migdallowa
24.03.06, 10:47
coś co nie daje mi spokoju od ośmiu lat i o czym rozmawiałam tylko z mężem...
Osiem lat temu zmarł nasz 1,5 miesięczny synek. Dręczy mnie dziwna sytuacja,
która zdarzyła się w prosektorium. Otóż kiedy przyszliśmy odebrać ciało synka
i załatwić wszytkie formalności, pracownicy prosektorium po usłyszeniu
naszego nazwiska wymienili dziwne spojrzenia, skomentowali słowami "Aaaa! To
CI Państwo..." - i kazali czekać na spotkanie z dyrektorem. Wtedy jeszcze nic
nie budziło mojego niepokoju, ale kiedy po dłuższym oczekiwaniu (ok. pól
godz.) zostaliśmy zaproszeni przez Panią sekretarkę na rozmowę do gabinetu
profesora (?).... Nie wiem jak opisac przebieg rozmowy. Otóż Pan profesor
twierdził, że dzwonił bezpośrednio do Jego gabinetu mężczyzna (przedstawił
się naszym nazwiskiem, co sugerowalo że to ktoś z rodziny) i zrobił karczemną
awanturę, że chce odebrać ciało Naszego synka, że mu odwówiono wydania zwłok,
że żądają od niego dokumentów, że jest KIMŚ TAM, że jak nie załatwi sprawy to
poinformuje KOGOŚ TAM.. Po prostu koszmar! Na nic zdały się zapewnienia, że
to napewno ani mój mąż ani mój ojciec ani mój teść... Byliśmy z mężem tak
zaskoczeni tymi oskarżeniami, ryczeliśmy z mężem w gabinecie i przysięgalimy,
że to nie My, że to jakaś koszmarna pomyłka, że my nie mamy żadnych
pretensji, że nie dzwoniliśmy, że nie straszyliśmy nikogo nikim, że nie
żądalismy wydania ciała bez dokumentów... Czułam się jak w matni..
Powtarzaliśmy tylko cały czas, że my chcemy tylko ubrać i odebrać Naszego
Synka...
Ta sytuacja dręczy mnie do dzisiaj. O śmierci Naszego dziecka wiedziała tylko
najbliższa rodzina - i jestem pewna, że to nikt z nich. Kto dzwonił? Dlaczego
awanturował się i żądał wydania ciała? Wiem, ze to było już tyle lat temu...
ale gdzieś to krąży po mojej głowie..