Nie radzę sobie...

16.01.06, 12:11
Nie radzę sobie i nie wiem, jak to poprzestawiać. Płaczę co wieczór, szloch
przy każdej smutnej piosence, łzy przy każdym wspomnieniu...
Czeka mnie teraz trudny okres w życiu- Robert kończy studia i ma 12
egzaminów, tzn, nie będzie miał czasu na moje żale. Zresztą mam świadomość,
że nie mogę zajmować mu teraz całego czasu. Przenosimy się na 3 tygodnie do
moich rodziców, gdzie nie będę mogła się przyznać, że cierpię, że tęsknię i
płaczę. Nikt nie zrozumie, a ja nie będę miała swojego kąta, gdzie można się
z tym żalem schować i wypłakać. Będę ten mój ból nosić w sobie z miejsca na
miejsce, ale to tak ciężko...
    • 22pp Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 12:14
      w tak trudnych chwilach pomysl ze jest jeszcze ktos kto bardzo bardzo cierpi i
      jest razem z toba.mamawiktorka.
      • ekaczmarczyk Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 12:20
        I mama Kamilka...

        Też ciężko mimo że to już minęło 14 miesiecy...
    • nisar Przepraszam, ale nie rozumiem... 16.01.06, 12:24
      Pierwszy raz zajrzałam na to forum, nie grzebałam zbyt dokładnie w jego
      przeszłości, więc nie wiem co złego zafundował Ci los. Niemniej nie rozumiem,
      jak ktokolwiek mógłby nie dać prawa kobiecie do smutku, jeśli ma ona za sobą
      złe chwile. Wolno Ci być smutna, zła, rozżalona i rozgoryczona. Możesz płakać,
      złościć się i oczekiwać pomocy i wsparcia! Masz prawo tego wręcz żądać. Wiem po
      sobie, że niepozwolenie sobie na przeżycie bólu do końca skutkuje braniem
      antydepresantów przez następny minimum rok. Trzymam kciuki za Ciebie i tulę Cię
      mocno. Płacz, dopóki nie poczujesz ulgi. Wolno Ci.
    • inezka6 Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 12:25
      www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
      Zapomniałam dodać link do moich dzieci...Jedyne miejsce, żeby z Nimi pobyć...
    • mcmcwc Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 13:49
      hej mamo 2 aniolkow
      kilka dni temu sama czulam sie okropnie, i tez wolalam w przestrzen czy ktos tu
      jest i ktos mnie slyszy?? i ty mi wtedy razem z innymi odpowiedzialas
      dzisiaj ja ci pisze
      jestesmy tu inezko !
      obolalae zapuchniete ja przeplakalm ten weekend, ale jakos mi lzej
      nie wiem czy tam dokad jedziesz nie da sie przyznac do tego co przezywasz,
      albo prosciej mowiac,jesli to tylko mozliwe mow o tym co czujesz,
      jesli nie najblizszym to nam
      JESTESMY TU PO TO

      sciskam cie bardzo bardzo mocno
      [*][*][*]
      dla twoich skarbow
    • jaewa1 Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 14:34
      inezka6 napisała:

      > Przenosimy się na 3 tygodnie do
      > moich rodziców, gdzie nie będę mogła się przyznać, że cierpię, że tęsknię i
      > płaczę. Nikt nie zrozumie, a ja nie będę miała swojego kąta, gdzie można się
      > z tym żalem schować i wypłakać. Będę ten mój ból nosić w sobie z miejsca na
      > miejsce, ale to tak ciężko...

      Mam nadzieję, że nie będziesz musiała być sama ze swoim bólem. Nie wiem, jakie
      masz stosunki z rodzicami, ale wierzę, że nie będziesz musiała niczego udawać
      (???). Porozmawiaj szczerze z mamą, jeśli będziesz mogła się jej wypłakać
      będzie Ci troszkę lepiej, że ją masz- kto Cię lepiej zrozumie, jak nie inna
      matka- na dodatek Twoja matka. Wierzę, że odnajdziesz swóje miejsce w nowym
      miejscu.
      pozdrawiam Cię
      • inezka6 Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 16:59
        Wiem, że może trudno w to uwierzyć,ale ja i moja mama żyjemy w dwóch odmiennych
        światach. Dla niej liczy się opinia otoczenia, to, co ludzie powiedzą, a nie
        to, co ja czuję i przeżywam. Po moim powrocie ze szpitala (ma do mnie jakieś 5
        kilometrów, to drugi koniec miasta) odwiedziła mnie 1 raz- bo była tu mama
        Roberta, która mam do mnie prawie 500 km. Taki drobny przykład z dnia
        dzisiejszego:
        Dzwoni telefon. Odbieram, to mama. Moja kuzynka, która starała się o dziecko 5
        lat zaszła w końcu w ciążę, nosi bliźniaki i teraz wylądowała w szpitalu w
        Lublinie z powodu kiepskich wyników badań. Mama pyta, czy pójdę ją odwiedzić.
        Odmawiam, mówię, że taka wizyta za dużo by mnie kosztowała, że mam i tak
        wystarczająco dużo stresu, żeby sobie własnoręcznie fundować takie dodatkowe
        atrakcje w postaci wizyty na oddziale patologii ciąży. Pożegnałam mojego
        drugiego aniołka Stasia dopiero 10 dni temu, w 19 tc, wszystko jest jeszcze
        baaardzo świeże i bardzo bolesne. Na dodatek straciłam dużo krwi, jestem
        osłabiona i od dwóch dni boli mnie brzuch. Mówię jej, że to za dużo jak na mnie.
        Wiecie, co usłyszałam w odpowiedzi? Że WYPADA, żebym odwiedziła Justynę
        CHOCIAŻ RAZ. Opadły mi ręce. To naprawdę tak trudno pojąć, że po stracie synka
        nie mam ochoty iść na oddział, gdzie są same ciężarne? I jak takiej osobie
        wytłumaczyć, że ja sama teraz wymagam pomocy i wsparcia? Na szczęście będę z
        nią mieszkała tylko 3 tygodnie.
        • monia10000 Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 18:45
          droga Inezko..Nie przejmuj sie tym co mówi twoja mama,nie zadręczaj się,to nic
          nie da..Wiem że to bardzo cie boli,ja na swoja mame nie mogłam liczyć wogóle i
          wtedy kiedy jej najbardziej potrzebowałam nie było jej przy mnie..Szkoda słów i
          duzo by pisać na ten temat.Ja też straciłam moją jedyną córeczke 12.01-mineło 7
          mieś i ten ból jest taki sam jak był w dniu jej śmierci.Postanowiłam sobie,że
          będę chodziła co 2 dzień na grób i zapalała jej światełko i zawsze sie do niej
          modliła i tak jest mi lepiej.Proszę codziennie pana Boga i wszystkich w niebie
          aby opiekowali sie tam nią..Kiedy patrzę na zdjęcie twojego aniołka to tak
          jakbym widziała swoja córeczke,bo wyglądała prawia tak samo.Serce mi sie kraja
          bo ja nie mam żadnego zdjęcie mojej córeczki,lekarze wiedzieli że ona umrze i
          nie pozwolili mi zrobić abym póżniej bardziej nie cierpiała ale to i tak nic nie
          daje.Wiem że teraz nie cierpi a to jest dla mnie najważniejsze a przecież i tak
          kiedys sie spotkamy z naszymi aniołkami..Pozdrawiam Monia..

