edziawz
27.02.05, 01:03
Tak bardzo czekaliśmy na ciążę. Już baliśmy się, że coś jest nie tak. jednak
po pół roku udało się. Niezapomnę chwili gdy zobaczyłam dwie kreski na
teśćie. Nadal nie mogłam uwierzyć. Szybko popołudniu udaliśmy się do lekarza,
który potwierdził ciążę. Był to 4 tydz. Jacy byliśmy szczęśliwi. zresztą cała
rodzina. Wszyscy bardzo czekali na naszą kruszynkę. Na początku wszystko było
ok. Wyniki badań dobre, czułam się też dobrze. Miomo okropnych mdłośći byłam
najszczęśliwszą osobą na świecie. Strach przyszedł w 9 tyg. Zaczęłam
krwawić.Było to niewielkie krwawienie. Dostałam tabletki na podtrzymanie i
musiąłąm spędzić dwa tyg. w łóżku. Tak bardzo się bałam. Modliłam się żeby
wszystko dobrze się skończyło. Dziękowałąm za każdy kolejny tydzień. Minął 12
tydz. Trochę się uspokoiłam, bo niby najgorszy okres minął. Zaczęłam wierzyć,
że teraz już wszytko będzie dobrze. Na usg moje maleństwo wyglądało tak
cudownie. TAk fajnie było słuchąć jej serduszka.BAdania były w porządku.
Problemy zaczęły się znowu w 5 miesiącu. Okazało się,że mam wzw C. Znowu
chwile grozy co z moją córeczką. Od początku czułam ,że to dziewczynka.Wizyty
u lekarzy którzy zapewniali,że to nie ma wpływu na nasze maleństwo.Pobyt w
szpitalu, bo myśłałam żę wyciekają mi wody. Jednak fałszywy alarm. Za to
wykryto,że szyjka mi się rozwiera. nakaz odpoczynku. Dużo leżenia.Żadnego
stersu. JEdnak łatwo było mówić wszyskim,że mam się nie denerwować. Ciągle
się bałam. Stosowałam się do zaleceń lekarzy. Bardzo na siebie uważałam.
Byłam spokojniejsza z każdym tygodniem ciąży, bo wierzyłam ,że każdy następny
tydzień zwiększa szanse na przeżycia. W wielkanoc zaczął się 32
tydzień.Lekarze zapewniali mnie że z maleństwem jest wszysko dobrze. Była
bardzo ruchliwa. Nie mogłam się doczekać kiedy ją przytulę. Gdy już nie
miałam siły leżeć wyobrażałam sobie co będziemy razem robić.Jak cudownie
będzie nam razem. W drugi dzień świąt wielkanocnych od rana zacząły mi się
lekkie skurcze. O północy zostałam przyjęta do szpitala. Kroplówka i
zastrzyki na wstrzymanie skurczów i leki na rozwinięcie płucek maleństwa. I
tak spędziliśmy kolejne 4 tyg. CIągłe leżęnie pod kroplówkami. I ten paniczny
strach. W 36 tyg. po badaniu usg zadecydowano odłąćzyć mi kroplówki.
Stwierdzono,że dziecko jest duże i jak tak bardzo śpieszy się na świat to już
nic jej nie grozi. Skurcze się nasilały, ale rozwarcie nie. Wysłano mnie na
porodówkę i czekano na rozwój sytuacji. Kazano mi chodzić. Jednak skurcze i
rozwarcie były bez zmian. Nagle odeszły mi wody, które były zielonkawe.
Przyszedł do mnie lekarz z pytaniem czy się zgadzam na cesarkę, żę tak będzie
lepiej dla mnie i bezpieczniej dla dziecka. Zgodziłam się. Wszystko tak
szybko się działo. Znieczulenie w kręgosłup. Cięcie. I w końcu pojawiła się
nasza córeczka Wiktoria. Ciągle się zastanawiałam jak to będzie kiedy ją
zobaczę i usłyszę jej płacz. Gdy powiedzieli mi, że to dziewczynka i
usłyszałam jak płacze poczułam wielką ulgę. Poprostu wydawało mi się że teraz
już wszystko będzie dobrze. Powiedzieli mi że wszystko jest ok. Pielęgniarka
przyłożyła mi ją do twarzy. Mogłam ją pocałować. Jadnak nie mogłam ją dotkąć
rękami ani przytulić, bo wszędzie kroplówki i inne kable od różnych
urządzeń.Była taka śliczna i spokojna. Patrzyła na mnie swoimi dużymi
oczkami. Trwało to chwilkę, bo ją zabrali. Spokojnie czekałam jak skończą
mnie zszywać i już nie mogłam doczekać się chwili kiedy wezmę ja na ręce i
przytulę. Gdy zawieżli mnie na salę pooperacyjną nie przywieżli mi dziecka.
Powiedzieli, że muszę odpocząć i żę się nacieszę swoim malęństwem.
