Napiszcie o swoich dzieciach

    • alina30 Re: Napiszcie o swoich dzieciach 09.02.05, 11:01
      Nie wiem od czego zacząć, bo jakoś niewiele pamiętam z czasów kiedy
      oczekiwaliśmy pierwszego dziecka. Było zwyczajnie - radośnie, troskilwie,
      książkowo. Imię było wybrane od razu, jednomyślnie i bez głębszych wywodów - po
      prostu Mateusz. Poród 14 dni po terminie (niepalnowane cc), ale w Dzień
      Dziadka. Bardzo symbolicznie - pierwszy synek, wnuk i prawnuk. Historyczne
      wydarzenie !!!! Potem przez kolejne 3,5 roku też wszystko było zwyczajnie -
      radośnie, troskilwie, książkowo. Mateuszek był kochanym, zdrowym i mądrym
      chłopcem. Ale jakoś nigdy nie zastanawiałam się i nie snułam planów co do jego
      przyszłości. Liczyło się dla mnie TU i TERAZ. Byliśmy sobie i już. Teraz jak na
      to patrzę, to wiem czemu.
      Jednak plany i marzenia nadeszły, kiedy urodził się drugi synek. Wtedy poczułam
      się spełniona i szczęśliwa, zwłaszcza że Mateuszek bardzo czekał na brata.
      Młodszy urodził się we wrzesniu, a potem Mateuszek zaczął chodzić do
      przedszkola. Miałam więc czas dla jednego do południa, a dla drugiego
      popołudniu. Mateusz uwielbiał nas liczyć, jak leżeliśmy razem w łóżku. Nazywał
      nas 'kompletnymi'. Kiedy kogoś zabrakło (np.tata w pracy) to uzupełniał nasz
      komplet Teletubisiem. Było dla niego bardzo ważne, żeby zawsze było 4, bo
      wszystko musiało być jak zawsze (pedantyzm po tacie:) To były nasze
      najpiękniejsze chwile. Niestety trwały tylko 6 miesięcy i już nigdy nie wrócą.
      Ironią losu stało się, że to właśnie ON nas 'zdekompletował'.
      Miało być wesoło :( ale jakoś samo nie chce się tak napisać. Boli.
      • m_oleczek Re: Napiszcie o swoich dzieciach 09.02.05, 20:41
        Zaszłam w ciąże w wieku 19 lat. To była rozpacz dla moich rodziców.
        Doprowadzili do tego,że sama zaczęłam nienawidzieć tego dziecka. Z czasem
        jednak kiedy zacęłam czuć jego ruchy ,wszystko się zmieniło.Zaczęłam żyć
        własnym życiem, miałam przecież męża u swojego boku na którego zawsze mogę
        liczyć.Potem zaczęły się wyobrażenia na temat płci wyglądu,imienia. Byłam
        szczęśliwa.Poród zaczął się nagle, urodziłam w 34 tygodniu ciąży.Mój synek ma 5
        lat, a ja do tej pory nie usłyszałam ,żadnego jego słowa. Nie było mi do tej
        pory dane zobaczyć jego pierwsze kroki!Tak bardzo bym chciała to przeżyć,jak
        każda prawdziwa matka. Boże czy mnie słyszysz.........
        • anuszka_bishi_buluu Mój synek-Marcinek 11.02.05, 12:54
          Od samego początku wiedziałam że to będzie chłopak-jakoś tak "czułam" i te
          kilogramy śledzi pożerane....
          Miał się urodzić w maju-Byczek. Taki spoko gość powinien być, zakochany w
          mamusi (we mnie hurrra!!!!), posłuszny tatusiowi, ulubiony wnusio dla babci.
          Machał mi łapkami na usg i już wiedziałam że to będzie mój synek-Marcinek.
          Urodził się ostaniego dnia kwietnia Byczke, rude miał włoski nie wiadomo po kim
          bo ja czarna jak smoła mój mąż blond więc taka mieszanka? Ale go kochałam z
          tymi rudymi włoskami i tak pewnie by mu zjasniały.Miał duże stopy i długie
          nóżki i to mu dobrze wróżyło jako facetowi-wysoki..przystojny...