          mama anioła Niloli..
          • mamcia1001 Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 20:06
            Inezko rozumiem Cię.
            Ode mnie wszyscy dookoła też wymagają żebym była silna. Oprócz mojego kochanego
            męża. Pewnie myślą że już mi przeszło, bo słyszę co jakiś czas pytanie typu czy
            już byłam w szkole (mam do zaliczenia egzamin mgr) i że muszę rozejrzeć się za
            pracą bo jak będę siedzieć w domu to zwariuję. To jest okropne, tym bardziej że
            sami przeżyli poronienie. Fakt że było to dawno, może nie pamiętają?
            Przepraszam za rosposanie się o sobie ale chciałam żebyś wiedziała że nie
            jesteś jedyna. Może to trochę Cię pocieszy.
            Trzymaj się. Sciskam mocno.
            Dla dzidziusia (*)(*)(*)
            Marta mamcia aniołka Maciusia
        • vinga_o Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 21:36
          Inezko, rozumiem Cię, ja również mam dwa Aniołki i również czasem mam uczucie,
          że to za wiele na moje siły :( Ale potem to mija. Wiem, że ciężko Ci będzie bez
          wsparcia męża, ale - choć to nie to samo - masz nas, możesz tu się wypisać i
          wypłakać, możesz pisać na mój priv, jeśli tylko masz potrzebę.
          A mama ... no cóż, jeśli nie rozumie Twojego bólu, dalsze przekonywanie i
          rozmowy raczej nie mają sensu, a Tobie sprawią dodatkowy ból. Ja już przestałam
          mówić o moim bólu, bo trafiając na mur niezrozumienia cierpiałam jeszcze
          bardziej, a to nam nie jest potrzebne. Masz prawo do smutku i żalu, więc
          uśmiechaj się kiedy masz ochotę, płacz kiedy potrzebujesz i nie zmuszaj się do
          czegoś tylko dlatego, że tak wypada. To Ty teraz bardzo cierpisz i musisz zadbać
          o swoją równowagę!

          Ściskam Cię mocno i jestem z Tobą myślami.
          Kinga
        • mcmcwc Re: Nie radzę sobie... 18.01.06, 10:42
          Inez,..
          sytuacji z mama ci nie zazdroszcze i wiem jak to jest, opisana przez ciebie
          rozmowa z mama do zludzenia przypomina moje,..
          dlatego rozumiem ze te 3 tygodnie to bedzie wyzwanie dla ciebie i pewnie nie
          dalo sie tego uniknac.
          nie ma recept, ja chyba po 3 latach malzenstwa powiedzialam pierwsze nie mojej
          mamie kiedy przyjechala na pogrzeb michalka, jak zwykle sie nie zgadzalysmy, i
          wdniu pogrzebu kiedy milam czarne mysli jak to przetrwac, ona mi mowi,...ze
          obiad dla gosci.... wtedy pierwszy raz powiedzialam nie, nie zgadzam sie to nie
          jest najwazniejsze.
          i powoli choc nie tego dnia poczulam sie w tej relacji lepiej,
          to moje zycie moje uczucia, ja szanuje cudze wiec szacunek temu co ja przezywam
          tez sie nalezy..
          trzymam kciuki w stawianiu jasno granic mamie

          m
          • 22pp Re: Nie radzę sobie... 18.01.06, 11:21
            dla mojej tesciowej tez najwazniejszy byl tylko obiad, nie zdazyli zakopac
            malego a juz trzeba wstawic ziemniaki,i pomyslec ze to ona nie mogla doczekac
            sie wnuka brrrr, az wlosy staja, zreszta nie byla dla niego babcia z
            prawdziwego zdarzenia i juz nie bedzie...mamawiktorka.
            • inezka6 Re: Nie radzę sobie... 18.01.06, 11:39
              Wiecie, myślalam po tamtej rozmowie, że mama może przemyśli i zrozumie.
              Zadzwoniła wieczorem, żeby opowiedzieć mi co u kuzynki słychać i nie mogła
              sobie darować. Wytłumaczyła mi, jak mam wejść, na którym oddziale ona leży, jak
              mam do niej trafić kiedy już się zdecyduję i tam pójdę. Z bezsilności nie
              chciało mi się nawet zaprzeczać. Ja nawet nie wiem, czy Justyna jest świadoma
              tego, że ja właśnie straciłam drugie dziecko. Może mama wstydziła się i nie
              przyznała... a potem się dowiem, że pół rodziny jest na mnie obrażone, bo nie
              odwiedziłam kuzynki. I to ode mnie będą wymagać tłumaczenia się. To, co robi
              moja mama nazywa się dbanie tylko o własną dupę czy mi się tylko wydaje?
        • dragica Re: Nie radzę sobie... 18.01.06, 11:09
          większość ludzi cię nie zrozumie. mnie też namawiano do odwiedzenia brata męża
          po tym, jak mu się urodziło dziecko. i odmówiłam. każdą rozmowqę o cudzych
          dzieciach przecinam.nie chcę, nie umiem,nie mogę.musisz nauczyć się mówić
          otwarcie ludziom, że nie chcesz rozmawiać o tym. ja np mojemu mężowi zwróciłam
          uwagę, żeby powiedział swojej matce, aby tematu dzieci ze mną nie
          poruszała.poskutkowało.
    • mama-aga Re: Nie radzę sobie... 16.01.06, 22:54
      dobry wieczor Inezko,
      bardzo Ci wspolczuje...moj Promyczek odszedl de mnie po 4 dniach zycia
      19.12.2005. Mam jeszcze wspaniala coreczke, ma 3,5 roczku. Moja mama nawet nie
      wiedziala ze jestem w ciazy, ze moje Malenstwo ma bardzo powazna wade
      serduszka... dowiedziala sie dopiero gdy Kubus przyszedl na swiat... gdy bylam
      w ciazy z Weronisia mialam nadcisnienie i ryzyko poronienia i dwa razy lezalam
      w szpitalu, ani raz mnie nie odwiedzila... gdy urodzila sie Weronisia owszem
      przyjechala ale tylko po to zeby dac lekarzowi tort... bo przeciez wypadalo
      podziekowac.... ani raz nie zapytala jak sie czuje... jak ma sie WErcia...
      Kubus odszedl a ona i wszyscy inni zachowuja sie tak jakby nic sie nie stalo...
      i to mnie chyba boli najbardziej...
      poza tym jest jeszcze cos w rodzaju pietna poniewaz nie jestem mezatka i
      narazie przynajmniej nie chce byc... wszyscy wytykaja mnie palcami bo tak nie
      wypada ze mieszkamy bez slubu, ze moj partner jest duzo starszy i w ogole jak
      smielismy postarac sie w takiej sytuacji o drugie dziecko ... ale nikt nie
      widzi tego ze my naprawde tworzymy kochajaca sie rodzine pomimo tego co nas
      spotkalo i nas spotyka.
      jesli chcialabys pogadac to pisz na maila gazetowego lub zadzwon 693 118 613.
    • asieek Re: Nie radzę sobie... 18.01.06, 12:02
      Witaj, przede wszystkim, bardzo Ci współczuję z powodu Twojej tragedii
      spotęgowanej zachowaniem Twojej Mamy. Przypomniała mi się sytuacja u mnie.
      Straciłam ciążę w 28 tygodniu. Mąż zadzwonił do swojej Mamy, powiedział co się
      stało i poprosił, aby powiadomiła resztę rodziny mieszkającą w tym samym
      mieście (my mieszkamy ponad 500 km od nich, więc kontakt jest taki jaki
      jest...). Po ok. 2 - 3 tygodniach kuzynka się mnie pyta , jak maleństwo?.....
      Okazało się, że teściowa nic nikomu nie powiedziała, bo... "nie było
      okazji...." i "się nie złożyło..." Brak słów....
      Pozdrawiam ciapło Asieek
      • aniatee Re: Nie radzę sobie... 18.01.06, 18:03
        mam nadzieję, że nikogo tu nie urażę bo trochę z innej beczki... w lipcu
        straciłam mamę, ukochaną mamę, taką, która dbała, rozumiała i zawsze dodawała
        otuchy i wiary w lepsze jutro. dlaczego piszę o tym tutaj? bo po jej śmierci
        jedyne co jakoś trzymało mnie przy życiu to myśl jak strasznie cierpią matki
        które straciły swoje bezbronne, małe szczęścia... ja z moim smutkiem to pikuś
        przy tym co wy przeżywacie, chociaż sama poroniłam 2 razy nigdy nie odczułam
        takiej rozpaczy jak przez te ostatnie kilka miesięcy.

