nastaje dzień

11.09.06, 08:58
nastaje dzień i nie wiem co mam robić

grzebię w sieci właściwie bez celu
wyżalam się...
a ból ciągle narasta
straciłam sens życia
nie wiem co mam robić
jak mam dalej żyć
nawet nie wiem czy chcę wrócić do pracy, jak spojrzę ludziom w oczy. Boję się
tego co zobaczę - współczucia, boję się pytań.
A najbardziej boję się gratulacji, od osób które nie wiedzą, że Tymoteuszek
odszedł...
Nie lubię wychodzić z domu, wpadam w panikę na zewnątrz, na dworzu, w
hipermarkecie. Patrzę z nieukrywaną zazdrością na brzuchy, wózki, dzieci...
mam chęć bić głową o ścianę
Chyba popadam w obłęd...
    • zorka7 Re: nastaje dzień 11.09.06, 09:23
      Przecież to moje słowa sprzed czterech lat... Myślałam i czułam tak samo.
      Przezimowałam w domu cały rok, nie musiałam wracać do pracy, nie musiałam nic
      robić i nie robiłam. Spotkania z ludźmi bolały, pytania, spojrzenia,
      przyglądanie się mi jakbym była egzotycznym zwierzątkiem. Pomału, pomału
      nabrałam sił, obrosłam w skórę, zaczęłam się uśmiechać do raniących mnie -
      częśsto nieświadomie i przez przypadek - ludzi. I teraz jest już dobrze. Na ile
      może być dobrze bez Martynki obok...
      • magapi Re: nastaje dzień 11.09.06, 14:05
        To również moje słowa.Dzisiaj wróciłam do pracy(jest nieźle) a jeśli chodzi o
        ludzi,to wierz mi,ze tak naprawdę to oni sami bardziej się boją niż Ty,spotkania
        i rozmów.Nawet bedziesz zdziwiona,że będą udawać,że nie chcą zapytać,nie in
        teresuje ich...oni sami są w szoku.U mnie w pracy ja sama
        mówiłam,opowiadałam,ale...nikt nie drążył,nie rozwlekł...niestety,a moze na
        szczeście...życie toczy się dalej.Poczatkowo nie wychodziłam z domu,nie robiłam
        zakupów...ale z czasem się przemogłam...wiem,że zrobiłm dobrze,bo moja nadusia
        jest ze mnie dumna...ona nie chciałaby bym popadła w całkowite zw ątpienie i
        odgrodziła się od swiata...i Twój Tymoteuszek też tego nie chce...pomyśl o
        tym...dla Niego (*),dla ciebie uściski.Trzymaj się,tak naprawdę za jakiś czas
        zauważysz,że tylko Ty pamiętasz i tylko Ty przeżywasz,nie ludzie w pracy,na
        ulicy,w sklepie.
        Małgosia
    • monikarz Re: nastaje dzień 11.09.06, 20:38
      Sama myślę o tym, aby jak najszybciej wrócić do pracy. Ale najbardziej obawiam
      się spojrzeń, współczucia... Wiem, że inni nie potrafią sami zachować się w
      takiej sytuacji, nie wiedzą co chcą powiedzieć...
      A co ja mam im powiedzieć?
      • magapi Re: Do monikarz 12.09.06, 08:26
        Powiedz,ze twoje dziecko było cudowne,ze czekałaś na nie z miłością,ale niestety
        nie było Ci dane...tęskisz jest ci trudno ale starsz się zyć dalej,starasz sie
        być silna,choć pewnie nie raz "upadniesz".Idź do pracy,kiedy nie bedziesz
        wytrzymywać-pójdziesz na chorobowe...staraj sie wrócić do życia.Zobaczysz,ludzie
        sami nic nie powiedzą,będą uważać,że nie chcesz o tym mówić,albo wyczujesz,ze
        jest im głupio...ja po prostu mówię o Nadusi,że była taka...robiła to...i pewnie
        teraz już by wyrzucała zabawki z łóżeczka.Przecież była...nie jest nieistniejącą
        historią...bardzo bałam sie powrotu-niepotrzebnie...inni bali się
        bardziej...Małgosia
        • hania731 Re: Do monikarz 13.09.06, 12:00
          Doskonale Cię rozumiem i bardzo współczuję,że też musisz przez to
          przechodzić,ale niestety ludzie bardzo się gubią widząc czyjeś
          nieszczeście,jakby się bali,że się zarażą.
