martagoryczka
17.07.04, 23:41
Dzisiaj, poszłam po raz pierwszy od bardzo dawna na cmentarz, do Wiktorii. To
Wasza siła, i madrość popchały mnie do przodu. Mam nadzieję, ze tak będzie
dalej, że odnajdę spokój i ukojenie, choć to juz tyle lat.
Wiktoria, miałabyć, sliczną, uśmiechniętą dziewczynką z zabawnymi kucykami
jak Pipi Pończoszanka ( tak widział ja w przyszłości tatuś - mówił, że sam
będzie Ja tak czesał). Niestety odeszła... Odeszła, po ciężkiej i długiej
walce o każdą minutę życia. Odeszła tak niepotrzebnie i bez sensu. Wiem i
tłumaczę sobie, że była chora, nie dokońca zdiagnozowana i nie wiadiomo co by
było dalej. Czy mogłaby chodzić, siedzieć... nie wiem i tego się juz nie
dowiem. Wiem jedynie, że walczyła i chciała być z Nami. Mam taki żal do
lekarzy i do samej siebie, że zabrałam Ją na te badania. Pojechałyśmy, do
kliniki nefrologii, na "standardowe badania". Tam położyli nas na jednej sali
z chłopczykiem, który miał zapalenie oskrzeli. Mimo moich próśb, o
przeniesienie chłopca na inną salę nie zrobiono tego, a mnie uznano za
przewrażliwioną matkę. Tylko, ze dla tego chłopca to było "zwykłe" zapalenie
oskrzeli, dla nas po paru godzinach sepsa. Przewieziono nas na "Er-kę" do
innego szpiala i tam Wiktoria zmarła po 3 dniach. Zdążyłam jej przeczytać
całego "Kubusia Puchatka", bo powiedziałam, że wcześniej nie ma prawa odejść.
Nigdy wcześniej, nie zapytałam się lekarza, czy moja córka będzie żyć. Przez
dziesięć miesięcy jej życia, walczyłam, wierzyłam i ufałam. Skoro dostaliśmy
taki dar to Już nam jej nie odbiorą...Wtedy poczułam, że Ona odejdzie i ja
nic nie mogę juz zrobić. Poczułam żal, złość... Tyle czasu, opieki, miłości
poświęciłam tej małej istotce i Ona teraz nas opuści? To niemożliwe,
zaczynało być już tak dobrze... Już snułam plany na przyszłość, już
uwierzyłam, że nic gorszego nas już spotkać nie może. Jak bardzo się
myliłam... Trzy dni, to tak wiele i zarazem tak mało żeby się pogodzić z
nieuchronnym. Ale widziałam, że nie miała już sił, że chciała odejść. To
wtedy bolało najbardziej...
Myślę, że dla mnie najgorsze było to w jaki sposób dowiedziałam się o śmierci
Wikusi. Mąż był w pracy, a ja bardzo wcześnie rano dostałam telegram : "
Dziecko zmarło.....". To taki strasznie bezduszny sposób, choć prosiliśmy o
telefon o każdej porze dnia i nocy. Wiktoria zmarła po 2 godzinach od naszego
wyjścia. Nie mogę znieść tego, że ja czekałam na pociąg, a moja córeczka
walczyła o oddech i nikt nam o tym nie powiedział. Do cholery przecież
istnieją telefony komórkowe... Dowiedziałam się rano i już nie mogliśmy jej
pożegnać, zobaczyć...
Już nie ma przyszłości, radości i uśmiechu Wiktorii. Już się nie uśmiechnie,
nie wyciągnie do nas rączek i już jej nie będzie... Moja córeczka kochana...
Mam żal do siebie, bo pamięć o Niej to tylko widok po sekcji, gdy ją
ubierałam. Brak we mnie wspomnień o chwilach które spędziłyśmy w domu. Tylko
szpitalne ściany, łóżka i rurki i kabelki. To straszne, ale tak tylko Ją
pamiętam... I mimo usilnych starań, nie widzę inaczej. Piszecie, że przyszły
do was Wasze Aniołki, aby się porzegnać, mnie nie było to dane. Mi nic się
nie śni, oprócz prosektorium i jej malutkiego nagiego ciałka. Nie wiem skąd
znalazłam siłę, żeby ją ubrać, zawsze bałam się zmarłych... ale to było coś
innego, wiem...
Muszę żc, nie wiem jak. pogubiłam sie i nie mogę odnaleźć drogi, a przecież
na jej końcu czeka mąż i Maksik. Są tak do siebie podobni... Jak bliźniaki...
Gdy urodził się Maksik, i zobaczyłam go w inkubatorze, przeżyłam szok -
myślałam, że nasza Wiktoria do nas wróciła. Byli tak do siebie podobni... To
powiększa mój ból... byłaby teraz taka śliczna
Trochę się rozpisałam, nieskładnie ale czułam, że musze teraz i już.
Pozdrawiam ciepło i ściskam
Marta, Maksik, i Aniołeczek Wiktoria
*** Kocham Cię Aniołeczku - daj mi ukojenie***