Jest coraz gorzej... Jetsem nienormalna?

24.03.06, 11:43
Minęło pól roku od kiedy straciłam przy porodzie mojego synka. Myślałam że
czas pozwoli mi zacząc normalnie żyć. Ale jest coraz gorzej. Jestem coraz
gorsza dla wszystkich bliskich mi osób, które mnie otaczają. Dla mojego męża,
który jest dla mnie bardzo bardzo dobry, dla mojego 13 letniego synka. Jestem
agresywna, wkurza mnie nawet najmniejszy drobiazg, wręcz potrafię zrobić
awanturę o byle co. Wydaje mi się, że to ja jestem winna temu że straciłam
synka, ( chociaz to wina lekarz - sprawa jest w prokuraturze.
Z jednej str wydaje mi się że już nic gorszego niż strata dziecka nie może
mnie spotkać. A z drugiej strony.... boję się takich głupst ( np kiedy dzwoni
do drzwi listonosz boję się że przyniesie jakiś list polecony, bo np nie
zapłaciłam w terminie jakiegoś podatku) Kiedy nie jestem w pracy siedzę
cichutko w domu nie włączam tv ani radia. Prypominam sobie ten dzień kiedy
rano było wszystko ok a kilka godzin pózniej nie było już nic, Nie było
Dawidka w moim brzuchu, skończyły się marzenia, plany. Zaczęła się pustka.

Mój mąż mówi "połóz się odpocznij" A ja... z jednej strony jestem zmęczona a
z drugiej zaraz dopadaja mnie poczucie winy, wyrzuty sumienia. Ze jak sie
położę, to czegoś tam nie zrobię, np nie pomyje naczyń , nie posprzatm. Potem
myślę, że nie moge spac w ciagu dnia bo co sobie pomysli mój 13 letni syn. Co
ze mnie za matka, nie zajmuje się nim?
I tak błądzę. Jakby były we mnie 2 osoby. Jedna , która zdaje sobie sprawę z
tego ze zycie toczy sie dalej, ze nie mogę być ciagle zła, agresywna,
podejrzliwa. A druga osoba to taka, która jest niedobra i jednoczesnie
strasznie otumaniona. Agresywna i pełna strachu jednoczesnie.
Mój lekarz dał mi skierowanie do psychologa. Ale co on mi pomoże. Mam takie
dni kiedy rozmawiam z meżem, mówię mu o tym co mnie boli, co mi się nie
podoba. I przekonuję, że po co psycholog, przecież sami możemy porozmawiać o
tyhc naszych bolączkach. A sa dni kiedy nie chce mi sie gadać nawet z nim,
odwracam sie plecami ( w dzień i równiez w sypialni) Jetsem agresywna,
opryskliwa. A na drugi dzień mam wyrzuty, że jak taka będę to Mąż mnie
zostawi bo w końcu nie wytrzyma.
Kochani jestem nienomalna? Tak mi sie czasami wydaje
Przepraszam za chaotyczny list ale musiałam to z siebie wydusić.
Pozdrawiam
    • roxanne1 Re: Jest coraz gorzej... Jetsem nienormalna? 24.03.06, 14:10
      oczywiście ze Nie jestes nienormalna!!!!skad tem pomysl???Ja po smierci Maciusia
      tez bylam okropna...najpierw siedzialam i plakalam...a potem sie darlam na
      wszystkich...nikogo nie chcialam widziec...musialam przezyc ten ból w
      sobie...minelo juz 9 miesiecy...nadal boli...ale juz staram sie nie
      myslec...skupiam sie na licznych badaniach i na nadziei ze lekarze pozwol ami
      zajsc w ciaze ponownie...ale o Maciusiu pamietam...nigdy nie zapomne i zawsze
      bede Go kochać z całych sil...

      U mnie bylo to samo...Miało być pieknie a nagle nie było już nic...nawet mi go
      nie pokazali...
      (**)dla naszych Aniołkow

      A dla Ciebie duzo spokoju...kazdy reaguje inaczej...utulam mocno:)
      • to-wlasnie-ja Re: Jest coraz gorzej... Jetsem nienormalna? 24.03.06, 18:32
        Posluchaj, absolutnie nie mozesz tak o sobie mowic. To depresja. Byloby dobrze, gdybys jednak wybrala sie do psychologa lub chociaz poszla na spotkanie w jakiejs grupie wsparcia w Twojej okolicy.
        Inna sprawa z mezem i synem. Na Twoim miejscu poprosilabym meza w te " lepsze " dni, o rozmowe i po prostu pwiedziala, ze to nie przeciw niemu, tylko sa dni , kiedy nad soba nie panujesz i aby wowczas pomogl Ci . Aby wytlumaczyl synowi, ze mama bywa zla lub krzyczy, ale to nie on jest temu winien . To tylko nastolatek, ktory sam przechodzi trudny dla niego czas i byc moze troszke sie gubi w tym wszystkim.
        Znam depresje, byc moze wyjdziesz z tego sama ( tak naprawde to nie bardzo wierze ) , ale to jeszcze potrwa. Popros ich o czas i cierpliwosc. Mocno Cie przytulam .
    • a.zaborowska1 Re: Jest coraz gorzej... Jetsem nienormalna? 25.03.06, 14:22
      Witaj !
      7 kwietnia minie pół roku, moje dziecko miałoby pół roku. A ja nie wiem co mam
      zrobić z bólem, rozpaczą, tęsknotą i wściekłością. Oprócz dziewczyn (dobrych
      dusz ) z forum nikt ze mną nie rozmawia na temat mojego zmarłego dziecka.
      Wszyscy jakoś ... odeszli.. A ja tak bym chciała żeby ktoś pozwolił mi wypłakać
      się w swoich ramionach. Tak bym chciała aby moje dziecko leżało w tym nowym
      łóżeczku, cieplutkiej pościeli a nie w zimnym grobie gdzie może ogrzać go
      malutki płomień zniczy. Mam ochotę krzyczeć, uciec gdzieś, gdzie tak nie boli.
      Ale nie mogę bo mam 7 letnią córkę, kochającego meża i myślę że jak przetrwamy
      to wszystko... jak uda nam się przeżyć to już nic nas nie zabije (czy tak?) i
      kiedy moje dziecko marudzi, denerwuje mnie, myślę : ty masz wszystko a tamta
      nic nawet jej nie przytuliłam! czy jestem "wyrodną matką"?
      Myślę że dopuki nie wyciągniemy tej igły tak będzie. Będziemy okropne dla
      siebie dla ludzi. W najlepszym przypadku zostanie ślad.
      A tak na marginesie - wydaje mi sie że "pół roku" to jakiś przełom w żałobie.
      Nigdy nie płakałam tyle co właśnie teraz, nigdy nie byłam tak wrażliwa jak
      teraz. Myślę że będzie lepiej musimy tylko postarać się to przetrwać, przecież
      i ty i ja mamy dla kogo żyć. Mimo iż jakbyśmy pozwoliły śmierci nas zabrać to
      pewnie właśnie teraz!!!
Pełna wersja