          Ale po kilku dniach,przestaniesz być obiektem zainteresowania,bo znajdą jakiś
          nowy.sama po sobie wiem,że siedzenie w domu jest dobre tylko przez jakiś
          czas,potem powoduje tylko destrukcję.
          Większość ludzi chaciałaby nas widziec płaczące i szlochające,a jak tego nie
          widzą to mówią:"ale dobrze sobie radzi".Ze zdziwieniem w głosie.
          Ależ mnie wkurza to stwierdzenie.
          Swój ból mam w sercu,dziekuję Bogu i Hani,że w tym całym nieszczęściu dał nam
          tyle sił,że nie mam depresji,że choć każdego dnia czuje jak serce na nowo pęka
          i nie chce się zrosnąć,że nic już nie b.edzie takie kiedyś,że życie choc nadal
          jest piękne (moja druga 6-cio letnia córeczka codziennie mi daje dowody,że tak
          jest) dla mnie starciło cały kolor,tę beztroska radość,która była kiedyś.
          I tak jak Ty magapi,mówię o hani wszedzie gdzie tylko mogę,ale nie wszyscy chcą
          słuchać.
          • magapi Re: Do monikarz 13.09.06, 20:17
            Tak,tak...mówię o Nadusi,ale chyba nikt nie chce słuchać.Na pewno nikt nie chce
            słuchać.A jeszcze gorzej,że mówią,że ktoś tam urodził,ktoś jest w ciąży.Pracuję
            w przedszkolu,jest tam mnóstwo dzieci i one mają małe rodzeństwo.kilka razy
            dziennie widzę cięzarne kobiety...pewnie mówią,nieźle się trzyma...oni nic nie
            wiedzą...
            • monikarz Re: Do monikarz 13.09.06, 20:28
              Magdo mów o Nadusi, ja chcętnie posłucham, poczytam. Opowiedz mi o niej...
              Ja opowiem Ci o moim synku... Tak aby pamięć o naszych Aniołkach przetrwała nas
              samych.
              • monikarz Re: Do monikarz 13.09.06, 20:32
                przepraszam, pomyliłam się w imieniu - Małgosiu
                • magapi Re: Do monikarz 13.09.06, 20:43
                  Odezwę sie jeszcze i opowiem o mojej Nadusi.Chętnie wysłucham też słów o Twoim
                  Skarbie.zatem do "przeczytania"(może jutro)Trzymaj się dobrejnocy...Małgosia
                  • magapi Re: O Nadusi 14.09.06, 21:22
                    Wiesz,kiedy w lipcu ubiegłego roku spojrzałam w kalendarz i zobaczyłam,ze mam 34
                    lata-powiedziałam sobie,to ostatni czas.Mamy wspaniałą,superzdrową córkę
                    Weronikę,ma dzisiaj 9 lat,może by tak postarać się o rodzeństwo???Wczesniej była
                    praca,kupno mieszkania,kredyty...zanim zdążyłam porozmawiać z mężem-już byłam w
                    ciąży.Pomyślałam-warto wierzyć w marzenia.4 września na swoje urodziny mąż
                    dostał małe białe buciki...rozpoczęło się czekanie...rozmowy z córką...termin
                    był na 1 maja,a Weronika 14 maja miała Komunię...wszystko miało być
                    pięknie...lekarz zadowolony,wszystko w porządku...aż do porodu 2 maja.Wtedy gdy
                    już obdzwoniłam wszystkich,że jestem szczęsliwa,ze mała jest cudna i ma 10 pkt.
                    w skali Apgar...po godzinie...szok...szmery...coś
                    poważnego...karetka...transport 100 km do Poznania...

                    Codziennie dowiadywaliśmy się o nowej wadzie serduszka.W sumie było ich 9.Z
                    trudem wytrzymywałam rozstanie z domem,mężem i córką.Wyłam z bezsilności w
                    szpitalu...nic nie mogłam zrobić...tylko ją karmić własnym mlekiem...gładzić po
                    rączce...

