Dodaj do ulubionych

Realne warunki pracy dydaktycznej

18.02.08, 12:51
Wiem, temat już wałkowany wcześniej i w innych wątkach, ale przeglądam
ostatnio wypowiedzi niektórych forumowiczów i zastanawiam się, czy nie żyją
oni przypadkiem w matriksie.

To może wyraźnie napiszę, jaki jest problem.

Problem jest taki, że obecnie w przeważającej większości studenci:
- nie są zainteresowani zdobywaniem wiedzy;
- sami wiedzą coraz mniej;
- mają o sobie bardzo dobre mniemanie;
- świetnie znają swoje prawa i nagminnie z nich korzystają, by wywinąć się od
obowiązków;
- zależy im tylko na papierku, dyplomie - na zajęcia chodzić nie chcą, a co
dopiero mówić o przeczytaniu jakiejś książki (czy nawet artykułu).

W takiej sytuacji pracownik naukowo-dydaktyczny na uczelni ma do wyboru:
- nadal uprawiać orkę na ugorze, wkładając mnóstwo wysiłku w dydaktykę i
widząc, że nie przynosi to efektów, skazując się na frustrację jak bohater
"Dnia Świra";
- całkowicie odpuścić sobie dydaktykę, zajmując się innymi sprawami (np.
rozwojem naukowym, dorabianiem w innym miejscu pracy etc.);
- będąc realistą robić dokładne minimum w stosunku do 90% studentów, ustalając
niskie wymagania. W stosunku do tych, co rokują na przyszłość (są tacy, choć
nieliczni) być otwartym na współpracę, poświęcając im więcej czasu.

Ja stosuję do ostatnie rozwiązanie, jest moim zdaniem optymalne. Wyzbyłem się
już złudzeń, w dodatku mnie dużo bardziej interesuje rozwój naukowy. Jeśli
zgłaszają się do mnie studenci, którzy chcą coś więcej niż tylko wpis w
indeksie - to poświęcam im masę czasu. W różny sposób: po prostu z nimi
rozmawiając, pomagając w tworzeniu planu pracy magisterskiej, w wyszukiwaniu
literatury, wygłaszając referat (za friko, rzecz jasna) dla koła naukowego etc.

Dla reszty mam program minimum, nisko ustawioną poprzeczkę i jak najszybszy
wpis. Szkoda mi na nich czasu, mam doktorat do napisania.

Więc przestańmy się bawić w hipokrytów, przynajmniej na tym forum...
Obserwuj wątek
    • dworzec Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 18.02.08, 15:57
      zgadzam sie, ostatnie rozwiazanie, ktore podajesz jest najsensowniejsze w obecnych warunkach...

      podam tez taki przyklad: studenci dokonuja "ewaluacji jakosci ksztalcenia"... w sytuacji gdybym chcial zmusic do nauki tych opornych (pewnie wiekszosc), co wiazaloby sie z duzym nakladem pracy (moim i studentow), "wynagrodzony" zostalbym zlymi ocenami "jakosci mojej pracy"... wole wiec, prowadzic ciekawe zajecia ale niekoniecznie bardzo meczyc studentow na zaliczeniach, dzieki czemu moge liczyc na satysfakcje wiekszosci klientow... a ci ktorzy rzeczywiscie chca sie czegos nauczyc - tym moge poswiecic wiecej czasu...

      na pytanie po co dobrze wypadac w imprezach typu "ewaluacja jakosci ksztalcenia" - nie wiem jak u nas, ale na zachodzie jest to wazne kryterium awansu/zdobycia pracy
    • niewyspany77 Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 18.02.08, 16:07
      To bedzie tak ze teraz nie masz czasu, bo masz doktorat do napisania, pozniej
      nie bedziesz mial czasu bo bedziesz musial gromadzic dorobek, pozniej nie
      bedziesz mial czasu, bo habilitacja ;)

      Nie przejmuj sie, to o czym piszesz to norma i taka jest niestety rzeczywistosc
      dydaktyczna. Niestety nie jestes ani wyjatkiem, ani uczelnie nie sa wyjatkiem.
      Nawet w szkole podstawowej pracuje sie tak naprawde dla tych paru uczniow,
      ktorzy chca.

      Nie ma potrzeby byc hipokrytami - dydaktyka nie polega na byciu silaczka dla
      cwaniaczkow, ktorzy wesza okazje.
      • flamengista Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 18.02.08, 16:38
        > To bedzie tak ze teraz nie masz czasu, bo masz doktorat do napisania, pozniej
        > nie bedziesz mial czasu bo bedziesz musial gromadzic dorobek, pozniej nie
        > bedziesz mial czasu, bo habilitacja ;)

        No niestety masz 100% racji. Tak to właśnie wygląda w naszym systemie.
        • niewyspany77 i jeszcze drobiazg 18.02.08, 17:00
          Jakby nie bylo, za pieniadze ktore MEN i MNIISW placi za dydaktyke nie ma co
          wypruwac flakow.
        • skrzydlaczek Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 18.02.08, 19:36
          Wlasnie wrocilam z pierwszych zajec z nowa grupa. Studentki - nie
          przejmujac sie specjalnie moja obecnoscia, choc chyba myslaly, ze
          nie slysze - stwierdzily, ze nie potrzebuja listy lektur, bo i tak
          nie beda tego czytac. Przywyklam. Ale jak prowadzic ciekawe
          cwiczenia niewielkim nakladem sil ze studentami, ktorzy regularnie
          nie przygotowuja sie na zajecia?
          W sytuacji, gdy wiekszosc czyta, robie prace grupowa, rozne
          cwiczenia aktywizujace, moderowane dyskusje itp. - ale podstawa jest
          zawsze znajomosc tekstu. Bez tego pozostaje mi poltorej godziny
          gadania do sciany - i nawet przyklady z prasy kolorowej, pudelka
          itp. ozywiaja ich tylko na chwile.
    • alba.alba Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 18.02.08, 20:34
      Uśmiałam się. Nie wiem, na jakich kierunkach wykładacie, ale pewnie na takich, na które po prostu idą mniej ambitni studenci, ci z niższym wynikiem na maturze itd. I rzeczywiście tacy to studiują "tylko dla papierka". W większości wypadków pewnie nie udało im się dostać na wymarzone kierunki, więc studiują to, na co zostali przyjęci.

      Powiem wam tak - u mnie na wydziale nie studiuje się dla papierka, chociażby z tego względu, że w moim fachu sam papierek nic nie znaczy. I tak wiem, że na koniec studiów czeka mnie egzamin na aplikację, więc muszę się na nim wykazać wiedzą. I tak myśli większość studentów prawa, bo sam mgr prawa nie uprawnia do wykonywania zawodu prawnika. Nic więc nie da, że będę miała wszystkie wpisy w indeksie, jak słabo zdam egzamin na aplikację.

