śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie

09.11.04, 13:30
nie potrafię dogadać się ze swoim mężem, właściwie to jestem już o krok od
przeprowadzenia się. Podbijamy statystykę dotyczącą ilości rozwodów po
smierci dziecka. Nie mogę znieść tego, że On tak nie cierpi, że ta rozpacz
jest poza nim. To nie była jego córka i właściwie oczywiste jest to że
bardziej martwi się o mnie a nie stratą jej. Ale ja i tak niepotrafię tego
znieść. Jest całkiem obcy. Nagle stał się obojętny, ta miłość straciła na
znaczeniu. Przepraszam mój poost stał sie bardzo osobisty ale nie wiem jak
sobie dalej poradzić z tymi relacjami. czy może ktoś przechodził przez
podobny kryzys? może to jest całkiem naturalne?
    • melka_x Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 09.11.04, 13:47
      Igga ja nie jestem pewna, czy faktycznie Twój mąż jest tak spokojny jak Ci sie
      wydaje. Mężczyźni inaczej zachowują się w takich sytuacjach. Zdecydowanie
      rzadziej płaczą, zdecydowanie mniej mówią, zazwyczaj rzadziej bywają na
      cmentarzu, a przede wszystkim sprawiają wrażenie żyjących normalnie,
      najczęściej dość szybko wracają do poprzedniego trybu życia, pracy i innych
      zobowiązań. To jednak nie znaczy, że nie cierpią. To że widzisz troskę o siebie
      może być wyrazem jego chęci działania, Tobie może pomóc, Twojej córce już nie.
      Nie chcę pisać o rzeczach bardzo intymnych, i dotyczących nie tylko mnie, ale i
      mojego męża, powiem w skrócie ja też miałam w pewnym momencie myśli, że cierpię
      bardziej (choć dziecko było nasze wspólne). Dziś potwornie się tych myśli
      wstydzę, wiem że bardzo tymi podejrzeniami skrzywdziłam swojego męża i nie
      wiem, czy cokolwiek może to zrekompensować. Nie chcę pisać co sprawiło, że nie
      mam już wątpliwości, że jego cierpienie jest równie duże (a może nawet większe,
      bo niewypowiadane i nieokazywane), ale powtórzę - mężczyżni też cierpią, choć
      nie widać tego. Nie widzi tego otoczenie, nie widzi czasem nawet najbliższa
      osoba, czyli żona.
      • melka_x p.s. 09.11.04, 13:49
        Pamiętam jak na spotkaniu z parą, która również straciła dziecko, ojciec
        dziecka powiedział, że on nie może pozwolić sobie na płacz i załamanie, gdy
        jego żona płacze. Że czuję się zobowiązany do bycia tym silniejszym, do bycia
        oparciem dla żony, więc skupia się na dbaniu o jej stan, a nie na własnej
        żałobie. Sądzę, że wielu facetów tak robi.
      • katlin25 Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 11.11.04, 00:35
        Mój mąż po śmierci naszej córki płakał może 3 razy,a teraz już wogóle.Kłócimy
        się często,nie możemy się dogadać.To trochę moja wina ,bo jestem agresywna i
        czepiam sie o byle co,tak jakbym tą całą złość za śmierć naszej córki
        przelewała na niego.On juz nie wytrzymuje,nie możze patrzeć jak płaczę ,bo
        mówi,że nie wie juz co robić,że tak nie mozna.Tydzień temu mieliśmy dziką
        awanturę,spakował swoje rzeczy i chciał się wyprowadzić,ale wcześniej
        zaprowadził mnie do mojej przyjaciólki (siłą),bo bał się żebym czegoś głupiego
        nie zrobiła.Przy okazji tej awantury rozbiłam nasze zdjęcie ślubne na kolanie :
        ( Na szczęscie nasza przyjaciólka jakoś nas pogodziła ,wytłumaczyła mu,że mam
        prawo płakać i być zła.Naj bardziej wkurzyła mnie moja mama (mieszka z nami),że
        tak nie można się zachowywać i wogóle ech....Mam wrażenie,że w tym domu tylko
        ja tęsknię za Karolinką.Najgorsze jest to,że ostatnio sobie pomyślałam,że czemu
        ona ,a nie mój mąż.Wiem jestem okropna,ale tak mi jej brakuje :( Pare dni temu
        jednak mój mąż wyjasnił mi czemu zachowuje się tak a nie inaczej.On był przy
        jej śmierci ,patrzał jak ją reanimują (prawie godzinę)i ciągle ma ten obraz
        przed oczami i że nie mógł nic zrobić,nie mógł się nawet ruszyć.Mówił,że
        patrzał na to wszystko jakby z góry...On chce zapomnieć,nie jest gotowy
        wspominac i rozdrapywać,chyba go teraz rozumiem,a konflikty i tak pewnie
        będą ,bo ja niestety nie zapomne tak szybko....
    • czaroffnica24 Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 09.11.04, 14:39
      Mój mąż także nie płakał, żył dalej, całkowicie spokojnie - przynajmniej tak mi
      się wydawało... W sumie nie tak dawno przyznał mi się, że też płakał, ale gdy
      mnie nie bylo w pobliżu. Sądził, ze tak bedzie mi lepiej, że skoro ja nie
      potrafię sobie z tym bólem poradzic, to on - jako mężczyzna powinien być dla
      mnie oparciem.
      Dziś już wiem, że on też miał koszmary, że boi się powtórki, że nie sypiał, że
      nie mógł znieść durnych komenatrzy naszych znajomych, że bolały go słowa jego
      rodziców... i że kocha naszego Aniołka i bardzo za nim tęskni.

