STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN

09.02.05, 11:41
Czasami sobie myślę, że po stracie naszej Córeczki zaczęliśmy żyć z mężem w
dwóch różnych światach. Wiem, że to co się stało było dla niego również
wielkim szokiem i bardzo to przeżył, ale teraz zachowuje się jakby już o tym
zapomniał, jakby się z tym pogodził.
Czuje się taka samotna, bo on rzuca się w wir pracy i nie ma czasu myśleć o
tym co się stało, a ja cały dzień siedzę w domu i rozmyślam. Spędzamy ze sobą
czasami 3 godziny dziennie. Gdy on przychodzi z pracy jest zmęczony nie ma
siły by ze mną porozmawiać, a w dodatku strasznie się denerwuje gdy widzi, że
ja jestem smutna albo płacze, a gdy sama mówię mu, że jest mi smutno on
wzdycha i mówi: – ale co ja na to poradzę. Nie mogę spać, w nocy chodzę po
domu jak duch i płacze. Śnią mi się koszmary. Ciężko mi gdy on mówi: – że już
nie wie, co ma robić, jak ma ze mną rozmawiać, że już nie ma do mnie siły.
Dlaczego on nie rozumie, że ja cierpię, że nie mogę zachowywać się inaczej,
nie potrafię się uśmiechać, przecież to wszystko jeszcze takie świeże. Tak
bardzo denerwuje mnie to, gdy on ciągle powtarza: – uśmiechnij się. Gdy w
Święta nie chciałam iść w odwiedziny do jego kuzynostwa, obraził się, ale po
co miałam tam iść, chyba tylko po to by popsuć wszystkim humor, jak ja bym
się czuła patrząc na tych roześmianych ludzi, którzy nagle zaczęli mnie
traktować z dystansem udając, że nic się nie stało, że nigdy nie byłam w
ciąży.
Ja naprawdę chciałabym wierzyć, że będzie dobrze, że znowu zacznę się
uśmiechać, że jeszcze będziemy mieć dzieci, ale potrzebuję na to czasu. Nie
potrafię myśleć, że Ona żyła, umarła, trudno, bo razem z Nią umarły wszystkie
moje plany i marzenia, umarła jakaś cząstka mnie.
Chciałabym by mój mąż okazywał mi więcej zrozumienia, by w chwilach gdy jest
mi naprawdę ciężko był ze mną i choć raz powiedział mi, że jemu też jest
smutno. Komu się mam wyżalić, jak nie jemu. Staram się z nim rozmawiać, ale
to jest jak rzucanie grochem o ścianę.
Zastanawiam się czy Wy też macie takie odczucia względem swoich mężów,
partnerów? Czy oni rzeczywiście tak bardzo się od nas różnią? Czy tę tragedie
odbierają w zupełnie inny sposób niż my? A może jest na forum jakiś
mężczyzna, który by napisał o swoich odczuciach w tej sprawie.
Pozdrawiam gorąco!
    • mamawikusia Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 11:53
      Witaj.
      Wiesz myślę,ze Twój mąż cierpi tak samo jak Ty tylko stara się tego nie
      okazywac bo boi się,ze już się wtedy niepozbiera.Wiem,ze to są tylko takie
      gdybania,ale ja podobne zachowanie obserwuje u mojego męża.Rzucił się w wir
      pracy i mówi ,ze to dla Wici zeby był z niego dumny.Ja też wróciłam do
      pracy,ale jakoś nie potrafię się odnalezć.Nie chce mi sie,zamiast pracować
      siedzę non-stop przed komputerem i patrzę czy któraś z Was nie jest czasem na
      forum i o czym piszecie.
      Nie odbieraj męża w zły sposób każdy z nas ma prawo do cierpienia i przeżywania
      straty na swój sposób.Tak do końca nie wiem co jest lepsze?
      Ja też miewam ogromne doły,unikam snu bo śnią mi się tylko koszmary,ostatniej
      nocy naprzykład taki:klęczę z moją mamą i na rękach mama trzyma mojego Wikusia-
      martwego ja boje się Go dotknąć jest taki zimny.Zaraz po tym obrazku śni mi się
      taki wątek:
    • urszula5 Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 12:04
      Mam identycznie to samo co Ty żyjemy niby razem , ale jakże daleko od siebie.
      On ucieka na całe dnie do późnej nocy do pracy a ja siedzę myślę , płaczę to co
      muszę zrobić , zrobie , ale to chyba nie ja robię tylko jakiś robot. Oglądam
      zdjęcia bo tylko to mi zostało wącham śpioszki w które był ubierany w spodniach
      i torebce noszę skarpetusie Bartusia patrzę na łóżeczko , które cały czas
      czeka ;;-(((((( tylko już sama niewiem na kogo . Przecierz cudów nie ma On już
      nie wróci, choć cały czas sobie wmawiam żewróci że tylko jest w szpitalu a ja
      tam nie mogę iść ;-( ja ciągle czekam nie moge i nie potrafie się z tym
      pogodzić;;-((((((
      Trzymaj się tylko to Ci mogę napisać niestety nie jestem najlepszym
      pocieszycielem, choć bardzo bym chciała sama nie daję rady.
      Pozdrawiam Ula