        trzymaj się cieplo, jeśli w ogóle w takim momencie da się jakkolwiek trzymać.
        jestem z toba myślami.
        z Wami wszystkimi...
    • edycia11 Re: Nie radzę sobie... 18.01.06, 21:37
      Wiem dobrze o czym piszesz.Był czas,że plakałam tylko przy mężu,teraz to nawet
      przy nim malo placzę bo nie chcę go matwić.
      Będzie dobrze,musi.Rozmawiaj z mama,moja bardzo mi pomogła.Czasami myślałam,że
      bardziej niż ja przezywa śmierć Jaculki.
      A w każdej złej chwili pomódl się do Aniolka i innych małych Aniolków o
      wsparcie:)
      Jestem z Tobą
      • inezka6 Urywam się 19.01.06, 13:47
        Mam wielki plan- urywam się z mężem i przyjaciółmi do domku nad jeziorem. Byłam
        wczoraj u lekarza, wyniki morfologii mam dobre. Mimo mrozu jedziemy i będziemy
        pić, palić w kominku, grać w scrabble i w chińczyka, gadać pół nocy i chodzić
        na krótkie spacery, bo na dłuższe musieliby mieć dla mnie sanki :) Na pewno
        ulepimy bałwana, na pewno odpoczniemy wszyscy i na pewno wrócę- może z
        odmrożonym tyłkiem, ale spokojniejsza. W poniedziałek dam Wam znać jak było.
        No, chyba że mróz nas wygoni wcześniej, ale łatwo się nie zamierzamy poddać.
        Pozdrawiam cieplutko i do zobaczenia.

        inezzka.blog.onet.pl/
        www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
        • kama.garbi Re: Urywam się 19.01.06, 14:09
          to życzę wystarczającej ilości oplału do kominka i "podpałki" dla Was
          spokojnego odpoczynku i daj znać jak było
          jaka szkoda że to jednak 500km :(
        • vinga_o Re: Urywam się 19.01.06, 15:29
          Spokojnego wypoczynku :) Wróc do codzienności i do nas z nowymi siłami :)
        • mcmcwc Re: Urywam się 19.01.06, 16:13
          bravo!!!!!!!!!!!
          od samego czytania juz sie zrobilo weselej.
          dobrego humoru :-)
          i nie odmroz palcow zebys mogla pisac
          m
          • inezka6 Re: Urywam się 22.01.06, 01:10
            Wróciłam bez odmrożeń, ale niewiele brakowało... na dodatek samochód się
            zbuntował i nie chciał jechać z powrotem. W każdym razie nieco odstresowana
            witam ponownie.
            www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
            inezzka.blog.onet.pl/
            • inezka6 Źle mi... 23.01.06, 12:24
              Bardzo mi dziś źle. Bardzo.
              Przez kilka ostatnich dni świętowaliśmy powrót z Anglii jednego z naszych
              przyjaciół. Dodatkowym powodem do zabawy był fakt, że kończymy niedługo życie
              akademickie, a zaraz potem studenckie. Impreza przeciągnęła się i zamiast 3 dni
              nad jeziorem były 4 dni picia, z tego trochę ponad doba nad Grabniakiem. Mimo
              mrozu było bardzo ciepło, cudownie, rodzinnie niemal. Śmiałam się w głos,
              bawiłam, graliśmy w chińczyka. Było dużo uśmiechu, dowcipów, dużo śmiechu.
              Czterodniowe nieustające Święto przyjaciół. A dziś...
              Dziś myślę, że jestem straszna. Od odejścia Szymona minęło 8 miesięcy, od
              pożegnania ze Stasiem tylko 17 dni, a ja się bawię. Mam wrażenie, że jestem
              jakimś odmieńcem. Czytam Wasze wpisy i wiem, że niektórzy opłakują odejście
              dziecka przez lata, zanim będą w stanie włączyć się w normalny bieg życia.
              Czemu ja jestem jakaś taka nieczuła? Nie podejrzewałam się o to... źle mi z
              samą sobą...
              • 22pp Re: Źle mi... 23.01.06, 12:49
                inezko wcale nie jestes odmiencem ja tez pozegnalam mojego 10 miesiecznego
                synka 3 miesiace temu i bywam na spotkaniach z przyjaciolmi bylam raz w pubie
                na piwku, strasznie strasznie cierpie ale staram sie to tlumaczyc ze zycie
                toczy sie dalej nie odwrocimy losu, nie mozemy odwrocic sie od
                przyjaciol,musimy sie wspierac, a zamkniecie w domu to chyba jeszcze cos
                gorszego a twoi synkowie na pewno sa szczesliwi kiedy i ty jestes szczesliwa,
                uwierz mi ja to wiem...mamawiktorka...
                • ekaczmarczyk Re: Źle mi... 23.01.06, 13:05
                  Ja miałam tak samo ,

                  Mój Kamil umarł 12 listopada a ja bawiłam sie w Sylwestra tak jakby nic sie nie
                  stało , co prawda nie byłam na sali tylko robiliśmy w domu ale wyrzuty sumienia
                  miałam wielkie.

