kasia19812
16.06.06, 13:59
Pragnę opowiedzieć wam moja historię, historia jest pełna bólu jaki mam w
sercu
Wszystko zaczęło się od kontrolnego usg w 22 tygodniu ciąży, szłam pełna
radości że dziś zobaczę swoją dzidzię że dowiem się czy to chłopczyk czy
dziewczyna, ale niestety wiadomości jaka usłyszałam zwaliła mnie z nóg,
okazało się że mam małowodzie i przyczyny są dwie albo pęknięty pęcherz
płodowy albo dziecko ma chore nerki, lekarzowi wyglądało to na chore nerki
ale nie chciał stawiać ostatecznej diagnozy tylko skierował mnie do szpitala
na Karowej na dalsze badania, powiedział że dziecko nie ma szans na
prawidłowy rozwój , że jak nie ma na tym etapie ciąży wód to jest bardzo żle,
że dziecko umrze we mnie , urodzi się martwe bądź umrze kilka godzin po
porodzie.
Pojechałam na Karową tam zaczęły się dwa dni badań w pierwszym dniu
sprawdzali czy wody nie wyciekają, następnego dnia robili mi usg w pracowni
prog. Dangel tam postawili diagnoze że dziecko ma policystyczne nerki ale tez
nie chcieli wystawiać ostatecznej diagnozy więc wydali mi skierowanie do dr.
Roszkowskiego ( ginekolog) i prof. Zaremby ( genetyk). Umówili mnie na
wizytę na następny dzień do dr. Roszkowskiego i chyba się na nim poznali bo
tak jak pisałam dali mi tez do pracowni genetycznej skierowanie. Pojechałam
do szpitala na czerniakowską do dr Roszkowskiego tam zrobił mi usg ( usiadl
dopiero jak lekarka miala wątpliwości tak chodzil w tam i powrotem po pokoju)
i powiedział że dziecko jest zdrowe, że nie ma policystycznych nerek wyśmiał
przy mnie Karową i powiedział że mu to wygląda na pęknięty pęcherz płodowy
kazał mi się kłaść na zabieg amnioinfuzji czyli dolewania wód płodowych dla
mnie to był szok okazało się że moje dziecko jest zdrowe a my chcieliśmy
dokonać indukcji porodu pytam się dr Roszkowskiego żeby mi wyjaśnił coś o
zabiegu żeby coś więcej powiedział o dziecku a on mi oznajmia że jestem poza
kolejnością i on nie ma czasu ze mną rozmawiać i nie będzie ze mną rozmawiał.
Wyszłam stamtąd myślałam że się rozryczę byłam tam z mojego partnera tata
więc musiałam się jakoś trzymać. Nie położyłam się do szpitala chciałam
położyć się tam następnego dnia bo jak poszłam do położnej dowiedzieć się czy
dziś mi jeszcze jakieś badania zrobią to powiedziała że nie, więc uznałam że
pójdę jutro z rana i położę się do szpitala, tak mi nawet radziła ta położna.
Tak zrobiłam poszłam następnego dnia ze swoim partnerem do szpitala na
Czerniakowska po rozmowie z Roszkowskim okazało się że już dziś nie mogę się
położyć ( paranoja) i tyle wkurzyliśmy się i pojechaliśmy do prof. Zaremby
on tez się wkurzył na Roszkowskiego i skierował nas do szpitala bielańskiego
do prof. Dębskiego. Tam prof. Dębski zrobił usg i tez powiedział że nerki są
ok. W celu zdiagnozowania czemu nie ma wód płodowych (czy nie odpływają)
zrobiono mi w dniu 14.04.2006 w szpitalu bielańskim zabieg amnioinfuzji i
jeśli wody nie będą wyciekały wypiszą mnie ze szpitala do domu, wody nie
wyciekały więc 15.04.2006 wypisują mnie do domu z epikryza: „Zgłosić się do
Szpitala 18.04.2006 lub w razie niepokojących objawów w każdej chwili”. W
nocy z 15/16.04.2006 czułam że dostałam gorączki rano zmierzyłam temperaturę
i okazało się że mam 38.0 i nadal rośnie. Dodatkowo nie czułam ruchów dziecka
więc pojechaliśmy do Szpitala, płyn nie wyciekał więc nie było powodów do
niepokoju (tak wówczas myśleliśmy), w szpitalu dali mi leki rozkurczowe,
przeciwgorączkowe i przeciwbólowe, zrobili usg pokazali bijące serduszko i
odesłali do domu ( były to święta więc w szpitalu i tak by mi nic nie
zrobiono). Pojechaliśmy do domu, kolejnego dnia 17.04.2006 ponownie udaliśmy
się do szpitala ponieważ zaczął wyciekać płyn. Wówczas nie wiedziałam co to
wycieka, gdyż podczas zabiegu amnioinfuzji, płyn został zabarwiony na
niebiesko, aby w razie wycieku można było szybko zdiagnozować utratę płynu.