      Po drugie - to, czy studenci są zainteresowani zajęciami, czy nie, zależy w dużej mierze od prowadzącego. Bez obrazy, ale doktorant, który sam niedawno był studentem, nie ma doświadzenia ani zawodowego, ani pedagogicznego, nie jest więc zadatkiem na wybitnego prowadzącego, bo do tego potrzeba i większego doświadczenia, i większej wiedzy, a to wymaga czasu. Myślę, że dlatego studenci są znudzeni waszymi zajęciami, bo wiedzą, że młody doktorant nie ma nim nic nadzwyczajnego do przekazania, bo w sumie to on sam jest jeszcze takim uczącym się studentem.
      • tocqueville Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 18.02.08, 20:43
        alba - chyba każdy na forum ma już dość twojego wymądrzania

        po pierwsze: są rzeczywiście kierunki na najlepszych uczelniach na których było
        25 kandydatów na miejsce i tam dostają się najlepsi, ale to jedynie kilka
        procent studentów. My piszemy o szarej codzienności, a nie o grupce najlepszych
        z najlepszych

        po drugie: najlepszy prowadzący nic nie poradzi jeśli trafi na studentów
        zainteresowanych tylko zdobyciem dyplomu - dla nich dobry prowadzący to taki co
        stawia 3 bez pytania, a nie ten co stara ich sie czego nauczyć

        po trzecie: doktoranci na kierunkach humanistycznych) prowadzą ćwiczenia a na
        ćwiczeniach mają pracować studenci. Doktorant nie jest od bycia alfą i omegą,
        ale ma pełnić funkcję moderatora, inspiratora, arbitra w dyskusjach. Zadaniem
        doktoranta jest przygotowanie problemów i egzekwowanie przygotowania studenta do
        zajęć...
      • skrzydlaczek Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 18.02.08, 22:50
        1. To akurat przyklad z prywatnej uczelni, gdzie kandydaci
        przyjmowani sa wylacznie na podstawie rozmowy kwalifikacyjnej. Ale -
        uprzedzajac ewentualne: a nie mowilam! - odsylam do tytulu watku. Na
        uniwersytecie jest lepiej, choc i tak widze zmiany przez ostatnie
        kilka lat.
        2. Od moich studentow jestem starsza 10-12 lat, choc moze nie
        wygladam ;-), doswiadczenie dydaktyczne pewnie niewielkie, choc
        jednakowoz dobrych kilka lat ucze, co do wiedzy - dwa kierunki
        studiow skonczone i paru rzeczy studenci naprawde mogliby sie ode
        mnie nauczyc. Ja tez bym sie zreszta chetnie czegos od nich
        nauczyla, ale od tych, o ktorych wspomnialam w pierwszym poscie -
        nie mam czego. No, moze biografii gwiazd i gwiazdeczek, ew. techniki
        makijazu. Ale nie po to spotykamy sie na cwiczeniach z przedmiotu
        obowiazkowego na ich specjalnosci.
        Realne warunki pracy dydaktycznej to takze takie przypadki,
        niestety. A pracy wylacznie z najlepszymi studentami to kazdy by
        sobie zyczyl - ile ciekawych projektow mozna byloby wspolnie
        zrealizowac!
        I prosze mi wiecej nie pisac, ze zainteresowanie studentow zajeciami
        zalezy w duzej mierze od prowadzacego - co ma zrobic prowadzacy, gdy
        na pytanie: Co panstwa interesuje (z okreslonej dyscypliny)? slyszy
        tylko cisze? A pozniej na korytarzu zbulwersowana studentka opowiada
        kolezance: No i ona pyta, co nas interesuje? Co mnie, ku..., moze
        interesowac?!
        • autumna Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 19.02.08, 08:54
          > kolezance: No i ona pyta, co nas interesuje? Co mnie, ku..., moze
          > interesowac?!

          He, he, podobne, od znajomego, też z prywatnej.
          Znajomy prowadzi zajęcia z przedmiotu informatycznego, podaje wiedzę czysto praktyczną na poziomie "jak nagrać płytkę CD". Przy którymś z tematów studentka krzywi się - a po co mi to...
          - Przecież się to na pewno pani przyda.
          - A to w razie czego poproszę kogoś o pomoc.
          - A jak nikogo nie będzie pod ręką, nie lepiej samamu umieć...?
          - Eee, ja tam wolę komuś zapłacić, i zrobi...
        • alba.alba Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 19.02.08, 15:50
          Skrzydlaczek, to że akurat ty jesteś starsza o 10 lat, nie zmienia faktu, że najczęściej różnica między studentem a doktorantem jest niewielka - zarówno w zakresie wieku (czasami nawet 1-2 lata), jak i wiedzy (między studentem 4-5 roku a świeżo upieczonym doktorantem). U nas przyjęło się, że te zajęcia, które wymagają inteaktywnego kontaktu student-wykładowca, na których studenci mają największą możliwość zadawania pytań (czyli ćwiczenia) prowadzą młodzi doktoranci bez żadnych doświadczeń zarówno zawodowych jak i dydaktycznych. To tak jakby student nauczał studenta. A formy zajęć z założenia mniej interaktywne, polegające na wyłożeniu podręcznikowej wiedzy, prowadzi profesor/doktor hab. z dużym dorobkiem. Według mnie to jest błędne, bo powinno być akurat odwrotnie. Doktorantów powinni wysyłać na wykłady, a te zajęcia w bezpośrednim kontakcie ze studentem powinni prowadzić profesorowie, którzy są w stanie udzielać studentowi lepszych pod względem merytorycznym wypowiedzi.
          • flamengista dobre;) 19.02.08, 18:47
            Wszystko fajnie, ale:

            "Doktorantów powinni wysyłać na wykłady, a te zajęcia w bezpośrednim kontakcie
            ze studentem powinni prowadzić profesorowie, którzy są w stanie udzielać
            studentowi lepszych pod względem merytorycznym wypowiedzi"

            Pojawiają się dwa niepoprawne politycznie pytania:

            1. Czy profesorowie aż tak gorąco pragną tego kontaktu ze studentem i
            prowadzenia dla nich ćwiczeń?
            2. Jesteś pewna, że profesorowie udzielą merytorycznej wypowiedzi? A co jeśli -
            Boże uchowaj - dociekliwy student zada trudne pytanie, na które profesor nie
            będzie potrafił odpowiedzieć?
      • flamengista mnie to nie przekonuje 19.02.08, 09:26
        1. nie jestem doktorantem tylko asystentem robiącym doktorat. Niewielka to
        różnica, ale zawsze - bo mam silniejszą pozycję w stosunku do studentów.

        2. Moi koledzy z doktoratem czy nawet habilitacją mają identyczny problem -
        widać siwe włosy czy magia tytuły tutaj nie działają. Studenci niewzruszenie
        mają wszystko w głębokim poważaniu, z wyłączeniem ok. 10-procentowej,
        aktywniejszej części.

        3. W przypadku mojego kierunku mówimy o dość elitarnych studiach: w zeszłym roku
        było ponad 5 kandydatów na 1 miejsce. A uczelnia jak na warunki polskie też w
        miarę elitarna, w końcu jesteśmy uniwersytetem i to krakowskim.