                    Musiałam zostawić Nadusią na czas Komuni.W poniedziałek rano ledwie zdązyliśmy
                    ucałować Nadusię przed operacją.To był bardzo długi dzień...około 13.00
                    przewieźli ją na pooperacyjny oddział IT.Zaczęły się wzloty i upadki,ale
                    przetrwała.Po dziesięciu dniach od operacji przyjechalismy do domu.Zaczęło się
                    wielkie szczęście i wielkie ostrożne kochanie Nadusi.Tacy byliśmy dumni.Rosła
                    jak na drożdżach,z dnia na dzień stawała się mądrzejsza,bardziej
                    kontaktowa.Poznaliśmy jej charakterek-mały niecierpliwy głodomorek-"dojek"mówił
                    na nią mąz i córka,gdy łapczywie szukała piersi...Było tak cudownie...Małgosia
                    • monikarz Re: O Tymusiu w brzuszku 14.09.06, 22:55
                      O tym, ze Tymuś zamieszkał we mnie dowiedziałam się wczesnym rankiem Bożego
                      Narodzenia w zeszłym roku... Pierwsze co pomyślałam, że to dobry znak...
                      O Boże jak ja się myliłam...
                      Od połowy stycznia zaczęła się walka o życie mojego dziecka... Miałam
                      krwawienia i byłam na usg aby stwierdzić czy dziecko żyje. Pierwsze słowa jakie
                      usłyszałam byłly najwspanialsze "dziecko żyje". Byłam najszczęśliwsza na
                      świecie. Nastał czas spokoju i oczekiwania na pierwsze ruchy. Tak pragnęłam
                      czuć Tymusia, tak mocno wsłuchiwałam się w swoje ciałao, że w 16 tygodniu
                      odebrałam sygnały od Niego. Nazwałam te ruchy motylkowaniem, bo muskał mnie tak
                      delikatnie jak motylek. Miał już swoje przezwisko Bąbelek - często tak do niego
                      mówiłam, nawet po urodzeniu.
                      Tydzień po świętach Wielkanocnych dowiedzieliśmy się, ze to będzie On - synek.
                      Tatuś był szczęśliwy, ja również. Kilka dni później mąż musiał wyjechać...
                      Zaczęło się wieczorem... ciekła ze mnie krew...całe nogi, koszulka była we
                      krwi... karetka przyjechała szybko, pędem do szpitala... nie było aparatu
                      usg... dostałam zastrzyk wstrzymujący... i leżałam w ciemności czekając...
                      i o 2 w nocy mały zaczął się poruszać... Następna porcja szczęścia - Żyje!!!
                      W 31 tygodniu ze względu na cukrzycę ciężarnych byłam na kontroli w szpitau, po
                      badaniach stwierdzono skracanie szyjki i zagrażający poród przedwczesny... do
                      końca 36 tygodnia - dokładnie 43 dni leżałam w szpitalu na podtrzymaniu...
                      każdy kolejny dzień to był dzień wygrany... odliczałam dni tygodnie do
                      bezpiecznej granicy...
                      Miało być dobrze...
                      Po wyjściu ze szpitala chodziłam z brzuchem jeszcze 17 dni, aż lekarz podjął
                      decyzję o wywołaniu porodu ze wzg na podejrzenia sączenia się wód...
                      Poród był bardzo ciężki...
                      Miałam bóle parte przez 2 godziny, spadało tętno małego
                      Tymuś urodził się w zamartwicy, dostał 6 pkt... był przygotowany już aparat do
                      reanimacji, uprzedzona intensywna terapia...
                      I tylko Jego silna wola życia spowodowała, że poradził sobie z tym wszystkim i
                      dostał pod koniec 8 pkt.
                      Na 3 dobę wyszliśmy do domu... z malutką żóltaczką
                      Po 2 dobach Tymuś wrócił do szpitala z większą zółtaczką
                      Na następną 2 dobę miał wyjść zdrowiutki do domu
                      Usnął wczesnym rankiem... na wieki...
