dragica
03.05.06, 22:24
Mam 27 lat. Mam kochającego męża, dobrą pracę. Mój mąż ma dobrą pracę. Mamy
perspektywy. Mamy prawie wszystko. Nie mamy dzieci. Nie mamy żywych dzieci.
Mam 27 lat. W ciągu 10 miesięcy straciłam dwójkę dzieci. Pierwsze dziecko,
syna, straciliśmy w 35 tygodniu ciąży, drugie dziecko straciliśmy w 12
tygodniu ciąży.
Nie widziałam żadnego ze swoich dzieci. Jedynie obraz i zdjęcia na USG.
Pierwsze dziecko miało 1540 gram i 40 cm. Drugie dziecko miało 7 cm i stopy
długości 6 milimetrów.
Pierwsze dziecko straciliśmy z powodu głupiego lekarskiego błędu. Drugie
dziecko straciliśmy z powodu głupiej grypy. Przy pierwszym porodzie ledwo
mnie uratowali. Za drugim razem było łatwiej – bez cesarskiego cięcia, kilka
godzin po USG , na którym nasze dziecko machało do nas rączkami, nasze
maleństwo po prostu się urodziło.
Za pierwszym razem nie wiedzialam co się dzieje. Nikt nie chciał nic
powiedzieć, lekarze tylko przychodzili i kręcili głowami. Miałam straszny
krwotok, a oni czekali aż urodzę siłami natury. Po cesrace nikt mi nie
powiedział dlaczego. Nikt mi nic nie powiedział.
W drugiej ciąży wiedziałam dużo więcej. Wiem co to jest cytomegalia,
toksoplazmoza, zespól antyfosfolipidowy. Wiem, co to jest poronienie i
odklejenie łożyska. Wiem o wiele za dużo.
Pierwsza ciąża była mniej więcej normalna. Jedynie gdzieś ok. 34 tygodnia
czułam, że dziecko się mniej rusza. Na USG wszytsko było ok. Według lekarza.
Nie zwrócił uwagi , że dziecko jest za małe, o wiele za małe. Wysłał mnie do
domu, zamiast do szpitala. Kilkanaście godzin po tym ostatnim USG obudziłam
się cała we krwi. W szpitalu , po 3 godzinach czekania, poinformowali mnie,
że dziecko jest martwe. Potem pośpiech, krzyki, anestezja i budzenie w sali
pooperacyjnej...Moje pytanie, czy z dzieckiem jest wszytsko w
porządku...Chcieli mnie przywiązać do łóżka pasami...
Druga ciąża była bardzo oczekiwana. Po 3 miesiacach starania udało się. Test
ciążowy zrobiłam na walentynki.Zaczął się strach. 4 tygodnie poźniej leżałam
w szpitalu. Diagnoza – krwiak w macicy. Malutki i niegroźny. I faktycznie,
krwiak się wchłonął. Ciąza rozwijała się normalnie. W połowie 11 tygodnia
kontrola u lekarza, wszytsko ok. Dwa dni poźniej zaczęło sie plamienie. I
znowu szpital. 3 dni niewiarygodnych bóli, ale wytrzymywałam wszystko, bo wg
USG z dzieckiem było w porządku. W niedzielę po południu kontrolne USG,
dziecko żywe, rośnie. Tego samego dnia o 20h bóle brzucha przestały i
poczułam, że coś ze mnie wylatuje. Wiedziałam co si stało. Zawołalam siostrę.
Siostra mnie rozebrala i w tym momencie na moim szpitalnym łóżku urodziłam
nasze drugie dziecko. Poprosiłam, żeby zrobili analizę histo-patologiczną
naszego dziecka, zapytałam przytomnie, czy nie przeszkadza , że 2 godziny
temu jadłam kolację i czy do anestezji muszę ściągnać obrączkę...Potem-
anestezja, łyżeczkowanie, budzenie...
Co pozostaje? Nic. Pustka. Strach. Dziecięce ubranka. Niespełnione marzenia.
Za 2 miesiące mogę znowu zajść w ciążę. Ale boję się. Bałam się drugiej
ciąży. Teraz, jeśli się w ogóle zdecydujemy, umrę od strachu.
Mój mąż powiedział, że dla niego bohaterem jest ktoś, kto przeżyje stratę
dziecka i pozostanie normalny. To jest chyba niemożliwe. Być normalnym. Być
normalnym i odwiedzać grób swojego dziecka. Być normalnym i patrzeć na
rodziców z dziećmi. Słuchać o cudzych dzieciach, o cudzych udanych ciążach...
Chyba umarliśmy w środku. Na pewno umarliśmy w środku.
Nie oczekujemy zrozumienia od ludzi, których to nie spotkało. Od nikogo nie
oczekujemy zrozumienia. Ludzie unikają takich rozmów. Idiotyzmy typu – będą
jeszcze dzieci, nie jesteście jedyni – nie przekonują nas. Co więcej –
denerwują.
Teraz...Trzeba żyć dalej. I czekać aż się ta farsa skończy. I w końcu
zobaczyć swoje dzieci.