ulapola
18.10.05, 14:38
Chciałabym podzielić się z wami moimi przeżyciami.Zaczne od tego, że w ciągu
roku straciłam dwie córeczki.Pierwszą urodziłam martwą w 32tc.Pamiętam ,że
strasznie to przeżyłam.Moja gehenna zaczęła się od momentu jak przestałam
czuć ruchy i pojechałam do szpitala.Tam po KTG iUSG stwierdzono,że dziecko
nie żyje.Pierwsze co to wiadomo szok,płacz,rozpacz i pytanie co ja tutaj
robie przecież to niemożliwe,ja chce iść do domu.Planowałam nawet ucieczke w
szpitalnej koszuli i kapciach.Poprostu poród martwego dziecka wydawał mi się
wręcz nie do ogarnięcia rozumem.Zaaplikowano mi leki usypiające,niestety nic
nie dały całą noc płakałam.Następnego dnia wywołano mi poród.Trwało to ok 12
godz.O 3.00 w nocy urodziła się Ula.Nie wiem jak wyglądała bo bałam się na
nią spojrzeć.Teraz trochę żałuję.Kolejne dni w szpitalu spędziłam na tułaczce
po korytarzu i wyglądając przez okno zastanawiałam się dokąd zabrali moją
córeczkę.Byłam tak oszołomiona całą sytuacją,że nie umiałam poprawnie sklecić
zdania.Każda rozmowa z lekarzem kończyła się wybuchem płaczu.W mojej szafce
szpitalnej panował ogromny haos,bo nie umiałam sensownie w niej
poukładać.Gazety czytałam patrząc godzinami w jeden obrazek.Nawet przy
jedzeniu się zawieszałam trzymając przez kilka minut widelec z jedzeniem w
powietrzu.Po wyjściu ze szpitala niczym robot zorganizowałam pogrzeb.Zanim na
niego poszliśmy zjadłam pół opakowania tabletek uspakajających.Nie uchroniły
mnie one przed myślami typu wyciągnięcia dziecka z trumny aby je utulić i
razem uciec w siną dal.W myślach krzyczałam oddajcie mi dziecko,jak śmiecie
je zabierac,zakopywać i tak przyjdę i je odkopie!.Potem codziennie biegałam
na cmentarz tak jak do żywego dziecka z uczuciem ,że zostawiłam ją tam
samą.Dni mijały aż postanowiłam iść do pracy.Musiałam się czynmś zająć aby
nie zwariować.W pracy nikomu nie mówiłam o swojej tragedi bo i po co.Płakałam
tylko czasami po kątach i jak wracałam do domu.Tak bardzo za nią
tęskniłam.Bywały też dni kiedy chciałam się zabić zmęczona
koszmarami.Poczucie winy sprawiało,że cały czas śniło misię,że biegam i
zabijam ludzi,wbijam w nich nóż albo ktoś chce mnie zabić.Do tego stopnia,że
jak byłam sama w domu to mi się wydawało,że zaraz ktoś wejdzie przez balkon i
mnie zabije.Tak bardzo się bałam,że sama z tego mojego strachu chciałam ze
sobą skończyć.No ale jak przecież jest jeszcze rodzina i mąż.Po jakimś czasie
obudziłam się z myślą,że jest już chyba dobrze.Tak poprostu z dnia na
dzień.Kilka dni póżniej okazało się,ze jestem znowu w ciąży.Po ok 5
miesiącach od śmierci Uli.Moja radość pomieszana została ze strachem.Szybko
jednak doszłam do wniosku,że tym razem musi wszystko być ok.No bo poza szwem
na szyjke ,ktory założono mi w 22 tc wszystko było.Pamiętam nawet jak
tłumaczyłam swojemu mężowi,że przecież takie złe rzeczy dwa razy się nie
zdarzają.A jednak...zdarzają się i to jeszcze gorsze.W 28 tc pojechałam do
szpitala zaniepokojona słabymi ruchami dziecka.Po uprzednim usg zrobiono mi
cc.Dziecko miało wadę rozwojową-wodobrzusze.Urodziłam śliczną trochę ponad
kilogramową córeczkę.Nie dawano jej doby na przeżycie.Tak bardzo marzyłam o
córeczce z czarnymi włoskami i ona taka była.Mój skarb najpiękniejszy.Pola bo
tak daliśmy jej na imie oprócz wodobrzusza miała mnóstwo innych schorzeń w
tym sepsa potem gronkowiec się przypatoczył.Ogólnie była bardzo chora pomimo,
iż nie dawała tego po sobie poznać.Bardzo dzielnie walczyła do czasu operacji
jelitek.Biegałam do niej codziennie na intensywną terapie.Sterczałam
godzinami nad inkubatorem miziając ją po maleńkim ciałku.Bywały dni kiedy
stroiła do mnie takie śliczne,śmieszne minki.Tak bardzo wierzyłam,że jej się
uda,prosiłam żeby nas nie zostawiała.Po miesiącu nadszedł dzień gdy jej się
znacznie pogorszyło.Musiano wykonać na niej operacje po której jej nie
poznałam.Była spuchnęta jak balonik.A najgorsze po mimo otwartych oczek już
nawet na mnie nie patrzyła,nie miała siły i ochoty,była bardzo
zmęczona.Wiedziałam już co to oznacza.Matka to czuje kiedy dziecko
odchodzi.Zaczęłam się tylko modlić do Boga,ze jeżeli chce ją zabrać to niech
zrobi to teraz.Nie mogłam znieść już dłużej jej cierpienia.O godz.23 Pola
odeszła.Zyła miesiąc i 4 dni.Poczułam ulge ,a teraz już nic nie czuje oprócz
bezsensu.Nie płacze, nie biegam codziennie na cmentarz,nie chciałam iść nawet
na pogrzeb,poprostu nie czuję.Oglądam tylko czasami filmiki z jej nagraniem i
miziam ,ale już tylko ekran monitora. Kocham was moje córeczki.Mama.