Gdy udawałam się do szpitala wyciekał mi płyn o zabarwieniu kawowym a nie
niebieskim (później okazało się, że był to już ropny płyn owodniowy). Tego
dnia zastałam już przyjęta na odział bo i tak 18.04.2006 miałam zgłosić się
do szpitala. Lekarz mnie zbadał i nie widział nic niepokojącego!!
Trafiłam na oddział, tam położna często zaglądała na salę gdzie leżałam, a ja
się skarżyłam na dość obfita wydzielinę i straszny ból brzucha, dostałam leki
rozkurczowe ale one nic nie pomagały. Położna chyba wszystko przekazywała
lekarzowi dyżurnemu bo przyszła i pobrała mi krew, nikt mi nie powiedział co
jest ze mną.
Po wyniku krwi przyszła do mnie położna założyła mi wenflon i podała
antybiotyk wtedy wówczas nie wiedziałam, że wdało mi się zakażenie
wewnątrzmaciczne, lekarka już o tym wiedziała skoro zleciła antybiotyk
widziała, że CRP (wskaźnik mówiący o tym, czy jest zapalenie w organizmie)
urósł do 98 gdzie norma jest 5, nikt mi nic nie powiedział .
18.04.2006 zrobiono mi usg nie było wód , zbadał mnie prof. Dębski powiedział
że wdało mi się zakażenie i podjął decyzje o indukcji porodu. Dostałam leki
rozwierające i skracające szyjkę macicy, nie wiem jakie to były leki bo w
historii choroby ich nie ma napisanych (wzięłam historie choroby ze
szpitala) . 18.04.2006 o godzinie 21:30 urodziłam martwego synka.
Dziś już znam przyczynę tego że tak się stało mój synek ma miał chore nerki
stwierdzono u niego torbielowatość nerek autosomalnej recesywnej ( Autosomal
Recessive Polycystic Kidney Disase) czyli zespól Pottera ,zaburzenia
rozwojowe płyty podstawowej w wątrobie ( Ductal Plate Malformations) czyli
wrodzone włóknienie wątroby
Nie rozumiem jednego posawty lekarzy w tym wszsytkim. Pytając o przycyzne
tego wszystkoego dowiaduje sie ze pękł mi pęchcerz płodowy 2-3 tygodnie temu
i dlatego nie bylo wód na moje pytanie to czemu po zabiegu amnioinfuzji płyn
owodniowy nie wyciekł od razu prof. Dębski mówi mi że dziecko się tak
ułożyło! Tyle tylko, że dziecko żyło i ruszało się więc całe 4 dni uciskałoby
jedno miejsce?? Konsultowałam to z trzema lekarzami, powiedziano mi że ich
zdaniem pęcherz nie był pęknięty więc czy prof.. Dębski kłamie, czy może
wystawił błędną diagnozę?? A może wie, że coś zrobili nie tak i teraz nie
chce się przyznać??
Cały czas się zastanawiam skąd się wzięło zakażenie wewnątrzmaciczne
i wydaje mi się że wdał mi je szpital, że mogło to być konsekwencja zabiegu
amnioinfuzji bo jałowa igła przebija nie jałowe powłoki brzuszne.
Po wszystkim przez co przeszłam widzę wiele nieprawidłowości. Po pierwsze
żaden lekarz, wiedząc jakie ryzyko jest dla dalszego przebiegu ciąży i jakie
ryzyko jest gdy nie ma wód dla matki, nie chciał podjąć decyzji o indukcji
porodu wcześniej. Po drugie, gdy już byłam w szpitalu bielańskim żaden z
lekarzy w dniu porodu nie informował mnie ani mojego partnera o niczym, nikt
nie udzielał mu żadnych informacji, mimo iż był wpisany w kartę jako osoba
upoważniona przeze mnie do udzielania mu informacji. Po trzecie pytając o
przyczynę lekarze twierdzą, że był pęknięty pęcherz płodowy ale to wykluczyło
mi już 3 innych lekarzy. Ponadto, gdyby był pęknięty pęcherz płodowy to wody
wyciekły by od razu a nie na 4 dzień po zabiegu.
Przed zabiegiem amnioinfuzji nie poinformowano mnie o ryzyku jakie niesie za
sobą ten zabieg, nie poinformowano mnie, że może wdać się zakażenie
wewnątrzmaciczne, a z tego co wiem pacjentka powinna podpisać zgodę, że wie z
jakim ryzykiem wiąże się dany zabieg a ja nie dość, że nic nie podpisywałam
to jeszcze nikt mnie słownie nie poinformował z czym wiąże się zabieg.
To co najgorsze, szpital nie poinformował mnie także, że mogę zabrać ciało
dziecka, nie wydał mi żadnych dokumentów umożliwiających zarejestrowanie
dziecka w USC. Teraz pisze wniosek do Szpitala o wydanie mi ciała dziecka i
odpowiednich dokumentów.
Dodatkowo lekarz z tego szpitala zarzuca mi 3 aborcje, wzięcie leków
poronnych, że nie dałam sobie pobrać krwi, i nie wiem