          Taki chudziutki przez te ciągle operacje i szpitale....
          Cieszyłam się że nie pójdzie do wojska bo przecież połowę jelit mu
          wycięto.Powinien być weterynarzem -myślałam-albo lekarzem pediatrą to było
          takie może mocno ckliwe, że chorował jako dziecko a teraz leczy dzieci. Ale
          jakie słodkie!
          Bóg miał inne plany, inaczej się dogadał z Marcyskiem
          Dopiero co zaczął gaworzyć, nie zdążył nauczyć się mówić...
          Marcyśku leczysz baranki w ogródku Boga?
          Dorota mama Aniołka Marcinka
        • igga-81 Laura 11.02.05, 14:42
          Laura. Moje słoneczko. Miałam 19 lat a ona zaczęła sobie rosnąć we mnie. Razem
          zdałyśmy mature (i to na same piątki!) zdałyśmy na studia. I 14 lipca przyszedł
          na świat mój raczek. Tatuś na korytarzu, bardzo goraco, jak przed burzą, tylko
          piękny ptak za oknem szpitalnym. Urodziła się Malutka i zaczeła lać się woda z
          nieba. Zaniesli ją tatusiowi pokazac (ja leżałam na sali pooperacyjnej) a Ona
          sobie oczko otworzyła, by zobaczyć jak wygląda tata;) a tata z wrażenia oparł
          sie o dzwonek i pobudził noworotki na sali... a potem wracał samochodem i o
          mało co kierownicy nie urwał z wrażenia.
          Miała być cudowna. Jedyna, śliczna, moja mała przyjacióleczka, sojuszniczka z
          która będę mogła iść na zakupy i pogadać o intymnych sprawach. I była cudowna.
          Rozwijała sie pięknie. Byliśmy razem w trójkę. Zaczęła siadać, chodzić.
          Uwielbialiśmy ją, mimo że popełniliśmy wiele błędów. Malutka nie mówiła, ja
          byłam załamana, przeszłam depresje, widziałam wszystko co najgorsze -
          upośledzenie, autyzm... nie o takiej córeczce marzyłam! skończyła 3 latka,
          wszystko weszło na dobrą drogę,zaczybnała mówić, poszła do przedszkola. Taki
          urwis z niej był, niczego się nie krępowała, była bardzo przebojowa, taka
          złoścnica czasami straszna.Ale śmiała się prawie cały czas - w głos. Wiekszość
          ludzi twierdziła, że tak wesołego dziecka nidgy nie spotkali. A ja płakałam,
          porównywałam z innymi dziećmi i wyłam, że nie mówi, że nie robi, a to wogóle
          znaczenia nie miało! Bardzo ją kochałam, jeszcze bardziej kocham. Od jej
          urodzenia, każdego dnia coraz bardziej. Fatalnym zbiegiem okoliczności opóściła
          nas. Już nigdy nic nie będzie takie samo. Córeczko kochana, tak bardzo
          chciałabym być już przy Tobie. Pół roku temu, patrząc na ciebie jak słodko
          śpisz, płakałam - ze szczęścia, że mogę cie mieć. Pewnego dnia śniło mi się że
          umarłaś, od tego czasu wszystko było inne.Obudziłam się z płaczem i tuliłam cię
          cały ranek.. Byłam bardziej cierpliwa, częściej się uśmiechałam, a w chwilach
          zwatpienia o Twoje zdrowie pamiętałam ten przeklęty sen, że może byc gorzej, i
          cieszyłam się Tobą.Czasami byłam zmęczona opieką, zabawami w które ciągle mnie
          angażowałaś, ale nigdy cię nie odepchnęłam tak jak robią to mamy które
          widziałyśmy na placu zabaw. Zawsze byłam zachwycona jak prowadziłaś mnie za
          reke by cos pokazac. Zachwycona że rozxumiesz, że nadganiasz rówieśników.
          Mówiłaś do mnie "mami", zaczynałas składać pierwsze proste zdania...