        4. Do tego dochodzi specyfika mojego przedmiotu - to przedmiot-samograj.
        Rozumiałbym, gdybym prowadził historię myśli ekonomicznej, systemy polityczne
        czy ekonomię matematyczną - tradycyjnie znienawidzone przez naszych studentów.
        Ale ja prowadzę przedmiot lekki, łatwy i przyjemny. Do tego ciekawy, co studenci
        podkreślają w ankietach (anonimowych, rzecz jasna. Miałem już 2 razy badania, za
        każdym razem 3 grupy po ponad 30 osób. Studenci generalnie lubią moje zajęcia i
        cenią mnie jako prowadzącego. Ale niestety na zajęciach nic z tego nie wynika).

        Powtarzam, gdyby to była sprawa moich kompetencji, wieku, talentu pedagogicznego
        (ich braku). Ale wszyscy moi koledzy - zarówno asystenci w moim wieku, jak i
        adiunkci czy profesorowie mają ten sam problem!
      • 0.freedom Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 19.02.08, 14:06
        Zadziwiajacy jest fakt, iz niektórzy traktują pracę dydaktyczną jako
        dodatek spowalniający ich szybką karierę naukową, inni narzekają na
        leniwych i aroganckich studentów, ale jednocześnie WIĘKSZOŚĆ
        wspólnie zgadza się z wygodną dla siebie teorią minimalnego wysiłku
        dla studenta...A ja się pytam: gdzie czasy, kiedy studenci musieli
        uczęszczać na zajęcia, musieli zaliczać, musieli sie
        przygotowywać???? Wychodzę z założenia: tyle wymagam od innych ile
        od siebie i KONSEKWENTNIE się tego trzymam!
    • tocqueville głos wykładowcy-konserwatysty :) 18.02.08, 20:46
      konserwatyzm.pl/content/view/3064/111/
      Autor przesadza z wymogiem dyscypliny, ale zamieszczam to, dla zobrazowania, że
      zadziwienie studencką rzeczywistością zaczyna być powszechne...

      Ostanie zdanie jest interesujące, cytuję: "„Studenci są jak zbuntowane
      chłopstwo, wszelkie negocjacje zachęcają ich tylko do dalszej grabieży. Ale jak
      pierwszą salwą położysz pierwszy rząd, to reszta się rozpierzchnie!”. :)
    • autumna łopatą do głowy... 19.02.08, 09:02
      Tak przy okazji, jest jeszcze jedna specyficzna grupa. Uważają, owszem, że na uczelnię przyszli po wiedzę, nie tylko po papierek. Tylko oczekiwania mają specyficzne: nie że oni "się nauczą" - to ty masz "ich naumieć", bez wysiłku umysłowego z ich strony. Podać gotowe rozwiązania w stylu "wkręt A włożyć w otwór B i gotowe". Konieczność wykonania jakiejkolwiek operacji matematycznej przyprawia ich niemalże o atak histerii - wzory? po co nam jakieś wzory?
    • powolutku007 na drugą nóżkę ;) 19.02.08, 10:07
      > Problem jest taki, że obecnie w przeważającej większości studenci:

      współczuję doświadczeń.

      to nie jest uwaga osobista, skierowana pod Waszym kontem - mam nadzieję (przypuszczam) że Wy tacy nie jesteście :)

      jednak ogromna większość zajęć z doktorantami w polsce, na których bywałam (kilka instytutów hum.-społ. uw) wygląda tak, że:

      - doktoranci są skrajnie nieprzygotowani. jeśli zajęcia są na podstawie tekstu obcojęzycznego, sem. polega na jego (sic!) przetłumaczeniu, bez odrobiny pomyślunku, myślenia własnego. koszmar, odmóżdżenie zupełne.

      - czasami ich wiedza jest niesłychanie ograniczona :( nie wiem z czego to wynika, pewnie dopiero zaczynają przygodę z doktoratem, może się nie przygotowują, może temat nie jest ich konikiem, ale... wpadki są czasami po prostu oszałamiające.

      - skracanie zajęć o pół godziny, spóźnianie się karkołomne na porządku dziennym, odwoływanie zajęć bez powodu...

      - brak jasnych kryteriów oceny: są znacznie mniej wymagający niż doktorzy, profesorowie, ale przy okazji znacznie mniej fair. można nie być przez dwa miechy, dostać zaliczenie bez problemu => świadomość tego działa demotywująco na grupę, to chyba jasne.

      - niektórzy są zwyczajnie niekulturalni. myślą, że doktorat pozwala im na wydawanie ironicznych sądów o inteligencji grupy. za granicą z czymś takim nigdy się nie spotkałam.

      niestety, niektóre zajęcia, które musiałam zrealizować prowadzone były tylko przez doktorantów.

      w rezultacie traktowałam większość jako okazję do poczytania gazety.

      nie uważam tego za jakąś wielką arogancję z mojej strony. ale cóż, nie lubię tracić czasu.
      • powolutku007 Re: na drugą nóżkę ;) 19.02.08, 10:09
        errata: kĄtem...
      • flamengista no ba 19.02.08, 10:20
        Czasem profesor mówi ci we wtorek, że w czwartek masz kurs do poprowadzenia - i
        nie ma zmiłuj się.

        Co do jakości zajęć prowadzonych przez doktorantów - ja mam trochę inne
        doświadczenia. Mój młodszy brat studiuje kulturoznawstwo na UJ i akurat zajęcia
        z doktorantami najlepiej wspomina. Nie tylko była miła atmosfera, ale prowadzący
        strasznie się starali, by zajęcia były dobrze przygotowane i interesujące.

        Podobnie te zajęcia wspominają jego koledzy z roku, z którymi miałem okazję na
        ten temat porozmawiać.

        Oczywiście można zakładać, że kulturoznawstwo na UJ jest wyjątkiem
        potwierdzającym regułę - ale ty też nie masz pełnego obrazu sytuacji...

        Natomiast BARDZO dziwię się jednemu. Jeśli asystent taki jak ja jest na uczelni
        na samym dole, obok portierów i sprzątaczek, to doktorant stoi jeszcze niżej.
        Jeśli więc taki doktorant:
        - jest nieprzygotowany;
        - źle wychowany, niegrzeczny;
        - niekompetentny;
        - niepunktualny;
        - nierzetelny (nie realizuje wszystkich zajęć);
        - jego zajęcia są stratą czasu - przez co musiałaś czytać gazetę...

        TO CO POWSTRZYMAŁO CIĘ OD ZŁOŻENIA SKARGI U SZEFA TEGO DELIKWENTA!?!

        Przez takich właśnie studentów jak Ty nic się nie zmienia na lepsze. Widać
        miałaś większe aspiracje, niż zaliczyć ćwiczenia chodząc na nie przez dwa
        miesiące i czytając gazetę, chciałaś się czegoś nauczyć - ale nic nie zrobiłaś w
        tym kierunku!