      Jest miłość co była ciałem , a stała się duchem....
      Tak krótko byłeś moją radością , a teraz jesteś Boga własnością....
    • anuszka_bishi_buluu Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 12:09
      Infinity!
      To chyba zalezy od usposobienia człowieka, może Twój mężczyzna jest większym
      intrawertykiem serce mu krwawi, ale w zyciu tego po sobie nie pokaże. Też
      cierpi ale woli żeby go to cierpienie zeżarło od środka, tak niektórzy mają...Z
      facetami zresztą to są takie ciężkie przeprawy, oni jakoś czują że muszą być
      oparciem, tzw głową rodziny i podporą. A jak nagle głowa rodziny zaczyna się
      mazać i okazywać za dużo uczuć to w ich oczach jest bardzo "niemęskie". Taki
      trochę strereotyp- mężczyzna nie płacze, mężczyzna musi być twardzielem-nieby
      strereotyp ale ciagle aktualny. Nie wiem czy napisałam to wystarczająco
      zrozumiale...
      Mój mąż dla odmiany jest bardzo niestereotypowy. Czasami mam wrażenie że to on
      bardziej niż ja przeżył stratę Marcysia, że jest bardziej wrażliwy ode mnie. Od
      śmierci synka tylko on się modli i ciągnie mnie na siłę do kościoła. Tylko on
      chce mieć kolejne dziecko i rozpaczliwie pragnie mieć prawdziwą rodzinę.
      Ja to juz olewam...Też spotykam się z mężem dosłownie na 2 godz dziennie i jest
      dla mnie coraz bardziej obcy i odległy... Mam wrażenie że razem z moim synkiem
      umarło kilka innych rzeczy we mnie. A narodziła się wyłącznie obojętnośc i
      tumiwisizm...
      Dorota mama Aniołka Marcinka
      • mamawikusia Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 12:25
        Przepraszam,ze tak przerwałam w połowie ,ale wszedł szef i trzeba było uciekać
        z forum.Wię piszę dalej:
        Po tym koszmarze nadchodzi następny:Wiem,ze Wicia nie zyje,rozpaczam a tu nagle
        telefon:siostra mojego męża dzwoni do niego i opowiada jaka to jej
        nowonarodzona córeczka jest super,a mój mąż cieszy się jak dziecko z
        nią.Dostaję szału,wyrywam mu słuchawkę i wyzywam ją od....... i zeby dała nam
        spokój.Niech się cieszy ,a nam niech da żyć swoim życiem i cierpieniem.
        Po takich sna ch wolę nie spać.
        Wracając jednak do tematu:mi tak jak Tobie nie chce się spotykać z ludzmi,bo po
        pierwsze nie mam na to ochoty - po drugie wkurza mnie ich omijanie tematu
        śmierci Wiktorka -i po trzecie jak słyszę ,my was rozumiemy,bo nasza xxxx też
        była chora i ile to my się strachu i nerwów najedliśmy.Do jasnej cholery co oni
        mogą wiedzieć o uczuciach rodzica który prosi lekarzy ,zeby dali jego dziecku
        umrzeć?co oni mogą wiedzieć o śmierci dziecka.Zaprzeproszeniem wielkie gówno-
        więc nie ch lepiej się nie wypowiadają,a ponieważ każdy i tak to robi to ja
        stwierdziłąm,ze nie chce misię ich ogladać.Nauczyłam się już,,że nikt mnie nie
        rozumie z zewnątrz i że nawet nie powinnam tego wymagać.
        Więc jak widzisz nie jesteś sama ,są inne które czują podobnie.Pozdrawiam.
        PS.nie bądz zawiedziona mężem.Ja znalazłąm sposób.Z moim mężem się przytulam i
        milcze,a tutaj na forum wspominam Wiktorka.
    • vinga_o Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 14:38
      Chyba wszystkie w mniejszym lub większym stopniu mamy problem w małżeństwie z
      przeżywaniem żałoby i straty ukochanego dziecka, inaczej reaguje kobieta,
      inaczej mężczyzna. Nie dość, że społeczeństwo nie przyzwala mężczyźnie na płacz,
      to sam widząc zapłakaną żonę, nie może sobie pozwolić na okazywanie smutku. Poza
      tym zawsze uważałam, ze mężczyźni mają "luźniejsze" podejście do życia, co im
      wychodzi tylko na zdrowie.

