy, krzyki,
śmiechy - to naturalne, zadroszczę im - ale nie ma we mnie zawiści ani złości
kiedy patrzę na te dzieci. Są to słodkie stworzenia i ciągle wtedy
powtarzam: "Jak to pięknie mieć takiego bobasa w domu!".
Ja też byłam w ciąży prawie dziewięć miesięcy, rodziłam zupełnie normalnie
tak samo jak rodzi się każe dziecko (tym bardziej że mój synek ważył prawie 3
kilo)... drugim razem było podobnie - tylko ciąża jednak była trochę krótsza:
6 miesięcy i dzieciątko było mniejsze ...
Szczęśliwe mamy opowiadają o swoich porodach, karmieniu bądź kłopotach z
karmieniem ...
A ja ... tak jak by się nic nie zdarzyło, nie było ciązy, nie było ruchów
dziecka, nie było porodów - nie było karmienia - (tylko piersi niestety pełne
mleka z którymi musiałam walczyć żeby go więcej nie dawały ...)
tak jak by to nie było dziecko tylko jakiś wrzód którego trzeba było wyciąć
żeby wszystko wróciło do normy ...
Trzeba mieć kamienną minę i udawać że nigdy żadnego dziecka nie było i nie
miało być.
Jak żyć z dziećmi których z nami nie ma? Przecież nie można i chyba nawet nie
powino się tego wykasować z życiorysu, tak jak się czasem kasuje jakieś
przykre sprawy do których się nie chce wracać, przykre przejścia w życiu,
ktore uważa się za rozdział zamknięty. Ten rozdział przecież nigdy się nie
zamknie. Jak się zostało mamą w momencie poczęcia, to się już nią jest do
konca świata! Tylko co zrobić jak nie ma dziecka? tu z nami, fizycznie?!?!?
Jak być mamą bez wszystkich dzieci, które się urodziły?