          Nie wiem czemu nie możesz być przy mnie. Dlaczego jest tyl;u rodziców którzy
          nie chca swoich dzieci, zabijają je... dlaczego akurat Ty musiałaś odejść? Już
          nie chcę życ, tak za Tobątęsknie Malutka. a to "dopiero" cztery miesiące! Jak
          wytrzymać kolejne kilkadziesiat lat??????
          • realy Re: Laura 18.02.05, 21:00
            Bardzo wzruszyla mnie twoja historia!!! Ja majac 19 lat tez urodzilam
            dzieciatko - synka Danielka. Mialam wiele przezyc z tym zwiazanych, wiele
            smutku i lez. Bog mi jednak pozwolil wychowywac go dalej. Juz jest zdrowy. 23-
            01-br. skonczyl 3 latka. Laura byla piekna dziewczynka. Uwierz mi ze napewno
            ona nie chce abys tak cierpiala. Chce abys byla szczesliwa i zyla dalej.
            Przeciez ona wie, ze i tak kiedys sie spotkacie, tam... na gorze wsrod wielu
            aniolkow. Swiatelko dla Laury (*)(*)(*)
    • anaika Konrad 13.02.05, 13:45
      Po dwóch latach brania hormonów, zastrzykach i laparoskopii - pierwsza owulacja
      i od razu dzidziuś. Ryczałam ze szczęścia nie tylko dlatego, że wreszcie będę
      mamą ale również, że koszmar cotygodniowych (albo częstszych) wizyt u lekarza
      się skończy.
      Konrad miał być dziewczynką. Ja jestem z rodziny babskiej i właściwie tylko małe
      baby dookoła więc jasne było, że i moja dzidzia zasili to towarzystwo. Wyszło
      inaczej i przyznam się szczerze, że oswajałam się z moim synkiem przez jakieś
      dwa tygodnie. Moja mama była trochę zaniepokojona bo nigdy z chłopcami nie miała
      do czynienia, za to dziadek chodził cały dumny, że będzie wnuk. Z imieniem było
      trochę problemów bo mąż jest francuzem i musieliśmy brać pod uwagę jak to będzie
      brzmiało po francusku. Z imionami dziewczyńskimi było łatwo - Sonia albo Nina,
      bo te wschodnie są takie melodyjne. Dla chłopaka imię rosyjskie zbyt egzotyczne
      - no i po burzliwych dyskusjach stanęło na Konradzie - stronie francuskiej z
      trudem przychodziła dobra wymowa.
      Konrad miał być uparciuchem Koziorożcem tak jak mama. Urodził się dwa miesiące
      za wcześnie, więc chyba był skorpionem...
      Moje plany? Było ich mnóstwo. Zaczęłam się intensywnie uczyć francuskiego żeby
      rozumieć kiedy chłopaki będą się ze mnie śmiać...Mieliśmy razem pływać, jeździć
      na nartach, bereszkowąć i czytać dużo ksiażek; chodzić do kina (bo mama mogłaby
      tam spędzić całe życie) i do teatru ( bo tata nie chce, a jak pójdzie to
      zasypia), podróżować, bawić się z Gonzem(naszym zwariowanym psem, który kocha
      dzieci) i Kingą (moją chrześnicą, która tak się cieszyła kiedy się urodziłeś
      syneczku)...
      Kiedy zobaczyłam Konrada leżącego w inkubatorze wiedziałam, że na to czekałam
      przez 29 lat mojego życia. Dziwna mieszanina szczęścia, przerażenia i
      bezgranicznego zakochania się. Kodzio był cudny. Czarniusienki, okrąglutki i
      taki dostojny. Nie wyglądał jak wcześniaczek, nie był wychudzony, nie miał
      pomarszczonej skóry. W inkubatorze leżała miniaturka człowieka - piękny, mocny,
      dobrze zbudowany Konrad. Myślałam sobie, że będę strasznie zazdrosną mamą.
      Mogłam siedzieć przy inkubatorze godzinami czekając na kiwnięcie stopą i to dla
      mnie był szczyt szczęścia. Rozpłynęlam się zupełnie, kiedy go pierwszy raz
      pocałowałam - nigdy nie dotykałam czegoś tak delikatnego.
