anniia
09.11.04, 22:38
Witajcie
Czytam forum od jakiegos miesiaca i dzis postanowilam opowiedziec Wam o mojej
ukochanej coreczce- Majeczce.
Pod koniec 2002 wyszlam za maz, za mezczyzne ktorego bardzo kochalam i
planowalismy slub od dawna. O dzieciach czasem rozmawialismy, ale przyznam iz
ja nie bylam do konca przekonana, czy chce juz teraz. Mialam wtedy 22 lata i
studiowalam, na studiach dziennych. Myslalam sobie mamy jescze duzo czasu. W
grudniu byl wymarzony slub i wesele. W styczniu opozniala mi sie miesiaczka o
tydzien, potem i dziesiec dni, i powoli przyzwyczajalismy sie ze moze jestem
w ciazy, ze rodzina sie powiekszy. Potem okazalo sie ze to tylko spozniony
okres i wtedy zdecydowalam, ze chce miec dziecko. Ta krotka chwila kiedy
myslalam ze moze je mam byla tak cudowna, ze wszystkie watpliwosci zniknely
jak reka odjal. No i od lutego zaczelismy starania. Kolejna miesiaczka tez
opozniala, ale pomyslalam wtedy to na pewno zwykle spoznienia, kiedy minal
tydzien od terminu, a ja przeziebilam sie wyslalam meza do apteki po leki i
powiedzialam: kup test tak na wszelki wypadek bo gdybym jednak zaszla to nie
chce brak zadnych lekow. Jakie bylo moje zdziwieenie gdy test pokazal dwie
kreski, jaka radosc i strach jednoczesnie co to teraz bedzie- jak to jest byc
w ciazy. Nastepnego dnia umowilam sie do gin. i on potrwierdzil wyniki testu -
5 tydzien, termin 29,pazdziernik 2003. Wielka radosc i oczekiwanie ciagnace
sie w nieskonczonosc, dyskusje o szkole rodzenia, wyborze szpitala
znieczuleniu i innych glupotach. Wszytskie wyniki mialam super czulam sie
dobrze, tylko ciagle spac mi sie chcialo (ale ja wogole spioch jestem)
pierwsze usg i zobaczylismy naszego bajbusa, usg super, drugie tez, mijaly
tygodnie wreszcie doczekalam sie brzuszka choc niewielkiego i poczulam
pierwsze kopniaczki. pamietam jak dzis 9 czerwca poszlam na wizyte kontrolna
do mojego pana gin i pierwszy raz wtedy uslyselismy serduszko, dzien pozniej
mielismy usg i wesele znajomych. POszlismy na usg i pamietam wtedy ze jedyne
co zaprzatalo mi glowe to czy chlopiec czy dziewczynka, i czy zdaze ulozyc
sobie fryzure przed weselem. A pani gin patrzy w monitor i patrzy i w koncu
pyta kiedy mamy umowiona wizyte u lekarz prowadzacego ciaze, wiedzialam ze
cos jest nie w porzadku, pytam o co chodzi. Okazalo sie ze nasze dziecko ma
duza torbiel wokol szyi. Ten strach pamietam do dzis i ta rozpacz co teraz
bedzie. Natychmiast poszlam do mojego gin, a on niewiele o tym wiedzial
wystawil mi skierowanie do szpitala, ale poniewaz to byl dzien przed dlugim
weekendem (boze cialo) to mielismy tam isc dopiero w poniedzialek. Te 5 dni
bylo straszne. Na wesele oczywiscie nie poszlismy. Potem udalismy sie do
IMiDz tam zrobiono mi usg 3d. I zostalismy skierowani do dr Ceran, ona choc
byla jeszcze wtedy na urlopie zapisala nas na rezonan magnetyczny. Potem to
juz byla seria badan i wiadomosci dosc optymistyczne. : Byle guz sie za
bardzo nie powiekszal i nie byl mocno unaczyniony to nasza kruszynka Majunia
bedzie miala szanse. Mialam donosic ja do 36-38 tygodnia urodzic cc i zaraz
po urodzeniu badz kilka dni pozniej miala przejsc operacje usuniecia guza-
torbieli limfatycznej. Co dwa tygodnie mialam usg i wszystko bylo niezle az
do sierpnia, kiedy to okazalo sie ze guz sporo sie powiekszyl a ja mam za
duzo wod plodowych co grozilo przedwczesnym porodem. Dostalam skierowanie do
szpitala i wyladowalam na perinatologii na Kasprzaka. Potem kolejny rezonas i
po ktorym stwierdzono ze postaraja sie dotrzymac ciaze do 30tyg i beda
probowac ratowac moja coreczke. to byl 26 tydzien wiec czekalo mnie
conajmniej 4 tyg lezenia w szpitalu. Aczkolwiek dodam iz tak naprawde to
lezec nie musialam tylko po prostu byc pod reka w razie czego. I tak sobie
bylam. W szpitalu znalazlam jedna bratnia dusze, mame z synkiem w rozszczepem
kregoslupa. Doczekalam do 30 tyg, potem do 31, 32, co troche mialam usg i
nagle okazalo sie ze plynu owodniowego jest 2 razy za duzo niz powinno byc,
co juz stanowilo zagrozenie dla mnie- pekniacia macicy, krwotoku... potem
bylo juz szybko: kolejny rezonans, usg, masa dziecka 2kg masa guza 0,5 kg
razem 2.5kg. 12 wrzesnia w piatek mialam cesarke i urodzila sie Majeczka.
