azjawusa
06.05.05, 23:45
18 lat temu pracowalam w naszym polskim LOCIE jako stewardessa
pokladowa.Bylam twarda i odporna na wszelkie stresy zwiazane z
tym zawodem.Zycie bylo dla mnie niustajaca przygoda.Chcialam zyc
ale rownoczesnie nie balam sie smierci.Dzis po wielu latach jestem
klebkiem nerwow.Po urodzeniu chorej coreczki jeszcze jakos dawalam
rade.Dobila mnie smierc nienarodzonego synka w 2000 roku.Chcialam
odrazu przejsc na leki antydepresyjne ale maz mnie przekonal zeby
z nich zreygnowac bo uzalezniaja.Dzis widze ze to byl blad-trzeba bylo
odrazu zaczac brac leki.Jest ze mna coraz gorzej.Rece mi sie trzesa,
miewam stany glebokiej depresji coraz czesciej i czesciej.Czuje ze
dlugo juz nie pozyje.Chyba ze zdecyduje sie na te leki. A jak u Was
pod tym wzgedem?Macie moze jakies "tricki"pomgajace sie uporac ze
stresem?