      I tego dotyku mi tak bardzo brakuje...
      Każdego rana budzę się z myślą, że oto kolejny dzień bez Ciebie i że to kolejny
      dzień, który muszę przeżyć żeby być bliżej Ciebie ukochany synku.

    • mamawikusia Re: Napiszcie o swoich dzieciach-Wiktor 14.02.05, 22:45
      Długo zastanawiałam się co napisać o tobie Synku.
      Najpierw powinnam opwiedzieć jak to było kiedy nosiłam Ciebie w brzuszku,a
      więc:
      Na początku było fantastycznie ,uczucie szczęścia rozpierało mnie i
      tatę.Pózniej był strach,każdego dnia bałam sie czy jeszcze bije Twoje
      serduszko.Kiedy już uwierzyłam ,że jesteś,że sie narodzisz to zaczęłąm myśleć o
      sobie:
      -czy nie pozostaną mi rozstępy na brzuszku(wkońcu trochę ten brzuszek mamie
      wypchałeś)
      -Czy kiedy się urodzisz,(a termin przecież mielismy na 06.07)będe mogła jeść
      czereśnie,truskawki i jednocześnie Cię karmić czy będziesz miał alergię?
      Opychałam się tymi owocami na zapas-pewnie niewiele Ci miejsca pozostawało w
      brzuszku?
      -Kiedy wkońcu położe się na brzuszku?
      - no i jak długo potrwa zanim zrzuce te 23 kilogramy więcej?
      Pamiętasz jak biegaliśmy po sklepach w poszukiwaniu Twojej
      wyprawki...........Boże Ty nawet nigdy nie zobaczyłeś swojego wózeczka i
      łóżeczka.pokoiku.
      Wózio wybrałam Ci z babcią niebiesko-błekitny(piękny).pokoik tato pomalował na
      brzoskwinkę.....zresztą opowiadałam Ci już o ytm w szpitalu.
      Nie ne będę tego Ci opowiadać troche jeszcze mamę to boli(bardzo boli).

      Synku,mój najdroższy Wikuchu-jak to tata zwykł mawiać,powspominajmy sobie czas
      kiedy juz byłeś z nami.
      Nigdy nie zapomnę jak ujrzałam Cię pierwszy raz.Wyobrażałam sobie Ciebie jako
      małego łysolka ,a tu takie zaskoczenie-na głowce -czarny busz,do dzis nie wiem
      po kim ?Przytulałeś się z tata ,ubrano Cię wtakie niebieskie
      śpioszki,wyglądałeś jak smerf.Spałeś sobie ,a na rączki założyłąm Ci skarpetki
      bo tak wbijałeś sobie paznokietki w moje poltynki.
      Pamiętam jak juz w Krakowie chodziłam Cię odwiedzać na intensywna terapię,tak
      chciałam Cię przytulić,dotknąc ,ale mówiono mi ,ze nie mogę.
      I nagle któregos dnia wchodzę na intensywna ,a Ciebie tam nie ma!moje serce
      stanęło,ale tylko na moment ,bo zaraz powiedziano mi,ze jesteś na zwykłym
      oddzialę-co za radość.
      Dalej już napewno pamiętasz-w dzień mama-w nocy tata,i tak non-stop(przyznaj
      się wolałeś mamę?-mam nadzieję).
      Wicia,chciałam Cię przeprosić za mój brak cierpliwości,ale ja tak bałam się o
      siebie,że momentami nie panowałam nad sobą.Przepraszam Cię synku.
      Boże tak mi Ciebie brakuje.Kiedy przypominam sobie te Twoje grymasy po
      przebudzeniu- spojrzenie w lewo,spojrzenie w prawo,czy czasami nie czaji się
      gdzieś za rogiem jakiś lekarz.
      W pamięci też mam Twoje minki z zadowolenia,kiedy Cię głośno całowałam-ja też
      byłąm wtedy taka szcęśliwa.