      Infinity, próbowałaś szczerze porozmawiać z mężem ? Powiedzieć mu o swoich
      uczuciach, potrzebach, o tym co Cię denerwuje ? Mąż nie jest wróżką i nie wie,
      które słowa Cię zdenerwują i jeszcze bardziej zabolą. To co Ciebie rani, dla
      niego jest błahostką. Może spróbuj powiedzieć mu dokładnie, które słowa
      zabolały, jak ma się nie odzywać, bo pogarsza Twój stan emocjonalny. Ja tak
      staram się robić i na razie (odpukać) takie rozmowy pomagają.

      Życzę nam wszystkim trwałości małżeństw, strata dziecka to przecież duże wyzwanie.

      Pozdrawiam serdecznie
      Kinga
    • matilda2003 Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 14:45
      Cześć!
      Od śmierci mojego synka minęło już 2,5 roku, ale cały czas pamiętam jak to było
      z moim mężem.
      U nas była trochę inna sytuacja , ponieważ mąż ma syna z pierwszego małżeństwa,
      i to w nim mąż znalazł oparcie , którego mnie brakowało. Strasznie
      bolało ,kiedy zostawałam w domu a on jechał do syna. Wiem ,że bardzo przeżył
      śmierć naszego Aleksia. Pierwszy raz wtedy widziałam jak płacze. To on dzielnie
      niósł urnę z prochami naszego synka. Więc wiem że to przeżywał. Wiem też że
      gdyby nie jego wsparcie , nie wiem co bym wtedy z sobą zrobiła. Ale z czasem
      kiedy u mnie ból był cały czas taki sam, on się dźwigał. Coraz rzadziej
      odwiedza go na cmentarzu i mało o nim mówi. Teraz mamy córeczkę i to ona
      pochłania cały nasz czas i energię, ale tak myślę ,że bardzo się różnimy w
      uczuciach.
      Mężczyzna nigdy nie zrozumie, że my kochamy dziecko już w brzuchu, że juz wtedy
      jesteśmy z nim na wieki związane. Mężczyzna nie wie co to czuć ruchy dziecka,
      co to ssanie piersi itd. Nasz syn żył 23 godziny. Mój mąż widział go może 4
      godz. A ja miałam go przeciez całe 38 tygodni.
      Nie mówię ,że nie nie ma innych mężczyzn, tzn, takich którzy przeżywają to tak
      jak my, ale niestety ja na takiego nie trafiłam.
      Pozdrawiam. Jowita
      • leran Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 16:41
        Może właśnie to jest potrzebne - siła naszych mężczyzn. Ja wiem, że u mojego m.ból też był silny, tylko on musiał się z tym wszystkim uporać sam- tan,. z pogrzebem i sprawami z tym związanymi. On też mi powtarza, że moja rozpacz niczego nie zmieni i nie wróci już do nas synek.......ALe pociesza, że będziemy mogli jeszcze mieć dzieci - jeżeli się odważymy. Czy byłoby wam lżej, gdyby wasi mężczyźni płakali razem z wami - nie sądzę. Trzeba się podnieść i żyć dalej. Wiem, że to jest bardzo trudne i nie wiem, czy jeszcze kiedyś będzie ze mną lepiej. Na pewno nie jestem już tym samym człowiekiem. Wydaje mi się,że jestem może w środku... robię się zła.... I to mnie najbardziej przeraża
    • igga-81 Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 16:29
      dobrze znam i rozumiem to wszystko...
      kikla dni temu rozstałam sie ostatecznie z moim partnerem.. przerosło nas to
    • olga-roy Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 21:38
      Po smierci syna cierpialam podwojnie.Stracilam ukochane dziecko i widzialam jak
      bardzo cierpi moj maz.Relacje naszego syna z mezem byly wspaniale.Czasami
      mialam wrazenie ,ze stanowia jedna calosc.Pewnie czasami i mialam male chwilki
      zazdrosci,ze tak wspaniale sie rozumieja...Kiedy odchodzi dziecko bol rodzicow
      jest jednakowy.Wydaje nam sie ,ze mezczyzni reaguja czasami nie tak jak bysmy
      sobie to wyobrazaly.Czesto przylapywalam meza jak plakal w ukryciu.Ja robilam
      to otwarcie,on w "masce".Nigdy nie staralismy sie pocieszac.Kazde z nas mialo
      prawo do swojego zalu.
      Z chwila utraty dziecka ich obraz szczesliwej rodziny,za ktora sa
      odpowiedzialni legl w gruzach.Czesto nie radza sobie z tym,i chyba wszelkie
      dowody tego,dzialaja na nich negatywnie.
    • fibo1 Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 09.02.05, 23:54
      Wielokrotnie chciałem rozpocząć wątek na ten temat. Obawiałem się jednak
      koniecznego w tym przypadku klasyfikowania ludzi, uczuć, emocji, ocen, wyjścia
      poza "poprawność polityczną", taniej psychologii i cholera wie czego jeszcze.