        Póki wymagający studenci nie wezmą sprawy w swoje ręce, to zajęcia słabe nadal
        takie będą. Rozumiem, że trudno jest poskarżyć się na kiepski wykład profesora.
        Ale na beznadziejnego doktoranta?

        Wstydziła byś się... Najłatwiej to narzekać zza klawiatury.
        • powolutku007 ... 19.02.08, 10:34
          > ale ty też nie masz pełnego obrazu sytuacji...

          zdaję sobie z tego sprawę.


          > TO CO POWSTRZYMAŁO CIĘ OD ZŁOŻENIA SKARGI U SZEFA TEGO DELIKWENTA!?!

          znaczy mam chodzić po instytutach i składać skargi? bo jak napisałam, nie były to przypadki jednostkowe... czasu na naukę, pracę by mi zabrakło... ;)


          > Przez takich właśnie studentów jak Ty nic się nie zmienia na lepsze.

          ojej :) ja tam sądzę, że to przez nich/ przez Was. ale faktycznie punkt widzenia zależy....


          > miałaś większe aspiracje, niż zaliczyć ćwiczenia chodząc na nie przez dwa
          > miesiące i czytając gazetę, chciałaś się czegoś nauczyć - ale nic nie zrobiłaś
          > w tym kierunku!

          to nie tak. poszerzam wiedzę z dziedzin, które mnie interesują. a treść gazety akurat zależy do moich zainteresowań.


          > Wstydziła byś się... Najłatwiej to narzekać zza klawiatury.

          masz rację, następnym razem napiszę donos (bo w kolejce do dziekana nie chce mi się stać).
          • flamengista a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 13:37
            ... że zajęcia prowadzone przez doktoranta X są beznadziejne?

            Nie przesadzaj, nie trzeba do tego stać w kolejce do dziekanatu.

            Jeśli dobrze zrozumiałem, oczekujesz od szefów insytutu umiejętności
            telepatycznych/czytania w myślach studentów i odgadywania ich życzeń/trosk.

            Wypraszam też pisanie "przez Was". Ja tu nic nie mam do rzeczy. Natomiast Ty -
            owszem. Bo jeśli coś się teraz studentowi nie podoba, to zgłasza to odpowiednim
            władzom.

            Nie rozumiesz, że w dobie niżu demograficznego to student dyktuje warunki i wymaga?

            Powtarzam, strasznie mnie denerwuje takie narzekanie na zajecia i nic z tym nie
            robienie. Na UJ władze rektorskie muszą nawet stosować zachęty finansowe, by
            studenci łaskawie zechcieli ocenić wykładowców przez internet.

            Z takim nastawieniem to faktycznie nic się nie zmieni.
            • bumcykcyk2 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 14:05
              Nie dawaj takich rad, bo otwierasz puszkę Pandory. U mnie 'na państwowym'
              studenci nauczyli się zarówno składać anonimowe donosy, jak i oficjalne skargi.
              Potrafili również wezwać anonimowo straż miejską z alkomatem. Oprócz paru
              celnych strzałów w przeważającej większości było to szczeniackie rozrabiactwo i
              odgrywanie się np. za uwalone kolokwium. Ponieważ Dziekan na początku się
              przejął, tzn. np. zmienił prowadzącego ćwiczenia jakiejś z grup w trakcie
              semestru, bractwo rozzuchwaliło się do tego stopnia, że zaczęło zasypywać władze
              wydziału podobnymi petycjami. Atmosfera się zważyła, było parę miechów nerwowo
              po obu stronach barykady, aż w końcu wszyscy wszystko olali i jest po staremu,
              czyli pisma już nie wpływają.

              Ps. Na pierwszych zajęciach zwykle przywołuję postać Pawki Morozowa i puszczam
              parę wiąch na kapusiów, koledzy z instytutu robią podobnie i raczej skutkuje
              (zero skarg i donosów)
              • autumna Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 15:13
                > semestru, bractwo rozzuchwaliło się do tego stopnia, że zaczęło >zasypywać władze wydziału podobnymi petycjami.

                A to jest moim zdaniem niedołęstwo władz uczelni, skoro nie potrafią zweryfikować zasadności wpływających skarg. Zmierzamy w stronę pajdokracji?
                • flamengista właśnie - kiepski ten dziekan... 19.02.08, 15:56
                  "Bractwo rozzuchwaliło się" - sorry, ale równie dobrze można to potraktować jako
                  cenną inicjatywę obywatelską społeczności studentów. Celem takiej inicjatywy nie
                  musiało być koniecznie uwalenie nielubianego wykładowcy, ale być może chęć zmian
                  na lepsze.

                  Mądry dziekan uważnie wysłucha obu stron, zbierze dokładniejsze informacje - a
                  nie działa w sposób pochopny i chaotyczny.

                  Powtarzam - to, że studenci zaczęli pisać petycje i podania - to bardzo dobrze!
                  Najgorsze jest to, że oni w ogóle się nie interesują. Jeśli natomiast piszą do
                  dziekana - znaczy, że nie jest z nimi tak źle.

                  W końcu teoretycznie jesteśmy jedną wspólnotą, wspólnotą akademicką. Studenci
                  mają prawo się wypowiadać w sprawach, które są dla nich ważne. Moim zdaniem
                  robią tak zdecydowanie za rzadko!
                  • tocqueville Re: właśnie - kiepski ten dziekan... 19.02.08, 16:05
                    Zgadzam się, że studenci mają prawo zgłaszać POWAŻNE problemy do dziekana. To o
                    wiele lepsze (dla uczelni) niż mieliby pisać listy do prasy albo obsmarowywać
                    wykładowcę na forach.

              • paradygmat.poznawczy Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 19:07
                bumcykcyk2 napisał:

                > Nie dawaj takich rad, bo otwierasz puszkę Pandory. U mnie 'na państwowym'
                > studenci nauczyli się zarówno składać anonimowe donosy, jak i oficjalne skargi.

                Nie przesadzaj, jak pracownik jest OK, to nic mu donosy zrobić nie mogą. Na mnie
                regularnie się skarżyli słabi studenci, dlatego robię zaliczenia i egzaminy
                pisemne; gdy dziekan robi konfrontację zawsze mam papiery na dowód, ze ocena
                była sprawiedliwa, a wymagania odpowiednie do przedmiotu. Miałam tez paru wielce
                urażonych, których wycięłam za plagiaty.
                Ostatnio nawet tych skarg ubyło, więc albo studenci wiedzą, że nic nie utargują,
                albo dziekan ich spławia wiedząc, czym się sprawa skończy ;-P

                A doktorantów łatwo sprawdzić z dydaktyki, jeśli przedmiot się kończy egzaminem:
                jeśli kiepsko uczą albo mało wymagają to ich grupy są wycinane w pień na
                pierwszym terminie i wtedy stu biorą sie do nauki ;)
                Jest tez takie pojecie jak hospitacja, młodym asystentem będąc miewałam je na
                zajęciach.
                • flamengista mała korekta 19.02.08, 19:26
                  "jeśli pracownik jest ok, to nic mu donosy zrobić nie mogą"

                  W zasadzie tak, przy normalnych, uczciwych władzach dziekańskich. Bardzo dużo
                  zależy od dziekana, ale i szefa katedry/zakładu.