      Synku jestęś niesamowity.Śmiejemy się z tatą ,ze lubiłeś sporty
      ekstremalne,takiego bujania w wóziu jakiego się dopominałeś,żaden maluszek by
      nie wytrzymał.Tata do tej pory czuje ból w nadgarstkach na sama myśl jak trzeba
      Cię było nosić po sali całą noc.
      Urodę to Ty masz taty-jedyne co jest moje to:włoski,dolna
      warga,paznokietki,brwi ,no i zamiłowanie do spania w dzień.
      Jesteś niesamowitym brzdącem.KOCHAM CIĘ.
      Synku odwiedż czasami mamę we śnie,ja naprawdę się staram pogodzić z tym co się
      stało.
      Wicia,czekaj na mnie,nie bądz na mnie zły,kiedy nie żyję w sposób jaki bym
      chciała-jakoś się wywinę z tego czyścca,mam nadzieje i będę z Tobą,juz na
      zawsze.
      ps. nie urośnij za duży ,bo mam zamiar nosić Cie na rączkach!
      KOCHAM CIĘ WICIA -mama.
      • lena1981 Re: Napiszcie o swoich dzieciach-Izabelka ukochana 15.02.05, 13:55
        Jak sie dowiedziałam, ze jestem w ciazy bylam najszczesliwszym czlowiekiem na
        swiecie ( tak mi przynajmniej sie wydawalo). Wiedzialam juz od poczatku, mialam
        wszystkie obiawy ciazy, a pozniej sie zglosilam do lekarza, ale co prawda nie
        chcial mi mowic w 100%, powiedzial, ze mam za malo progesteronu i ze to roznie
        moze sie skonczuc, przepisal mi hormon i powiedzial:przydz za 2 tygodnie.
        Progesteron? Ja bede mama! Do mnie w ogole nie docieralo, ze moze sie cos stac.
        Przyszlam pozniej, lekarz w panice: to moze byc ciaza obumarla! odrazu
        skierowal na USG. Jak ja wtedy sie poczulam!!! Lekarz mi zrobil badanie i
        pokazal serduszko. Widzi Pani Ono Bije! Rozplakalam sie u lekarza, poszlam do
        kosciola, plakalam i plakalam, i prosilam Boga o zycie dla mojej kruszynki.
        Pozniej bylo wszystko idealnie, jak w ksiazce. Wszyscy mowili jak ladnie
        wygladam, pytali sie kto bedzie, a ja odpowiadalam, ze chce dziecko i do samego
        konca nie dowadywalam sie o plci. Pamietam nawet dzien kiedy sie przewrocila,
        nie wiem czy to czuja wszystkie mamy, ale to bylo nie samowite, zachwycalam
        sie, ze jak biologia jest doskonala, ze wie kiedy. Bylam szczesliwa, czekalam i
        mialam obawy, ze moze nie dam rady, bo w sumie bedziemy tylko ja, maz i dzidzi.
        Ale to bylo chwilowe, przeciez oczywiscie bede najlepsza matka, a za ojca nie
        musialam sie martwic, maz jest najwspanialszy! Snulam, ze jak bedzie
        dziewczynka, to bede chodzila z nia na kursy tanca,a jesli bedzie chlopczyk, to
        postaram sie go wychowac na prawdziwego dzentelmena. A i chcialabym, zeby
        zostal lekarzem, gdy mu to sie spodoba. Czytalam ksiazki, chcialam, żeby się
        przezwyczailo do mojego glosu. Opisywalam, co robie, jaka jet dzisiaj pogoda.
        Co razem jemy. Co chcialabym jej przekazac.
        Bylam juz po terminie, wydawalo mi sie, ze wody mi odeszly. Pojechalismy do
        szpitala, Pani polozna zdecydowala mi sie zostawic, nie podobalo jej moje ktg,
        chciala odrazu cesarke, a z rana bylo w normie. Była noc, zaczeli wywlywac
        poród, Pani polozna nie odchodzila ode mnie ani na chwile, caly czas dzwonila
        do lekarza, martwila sie. Pozniej przyla nowa zmiana i wszyscy razem nie
        widzieli powodu, zeby rodzic przez cesarke, urodzi pani sama, juz bylam
        zmeczona nie spalam cala noc. Nie bylo postepu porodu. Decyzja: cesarka.