                  Ale to wcale nie znaczy że zapomne o dziecku bo jego stratę będę przeżywała
                  bardzo długo...

                  Napewno nigdy tego nie zapomne mimo że to stało się 12.11. 2004 roku.

                  Pozdrawiam. Ewa
              • ihaha6 Re: Źle mi... 23.01.06, 13:07
                Kobieto, nie jestes ani zla ani straszna.
                Kazdej z Nas (no a przynajmiej mnie) zdarzaja sie chwile radosci, zabawy, prawie ze bezmyslnej euforii...takie "pamietam moje Dzieci ale n a c h w i l e z a p o m n i a l a m , z e u m a r l y "....takie chwilowe zacmienie, szalenstwo.
                to dobrze.
                Bo bez takich (jak to nazwalas) "4dniowych swiat" bysmy do reszty zwariowaly!!!
                Ja sobie to tak tlumacze: moje Dzieci co dzien widza moje lzy, czasem wiec na sile niejako daja mi "dzien wolnego" od rozpaczy. To prezent od Nich, ale i od moich Przyjaciol, od mego Aniola Stroza...a moze i od Boga? Jakze bym mogla go nie przyjac?
                Dziekuje wiec za te ulotne chwile...bo wiem, ze za moment znow wroci bol i tesknota.
                Nie obwiniaj sie, za to ze zyjesz.
                Pozdrawiam.
                A., matka 3 Aniolow
              • vinga_o Re: Źle mi... 23.01.06, 22:19
                Inezko, potraktuj to może jako odreagowanie stresu, a może jako odrobina radości
                i beztroski, która Ci się w końcu należy, może też jako fakt, że życie toczy się
                dalej, a Ty musisz żyć ... Byle Tobie było lżej ... To był czas zabawy, a ból i
                tak Cię dopadnie, więc mile wspominaj to 4-dniowe święto :)
                Chyba wszystkie z nas miały podobne wyrzuty sumienia, nawet wtedy gdy po prostu
                się głośniej zaśmiałyśmy, ale nie jesteś nieczuła, po prostu starasz się
                "wyciągnąć" z tego życia odrobinę szczęścia.

                Życzę wszystkim przeżywanej bez skrupułów radości :)
                • inezka6 Dzieci moje... 25.01.06, 10:44
                  Someday morning, when this life's over
                  I know, I'll see your faces
                  Tak strasznie za Wami tęsknię...tak bardzo mi Was brak w pustym domu...bo tak
                  naprawdę to po co mi to wszystko bez Was?

                  "Gdybym mogła,
                  gdybym tak mogła
                  wyrwać sobie serce
                  i odrzucić serce
                  i być bez serca
                  byłoby mi lepiej,
                  dużo lepiej.
                  Byłoby najlepiej.
                  Chociaż nie wiem,
                  nie wiem...
                  smutno, smutno, smutno..."

                  www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
                  inezzka.blog.onet.pl/
    • inezka6 Pomóżcie, bo się wścieknę! 25.01.06, 16:54
      Niech to szlaaaaag!!!! Wiecie, miałam dziś dobry dzień. Trochę nostalgiczny,
      ale spokojny. Właśnie mój spokój diabli wzięli!
      Dzwoniła moja mama. Zgadnijcie po co... no oczywiście, namawiała mnie na wizytę
      u kuzynki w szpitalu!!! Po tym wszystkim co przeszliśmy miałam ją odwiedzić na
      patologii ciąży, tam, gdzie leżą same ciężarne. Znowu, mimo iż tłumaczyłam tak
      długo, że nie dam rady!!! Niech to cholera weźmie, jak ja mam z nią mieszkać,
      jeśli nawet teraz, 18 dni po odejściu Stasia, muszę tłumaczyć że mi nie
      przeszło, że boli cholernie,że sobie nie poradzę- i trafiam na mur
      niezrozumienia? Pisałam już o takim starciu kilka dni temu w tym wątku.
      Myślałam naiwnie, że jak jej wytłumaczę, to się odczepi, ale nie! Ważniejsze
      jest, żeby Justyna się nie obraziła niż żebym ja sobie z rozpaczy nie rozbiła
      łba o ścianę po takiej wizycie!!! Zresztą kuzynce wyjaśniałam powody mojego
      nieprzychodzenia, zrozumiała, napisała, że nie ma żadnych pretensji. Ona
      zrozumiała, ale do mojej mamy nie dotarło. Wcale jej nie obchodzi mój ból, moja
      strata. Jest mi tak bardzo źle... dlaczego muszę się tłumaczyć!!!????
      • joamol Re: Pomóżcie, bo się wścieknę! 25.01.06, 18:09
        Przykro mi bardzo. Mama napewno wie, jak cierpisz, jaki to ból. Czasem ludzie
        wstydzą się tego bólu, uważają, że woal na twarzy w postaci uśmiechu, kamienna
        twarz to jest to co pomga, wypada i tyle.
        Żyjemy w określonym środowisku. Zauważyłam, że płacz, ból na twarzy, cierpienie
        nie jest mile widziane, odstrasza. Mama może chce, żebyś w tym środowisku,
        społeczeństwie, wśród rodziny i przyjaciól była dobrze przyjęta, żebyś
        zachowała się tak, jak się jej wydaje, że oczekują od ciebie inni.
        Pewnie nie chce źle, może nie umie tylko okazać swojego bólu i boi się jakiejś
        alienacji.
        Podejdź do tego spokojnie. Jeśli nie rozumie, to pewnie nie zrozumie. Nic na to
        nie poradzisz, to twoje życie, nikt za ciebie przez to nie przejdzie.
        Mnie też wkurzało, jak inni wiedzieli lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre,
        że ma nie płakać, nie wspominać, nie wymieniać imienia i nie opowiadać o swojej
        małej.Chyba trzeba się pogodzić z tym, że nikt kto tego nie przeżył nie jest w
        stanie tego zrozumieć. Każda z nas ma historię swoją, inną i pewnie inne
        reakcje, problemy, sposoby na złe myśli itd.
        Pozdrawiam
        Asia
        • inezka6 Stres ponad miarę 26.01.06, 21:27
          Najgorsze jest, że gadanie z mamą jest ja walka z wiatrakami- nieskuteczne.
          Chyba jedyne sensowne wyjście to naprawdę zacząć ją lekceważyć.
          Mam dziś dość. Z niewiadomych mi powodów trzęsie mnie z nerwów tak, że nie
          jestem w stanie nad tym zapanować. Nerwy mnie dziś ponoszą jak diabli, chyba
          stres się po cichutku zakradł i w końcu mnie dopadł. I zeżarł. Boli
          strasznie... aż wyć się chce tak boli. I zaczynam mieć nerwobóle w klatce
          piersiowej, mdłości, niestrawność kiedy się tak denerwuję... i nie umiem
          przestać...