      Mężczyźni i kobiety mają inaczej.
      Nie z powodów obyczajowych i społecznych, nie w wyniku ukochania przez cherlaków
      bycia macho, nie z wyboru. Myślę, że ewolucyjnie zostaliśmy tak właśnie
      zaprogramowani. To straszne uproszczenie- ale najogólniej samiec jest
      "wymyślony" do walki, ochrony, bezpieczeństwa, łowów. Samica w tym czasie chroni
      młode, dba o gniazdo, rozdziela zapasy żywności, pozostając z dziećmi komunikuje
      się z nimi na poziomie uczuć i emocji. W moim pojęciu Ona jest Królową stanu,
      On- Królem procesu.
      Co z tego wynika? Ano zupełnie inny sposób zachowania w momencie tragedii,
      kataklizmu, zagrożenia rodziny.
      Kobieta używa swoich narzędzi: uczuć i emocji, mężczyzna atawistycznie usiłuje
      swoje stado przez niebezpieczeństwo przeprowadzić. Człowiek w obliczu
      największych tragedii zawęża swoje metody działania do tych najprostszych,
      najprymitywniejszych. Ból i cierpienie ograniczają zdolność oraz chęć
      wariantowego myślenia. Skupiamy się na odruchach, archetypach.
      Facet chroni całość rodziny, ukochaną kobietę, zdrowie psychiczne, zdolność do
      wypełniania podstawowych funkcji. Często rzuca się w wir pracy- bo ona odbiera
      czas na myślenie a jednocześnie jest czymś obiektywnie dobrym i pożądanym dla
      rodziny. Podświadomie stara się otorbić ból, zamknąć go w najmroczniejszych
      swoich czeluściach dla dobra wspólnego. Działa instynktownie, aby uczucia i
      emocje nie rozzbroiły go, radzi sobie atawistycznie będąc gotowym do dalszych
      działań. Często wbrew swojej woli, często płacząc w samotności, strasznym
      kosztem. Tak nas zrobiła natura: płacz w kiblu, ale bo wyjściu bądź gotów!
      Jego skrajnie cierpiąca i nieszczęśliwa kobieta dostaje więc od niego jedyną w
      jego mniemaniu słuszną i uczciwą receptę: męską receptę. Bądź twarda, przestań
      smarkać, zapomnij, zamknij to gdzieś, rycz w samotności, przestań się w tej
      tragedii zapamiętywać. Idź dalej!
      I wszystko byłoby OK, gdyby nie nasza inność.
      Cierpiący jak potępieniec, ale w zamknięciu men często odbierany jest jako
      potwór bez uczuć, utrzymywana maska to dowód zapomnienia o zmarłym dziecku, a
      powiedzenie "no przestań już płakać, uśmiechnij się, choć do kina" zamiast
      dowodu najwyższej troski i miłości staje się "dowodem" na kompletny brak empatii
      i okrutny prymitywizm emocjonalny. Słowa "nic na to nie mogę poradzić przecie",
      będące emanacją skrajnej frustracji i jątrzącej bezradności są brane za manifest
      obojętności.
      Tak u jednych jak i u drugich poradzenie sobie z traumą żałoby wymaga zużywania
      olbrzymich pokładów energii, osłabieni tym- często bywamy niesprawiedliwi,
      gryząc będących najbliżej... Nie mając siły na głębokie, filozoficzne
      przemyślenia idziemy "na skróty" i przyprawiamy gębę partnerowi: jaki on
      obojętny, jaka ona rozsmarkana. I wniosek ogólny: nie chcę z kimś takim (tu
      wpisać dowolny zarzut z dowolnej listy) być więcej. Ona/on mnie kompletnie nie
      rozumie. Stał/a mi się kompletnie obcy/a. A że na kimś trzeba wywrzeć swój gniew
      i ból, więc drogi się zaczynają rozchodzić...
      Jakie jest wyjście z tego pasztetu, tym trudniejsze, że poszukiwane w
      obustronnie ekstremalnych stanach uczuciowych?
      Nie wiem. Czuję przez skórę, że chyba najprostsze: otwarte mówienie o swoich
      uczuciach i oczekiwaniach, jasne i proste dogadywanie się, wieszanie mostów
      pomiędzy płciami, postępowanie z własnym partnerem choćby zgodnie z zasadami
      tego forum: nie oceniać, wspierać, nie pouczać, mieć świadomość rozmowy z
      człowiekiem głęboko cierpiącym, szanować czyjś odmienny sposób wyrażania tego
      cierpienia itp itd. Na początek wystarczy. U mnie zadziałało.
      Rycerz w zbroi płytowej wcale nie jest cały z żelaza, zapłakana kobieta wcale
      nie jest zbudowana z łez. Reszta to próba powiedzenia sobie o tym.
      Do koszmaru tragedii często dochodzi jeszcze cholerna samotność: ona siedzi w
      pokoju i płacząc myśli o swoim straconym dziecku, a on w kuchni zgrzyta zębami z
      bólu i bezsilności i myśli o swoim straconym dziecku. A umarło wspólne dziecko.
      Nasze. I razem je opłakujemy, tylko odmiennie.
      Przepraszając wszystkie osoby myślące o róznicach płci odmiennie proszę o
      wybaczenie i tolerancję dla mojego zdania na ten temat. To tylko przyczynek w
      dyskusji a nie pretekst do wojny na forum. Pokornie przyjmę dowolne inwektywy-
      tylko błagam- na priv.
      • wustyle Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 10.02.05, 00:07
        fibo na listosc boska '-)