                  W praktyce jak masz złe stosunki z szefem, nawet nieuzasadniony niczym donos
                  może ci zaszkodzić. I studenci niestety zdają sobie z tego sprawę.

                  No, ale to nie wina studenta a złego szefa...
                  • paradygmat.poznawczy Re: mała korekta 19.02.08, 20:57
                    Masz rację, ja akurat bezpośredniego szefa mam świetnego, wszystko co wiem o
                    dydaktyce wiem od Niego, na władze dziekańskie tez narzekać (pod tym względem
                    przynajmniej) nie mogę :)
            • alba.alba Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 16:04
              Odpowiadając na pytanie, skąd szef instytutu ma wiedzieć, że zajęcia prowadzone przez doktoranta X są beznadziejne, odpowiadam, że ma on obowiązek zbierania anonimowych ewaluacji od uczestników danych zajęć. Jeżeli wyniki są kiepskie, a nic z tym nie robi, to jest to wina szefa instytutu, że nie potrafi odpowiednio zareagować.
              • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 16:17
                oj, alba.alba, odpowiedz mi na jedno pytanie: ile lat uczysz studentów?


                a co do ewaluacji - możliwość wypełniania ewaluacji przez studenta powinna być
                uwarunkowana średnią jaką uzyskał (powiedzmy oceniają ci co mają średnią pow. 4.0)
                • carnivore69 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 16:39
                  Akurat tu kolezanka ma moim zdaniem racje.

                  > a co do ewaluacji - możliwość wypełniania ewaluacji przez studenta powinna być
                  uwarunkowana średnią jaką uzyskał (powiedzmy oceniają ci co mają średnią pow. 4.0)

                  A to czemuz?!

                  Pzdr.
                  • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 16:51
                    z oczywistych względów
                    wg mnie na prawo oceniania wykładowców trzeba sobie zasłużyć
                    dlaczego ma mnie oceniać permanentny leser, który nie chodził ma moje wykłady
                    (na podstawie czego ma oceniać?) a ewaluacja jest dla tylko niego narzędziem
                    odreagowania za dwóję jaką dostał u mnie z egzaminu?
                    • carnivore69 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 17:29
                      Ow "permanentny leser" jest pelnoprawnym studentem Twojej uczelni. Jesli jest na
                      tyle powaznym kontrahentem, zeby posiadac zaczytny status studenta swojej alma
                      mater, posiada rowniez niezbedne "kwalifikacje" zeby oceniac jej wykladowcow.

                      Idac tym tropem mozna postulowac przyznanie czynnego prawa wyborczego wylacznie
                      doktorom, i to najlepiej nauk ekonomicznych.

                      Pzdr.
                      • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 17:38
                        zaszczytny status studenta - :) taaaa....
                        żeby zasłużyć na ten "zaszczyt" już nawet matury nie trzeba zdać...
                        jakież to "niezbędne" kwalifikacje posiada ten wspomniany przeze mnie
                        permanentny leser?
                        Jest w stanie ocenić czy dobrze prowadzę zajęcia, na które nie uczęszczał?
                        Jest w stanie ocenic moje przygotowanie do zajęć, skoro sam się nie przygotowywał?
                        • niewyspany77 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 17:45
                          Popieram. Ocena powinna byc dokonywana przez studentow rzetelnych bo to niejako
                          rzutuje na rzetelnosc oceny prowadzacego. Bo studenta po semestrze moze nie byc
                          a ferment zasiany przez tego studenta moze sie ciagnac duzo dluzej niz semestr.
                        • carnivore69 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 17:53
                          Moim zdaniem celem dzialalnosci dydaktycznej uczelni jest maksymalizacja
                          satysfakcji (m.in. mierzonej za pomoca ankiet) jej studentow, rowniez i
                          permanentnych leserow, jesli oni stanowia duza czesc grupy docelowej uczelni.
                          Jesli skoncentrujesz sie na jednej trzeciej najlepszych studentow, okaze sie, ze
                          typ odpowiadajacy pozostalym dwom trzecim pojdzie predzej czy pozniej do
                          konkurencji. A implikacje finansowe takiego rozwoju wydarzen sa jasne.

                          Oczywiscie od reputacji uczelni zalezy w duzym stopniu jakosc materialu jaki do
                          niej trafia. Takze owych "dolnych" dwoch trzecich. Niemniej owa reputacje buduje
                          sie czym innym niz ignorowanie czeci obecnej klienteli.

                          Pzdr.
                          • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 18:18
                            ale uczelnia, które chce być poważnym graczem na rynku nie może schlebiać
                            najsłabszym studentom, bo ich utrzymywanie w murach szkoły nie leży w jej
                            interesie - strasznie psują opinie uczelni
                            • carnivore69 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 18:44
                              Zgoda, ze utrzymywanie najslabszych studentow nie lezy w interesie uczelni
                              majacej aspiracje do bycia powaznym graczem.

                              Pozbawianie niektorych studentow czesci ich praw jest natomiast ortogonalne do
                              owych aspiracji.

                              Pzdr.
                              • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 18:54
                                jakich praw?

                                nie postuluję POZBAWIENIA części studentów ich PRAW (jakich praw? gdzieś to jest
                                zapisane to prawo?)
                                ale wręcz przeciwnie - apeluję, aby traktować ewaluację jako formę przywileju
                                który można UZYSKAĆ za przyzwoite wyniki w nauce (forma nagrody)
                                • carnivore69 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 19:27
                                  Praw, przywilejow, wszystko jedno... zauwaz jednak, ze to de facto studenci
                                  robia nam łaske wypelniajac owe ankiety, a nie my im umozliwiajac im to.

                                  Dobrowolne rezygnowanie z feedbacku od czesci studentow jest rownoznaczne z
                                  wyrzucaniem do kosza czesci ankiet przeprowadzanych w ramach badan rynkowych.
                                  Sam mozesz ocenic sensownosc takiej strategii.

                                  Pzdr.
                                  • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 20:26
                                    Firmę robiącą rzetelne badania rynkowe interesują odpowiedzi określonej grupy
                                    konsumentów.
                                    • carnivore69 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 20:51
                                      "Ksiazke Skarg i Wnioskow udostepniamy wylacznie naszym najbardziej cenionym i
                                      zaufanym klientom."

                                      Jesli nie interesuje Cie opinia studenta, ktory spelnil jednak jakies obiektywne
                                      kryteria, zeby studiowac w Twojej szkole - Twoja sprawa. Nie przekonasz jednak
                                      mnie do tego, ze wartosc informacyjna jego ankiety jest zerowa i ze jej wyniki
                                      nie moga byc z pozytkiem wziete pod uwage przy przygotowywaniu nastepnej edycji
                                      kursu.

