wiosenna10
23.12.05, 12:12
Drugie "święta" bez Juleńki... Rok temu 22.12. pochowaliśmy nasz skarb. 2 dni
przed wigilią. Minął rok, a ja dalej nie wychodzę sama z domu. Nie potrafię
przypomnieć sobie dokładnie buziuni mojej córeczki. W domu przeraźliwa
pustka. Nie ma świąt, nie ma przygotowań, nie ma sprzątania, nie ma
prezentów. Nie ma życia. Dla mnie!
Siedzę sama w domu, mama i tata pojechali do szpitala. Dziś w nocy moja
siostra urodziła synka. dokładnie rok i 10 dni temu ja urodziłam Julcię.
Płaczę od rana, nie mogę sobie poradzić. Dla nich to będą najcudowniejsze
święta w życiu, taki cud dzień przed wigilią(pewnie teraz chodzą po sklepach
szykując wyprawkę). Ja mam dość. Moje dziecko leży w gnijącej trumience.
Mojej córeczki nie przytuliłam, nie pocałowłam, nie zabrałam do domu...
A teraz jest prawdziwe dziecko, takie, które można przytulić, pocałować.
Mojego nie ma. Mieszkamy z moimi rodzicami, siostra z rodziną mieszka dom
dalej. Od rana słyszę, żeby szykować "pępkowe", że Renata ma syna. Mój tata
nie rozumie dlaczego nie napijemy się za zdrowie sistrzeńca.
Teraz wszyscy pewnie go tulą, cieszą się. Mi nie było dane tulić własnego
dziecka. Ja patrzyłam jak umiera.
Nie życzę im źle, to bardzo dobrze, że dziecko jest zdrowe, ale dlaczego
mojego nie ma wśród nas???
ja nie mam nic, oni mają wszystko i nie mogą zrozumieć, dlaczego mi źle!
Jak mam teraz żyć? Mam oglądać ich dziecko i udawać, że wszystko ok?
Mam słuchać o ich dziecku? Mojego już nikt nie pamięta...bo mojej córeczki
przecież nie ma.
Mogłam przetrwać narodziny dzieci wśród dalszej rodziny, ale to dziecko
będzie często u nas w domu, będę słyszeć jak płaczę, jak mówią do niego, będę
widzieć, jak go tulą.
A mi pozostał grób mojej córeczki. Nie widzę sensu życia...