        powinno byc tak:
        razem - na dobre i na zle
        razem - nie do zlamania
        razem - w bolu i radosci
        razem - poki smierc ich nie rozlaczy
        coz ja moge powiedziec...
        nie wyobrazam sobie zycia bez zony a nasza tragedia jeszcze bardziej zblizyla nas do siebie
        (choc to chyba nie mozliwe zebysmy kochali sie jeszcze bardziej)
        ciezko mowic za innych...

        sebastian - tata Laury



        • fibo1 Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 10.02.05, 00:23
          Absolutna zgoda Wustyle! Tak właśnie powinno być. Tak jak piszesz. Jestem za,
          podpisuję się pod tym rękami, nogami i uszami. Problem w tym paskudnym słówku
          "powinno". Czytając niektóre posty dziewczyn, a choćby i ten na który
          odpowiadamy, mam wrażenie, że często jednak bywa odmiennie. Stąd moja nieśmiała
          próba napisania instrukcji obsługi faceta.
          Nas też z żoną tragedia zbliżyła i scementowała. Ale nie było łatwo. Ani jej,
          ani mnie.
          Pozdrawiam Was bardzo ciepło
          • vinga_o Fibo ... 10.02.05, 10:01
            Fibo, miałam nadzieję, że wypowie się któryś z Panów :-) Bardzo się cieszę, że
            tak obszernie opisałeś "instrukcję obsługi faceta". Po pierwsze utwierdziłeś
            mnie w moim zdaniu na temat przeżywania żałoby przez mężczyzn i w tym, aby
            rozmawiać o uczuciach, a po drugie mam wielką nadzieję, że pomożesz swoją męską
            wypowiedzią osamotnionym kobietom zrozumieć mężów (mi również) ;-)

            Pozdrawiam serdecznie
            Kinga
            • wustyle Re: Fibo ... 10.02.05, 10:30
              wyszlo na to ze jestem kobieta '-)

              sebastian - tata Laury
              • fibo1 Re: Fibo ... 10.02.05, 13:21
                wustyle napisał:

                > wyszlo na to ze jestem kobieta '-)
                >
                > sebastian - tata Laury

                Dzień dobry Wustyle!
                Po pierwsze- gratulacje!
                Po drugie- to jest szansa, że jeszcze nie raz miło się zaskoczysz.
                Po trzecie- "natura ludzko jest dwoisto" jak mawiają starożytni górale.
                Po czwarte- czy masz ładne nogi???
                A po piąte całkiem już serio- bardzo się cieszę, że dzięki, jak sądzę, miłości i
                obustronnej wrażliwości udaje Wam się przechodzić przez to doświadczenie razem,
                bez zbędnych cierpień. Tych niezbędnych i tak mamy w nadmiarze. Ach! Żeby tak
                wszyscy potrafili...
                Moje ciepłe myśli już lecą do Was z zapałem. Proszę nie odganiać i wysypać
                okruszki na parapet.
                :-)))

                tata Marty i Zuzki
              • vinga_o Wustyle :-) 10.02.05, 13:39
                Sebastian, wiem że jesteś mężczyzną, choć nie widziałam Cię na oczy :-)
                Pisząc do Fibo, myślałam aby skierować też słowa do Ciebie, ale ja się zgadzałam
                w 100% ze słowami Fibo, bo napisał jak JEST, a nie jak POWINNO być.
                Bez urazy :-)

                Pozdrawiam
                Kinga
                • anuszka_bishi_buluu Do Fibo i Wustyle! 10.02.05, 13:55
                  Nie chcę tu za mocno słodzić chociaż to akurat Panowie lubicie :)ale bardzo
                  jestem pod wrażeniem Waszych głosów w tym poście. Przywraca mi to wiarę w
                  zdrowy męski punkt widzenia i ten specyficzny rodzaj inteligentnej wrażliwości
                  zupełnie obcej kobietom.....My potrafimy tylko konkstruktywnie ryczeć i równie
                  konstruktywnie zasmarkiwać Wam koszule.
                  Zazdroszczę Waszym żonom...
                  Dorota mama Aniołka Marcinka
                  • ladyhawke12 Re: Do Fibo i Wustyle! 10.02.05, 14:01
                    Napisałam co myślę o Tym juz w poscie pod tyułem "Kiedy miłość wygasa"
                    • wustyle do wszystkich dziewczynek '-) 10.02.05, 15:04
                      jak tylko wprowadza poligamie to wezme Was wszystkie do siebie '-)

                      tylko moja zona musi sie jeszcze zgodzic:)

                      sebastian - tata Laury
        • bunio1 Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 10.02.05, 19:14
          Sebastian masz racje Adam.