        wyciagneli coreczke i powiedzieli wyrok. Ja zaczelam plakac, maz tez, nie
        moglam patrzec na meza, nie moglam zniesc jego lez, bolalo mi to. Najgorsze
        bylo to, ze bylam bezradna, nie moglam wstac, lezalam bez ruchu, lzy mi
        lecialy, a lekarze sie pytaly czy chce moze przeciw bolowe?Na uspokojenie? Czy
        to moglo mi pomoc? Nie wiedzialam coreczki nie przytulilam jej nawet, zabrali
        ja do szpitala, a maz nie spac latal do szpitala do szpitala , a ja prosilam
        pielegniarke o nasenne, żeby usnuc i obudzic się i zrozumiec, ze to jest tylko
        najstraszny sen i jak się obudze, to wszystko się skonczy. Nie skonczylo. Po
        dwoch miesiacach walki stracilismy nasza kruszyneczke...tak bardzo ja
        kochamy...tak bardzo jej brakuje...nawet nigdy jej nie przytulilam, nawet nigdy
        nie popatrzyla na swoja mame...jedynie co moglam zrobic. To calowac jej piekne
        raczki i nozki i glaskac po glowce...Tak bardzo cie kocham, tak często mi się
        snisz, nie mogę tego wytrzymyc, ze nigdy mi nie powiesz mama tu na ziemi...
        Tak bardzo bylas podobna do mnie i do swojej babci...
        Kocham Cie moja najdrozsza coreczko!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    • bunio1 Re: Napiszcie o swoich dzieciach 19.02.05, 20:51
      Dobrze może właśnie dzisiaj uda mi się coś napisać o moim Robercie.Razem z żoną
      przygotowaliśmy się do porodu rodzinnego.Niestety była cesarka.Leżeliśmy w
      szpitalu chyba 30 dni.Początki były ciężkie ,ale z biegiem czasu wszystko
      doszło do normy.Pojechałem porozmawiać z moją dawną doktór ze szpitala na
      Działdowskiej jak to dalej będzie z maluszkiem,bo Robert miał bardzo wysoką
      bilirubine,ale odpowiedziała mi ,że wszystko będzie OK.Po ponad roku czar
      trysł.Okazało się,że maluch ma białaczke.Leczenie szło według szablonu.Po
      zakończeniu leczenia byliśmy wszyscy szczęśliwi.Był to grudzień 2001, następne
      rpzczarowanie nawrót choroby i zaczeło się poszukiwanie dawców szpiku.Robert-
      BUNIO miał przeszczep komórek macieżystych krwi we Wrocławiu i tu następne
      rozczarowanie kolejny nawrót i powrót do Warszawy.Wróciliśmy na oddział A
      szpitala na Działdowskiej i oczekiwaliśmy na .... .Niestety stan Bunia
      pogarszał się i czas odejścia zbliżał się.Bunio dostał propozycje powrotu do
      domku,że zaopiekują się nim wolontariusze z Warszawskiego Hospicjum
      Dziecięcego,ale On wolał czekać na ten moment w swoim szpitalu przu swoich
      pielęgniarkach i przy swoich lekarzach.Jego mażeniem było aby w tym momencie
      była Jego Doktór i Jego ukochana pielęgniarka i tak było.Do dnia dzisiejszego
      pamiętam jak Bunio urodził się i jak odchodzł,byłem obok Niego zawsze.Ukochanym
      kolorem Bunia był kolor żółty -kolor nadziei ,większość rzeczy miał tego koloru
      nawet żaluzje w pokoju.Jak kupowałem coś maluszkowi to najlepiej aby było
      koloru żółtego.Jeszcze jedna sprawa.Bunio miał wyimaginowanego
      przyjaciela,który miał na imie Randal.Randal był z Buniem wszędzie tak maluch
      opowiadał o nim ,że wszyscy znali Randala i całą historie o Randalu.Był z nim
      wszędzie nawet w ostatnich chwilach jego życia opowiadał o nim.Ja zastanawiałem
      się z kąd znam to imie ,ale dopiero jak Bunio odszedł przypomniałem sobie,że
      był taki bohater w filmie Randal duch Hopkirka.Film ten był emitowany w latach
      siedemdziesiątych-dawno temu.Randal był zawsze i chronił swego
      przyjaciela.Bunio zawsze mażył aby się przejechać ciągnikiem o tira,przelecieć
      się samolotem -to było do załatwienia ale lekarz nie zezwolił na samolot.Całe
      jego życie robiliśmy sobie plany co będziemy robić w jego przyszłości.Niestety
      nie udało się nam tego osiągnąć.Bunio bo tak prosił aby wszyscy mówili na niego
      odszedł 25/08/2002 roku o godzinie 0,50.To co było piękne niestety skończyło
      się.Dziękuje,że przeczytaliście tę krótką historie o moim synku Buniu-
      Robercie.Tata Bunia Adam.

