ulkar
20.12.04, 10:37
Nie wiem, czy o tym już pisałam. Nie wiem czy powinnam napisać. Nie wiem, czy
kogoś tym ucieszę, a może innych urażę (mam nadzieję, że nie). Może zdradzam
największą tajemnicę, którą powierzył mi mój Syn. Może nie powinnam tego
robić. Tomeczku, jeśli to, że o tym publicznie piszę to bład to mi wybacz
synku...
Jakieś dwa tygodnie po śmierci Tomka, odwoziłam kuzynów do domu. Wieczorem.
Jechaliśmy... oni siedzieli z tyłu. Ja miałam obie ręce na kierownicy. Nagle,
zapaliło się swiatełko, w samochodzie. To, które zapala się samoistnie kiedy
odtwierają się drzwi. Zgasiłam je. Po chwili, sekundzie, może dwóch,
zapaliło się ponownie. Znowu zgasiłam i wtedy pomyślałam sobie - Tomeczku,
dziękuję. Zrozumiałam. To światełko nie zapaliło się SAMO nigdy wcześniej ani
już nigdy później. Jak powiedzieli mi potem siedzący na tylnym siedzeniu
kuzyni, ich tok myślenia był taki sam jak mój. Dzięki temu zdarzeniu,
tęsknię, płaczę .... i czekam. Wiem, że mamy szansę na spotkanie, jeśli
tylko dostatecznie godnie przeżyję swoje życie.