                                      Rownie dobrze mozesz rozpisac konkurs na najlepiej zdany egzamin z nagrowa
                                      glowna - mozliwoscia wypelnienia ankiety dotyczacej jakosci wykladu.

                                      Pzdr.

                                      PS. Wieksza wartosc informacyjna maja 3 ankiety dobrych studentow + 30 kiepskich
                                      niz 3 dobrych (to a propos jakosci w odpowiedzi udzielonej flamengiscie).
                                      • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 21:44
                                        wartość ankiety studenta, który z góry na dół wstawia mi same najgorsze stopnie
                                        np. za punkt: terminowe odbywanie zajęć (nie opuszczam zajęć) albo podanie
                                        kryteriów zaliczenia (zawsze dokładnie podaję kryteria zaliczenia, gdzie
                                        precyzyjnie formułuję swoje oczekiwania) jest wg mnie zerowa - dla mnie to
                                        ewidentna reakcja na ocenę ndst w indeksie
                                        • carnivore69 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 20.02.08, 12:07
                                          Trzydziesci takich ankiet natomiast (takim rzedem wielkosci operujesz) to juz
                                          wyrazny sygnal, ze cos jest z wykladem nie tak.

                                          Pzdr.
                                          • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 20.02.08, 19:37
                                            jeśli 30 osób sygnalizuje w ankiecie, że nie chodziłem na wykłady to znaczy, że
                                            rzeczywiście mnie na nim nie było???
                                            Taki wniosek mam wyciągnąć z tych 30 ankiet? :)

                                            • carnivore69 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 20.02.08, 20:03
                                              Wniosek to, ze albo proces rekrutacji trzeba powaznie przemyslec (bo czesc
                                              studentow nie reprezentuje wymaganego poziomu), albo zmian w wykladzie trzeba
                                              dokonac (gdyz jego forma/zawartosc/cokolwiek doprowadza "pelnowartosciowych"
                                              studentow do takiej desperacji).

                                              Wyrzucanie tych ankiet do kosza pozwoli odnosnym komorkom na zapoznanie sie z
                                              opiniami jedynie czesci studentow i nie zainicjuje potrzebnych (w/w) zmian.

                                              Pzdr.

                                              P.S. U Was wszyscy ponizej 4,0 takie wlasnie numery wycinaja, ze az chcesz ich
                                              pozbawic glosu? ;)
                    • alba.alba Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 19:43
                      tocqueville napisał:

                      > z oczywistych względów
                      > wg mnie na prawo oceniania wykładowców trzeba sobie zasłużyć
                      > dlaczego ma mnie oceniać permanentny leser, który nie chodził ma moje wykłady
                      > (na podstawie czego ma oceniać?) a ewaluacja jest dla tylko niego narzędziem
                      > odreagowania za dwóję jaką dostał u mnie z egzaminu?

                      Po pierwsze, nie każdy kto dostaje dwóję, jest leserem (może miał akurat problemy osobiste czy rodzinne). Po drugie, może za tą dwóję w pewnym zakresie ponosi winę wykładowca, np. nudno prowadził zajęcia, źle wyjaśniał zagadnienia, niejasno sprecyzował wymagania egzaminacyjne/zaliczeniowe.
                      • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 20:05
                        cytat: "za tą dwóję w pewnym zakresie ponosi winę wykładowca, np. nudno
                        prowadził zajęcia"

                        tak, już zrozumiałem - to moja wina, że student dostał dwóję, ponieważ zbyt
                        nudno prowadziłem zajęcia :)
                      • biolog_teoretyk Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 20.02.08, 14:15
                        alba.alba napisała:
                        > Po pierwsze, nie każdy kto dostaje dwóję, jest leserem (może miał akurat proble
                        > my osobiste czy rodzinne).

                        To prawda, ale zawsze może poprosić o umożliwienie mu pisania egzaminu/kolokwium
                        w innym terminie. Miałem kilka takich przypadków i nie było problemu.

                        Po drugie, może za tą dwóję w pewnym zakresie ponosi
                        > winę wykładowca, np. nudno prowadził zajęcia, źle wyjaśniał zagadnienia, nieja
                        > sno sprecyzował wymagania egzaminacyjne/zaliczeniowe.

                        Od tego są kunsultacje, by mógł wyjaśnić wątpliwości i upewnić się, że wszystko
                        dobrze zrozumiał.
                        • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 20.02.08, 19:32
                          mnie zastanawia jakie doświadczenie dydaktyczne ma alba.alba
                          bo formułuje tezy niezwykle kategoryczne

                          a w kwestii meritum: kiedy byłem początkującym dydaktykiem poczuwałem się do
                          odpowiedzialności za to, że student X dostał dwóję
                          teraz po kilku latach mi przeszło
                          jeśli miałbym teraz podsumować moje refleksje, to streściłyby się w zdaniu:
                          każdy ma taką ocenę, na jaką zasłużył - i tyle
                • flamengista to mi się nie podoba 19.02.08, 19:43
                  powyżej 4,0? Na jakiej zasadzie? A czemu nie powyżej 4,5?

                  1. Nie mitologizujmy ocen. Czasem lesserem może być ten, co ma nawet nie
                  najgorszą średnią - po prostu miał szczęście z doborem wykładowców i miał
                  łatwiejsze egzaminy.
                  2. Ktoś mógł mieć słabszy rok z powodów zdrowotnych czy rodzinnych - dlaczego
                  arbitralnie pozbawiać go możliwości oceny?
                  3. Im więcej ocen, tym lepiej bo masz materiał porównawczy. Po co na starcie
                  ograniczać próbę? Przecież to oznacza zafałszowanie wyników...
                  4. Niestety, carnivore ma rację: lesser też jest studentem i nie widzę powodu,
                  by nie dać mu możliwości oceniania wykładowcy.

                  Inna natomiast sprawa, jak student ocenia pracowników akademickich w komisjach
                  dyscyplinarnych, co jest do dzisiaj praktykowane. To jest głupota - jak student
                  ma się np. wypowiadać w kwestii ew. plagiatu?
                  • tocqueville Re: to mi się nie podoba 19.02.08, 20:15
                    > 1. Nie mitologizujmy ocen. Czasem lesserem może być ten, co ma nawet nie
                    najgorszą średnią - po prostu miał szczęście z doborem wykładowców i miał
                    łatwiejsze egzaminy.

                    Średnia jest powszechnie przyjętym miernikiem poziomu studenta. Od niej zależy
                    np. wysokość stypendium naukowego a także fakt czy się dostanie warunek itd.

                    > 2. Ktoś mógł mieć słabszy rok z powodów zdrowotnych czy rodzinnych - dlaczego
                    arbitralnie pozbawiać go możliwości oceny?

                    Brak możliwości oceny wykładowcy to chyba najmniejsza sankcja za słaby rok
                    (niezależnie od przyczyn).