          • wustyle Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 10.02.05, 19:23
            Adas - masz racje ze mam racje '-)

            sebastian - tata Laury
    • katrin255 Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 11.02.05, 02:20
      Kazdy z nas inaczej przezywa zalobe.
      Szczegolnie mezczyzni niz kobiety.
      Mezczyzni staraja sie byc silni, nie ukazywac tak bardzo swoich uczuc,
      slabosci. Chca byc silni dla nas ...

      Ja mam wielkie oparcie w moim Mezu.
      Kiedy zaraz po porodzie nie wiedzialam co sie dzieje, on stanal na wysokosci
      zadania i wszystko zalatwial, organizowal a przy tym znalazl czas by mnie
      pocieszyc, przytulic albo odpowiadac na moje debilne pytania powtarzane w
      kolko "czy jej nie jest zimno?", "myslisz, ze bawi sie teraz z innymi
      dziecmi?" "Mamusia, jej wyhaftowala taka piekna kolderke, podoba sie jej,
      prawda?" .....

      Bardzo mi przykro kiedy czytam, ze nie znajdujecie oparcia w swoich Mezach. Tak
      jak napisal Sebastian:na dobre i na zle. A nie tylko wtedy kiedy jest dobrze.

      Niedlugo mina 3 miesiace od smierci Nessi i za kazdy krok ktory robie do przodu
      moge dziekowac mojemu Mezowi. Bardzo mnie wspiera i pomoga, rozmawia ze mna
      (choc czasami tez juz mu sie nie chce walkowac 10 raz ten sam temat). Przez 2
      miesiace byl ze mna w domu, nie chodzil do pracy. Bal sie zostawic mnie sama.

      Zawsze bylismy ze soba blisko, ale ta tragedia zblizyla nas do siebie jeszcze
      bardziej i zadne nie wyobraza sobie zycia bez drugiego. W tak trudniej chwili
      jest to bardzo wazne, wiedziec, ze ma sie wsparcie w tak bliskiej naszemu sercu
      osobie jak Maz.

      Pozdrawiam Was i przesylam Wam duzo sil.
      Katrin
    • agablues Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 11.02.05, 19:24
      Ja też stanę w obronie facetów.

      Często zastanawiam się czy umiałabym szanować mężczyznę, który po smierci
      dziecka:
      - rozpacza bardziej dramatycznie niż ja
      - tak pogrąża sie w swoim własnym bólu, ze wszystko zostawia na mojej głowie -
      formalności w urzędzie, pogrzeb
      - widzę bez przerwy jego łzy, załamanie i tego, ze oczekuje ode mnie wsparcia
      - w depresji przestaje pracować - utrzymanie domu zosaje na mojej głowie.
      Itd, itp