    • bunio1 Re: Napiszcie o swoich dzieciach 19.02.05, 20:57
      Jeszce jedno pisałem o doktór ze szpitala na Działdowskiej ,którą po urodzeniu
      Bunia pytałem co z dalszym leczeniem jego.Otóż BUnio często się stykał z nią na
      izbie przyjęć i Ona opowiadała jemu ,że zna dobrze jego tatusia.Doktór ta
      przyszła ostatniego dnia życia Bunia na jego izolatke aby porozmawiać w jakim
      jestem stanie i czy dam sobie rade.Dziękuje Jej za to .
    • ls32 Re: Napiszcie o swoich dzieciach 21.02.05, 10:03
      Urodziłam bliźniaki, 18 stycznia - podobno z tego dnia to "charakterne" sztuki.
      Co się zgadzało (i do tej pory zgadza patrząc na Marcina);-)). Moje marzenia
      były proste - spacery wózkiem podwójnym (nie byliśmy ani razu:-((), przyszłe
      wspólne rodzinne wyjścia do McDonaldsa (szczególnie "ciotka", moja siostra,
      miała zaplanowane psucie chłopaków w tym względzie;-)),ściganie się chłopców na
      rowerkach... Niestety nic z tego nam się nie udało, nawet wspólny spacer. Paweł
      nigdy nie był na spacerze,nawet sam - zawsze w szpitalu, od urodzenia aż do
      samego końca, przez 8 miesięcy. Jeszcze jak żył, próbowałam wozić Marcina w ich
      wspólnym wózku po mieszkaniu, "dla wprawy". Ale nie był w nim szczęśliwy...
      Śmailiśmy się z mężem ze wszystkich prawdopodobnych "sztuczek", jakie mogą
      wymyślić w przyszłości. I przygotowywaismy się psychicznie na częste wizyty "na
      dywaniku" w szkole, w sprawie wybryków naszych pociech.. Myślelismy, że będą
      nierozłączni a zostali rozdzieleni tak szybko, na tak długo, i jak się okazało
      na zawsze.Te marzenia bolą do tej pory, mimo że upłynęło "już"(?) prawie
      półtora roku. Nie moge patrzec na wózki bliźniacze i rozpłakałam się, kiedy
      zobaczyłam w McDonaldsie bliźniczą parkę. Strasznie zazdroszczę tym mamom...:-(
    • k73sesilek Re: Napiszcie o swoich dzieciach KORNELEK 10.05.05, 23:40
      Był największa nispodzianką w moim życiu.I najpiekniejszą.Zorientowaliśmy
      się,że z nami będzie na początku 19 tygodnia ciąży.Kajtek miał wtedy rok i 5
      miesięcy.Tulił się do brzucha, wołał:Lala.Potem nauczył się: Kornel.
      Godzinę po urodzeniu okazało się,że jest wada serca.jak okrutny był to wyrok
      nawet nie przypuszczaliśmy.
      Kornelek był z nami 733 dni.Trudnych,ale najpiękniejszych.Nie chodził,nawet nie
      stawał.Przytulał się najcieplej na świecie,obejmował za szyję biednymi chudymi
      łapkami i mówł:mama.Przepraszam,nie mogę więcej.
Pełna wersja