Cesarka byla w znieczuleniu z.o. ale malej mi nie pokazali, musieli ja
zaintubowac . Maz zrobil jej zdjecia aparatem cyf i zobaczylam ja, mimo
ogromnego guza na szyi i twarzy byla sliczna. Operacje zrobiono jej dwie
godzinki po urodzeniu, gdyz guz uciskal drogi oddechowe i klatke piersiowa
tak ze malutka musiala byc podlaczona do respiratora a serduszko mialo
problemy z powodu ciezaru guza. Operacje Maja przetrzymala. I pamietam ze
myslalam iz lekarze dokonali cudu, bo na zdjeiach po operacji wygladala jak
normalne dziecko tylko miala wielki opatrunk na szyi i byla podlaczona do
calej masy elektroniki, ale po guzie na buzi sladu nie bylo. Byla sliczna
taka podobna do swojego tatusia i taka moja. Nastepnego dnia poszlam ja
zobaczyc, byla cudowna a ja bylam najszczesliwsza matka na swiecie. to byla
sobota najlepsza sobota w moim zyciu, stan malej byl ciezki, ale lekarze byli
optymistyczni, choc najwiekszy problem byl z pluckami ktore byly slabo
rozwinete ze wzgledu na torbiel.
Pamietam jeszcze ze przez przypadek moj maz wychodzac de mnie ze szpitala
zamienil komorki tak ze ja mialam jego a on moja. A umowil sie z lekarka
pelniaca dyzur w Klinice Intensywnej Terapii, ze gdyby cos sie dzialo to go
powiadomi. I o 7 rano zadzwonil telefon. Numer mi nie znany, Odebralam i
uslyszalam charakterystyczne dzwieki KIT-u w tle juz wiedzialm ze jest zle.
lekarka poinformowala mnie ze nasza coreczka o 2 nad ranem miala kwotok pluc
i od tamtego czasu ja reanimuja, probujac powstrzymac krwotok. Popedzilam na
gore do mojego dziecka, i juz wiedzialm ze to koniec, 5 godzin reanimacji to
duzo za duzo jak dla takiej kruszynki. Pamietam ze byla bardzo blada a jej
serduszko ciagle bilo zadzwonilam po meza i zostalam do konca wzialam ja na
rece i przytulalam. umarla okolo 8 rano. Wtedy pani doktor powiedziala ze
mozemy ja ubrac i pozegnac po przez dwie nastepne godziny bedzia jeszcze na
oddziale. Maz pojechal po ciuszki do supermarketu ktory byl blizej niz nasze
mieszkanie, a ja siedzialam trzymajc moja coreczke na kolanach. byla taka
malutka i taka moja. Ubralismy ja w biala czapeczke i kaftanik i sliczne
niebieskie spioszki, troszke na nia za duze. ciesze sie ze moglam sie z nia
pozegnac i przytulic. Wrocilam na oddzial i wypisalam sie ze szpitala na
wlasne zadania. nie moglam tam zostac mimo iz przeciez nie lezalam na
oddziale z mamami zdrowych dzieci tylko z mamami wczseniaczkow lub dzieci
bardzo chrych. wszystcy mysleli ze robie glupote wypisujac sie 2 dni po
cesarce, ale na szczescie nic mi sie nie stalo, a psychcznie pobyt w domu z
mezem bardzo mi pomogl. Potem byl pogrzeb, a jakims cudem udalo nam sie
znalezc miejsce na cmentarzu oprzy powsinskiej oddalone od naszego mieszkania
tylko o 200 metrow. wiec mialam mala blisko domu po drugiej stronie ulicy....
po czternastu miesiacach bol jest nadal bardzo duzy, a my zaczynamy myslec o
drugim dziecku...
Kariotyp ok, genetyk twierdzi ze to wada rozwojowa taki pech i tyle i ze nie
ma przciwskazan do nastepnej ciazy. Bede pewnie tylko czesciej usg miala
robione i cc zamiast porodu naturalnego, a jednak bardzo sie boje....
Ania - mama Majeczki(12.09.2003-14.09.2003)