          inezzka.blog.onet.pl/
          www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
          • edycia11 Re: Stres ponad miarę 26.01.06, 21:41
            Inezko,nie wiem czy dasz rade rozmawiać z mamą,ale spróbuj zrobic jej
            wizualizację....
            W jakies 2 tygodnie posmierci Jacusia mama(chciała zrobić dobrze)zaproponowała
            żebym spróbowała zapomniec o Jacusiu i tych 9 miesiącach.Zatkało mnie na
            sekundę,a potem poprosiłam,żeby wyobrazila sobie,że mnie nie ma,że umarłam po
            urodzeniu,że nie byłam mała śliczną dziewczynką,że nie wybrałam sama sobie
            zawodu i życia,że mnie nie ma.Czy zapomniała by o mnie?
            Popatrzyła na mnie i rozpłakała się.Nigdy więcej nie padły słowa zapomnij...

            Może Twojej mamie przydałby sie seans wizualizacyjny....
            Przepraszam,jeśli pojechałam "po czarnych".
            Ściskam Cie mocno
            • inezka6 Za dwa dni ... 30.01.06, 12:51
              Za dwa dni czeka mnie zetknięcie z rzeczywistością mojej mamy. Za dwa dni
              wyprowadzamy się z akademika i będę musiała u nich przetrwać jakiś czas. Na
              szczęście nie dłużej, niż do 20-go lutego. Trzymajcie za mnie kciuki! Przez
              ostatnie dwa dni miałam okazję trochę się nacieszyć zimą i śniegiem, jeżdziłam
              na sankach na lodzie, turlałam się z górki... Było fajnie. Tylko wieczorami
              mnie dopada i nie mogę zasnąć, dziś nie spałam do szóstej rano. Jak będzie
              dalej...?
              www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
              inezzka.blog.onet.pl/
              • vinga_o Re: Za dwa dni ... 30.01.06, 21:20
                Inezko, nawet nie wiem, jak Cię pocieszyć :( Ja również przez jakiś czas
                próbowałam walczyć z wiatrakami, ale kiedy po tłumaczenia i rozmowach było
                gorzej zamiast lepiej, dałam spokój, może się poddałam, a może po prostu
                stwierdziłam, że kto ma nie zrozumieć, to nie zrozumie. A teraz, aby sobie nie
                dodawać bólu, nie rozmawiam o swoich uczuciach, niewiele osób wie jak się
                trzymam, czy dalej cierpię, czy nadal płaczę ... Tylko te zaufane, te które chcą
                i umieją wysłuchać. To jest mój sposób na całą sytuację - rozmawiam o uczuciach
                z tymi, którzy słuchają i rozumieją.
                Ty musisz znaleźć swój sposób i znajdziesz go, zaobserwujesz reakcje ludzi i
                znajdziesz wokół siebie bratnie dusze :) Jeśli mama nie rozumie po tylu
                tłumaczeniach, to może nie warto dolewać goryczy do swojego kielicha smutku
                dalszymi rozmowami ? Ty będziesz się bardziej denerwować i będzie narastać
                między Tobą a mamą złość. To nie pomoże Waszym relacjom.

                Inezko, trzymam kciuki, abyś dzielnie przemieszkała te 3 tygodnie z mamą.
                Trzymaj się ciepło :)
                • inezka6 Ostatni wpis z tego miejsca. 31.01.06, 09:30
                  Dziś już ostatni raz piszę z akademika.Szkoda mi jak diabli opuszczać to
                  miejsce, ale przeważyły względy finansowe. Od dzisiejszego wieczora będzie
                  trwała nieustanna walka podjazdowa z mamą. Mam plan ją ignorować, jeśli będzie
                  się dało...
                  • inezka6 U mamy 02.02.06, 16:23
                    Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze do tego mojego wątku zagląda... w każdym razie nikt się nie odzywa. To już trzeci dzień, kiedy mieszkam u rodziców i jak na razie nie jest źle. Robert się uczy, ja znajduję sobie 1000 zajęć, ale w gruncie rzeczy nie robię nic konkretnego. Bałam się okropnie, ale chyba nie będzie tak najgorzej.
                    • joamol Re: U mamy 02.02.06, 16:50
                      zagląda, zagląda...trzymaj się ciepło.

                      • kama.garbi Re: U mamy 02.02.06, 18:04
                        ja równiez myślami jestem z Tobą
                        i zaglądam choć nie umiem napisać czegos budującego więc się nie odzywam :(
                    • annall Re: U mamy 02.02.06, 19:01
                      zaglądam i cóż- oby tak dalej...
                      pozdrawiam
                      Ania
                    • vinga_o Re: U mamy 03.02.06, 21:28
                      Zaglądam i czekam na wieści :) Oczywiście oby jak najlepsze :)
                      I widzę, że nie jest źle, ale nadal trzymam kciuki i życzę dużo siły.