      <przytulam>
      Monika
    • 1megan Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 09.11.04, 14:45
      igga napisałam na priva
    • mamisio Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 09.11.04, 15:05
      Iggo, ja co prawda nie straciłam dziecka, ale przeszłam z mężem chorobę mojego
      synka. I wtedy w Centrum Zdrowia Dziecka siedząc przy łóżeczku zrozumiałam, że
      nie tylko ja nie spałam po nocach, że nie tylko ja płakałam, nie jadłam i się
      zamartwiałam. Mój mąż również płakał ale bezgłośnie,tylko ja tego nie
      widziałam, nie słyszałam. Irytowało mnie to wieczne pocieszanie mnie, potem z
      kolei jego ogarniała irytacja, że ja wciąż o jednym i tym samym, że nie da mi
      się przetłumaczyć. Myślałam" ty nic nie rozumiesz, ty się nie martiwsz.." nie
      miałam racji. Jeszcze w szpitalu zobaczyłam,że jestem niesprawiedliwa w swoich
      osądach, że nie mam racji. Mój mąż bardzo przeżył tamten okres ale nie
      uzewnętrzniał się tak jak ja. Bo to on mnie pocieszał i teraz wiem, że On też
      potrzebował pocieszenia, tylko któreś z nas musiało być silniejsze, on był
      silniejszy. Teraz też jakakolwiek zmiana a ja już panikuję i wzywam lekarza. A
      on.. stoi z boku i wiem,że trudno jest nam czasem się porozumieć ale jakoś się
      trzymamy.Był taki okres w trakcie choroby synka i zaraz po,że nasze rozmowy to
      były ataki, wieczne oskarżenia, czułam się obco i tak strasznie samotnie i
      wiesz, mimo,że myśleliśmy poważnie o rozstaniu, to pewnego dnia coś w nas
      pękło, usiedliśmy i porozmawialiśmy i jest jak jest , jestśmy razem.
      Życzę Ci aby wszystko się ułożyło.
      Życzę Ci aby wszystko było dobrze.
      Podrawiam, Magda
      • odlipcadomarca Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 09.11.04, 17:39
        Ja moje pierwsze dziecko stracilam juz bardzo dawno temu. Dzis moja corka
        bylaby juz dorosla :( Gdy umarla, bylismy dla siebie okropni. Bylismy bardzo
        mlodzi, dosc krotko ze soba. Nie umielismy sie wzajemnie wspierac, nie moglismy
        na siebie patrzec. Paradoksalnie tylko seks nas zblizal choc tez byl jakis
        dziki, zwierzecy, bez czulosci, raczej jak kolejny wzajemny atak tylko bardziej
        fizyczny. Nie potrafie dzis powiedziec dlaczego sie nie rozstalismy, naprawde
        nic nas wtedy nie laczylo procz zwierzecego bolu i jadu, ktory wypluwalismy na
        siebie wzajemnie udajac przed reszta swiata przykladna, wspierajaca sie pare.
        Jeszcze gdy zaszlam w druga ciaze, myslelismy oboje o rozwodzie, spotkalismy
        sie z jakimis adwokatami, bylo pakowanie walizek, wizyta u ginekologa zeby
        umowic sie na aborcje itd. I sama nie wiem jak ale jakos przetrwalismy.
        Urodzilo sie dziecko, ktore daje nam nieustajaco mnostwo radosci. Wygladzilismy
        nasze kanty, przestalismy warczec na siebie choc to byl powolny proces -
        najpierw udawalo nam sie nie warczec przez pol dnia, potem przez caly weekend,
        przez caly tydzien itd :) Czy wrocila milosc? Trudno mi powiedziec, czy
        kiedykolwiek naprawde odeszla, raczej siedziala gdzies schowana i przyczajona
        czekajac na lepsze czasy. O naszym pierwszym dziecku szepczemy czasem do
        siebie. Z perspektywy tylu lat wiem, ze zapewne z nikim innym nie byloby lepiej
        w podobnych okolicznosciach a samej byloby po prostu tragicznie. Te wrzaski,
        zlosc, podle slowa rzucane sobie wzajemnie to byl nasz sprzeciw wobec losu,
        ktory potraktowal nas bardzo bezwzglednie. Moze ten wzajemny brak czulosci nas
        nie wzmocnil, ale na pewno dal nam mozliwosc zobaczenia swoich
        wzajemnych "ciemnych stron Ksiezyca". Nie jestesmy z tych "stron" zbyt dumni
        ale przynajmniej mamy we dwoje poczucie, ze jestesmy sobie "rowni" w bolu,
        upadku, wyciu - no tym wszystkim, co wstydliwe i skrywane przed swiatem. Mysle,
        ze zadnego innego czlowieka juz tak doglebnie nie poznam ani nikt mnie nie
        bedzie znal tak jak zna mnie teraz moj maz. Moje zmarle dziecko wymusilo na
        nas, poprzez swoja smierc, kompletne wzajemne odkrycie sie i zdjecie
        jakichkolwiek masek - sprowokowalo nas do wzajemnego poznania PRAWDY o nas
        samych. Bolesnej i czesto zawstydzajacej, ale w sumie oczyszczajacej i
        niepodwazalnej.
        Przepraszam za takie osobiste wynurzenia - moze Ci jakos pomoga w dostrzezeniu
        sensu walki jaka toczycie z Twoim mezem. Wciaz pamietam bol naszych klotni ale
        dzis czuje sie troche jak weteran liczacy blizny ze swiadomoscia, ze jednak
        udalo sie przetrwac.
        • amania Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 09.11.04, 18:18
          igga, ja przed narodzeniem Ali i po jej śmierci, wypłakałam litry łez
          najczęściej w nocy, w poduszkę, albo przed komputerem, tu na forum
          mój mąż płakał tylko trzy razy, pierwszy raz,kiedy jeszcze byłam w ciąży i
          dowiedzieliśmy się, że Ala jest bardzo chora, drugi raz, kiedy wybierał urnę i
          ostatni raz na pogrzebie.
          I wiesz co, jego łzy wprawiały mnie w jeszcze gorszy stan. Paradoksalnie
          wolałam go kiedy nie okazywał smutku, bo wtedy nie musiałam go pocieszac i
          mogłam płakać do woli.
          Niedługo minie rok od jej odejścia i kiedy czasem wydaje mi się, że zapomina,
          to zawsze potem zdarzy się coś co uświadamia mi, że pamięta, że też jest mu
          ciężko...
          Nas strata Alicji w pewien sposób zbliżyła, chyba dlatego, że uświadomiliśmy
          sobie co jest w życiu tak naprawdę ważne.