                    > 3. Im więcej ocen, tym lepiej bo masz materiał porównawczy. Po co na starcie
                    ograniczać próbę? Przecież to oznacza zafałszowanie wyników...

                    Interesuje mnie jakość, a nie ilość. Ważniejsze są dla mnie 3 oceny rzetelnych
                    studentów, niż 30 ocen tzw. leserów.

                    > 4. Niestety, carnivore ma rację: lesser też jest studentem i nie widzę powodu,
                    by nie dać mu możliwości oceniania wykładowcy.

                    Tylko czemu to służy?
              • flamengista bardzo fanie - ale co jeśli 19.02.08, 19:29
                ... studenci mają ankiety w głębokim poważaniu i:

                - w przypadku papierowych - robią sobie jaja i nie wypełniają ich, bądź
                wypełniają błędnie;
                - w przypadku internetowych - szkoda im czasu, by je wypełnić (UJ).

                U nas to działa nieźle, bo nad wypełnianiem ankiet czuwają pracownicy ze studium
                psychologii, a wykładowca na czas ankiety WYCHODZI Z SALI.

                Ale jeśli system ankiet jest zły, to szef instytutu dostaje niekompletne informacje.
            • powolutku007 Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 18:34
              flamengisto, dziękuję za lekcję civil disobedience.

              ale Twoją propozycję bezpośredniej skargi uważam za przynajmniej utopijną.

              u nas była kiedyś ewaluacja - oddawana nie bezpośrednio wykładowcom, ale samej górze. wszyscy jak jeden mąż bardzo ostro skrytykowali pewną osobę z kadry, powszechnie znienawidzoną w instytucie z powodu niekompetencji i braku kultury (przypadek jest naprawdę skrajny...). że krytyka taka była to informacja pewna - potwierdzona również przez samych wykładowców.

              i co? i nic. ta osoba nadal jest, robi to samo.

              więc nie dziw się, że nikt nie chce krytykować z otwartą przyłbicą - jeśli może na tym tylko stracić.

              ewaluacja oczywiście jak najbardziej - jeśli wyciągnie się z niej jakieś wnioski.

              poza tym: nie rozumiem dlaczego miano by prawo oceny dawać osobom z najwyższą średnią li i jedynie :) (cenzus majątkowy w wyborach do parlamentu proponuję w takim razie). trzeba po prostu dobrze pytania ułożyć - jak najbardziej szczegółowo. nie sądzę, żeby było wiele osób, którym będzie się chciało zmyślać dlaczego wykładowca jest beee.
              • tocqueville Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 18:43
                wyborach - nie cenzus majątkowy - bardziej adekwatna analogia to byłby cenzus
                wykształcenia
                • pr0fes0r Re: a skąd szef instytutu ma wiedzieć... 19.02.08, 18:52
                  Prawdziwe, ale brutalne. Zmierzamy galopem w stronę modelu amerykańskiego, gdzie
                  zmuszanie studenta do nauki uważane jest za łamanie praw człowieka i naruszanie
                  konstytucji, a ulewanie leserów źle świadczy nie o leserach, a o wykładowcy.
                  • flamengista łamanie praw człowieka 19.02.08, 18:59
                    cóż, to już się dzieje.

                    Niedawno koleżankę zagiął student, który stwierdził że nie można mu wpisać dwói
                    z zaliczenia, ponieważ jest... niepełnosprawny.
                    • babazgaga Re: łamanie praw człowieka 19.02.08, 19:14
                      No, to już hardkor
                      Ja myślałam, że jak mi odkrywczo student zaoczny mówi, że nie mogę mu wpisać
                      dwói, bo on pracuje, to jest hardkor, ale to przechodzi ludzkie pojęcie.
                      A w temacie ewaluacji. Z tego co wiem, to we wszelkich systemach ocen (przede
                      wszystkim - pracowniczych) zakłada się, że osoba, które takiej oceny dokonuje,
                      jest po pierwsze, kompetentna do jej wykonania, po drugie, dokonuje obiektywnej
                      oceny na podstawie wyznaczonych wskaźników, po trzecie, nie kieruje się
                      względami osobistymi, i po czwarte, wie jaki jest cel oceny. Ja mam niestety
                      wrażenie, że nie zawsze studenci spełniają te cztery kryteria, tym bardziej, że
                      co do celu oceny to niekiedy i Tfórcy samego systemu nie są przekonani
                      (literówka zamierzona).
                      Chciałabym być oceniana przez studentów, ze świadomością, że są to oceny
                      rzetelne, czyli że spełniają ww kryteria. Muszę szczerze powiedzieć, że
                      jakkolwiek u mnie na Wydziale podobno funkcjonuje sformalizowany system ocen, to
                      nie przypominam sobie, żeby KIEDYKOLWIEK oceniane były moje zajęcia. I naprawdę
                      tego żałuję, bo w ramach obcinania godzin na specjalności wykoszono mój kurs, o
                      którym studenci mówili, że jedne z najlepszych zajęć podczas całych studiów, że
                      faktycznie można się czegoś konkretnego, praktycznego nauczyć. MOże jakby była
                      ewaluacja, to ktoś by się nią pokierował, i zostawił?......

                      I w temacie ewaluacji jeszcze jedna rzecz. Dla studentów liczy się różnica
                      między ich wymaganiami a realizacją tych wymagań (im mniejsza, tym lepiej,
                      zarówno in plus, jak i in minus), natomiast dla Tfórców systemów ocen -
                      realizacja pewnych wymagań "idealnych". Już od razu widać tu odmienną motywację,
                      prawda?
                      • flamengista ale ewaluacja to nie dogmat 19.02.08, 19:33
                        przecież wyników ewaluacji nie przyjmuje się bezkrytycznie. Są pewne widełki,
                        granice tolerancji.

                        Jeśli jednak w ankietach oceny są dramatycznie złe, a dodatkowo studenci piszą w
                        nich o nadużyciach (np. elementarny brak kultury, molestowanie seksualne,
                        nagminne opuszczanie konsultacji czy niepunktualność) - to jednak nie może być
                        przypadek.
              • flamengista jak jest u nas... 19.02.08, 18:55
                Ankiety anonimowe są regularnie (co 2-3 lata w przypadku danego przedmiotu i
                prowadzącego) przeprowadzane.

                Owszem, jest kategoria: średnia ocen, ale:
                a) sam wypełnia ją student (jak chce, może oszukać)
                b) nie jest sprawdzane, czy student pisze prawdziwą średnią
                c) ma jedynie charakter informacyjny dla samego prowadzącego, który dostaje
                opracowanie ankiety i wie, jak oceniły go poszczególne grupy: studenci z
                najwyższą średnią i ci z najniższą.

                Ankiety są przeprowadzane pod koniec semestru ale przed zaliczeniem, a wyniki
                (anonimowe, opracowane zbiorczo - a nie wszystkie ankiety do wglądu) trafiają do
                prowadzącego 2-3 miesiące po rozpoczęciu kolejnego semestru.