                      Ściskam Cię mocno
                      • inezka6 Re: U mamy 04.02.06, 17:01
                        Na razie nie jest źle. Wiadomo, jakieś drobne spięcia, ale bez burz. Mama co
                        prawda wspomina, że jedzie dziś do Justyny, ale mnie nie ciągnie ze sobą. NIe
                        jest tak źle, jak się obawiałam. No i jeszcze trzyma mnie nasza decyzja-
                        przeprowadzamy się do swojego domku już 17-go! No, może 18-go, ale to i tak
                        niedaleko. Coraz mniej tych dni do przetrzymania, coraz bliżej radość z
                        posiadania swojego miejsca w świecie. Cały czas myślę, jak to będzie...
                        • inezka6 Poradźcie mi... 04.02.06, 18:30
                          BYła kiedyś taka osoba, bardzo bliska. Przyjaciółka z liceum. Byłyśmy razem
                          codziennie, każdego dnia, przez całe lata. Były zgrzyty, ale radziłyśmy sobie.
                          Przestało nam się ukladać tuż przed moim ślubem. Zaczęło się od tego, że
                          mogłyśmy rozmawiać tylko o niej, mimo iż wychodziłam za mąż i czekały mnie
                          wielkie zmiany. Przestało ją to interesować. Zrobiła potem coś bardzo, bardzo
                          głupiego. Na imprezie (tuż po jej obronie magisterki) nie chciała się z nami
                          bawić i wyszła razem z pewną zakochaną parą. Zaczęliśmy ich szukać, ale
                          uznaliśmy, że poszli nad jezioro- Ola, Kuba i magister przyzwoitka. A oni
                          siedzieli na tarasie pod stołem i podsłuchiwali nas... wyszła z tego afera.
                          Obraziła się na mnie za te słowa. Przestała się odzywać, nie przyszło jej do
                          głowy, że może to ona siedząc pod stołem zrobiła głupotę... że może to mi się
                          należą przeprosiny, że mi było głupio i przykro, bo moja przyjaciółka...i to
                          przez taką pierdołę... ech...Mam do niej ogromny żal.
                          Była na moim weselu, potem spotkałyśmy się jeszcze tylko raz i zapadła
                          między nami cisza. To już prawie półtora roku. Przestałam prawie o tym myśleć.
                          Mam swoje życie, męża, przyjaciół, na których mogę liczyć. Mam dom do którego
                          niedługo się wprowadzę. W Wigilię myślałam o sprawach niedokończonych, takich,
                          których nie chciałabym wyjeżdżając zostawić nie zamkniętymi. Wysłałam jej
                          życzenia i smsa, że głupio,że rozstałyśmy się w ten sposób. Że wyjeżdżam i nie
                          chcę tego tak zostawić. Dostałam odpowiedź: masz rację, mam nadzieję, że
                          jeszcze się zobaczymy. Teraz odezwała się na blogu... Chce spotkania,
                          odświeżenia znajomości. I co ja mam o tym myśleć? Ja już nie ufam tej
                          dziewczynie, ale kiedyś była mi bardzo bliska. Sparzyłam się na niej... Ona
                          chce odgrzewać przyjaźń, która od półtora roku nie opiera się na niczym, która
                          już tak naprawdę nie istnieje. Nie wiem, co mam zrobić. Spotkać się z nią? I
                          co, udawać, że nic się nie zawaliło między nami? Czy może powiedzieć jej, że
                          już jej nie potrzebuję? Tylko po co robić jej przykrość, kiedy i tak za 2
                          tygodnie już mnie tu nie będzie... Pomóżcie!
                          • inezka6 Jak to jest? 08.02.06, 21:16
                            Bardzo bałam się tego pobytu, a okazuje się być całkiem nie straszny. Za to
                            moje serce jest w nie najlepszym stanie. Smutno mi... i rozstanę się z ludźmi,
                            którzy rozumieli...
                            • edycia11 Re: Jak to jest? 08.02.06, 21:24
                              Jestes wrażliwa,więc chyba zawsze znajdziesz ludzi myślących i czujących
                              podobnie do Ciebie.Poza tym masz jeszcze nas:)
                              Ściskam;)
                              • sheenaz Re: Jak to jest? 10.02.06, 00:22
                                witaj Inezko...

                                jestem mamą zdrowego 18 miesięcznego chłopca...
                                zaglądam na to forum nie po to by napawać się szczęściem, ze mnie nie spotkało
                                nic złego... nie po to by docenić to, ze mogłam urodzić zdrowe dziecko i ze
                                mogę cieszyć sie nim każdego dnia...
                                zaglądam tu by za każdym razem mocno Was przytulić - mimo, ze nawet o tym nie
                                wiecie...

                                nigdy nie przeżyłam takiej tragedii jak Wy - Rodzice po Stracie...
                                a mimo to jestem tu z Wami, razem z Wami sie smucę, cieszę drobnostkami,
                                płaczę...

                                za każdym razem czytając Wasze historie chciałabym odebrać Wam chociaż część
                                bólu...

                                Wasze Maleństwa są dla mnie bardzo ważne...

                                ściskam Was mocno...
                                dag

                                • inezka6 Re: Jak to jest? 11.02.06, 19:57
                                  Czasem mnie to zaskakuje... to, że niektórzy ludzie nie majacy za sobą
                                  koszmarnych doświadczeń utraty dziecka maja dla nas tyle wyrozumiałości i
                                  współczucia. Dziękuję Ci za tą wrażliwość na innych. Niestety niektórzy bliscy,
                                  którzy współuczestniczyli z Nami w naszych doświadczeniach nie mają zrozumienia
                                  za grosz. Mama znów pytała mnie czy pójdę do kuzynki. Tyle, że tym razem mój
                                  mąż wstawił się za mną i powiedział, że tyle razy już przedstawiałam swoje
                                  zdanie w tej kwestii, że nie życzymy sobie kolejnych nagabywań i aluzji ani
                                  wracania do tej sprawy. Ja nie miałam sił mówić cokolwiek. I znów skończyło
                                  się wielkim płaczem.
                                  www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
                                  • agunia19 Re: Jak to jest? 11.02.06, 22:28
                                    Kilka lat temu, kiedy chcieliśmy drugiej pociechy, poroniłam. Koleżanka, z którą
                                    miałyśmy termin na ten sam dzień (poroniłam w 9 tc), po moim wyjściu ze
                                    szpitala... zaprosiła mnie na imieniny. "No wiesz, pogadamy o dzieciakach,
                                    przecież masz już jedno, to mi doradzisz".)Poszłam, cierpiąca, złamana bólem,
                                    ale poszłam. "Wiesz co, takie ładne imię dla dziewczynki wybrałaś, pożyczę
                                    sobie, no przecież tobie narazie nie jest potrzebne". Kiedy zwróciłam jej uwagę,
                                    że jest niedelikatna była kolosalnie zdziwiona. Przykro mi z powodu twej mamy,
                                    fajnie, że kuzynka jest wyrozumiała. Inezko, wątków o nietrafionych słowach było
                                    wiele, ale ja... odwiedzam cię codzień, nigdy w nastroju "o, jakie wy biedne,
                                    biegnę przytulić moje dzieciaczki". Szukam u was pewności, że nie jestem
                                    'wykolejona' w swojej (wyciszonej już nieco) tęsknocie za tym dzieciątkiem
                                    utraconym, że nie byłam wyrodną córką, kiedy wrzeszczałam na mamę (za słowa
                                    typu: lepiej, że tak się stało, może chore było). Przepraszam, jeśli uraziłam w
                                    którymś momencie. Tyle osób myślami jest z Tobą, a dołacza się jeszcze jedna-Aga.
                                    • inezka6 Jeszcze 4 dni 14.02.06, 09:59
                                      Jeszcze tylko 4 dni i wyprowadzka. Przez jakiś czas pewnie nie będę miała
                                      dostępu do sieci, ale mam nadzieję, że taki stan potrwa najwyżej tydzień- dwa.
                                      A od wczoraj mam w sercu jakiś ogromny niepokój. Dopiero dotarło do mnie- już
                                      tylko dwa razy przed wyjazdem spotkam moją przyjaciółkę, z czego ostatni będzie
                                      pożegnaniem. Już nie odwiedzę znajomych, niektórych pewnie nigdy już nie
                                      spotkam. Za dużo tych pożegnań w moim życiu ostatnio: dzieci, przyjaciele,
                                      znajomi, na dodatek ciągle nie opuszcza mnie przeczucie, że to nie koniec, że
                                      jeszcze się coś złego zdarzy, że jeszcze się nie skończyło. Bardzo mi smutno...