          Mam nadzieję, że przetrzymacie ten ciężki czas i dojdziecie do porozumienia.
          Bzrdzo Wam tego życzę...
          • mamaadama4 Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 10.11.04, 14:48
            Igga u mnie sytuacja była podobna do twojej - Hanka tez nie była córka mojego
            męża. Do tego mój mąz ma 2 synów - jeden starszy od Hanki o rok, drugi 6 lat. I
            chłopcy ponad połowe miesiąca mieszkali i mieszkają u nas. Nie było łatwo,
            nawet nie bardzo chce mi sie o tym pisać publicznie. Mimo, że mój mąż był z
            Hanka bardzo związany. Jak masz ochote pogadać, to daj znać na priv. Poza tym
            27 listopada będę w Warszawie.
    • dororka Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 10.11.04, 22:08
      Po stracie dziecka tez wydawało mi się, że mąż za mało cierpi. Ale faceci chyba
      naprawdę są inni. Cierpiał na równi ze mna, ale chyba nie umiał tego okazac.
      Poza tym była córka i walące się wokół terminy, które go przytłaczały. I ja -
      fontanna łez. Ja go naprawdę wtedy nie rozumiałam. Oczy otworzyły mi się, kiedy
      przywiózł mnie do domu z Michasiem. Cos zaczęłam się wymadrzać ile to przeszłam,
      ciąża powikłana, druga cesarka i dalej w tym tonie. A on powiedział jednozdanie:
      "czy naprawde myślisz, że po mnie to wszystko spłynęło jak po kaczce"...
      Powiedział to takim tonem, ze mnie zatkało. Nie potrafiłam nic odpowiedzieć... I
      wtedy zrozumiałam, że to co ja wyrzucałam z siebie na zewnątrz, on tłamsił w
      środku.
    • ewamonika1 Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 10.11.04, 23:41
      W związku z tym wątkiem zapraszam do przeczytania poniższych fragmentów:


      "... Kiedy mężczyzna jest zdenerwowany, nigdy nie mówi, co go trapi. Zamiast
      tego udaje się do swojej prywatnej jaskini, aby przetrawić problem i wymyślić
      rozwiąznie.
      Jeśli nie może znaleźć rozwiązania, robi coś, co pozwoli mu zapomnieć o
      kłopocie (...).

      W takim warunkach mężczyzna staje się "nieobecny", nieuważny, niekomunikatywny
      i zaabsorbowany. Jeśli partnerka wdaje się z nim wówczas w rozmowę, odnosi
      wrażenie, że zaledwie 5 procent jego umysłu "jest obecne", podczas gdy
      pozostałe 95 proc. pochłonięte jest zupełnie czymś innym.
      Im głębszy stres trapi mężczyznę, tym bardziej pochłania go poszukiwanie
      wyjścia z opresji.

      W takich momentach mężczyzna nie jest zdolny do ofiarowania kobiecie
      odpowiedniej uwagi i tyle uczucia, ile ona zwykle otrzymuje i na ile zapewne
      zasługuje (...).
      W takich chwilach kobiecie jest bardzo trudno zaakceptować jego zachowanie,
      ponieważ nie wie, jak bardzo mężczyzna jest spięty. Współczułaby mu, gdyby on
      wróciwszy do domu, opowiedział jej o swoich problemach. Tymczasem on milczy, a
      ona czuje się ignorowana.