Zapewniali ,że z Wiktorią jest wszystko ok i ona też musi odpocząć. Spokojnie
zasnęła. Gdy tylko przychodziła pielęgniarka pytałam o to jak czuje się moja
córeczka. Oczywiście mówiono mi że dobrze. Nad ranem obudziłam się i poczułam
dziwny niepokój. Słyszałam płacz dziecka i miałam wrażenie że to moja
Wiktoria. Za chwilę przyszła do mnie lekarka i powiedziała, że jest jej
przykro ale nasz acóreczka jest w stanie krytycznym i czekają na karetkę aby
zabrać ją do innego szpitala.Potem przyszła drugi raz i powiedziała że jest
jeszcze gorzej i czy chcemy aby ją zabrali. Powiedziała, że nawet jak
przeżyje to będzie bardzo chora.Wydawało mi się,że chce usłyszeć od nas żeby
zaprzestali walczyć o jej życie. Niewiem jak mogła o to zapytać. Nie mogłam
uwierzyć w to co ona mówi. Nadal jednak myślałam że wszystko dobrze się
skończy. Strasznie płakałam i modliłam się żeby była silna i walczyła o
życie. Mój mąż pojechała razem z nią. Cały czas był przy niej jak próbowali
ją ratować.Ja miąłam wyrzyty że nie mogę być z nią w tych trudnych chwilach.
Popołudniu przuszedł do mnie mąż. Myślał że wiem, że nasza córeczka zmarła.
Nikt mi jednak nie powiedział. Jak tylko go zobaczyłam to się
domyśliłam.Myśląc o tym teraz wydaje mie się że wcześniej już czułam to, ale
nie dopuszczałam tej myśli do siebie.Kolejne dni to koszmar w szpitalu. Doba
spędzona na porodówce gdzie ciągle słyszałąm płacz innych dzieci i widziałam
radość innych kobiet. Potem kolejne dni na ginekologi wśród ciężąrnych.
Koszmar. Cały czas płakałam. Nie mogłam spać, jeść. Chciałam umrzeć i
dołąćzyć do mojej córeczki. Ciągle miałąm wyrzuty że coś zaniedbałam, że nie
widziałyśmu się długo, żę nie mołam być przy niej. Nie wybaczę sobie tego,że
nie nalegałam zaraz po cc o to żeby mi ją przywieźli. zobaczyłam ją dopiero
na pogrzebie w trumnie. Wyglądała jakby spała. Niezapomnę tych małych rąćzek
złożónych na brzyszku. Nie pozowlili mi jej przytulić, choć tak bardzo
chciałam ją choć przez chwilę potrzymać na rękach. Nie miałam siły nalegać.
Niewiem czy to lepiej. Być może nie potrafiłam bym jej tam spowrotem włóżyć,
a możę było by mi teraz lżej. Za kilka dni minie 10 miesięcy, a ciągle nie
potrafię żyć bez mojej kochanej Wiktorii.Nauczyłam się nie płakać przy
najbliższych i na cmentarzu. Płaczę wtedy gdy nikogo nie ma w domu, albo w
nocy, tak żeby nikt nie słyszał.Nie mam jej zdjęcia. Zostały ubranka,
łóżeczko, wózek i nne rzeczy których nigdy nie zdążyła używać i blizna na
moim brzuchu. Rodzina mnie wspiera, ale większość nie mówi o mojej córeczce.
To mnie boli, bo tak jakby o niej zapomnieli. Niektórzy mówią mi, że to
lepiej że to się stało zaraz po porodzie, bo nie zdążyłąm się przyzwyczić.
Ale co ja mam zrobić z tą pustką w sercu. Ja bym chciała mieć trochę
wspomnień ze wspólnie spędzonych chwil, zdjęci, cokolwiek co do niej
należało, coś co nosiłą, czy się bawiła. A tak nie mam nic.Tak boję się żę
zapomnę jak wyglądała, bo przecież widziałam ją tylko chwilę. Tak przykro
jest mi gdy patrzę na córeczki mojej siostry. Moja córeczka, byłby o 6 tyg.
strasz od jednej z nich. Zazdroszczę mojej siostrze i koleżankom, które mają
swoje maleństwa przy sobie. Ja mogę tylko chodzić na cmentarz i wyobrażać
sobie że kiedyś w końcu będziemy razem Nie mogę się tego doczekać.Niewiem
dlaczego nas to spotkało, czym sobie na to zasłużyliśmy. NA początku
chodziłam często do kościoła. Szukałam tam odpowiedzi.Teraz jednak ma żal do
Boga. Wierzę, że moja córeczka jest Aniołkiem i mam nadzieję, że jest jej
dobrze w niebie, ale ja mam żal do Boga,że mi ją zabrał a mnie zostawił. Kto
mi powie jak mam dalej żyć.Czasmi już nie mam siły. Czuję zazdrość patrząc na
wszyskie szczęślwie mamy i ich dzieci.Ciągle pytam dlaczego i nie słyszę
odpowiedzi.
Potrzebowałam się wyżalić. Nie potrafię już rozmawiać o tym z bliskimi. Nawet
z mężem jest mi trudno o tym mówić. Niewiem dlaczego ludzxie, którzy tak
bardo pragną dzieci napotykają na tyle terudności. Podziwiam wszystkie
dziewczyny, które ciągle próbują po tylu poronieniach.Ja niewiem czy się
odważe sprówbować raz jeszcze. Bardzo pragnę braciszka albo siotrzyczki dla
mojej Wiktorii, ale strach jest silniejszy.Niewiem czy podołam.Życzę wam
nadzieii i wytrwałości i dzięki że jesteście.