                    • hania731 O Hani 14.09.06, 23:46
                      Małgosiu!dziękuję za Twoje słowa wsparcia.mamy podobne historie z naszymi
                      aniolkami.ja również mam w domu córeczkę,tylko 6-cio letnią i też
                      zdecydowalismy z mężem,że nie chcemy mieć w domu jedynaczki.Hania kochana była
                      przez nas jeszcze przed poczęciem,nie wyobrażaliśmy sobie,że nasze szczęście
                      może się tak szybko skończyć.hanię rodziłam w znieczuleniu
                      zewnątrzoponowym.Mogłam więc spokojnie i świadomie przeżywać cud jej narodzin.W
                      3-tygodniu,gdy żółtaczka nie chciała minąć,po badaniach okazało się,że coś jest
                      nie tak z jej wątrobą.Jeszcze wtedy nie spodziewaliśmy się czegoś
                      poważnego,choć oboje jesteśmy lekarzami,to było niemożliwe,żeby coś było
                      naszemu dziecko.takie rzeczy się zdarzają tylko w książkach i w historiach
                      opowiadanych przez dlaszych znajomych.Ale niestety,pojechaliśmy na diagnostykę
                      do centrum Zdrowia Dziecka i tu wszystko się wyjaśniło,żółć nie spływa z
                      wątroby,pierwsza operacja odbarczająca,aby dziecko urosło jak najwięcej i wtedy
                      przeszczep wątroby.jacy byliśmy pełni nadziei i siły po pierwszej operacji.To
                      nic,że musimy całkiem zmienić nasze życie,koniec z
                      wycieczkami,przygodami,chcemy siedzieć w domu,byle z naszymi córeczkami.Taki
                      spokój trwał dwa miesiące,potem wszystko już szło nie tak jak powinno i za
                      szybko,o wiele za szybko.Siedziałyśmy w Centrum ponad miesiąc,okazało się,że
                      przeszczep wątroby bedzie potrzebny bardzo szybko,oswoiliśmy się i z tą
                      myślą.Na szczęście po badaniach okazało się,że jestem "super zdrową młodą
                      kobitą z bardzo dużym problemem" i mogę być dawcą dla hani.Miałyśmy pójść do
                      domku i za tydzień dwa,przyjechać na przeszczep.Ale los znowu nas zaskoczył,w
                      ciągu dwóch dni hania się gwałtownie załamała,jej wątroba przestała
                      pracować,chyba już calkiem,ona trafiła na OIOM.Jako jedyny ratunek dla niej
                      przeszczep,mamy podjąć decyzję czy się decydujemy,nie zastanawiamy się ani
                      chwili,to jakaś szansa,znowu swiatełko w tunelu.Ja na Banacha,pzryjechałam o
                      14,a o 15 już jechałam na blok operacyjny.Przeszczep się powiódł
                      technicznie,ale organizm Hanuli nie dał już rady przetrwać jeszcze tego i
                      odeszła od nas. A my zostaliśmy tutaj i żyjemy,choć kiedyś myslałam,że gdyby
                      mnie coś takiego spotkało to umrę razem z moim maleństwem,a tutaj mijają
                      kolejne dni,ja jestem zdziwiona,ale żyję.I jak mogę mówić,że jestem
                      nieszczęśliwa,gdy moja starsza córcia jest przekochana i każdego dnia dziękuję
                      Bogu,że ją mam.Ale jak mogę powiedzieć,że jestem szczęśliwa,skoro Hani nie ma z
                      nami?Jak sobie radzisz z tym Małgosiu?Pozdrawiam Cię serdecznie.
                      • monikarz Re: O Hani 15.09.06, 07:39
                        ... takie rzeczy się zdarzają tylko w książkach i w historiach opowiadanych
                        przez dlaszych znajomych...

                        O boże jakbym chciała by to była prawda...

                        Nasz dzieci żyły chwilkę, mgnienie, a były tak dzielne i tak silne...
                        Wiecie, One przyszły by nam powiedzić, że nas kochają...
                        Tymusiu, Nadusiu, Haniu dbajcie o nas, o swoich osieroconych rodziców
                        • magapi Re: O Hani 16.09.06, 11:28
                          na pewno dbają...inaczej zniknęłabym w obłędzie...Pa!!!
Pełna wersja