      Czasami mam wrażenie, ze za dużo od nich oczekujemy. Wymagamy, zeby oni uznali
      nasz sposób przezywania żałoby, jednocześnie nie pozwalając im na przezywanie
      straty po swojemu. Nie chcę oceniać ani generalizować, zachęcam tylko do
      spojrzenia na faceta od innej strony. Dla mnie błogosławieństwem było to, ze
      nie musiałam od razu wracać do pracy. On musiał. Musiał poradzić sobie z własną
      bezradnością i bezsilnością - co chyba dla każdego mężczyzny jest cholernie
      trudne. Stanąć przed faktem, że NIC nie jest w stanie zrobić. W dodatku nie
      jest w stanie pocieszyć kolejnej najbliższej osoby - partnerki czy żony. Znowu
      jest bezsilny, a przecież pewnie czuje się odpowiedzialny za swoją kobietę i
      chciałby jakoś jej pomóc. Jestem pewna, że cierpią równie mocno jak my, pewnie
      na swój sposób, ale równie mocno. Tyle, ze oni nie zawsze mają przyzwolenie na
      okazywanie swoich uczuć.
      Infinity, dajcie sobie wzajemnie czas, wolność w przeżywaniu żałoby i miłość.
      Pozdrawiam, Aga
    • stary71 Re: STRATA DZIECKA I ZACHOWANIE MĘŻCZYZN 12.02.05, 02:56
      Dawno mnie nie było, więc dopiero teraz się odzywam.
      Naszą historię opisałem w wątku "Mój Antek". Wzajemna otwartość jest podstawą
      wszystkiego, oczywiscie jeśli towarzyszy miłości, albo przyjaźni. Niestety, nie
      jest regułą, także ze względu na ogromne różnice w wychowaniu.
      Poza tym - zmieniamy się, nie zawsze na dobre (mówię za siebie). Nie mogę np.
      powiedzieć, abyśmy oboje z Żoną byli z każdym dniem naszego 29 lat trwającego
      małżeństwa coraz bardziej otwarci. Meandry i zawiłości życia nie pozwalają na
      to. Ale staramy się trzymać fason, nie tylko na zewnątrz.
      Jak sie domyślacie, mam już swoje lata (a niech to!), więc i niemało
      doświadczeń. Dlatego wiem, jak ważną rzeczą jest zawczasu pomysleć, co z nami
      będzie po kilku, czy kilkunastu latach od tych traumatycznych wydarzeń. Żeby
      nie wzięła górę gorycz wzajemnych wyrzutów. Zwłaszcza kiedy temperatura uczuć
      nie będzie juz osiągała skali wybuchów na słońcu.
      Zrozumiałe, że bardzo podoba mi się to, co napisali Panowie. Jest tam taki
      ważny postulat: budować mosty pomiedzy płciami. Może to i brzmi śmiesznie, ale