      Kobiety na ogół nie rozumieją sposobu, w jaki mężczyźni reagują na stres.
      Kobieta czuje się urażona jego chęcią odizolowania się. Jest dotknięta, gdy on
      nie zwraca na nią uwagi.

      Równie nierracjonalne jak oczekiwanie od mężczyzny tkwiącego w jaskini, że w
      mgnieniu oka "otworzy się" i będzie komunikatywny i kochający, jest wymaganie
      od zdenerowanej kobiety, żeby w jednej chwili uspokoiła się i zachowywała
      rozsądnie.
      Mężczyzna w swojej jaskini nie jest świadomy, jak jego obojętność może być
      odbierana przez innych (...).

      Kobiecie natomiast swobodne "gadanie" o kłopotach przynosi ulgę. Żeby znaleźć
      ukojenie, kobiety opowiadają o problemach przeszłych, przyszłych,
      potencjalnych, a nawet o takich, które po prostu są nie do rozwiązania, a im
      więcej mówią, tym lepiej się czują. Jeśli kobieta w dodatku ma świadomość, że
      jest słuchana, jej napięcie stopniowo znika.
      Mężczyzna nie zdaje sobie sprawy, że kobieta poczuje się lepiej, jeśli tylko
      zostanie wysłuchana.
      Mężczyzna nie pojmuje, że partnerka nie oczekuje od niego żadnych wyjaśnień i
      potrzebuje tylko, by zrozumiał jej uczucia i pozwolił dalej mówić.
      Rzeczą, która szzególnie frustruje mężczyzn, jest poruszanie przez kobiety
      kwestii, w których niczego nie da się zrobić.

      Słuchanie jst dla mężczyzny trudne także dlatego, że w nieokiełznanym potoku
      kobiecej wymowy stara się on znaleźć jakiś logiczny porządek.

      Wielu mężczyzn, a także wiele kobiet ma bardzo krytyczne nastawienie do
      potrzeby mówienia o kłopotach. Wynika to stąd, że nigdy nie doświadczyli, jak
      kojąco może działać zwykłe wygadanie się. Nie widzieli, jak kobieta, która
      czuje, że jest słuchana, może się w mgnieniu oka przeobrazić: odprężyć się i
      wytworzyć w sobie pozytywny stosunek do otoczenia. Najczęściej są to ci, którzy
      pamiętają, że kobieta (zwykle ich matka), która nie czuła się słuchana, drążyła
      temat swoich kłopotów w nieskończoność. (Takie zachowanie jest właściwe
      kobietom, które przez dłuższy czas nie czują się kochane i słuchane).
      Można nauczyć mężczyznę, że wysłuchiwanie gadającej kobiety może im pomóc w
      wydostaniu się ze swej jaskini równie dobrze, jak oglądanie TV czy czytanie
      gazety.

      Słuchanie staje się łatwe, gdy mężczyzna nie czuje się obwiniany lub
      odpowiedzialny za coś....

      ----------
      w chwilach, gdy nic nie rozumiem z tego "nie naszego" świata, sięgam po tę
      książkę "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus" John Gray.

      życzę Wam choć trochę zrozumienia tej trudnej materii :-)))