                                      www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
                                      • inezka6 Re: Jeszcze 4 dni 14.02.06, 22:57
                                        Dziwne Walentynki, w klimacie niepokoju i zbliżających się rozstań. Niedługo
                                        przyjdzie mi się zmierzyć z nowym miejscem, o którym myślałam, że będę tam
                                        wychowywać Stasia, chodzić z nim na spacery... Ja tak bardzo się tego boję...

                                        www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
                                        • mcmcwc Re: Jeszcze 4 dni 15.02.06, 11:38
                                          hej inez

                                          witaj, ja tez zagladam moze nie zawsze odpisze ale czytam, i o tym cie
                                          zapewniam.ja wiele z nas tutaj.
                                          ciesze sie ze "nie jest tak zle" balas sie to zrozumiale, alejuz do przodu
                                          dzieli cie juz tak niewiele od nowej rzeczywistosci a to co bylo wpisz do
                                          kanonu twoich sukcesow, wytrzymalas to !

                                          bravo
                                          sciskam marta mama 2 aniolkow
                                      • annall Re: Jeszcze 4 dni 15.02.06, 07:18
                                        Inez kochana,
                                        myślę o Tobie, nie wiem jak mogłabym pomóc?? ale trzymam kciuki aby w końcu
                                        Twoje życie biegło spokojniej. Jesteś wspaniałą osobą, na pewno w nowym miejscu
                                        szybko znajdziesz nowych przyjaciół
                                        pozdrawiam cieplutko
                                        Ania
                                        • inezka6 Re: Jeszcze 4 dni 17.02.06, 02:10
                                          To już za parę godzin... tak bardzo się boję...

                                          inezzka.blog.onet.pl/
                                          www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
                                          • vinga_o Re: Jeszcze 4 dni 20.02.06, 18:20
                                            Inezko, cieszę się, że przetrwałaś ten pobyt u mamy :) Nie taki diabeł straszny
                                            ... ;)
                                            A jak spotkanie z ex-przyjaciółką? Co postanowiłaś? Nie zdążyłam Ci odpisać, ale
                                            chyba każdy może się zmienić, coś zrozumieć, więc warto może mieć choć milsze
                                            wspomnienia? Takie spotkanie MOGŁOBY coś naprawić :)

                                            Trzymaj się dzielnie. Napisz jak Wam idzie urządzanie domku ;)
                                            Ściskam serdecznie.
                                          • rybka789 Re: Jeszcze 4 dni 24.02.06, 21:12
                                            co tu napisac...
                                            nowości nie sa takie straszne jak się wydaja na pierwszy rzut oka
                                            maja jedna podstawową zalete... wszytsko można zacząć od poczatku
                                            całuje i sciskam
                                            Ryba
    • angel271 Re: Nie radzę sobie... 20.02.06, 14:28
      NIEDAWNO BYŁAM W CIAZY W 16 TYGOTNIU MOJEGO MALENSTA WYKRLI WADE BRAK POKRYWY
      CZASZKI I CAŁKOWITY ROZSZCZEP KREGOSŁUPA LEKARZE DOSZLI DO WNIOSKU ZE TRZEBA
      USUNAC CIAZE LEZALAM OD 12TEJ I CZEKAŁAM AZ ZACZNA SIE SKURCZE CO CZTERY GODZ.
      PODAWALI MI TABLETKI ZEBY PRZYSPIESZYC ,CAŁY CZAS CZUŁAM RUCHY DZIDZIUSIA
      DOPIERO O 22 ROZPOCZELO SIE, POTEM DALI MI NARKOZE I WYCZYSCILI BYLO I JEST TO
      DLA MNIE KOSZMAR WYROK KTORY CIAGLE SŁYSZE, TEZ NIE MOGE SIE ODNALESC I TAK JAK
      TY KAZDA PIOSENKA ,POSIŁEK DOPROWADZA MNIE DO ŁEZ MOJ MAZ JEST CALY CZS PRZY
      MNIE ALE NIE CHCE GO MARWIC I PROBUJE JEMU I WSZYSTKIM POKAZAC ZE SOBIE RADZE
      ALE TAK NIE JES ,MOJ 6LETNI SYNEK CIAGLE PYTA CO STALOSIE Z DZIDZIA A JA
      TŁUMACZE MU ZE BYŁA CHORA I MOSIALA ISC DO BOZI, NIE MOGE PATRZEC NA SIBIE W
      LUSTRZE BO NIE WIDZE BRZUSZKA TA TESKNOTA JEST NIE DO ZNIESIENIA WSZYSCY
      POCIESZAJA ZE DOBRZE ZE TERAZ WYKRYLI ALE DLA MNIE TO NIE JEST POCIESENIE DO
      TEGO WSYSTKIEGO ZACZOL LECIEC MI POKARM A KOGO MAM KARMIC GDYBY NIE RELANIUM
      NIE DAŁABYM RADY ALE POWOLI NIE POMAGA
      • agiaagakwiatk Re: Nie radzę sobie... 20.02.06, 16:26
        Angel 271 nie wiem, co napisać. Mogę tylko to, że bardzo mi przykro. Moja
        Marysia, którą urodziłam w 34 tyg. ciąży, również nie miała kości czaszki, do
        tego jeszcze doszło bezmózgowie. Córeczka urodziła się 02.11.2005 r. Mam
        jeszcze starszą dziewczynkę 5-letnią. Do dziś jeszcze nie "pozbierałam się".
        Chociaż rodzina mówi:"Weż się w garść, przestań już rozpaczać, itp". Mogę tylko
        napisać, ból pozosotaje, ale jest inny niż na początku. Sciskam mocno. Aga.
        • angela2711 Re: Nie radzę sobie... 24.02.06, 11:41
          aga dziki ze odpisalas to pomaga ze ktos tak jak ja przezywa i rozumie co czuje
          naprawde gdy bys chciała to moze porozmawiamy TO MOJ ADRES angela@interia.pl
          oczywiscie jak masz ochote o tym rozmawia pozdrowienia
          • inezka6 Re: Nie radzę sobie... 27.02.06, 10:45
            Dziewczyny, wpadłam na chwilkę na forum, bo niemiłosiernie się stęskniłam za
            Wami! Jakie to szczęście znów załapać kontakt ze światem!
            Co do domu- jest pięknie, ale takiej masy sprzątania nie wyobrażałam sobie
            nawet w najśmielszych snach! Doprowadziliśmy już do porządku kuchnię i pokoje,
            jednak ogrom pracy jeszcze przed nami. Ciocia nie jest zbyt uciążliwa, nie
            wtrąca się, za to domaga się bez przerwy opieki i uwagi, co jest trochę
            męczące. Nie mamy wyjścia i jakoś sobie z tym radzimy. No i netu jeszcze nie ma!
            Urządzanie domu jakoś idzie, tzn. szło, bo od kilku dni mieszkam u rodziny
            mojego męża. Jego dziadek po wylewie jest unieruchomiony w łóżku, babcia nie
            daje rady opiekować się nim sama, potrzebuje pomocnika. Trzeba go karmić, myć,
            przekładać... Dziadek jest często nieświadomy- są dni, kiedy nie ma wcale
            kontaktu z rzeczywistością, ale są też takie, kiedy rozmawia i dziękuje nam za
            pomoc i troskę. Wtedy aż chce się żyć, kiedy widzi się ten uśmiech pełen
            wdzięczności! Szkoda, że w takich momentach najczęściej przysłaniają go łzy
            żalu i bezsilności... kiedy uświadami sobie swój stan. Ze szpitala przywiózł na
            dodatek odleżyny, które trzeba wykurować. Teraz to jest moje zajęcie, dopóki
            Robert nie skończy egzaminów i nie wróci do mnie.
            Miałam stamtąd bardzo blisko na cmentarz i odwiedzałam Szymonka kiedy tylko
            była okazja. Nie obeszło się przy tym bez kazań w stylu "masz tam nie chodzić
            sama, bo się będziesz rozklejać, trzeba żyć dalej" itp., pewnie każda z nas zna
            tą śpiewkę. W końcu musiałam odpalić, że potrzebuję się czasem rozkleć i być
            sama, mam w sercu świeżą ranę i nie zamierzam zapominać o moich dzieciach.
            Angela, znam i rozumiem Twój ból. Znam też to bezsensowne gadanie, że trzeba
            żyć dalej. Owszem, trzeba żyć, ale trzeba też jakoś pogodzić się z ogromem
            straty, a to wymaga czasu, wypłakania się i życzliwej opieki innych.
    • inezka6 Re: Nie radzę sobie... 28.02.06, 15:01
      Te badania, które już coraz bliżej, działają mi na nerwy. Najpierw czekanie- na
      ustalenie terminu, teraz na wizytę, potem na wyniki. Pół roku nieświadomości
      dłużej. I jeszcze ich kosekwencje- decyzja co do posiadania własnych dzieci. W
      razie wysokiego prawdopodobieństwa powtórzenia się wady- czeka mnie rezygnacja
      z marzeń o własnych dzieciach, z planów i pragnień. Wpadam w panikę na myśl o
      podejmowaniu takich decyzji! Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego dwojgu
      kochających się ludzi odbiera się szansę na radość macierzyństwa i ojcowstwa?
      Dlaczego tyle kobiet rodzi niechciane dzieci, a nasze dzieciątka, oczekiwane i
      kochane nie żyją? Mam doła. Ogromnego jak cała moja miłość do tych dzieci, jak
      strach, który we mnie mieszka, jak ból, który mnie prześladuje, który znów
      przyszedł...
      • agiaagakwiatk Do Angela 2711 28.02.06, 23:58
        Angela napisałam do Ciebie na prywatną pocztę. Pozdrawiam Aga.
    • inezka6 Re: Nie radzę sobie... 01.03.06, 16:23
      Znowu dół wielki- trudno mi samej sobie z nim poradzić. Samotność i brak
      zajęcia to zabójcza dla mojej psychiki kombinacja. Jeszcze tylko tydzień- i aż
      tydzień takiego zawieszenia, zanim zacznę żyć dalej. Wróci Robert i pojedziemy
      już na stałe do naszego domku, zacznę szukać pracy i bedę miała pełne ręce
      roboty przy remoncie domu. A tak to wegetacja, nie życie! Chodzę po sklepach,
      gadam z teściową, czytam, siedzę w necie i zabijam czas, który tak strasznie
      się dłuży- zabijam, żeby nie myśleć. Jednak czasem przychodzą takie dni jak
      ten, kiedy jedyne, co mi się chce, to wyć....
    • inezka6 Tak źle, jak dawno nie było. 01.03.06, 18:10
      Nie mam siły pisać jeszcze raz o tym, co dziś boli bardziej, niż można
      wytrzymać. Nie mam już siły walczyć, tak bardzo tęsknię za moimi dziećmi...
      Siedzę, gapię się na to światełko i wyję...
      www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
      inezzka.blog.onet.pl/
      • an555 Re: Tak źle, jak dawno nie było. 01.03.06, 22:09
        Zycze dużo siły i wiary.