      od tego trzeba zacząć i to już w dzieciństwie. Nie jest to jednak łatwe.
      Mówienie chłopakowi "nie bądź babą" kiedy ryczy, utrwala stereotyp, ale może
      uchroni go od drwin kolegów w szkole. Zresztą zdarza się, że same kobiety są
      zwolenniczkami tradycyjnych ról w małżeństwie "nie cierpię, kiedy mi się po
      kuchni plącze..."
      Nie tylko kobiety wymagają za wiele od mężczyzn (na co dzień ich czasem
      rozpuszczają). Równiez mężczyźni wymagają od kobiet, aby były zawsze atrakcyjne
      (a więc broń Boże nie smutne!!!), a i poprawność każe dziś kobietom dokazywać
      równych sukcesów zawodowych w każdej dziedzinie. Tymczasem w chwili kryzysu
      okazuje sie, że różnice płci są głębsze niż tylko te, które sobie tak chwalimy.
      To jasne, że nie zrozumiemy się wzajemnie w 100 procentach, bo mężczyzna nie
      jest w stanie wyobrazić sobie noszenia dziecka przez 9 miesięcy we własnym
      wnętrzu. Może się do tego odrobine zbliżyć, jak to mnie sie udawało za każdym
      razem, gdy przez ostatnie tygodnie oczekiwania na dziecko długie chwile
      spędzałem wyczuwając ręką jego ruchy i usiłując sobie wyobrazić coś takiego w
      sobie. Czasem wydawało mi sie, że zazdroszczę Żonie tego poczucia. Z każdym z
      moich chłopców bawiliśmy się w ten sposób oboje z wielka radością. Ale więcej
      sie tu zblizyc nie można. Istnieją nieprzekraczalne granice i trudno się na nie
      obrażać.
      I - jak to już chyba pisałem - nie mam pewności w niektórych kwestiach, bo moja
      Żona jest taką dziko rosnącą brzóżką, która nigdy do końca nie ujawni tego, co
      czuje, nade wszystko kocha wolność i niezależność, nawet za cenę niewygody.
      Piekielnie honorna jest ta moja dziewczyna i nie ukrywam, że równiez dlatego mi
      sie tak podoba. Ale bywa to trudne. Więc nie mam pewności, czy kiedyś, po
      latach nie okaże się, że ma żal do mnie o to, ze to ja opiekuje się grobem
      Antka, że odsunałem od Niej wszystkie sprawy z tym związane, itd. Ale boję się
      o to pytać, żeby nie naruszyć pewnej równowagi, którą w końcu odzyskała.
      Przepraszam, że piszę nieporadnie, ale właśnie pracuje nad kilkoma tekstami,
      jest 3-cia w nocy i synapsy nie zaskakuja jak należy...
      Pozdrawiam serdecznie
      s71
Pełna wersja