      e.
      • odlipcadomarca Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 11.11.04, 01:37
        No i wychodzi na to, ze jestem 100% mezczyzna a poslubilam istote z zupelnie
        innej planety, bo On nie pasuje ani na Marsa, ani na Venus. A na Ziemi tez
        roznie Mu sie uklada ;P
        Dzieki, Ewamonika, za chwile usmiechu choc zdaje sie nie do konca
        zamierzonego :)
        • alina1 Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 12.11.04, 22:04
          Powiem to co każda dziewczyna przede mną. Mój mąż także jakby nie okazywał cierpienia i zrozumienia dla moich łez i codzienniego odwiedzania cmentarza.
          Płakał w szpitalu, nie wiem czy płakał na pogrzebie bo ja nic nie widziałam.
          Gdy kolejny raz go ciągnęłam na cmentarz krzyknął do mnie "czy nie rozumiesz, że ja nie chcę tam chodzić, że widząc pomnik ja cierpię".
          No i zaczęłam chodzić sama, płakałam pod prysznicem, kupowałam aniolki i palilam światełka w domu.
          Był kryzys. Ale jakoś daliśmy radę.
          Dziś tłumaczę mu, że wizyta na cmentarzu już nie jest dla mnie bólem, że ja je po prostu tam odwiedzam, że odeszły wcześniej, że skoro jest katolikiem to wierzy, że one nas widzą z góry, dlatego tak stroję dla nich grób.
          Odejście synka przeszliśmy już łagodniej.
          Dziś nasz związek jest dojrzalszy i lepszy choć niewiele brakowało do rozstania bo pakowałam walizki.
          • rzezu Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 14.11.04, 15:29
            Jestem ojcem zmarłej Majeczki, męzem dziewczyny, której zmarła córka i dziwię
            się wam, że poddajecie w wątpliwość uczucia ojca i męża. Można dyskutować nad
            tym, jak sa one wyrażane, każdy robi to inaczej, ale nie można w nie wątpić.
            Strata córki, trudna ciąża i wszystko co wydarzyło się po jej śmierci i dzieje
            się aż do teraz, a o czym pisał nie będę ponieważ wykracza poza ramy tego
            forum, odcisnęło się na mnie bardzo i być może nie okazuję tego co i jak czuję
            (bo i po co?), jednak czuję i też płaczę, chociaż staram się powstrzymać łzy
            jednak nie zawsze się udaje.
            Jesteśmu ludźmi - tak jak wy
            Rodzicami - tak jak wy
            czujemy - tak jak wy

            Bądźcie sprawiedliwe.

            Pozdrawiam i łączę się w bólu

    • wustyle Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 14.11.04, 22:30
      igga
      ciezki temat
      kiedys juz zabieralem glos w takiej sprawie
      smierc naszej corki jeszcze bardziej nas zblizyla (choc wydaje mi sie ze bardziej z beatka juz nie
      mozemy sie kochac)
      kazde malzenstwo jest innym przypadkiem, zderzeniem roznych osobowosci, charakterow
      czasem lepiej odpuscic, niz na sile probowac lepic potluczony wazon z miliona kawalkow
      porozrzucanych po podlodze
      nie znam Ciebie, ani Twojego meza, wiec nie moge do konca wypowiadac sie szczegolowo i konkretnie
      z moich obserwacji wynika ze nie jest to naturalne - pod warunkiem ze "przed" bylo wszystko dobrze

      bardzo mi przykro kiedy czytam takie posty, gdyz nie wyobrazam sobie zeby kobieta cierpiala jeszcze
      dodatkowo z jakiegokolwiek powodu
      czas po stracie dziecka jest czyms strasznym i tylko we dwoje mozna jakos go przetrwac

      z calego serca zycze Ci zeby sie wszystko "jakos" (wiem to banal) ulozylo

      sebastian - tata Laury
    • ali_bey Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 17.11.04, 23:52
      podbijam
      • ladyhawke12 Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 18.11.04, 08:01
        Wydaje mi sie ze tylko spokojna rozmowa moze cos zdzialac. Popros go o nia,
        sama niestety trudno mi to pisac ale zazyj cos na uspokojenie. Mezczyzni tez
        cierpia straszliwie, ale wpojono im ze maja byc dzielni, i niestety tak
        potrafia sie zamknac ze z zewnatrz wyglada to na zupelny brak uczuc, a wewnatrz
        goraca lawa. Trzymam kciuki, i napisz co u Ciebie
    • tata13 Re: śmierć dziecka a kryzys w małżeństwie 25.11.04, 10:23
      Jestem jednym z mężów. Uwierz mi, że my (mężowie) wcale nie mniej przeżywamy
      śmierć dziecka. Cierpimy równie mocno - może inaczej, ciszej, ale równie mocno.
Pełna wersja