        Ania mama Aniołka Kubusia(HLHS)
        • 22pp Re: Tak źle, jak dawno nie było. 02.03.06, 08:56
          Inezko, jestem z tobą też bardzo bardzo mi ciężko. mamawiktorka.


          A to mój Aniołeczek:
          www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec313.htm
          • angela2711 Re: Tak źle, jak dawno nie było. 02.03.06, 10:01
            do Agi rybka pomyliłam sie wpisujac poczte to angela271@interia.plprzepraszam
            jak mozesz napisz jeszcze raz byłabym Tobie wdzieczna pozdrowienia
      • temeryszek Re: Tak źle, jak dawno nie było. 07.03.06, 00:32
        pozdrawiam, nie potrafię napisać jak bardzo
    • inezka6 Re: Nie radzę sobie... 05.03.06, 17:19
      Spoczywajcie w pokoju, my nie spoczniemy w pamięci.
      www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec192.htm
      • psylwia Re: Nie radzę sobie... 06.03.06, 23:09
        pierwszy raz weszam na to forum
        nie wiem co mam ci napisać
        bardzo ci współczuję , siedzę tu i ryczę jak głupia
        wobec tego wszystko inne wydaje się mało ważne
        ściskam Cię serdecznie trzymaj się
        Sylwia
    • inezka6 Wielki powrót 07.03.06, 16:50
      La, lala la, mój mąż wreszcie wraca do mnie! Nie będę się martwić sama, nie
      będę się tulić do poduszki, nie będę gadać ze ścianami! I może wreszcie
      przestanę panikować na myśl o tych badaniach. A nawet jeśli będę panikować
      nadal, to będzie mnie miał kto przytulić i pogłaskać!
      • 22pp Re: Wielki powrót 08.03.06, 09:02
        Ciesze sie razem z toba.Jak to dobrze miec kochanego mezusia. mamawiktorka.


        A to mój malutki mężczyzna.
        www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec313.htm
    • o_n_a2 Re: Nie radzę sobie... 08.03.06, 12:00
      Chciałabym Ci tylko napisać,że to można przeżyć...Wiem i rozumiem jak Ci
      ciężko.Nigdy już nie będzie jak dawniej,ale jeszcze możesz być
      szczęśliwa.Uwierz mi.Trzymaj się,pa
    • inezka6 Re: Nie radzę sobie... 14.03.06, 19:41
      Ciocia w szpitalu... ja w dojazdach, Robert za to zdał ostatni egzamin- i już
      jest lekarz weterynarii!!!!! Teraz już wróci do mnie i zaczniemy normalnie
      mieszkać, normalnie żyć.
      • 22pp Re: Nie radzę sobie... 15.03.06, 13:31
        I tak trzymac....Powodzenia, teraz pieski i kotki beda mialy dobra opieke.



        Mój słodziutki Aniołeczek
        ttp://www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec313.htm
Pełna wersja