                Nie mam tu miejsca na omówienie całej ankiety, ale jest bardzo precyzyjna i
                obejmuje szereg kategorii: czy zajęcia są ciekawe, metody dydaktyczne, jasność
                kryteriów oceniania etc.

                Wynik z ankiety jest jedną z ważniejszych ocen składowych w okresowej ewaluacji
                pracownika akademickiego.

                Wiem co najmniej o jednym przypadku odebrania zajęć za złe oceny - i to nie
                asystentowi, a adiunktowi.

                Oczywiście system nie jest bez wad... Profesorowie są traktowani ulgowo. Ale
                adiunkci i asystenci - nie.

                Słowem - da się.
      • autumna jesteśmy zieloni... 19.02.08, 12:41
        > - brak jasnych kryteriów oceny: są znacznie mniej wymagający niż doktorzy, prof
        > esorowie, ale przy okazji znacznie mniej fair. można nie być przez dwa miechy,
        > dostać zaliczenie bez problemu

        Wiesz co, nam jest czasami głupio i trudno oceniać ludzi młodszych raptem o rok czy dwa. A czasem i starszych - szczególnie na zaocznych. Przed chwilą sami się uczyliśmy, teraz to my uczymy innych i nie każdy od razu potrafi się znaleźć w tej sytuacji. Szczególnie że wybierając się na doktorat każdy miał na widoku przede wszystkim pracę naukową, a dydaktykę otrzymał "z dobrodziejstwem inwentarza", niezależnie od swoich chęci i umiejętności.
        Prowzadząc dydaktykę na doktoranckich starałam się to robić przynajmniej rzetelnie: nie było mowy o jakimś spóźnianiu się czy odwoływaniu zajęć. Ale czy dobrze mi to wychodziło? - raczej przeciętnie, nie czuję w sobie talentów pedagogicznych...
        • alba.alba Re: jesteśmy zieloni... 19.02.08, 16:08
          autumna napisała:
          > Wiesz co, nam jest czasami głupio i trudno oceniać ludzi młodszych raptem o rok
          > czy dwa. A czasem i starszych - szczególnie na zaocznych. Przed chwilą sami si
          > ę uczyliśmy, teraz to my uczymy innych i nie każdy od razu potrafi się znaleźć
          > w tej sytuacji. Szczególnie że wybierając się na doktorat każdy miał na widoku
          > przede wszystkim pracę naukową, a dydaktykę otrzymał "z dobrodziejstwem inwenta
          > rza", niezależnie od swoich chęci i umiejętności.

          Właśnie o tym pisałam, dzięki za potwierdzenie moich spostrzeżeń. Takie przyznanie się do winy z ust doktorantki jest milej widziane niż wyzywanie od trolli czy usuwanie postów. Nie każdy ma taką odwagę cywilną jak ty.
          • skrzydlaczek Re: jesteśmy zieloni... 19.02.08, 16:33
            A mi sie nie podoba takie stawianie sprawy i dzielenie na dwa obozy:
            my, swietni doktoranci, i oni/wy, zli studenci (albo odwrotnie). Nie
            chce obwiniac za wszystko studentow, nie chce tez, zeby obwiniani
            byli doktoranci, bo przeciez nie o to chodzi. Jakosc nauczania
            oddzialuje na postawe studentow, ale i odwrotnie - zaangazowanie
            studentow mobilizuje do poprawy jakosci nauczania. Banal. Czasem
            pierwsze jest jajko, czasem kura.
            ALE: naprawde widze zmiany na gorsze zwiazane z umasowieniem
            edukacji na poziomie wyzszym i sa one wyrazne nie tylko na
            prywatnych uczelniach, ale i na najlepszych uniwersytetach. Coraz
            wiecej studentow nie chce czytac zadawanych lektur, nie widzi w tym
            sensu, coraz czesciej dostaje prace sciagniete z sieci, coraz wiecej
            studentow traktuje studia wyzsze nie jako pewien proces samorozwoju,
            doskonalenia, zdobywania wiedzy itp., ale jako zadanie - zdobyc
            dyplom i miec z glowy. Pewnie nie we wszystkich dziedzinach tak
            jest, wypowiadam sie tylko w imieniu nauk spolecznych.
            I stad frustracja doktorantow i mlodych doktorow starej daty ;-))
          • autumna Re: jesteśmy zieloni... 20.02.08, 13:42
            Do WINY? Do jakiej winy??? Tobie się do reszty porąbało. Szczególnie że zajęć prowadzonych poprawnie, aczkolwiek bez charyzmy (ot, rzemieślnikiem byłam, nie artystą;) nie mam powodu się wstydzić.
        • paradygmat.poznawczy Re: jesteśmy zieloni... 19.02.08, 21:07
          autumna napisała:

          > Przed chwilą sami się uczyliśmy, teraz to my uczymy innych i nie każdy od razu
          potrafi się znaleźć
          > w tej sytuacji. Szczególnie że wybierając się na doktorat każdy miał na widoku
          > przede wszystkim pracę naukową, a dydaktykę otrzymał "z dobrodziejstwem
          inwentarza", niezależnie od swoich chęci i umiejętności.(...)
          > nie czuję w sobie talentów pedagogicznych...

          Dlatego uważam, ze na uczelni powinno sie zatrudniać przede wszystkim
          asystentów, a nie łatać dziury kadrowe doktorantami. Asystent przychodząc na
          etat wie na co sie godzi, od razu dostaje dużą ilość godzin. U nas szef dawał
          dwa lata na otrzaskanie sie z tym, nie wymagał nawet publikowania na początku. I
          ludzie, którzy sie nie nadawali do dydaktyki szybko sie wykruszali.
          Bo mimo tego, ze jesteśmy oceniani głównie za naukę, to głównym celem naszej
          pracy jest jednak dydaktyka.
          A jak ktoś się nie nadaje ? Nikt na siłę nikogo nie trzyma...
          • alba.alba Re: jesteśmy zieloni... 20.02.08, 11:36
            paradygmat.poznawczy napisała:
            > Bo mimo tego, ze jesteśmy oceniani głównie za naukę, to głównym celem naszej
            > pracy jest jednak dydaktyka.
            > A jak ktoś się nie nadaje ? Nikt na siłę nikogo nie trzyma...

            Święta prawda. Tylko teoria sobie, i praktyka sobie. W praktyce każdy myśli tylko o grantach i tytułach oraz kombinuje, jak się wymigać od dydaktyki.
            • dusia_dusia Re: jesteśmy zieloni... 20.02.08, 11:43
              Jasne, że każdy. Począwszy od dr Abakanowicza, skończywszy na prof. Żyznym
            • paradygmat.poznawczy Re: jesteśmy zieloni... 20.02.08, 13:36
              alba.alba napisała:

              > W praktyce każdy myśli tyl
              > ko o grantach i tytułach oraz kombinuje, jak się wymigać od dydaktyki.

              Jestem krótko na tym forum i nie bardzo wiem, kim jesteś, ale po Twoich
              wypowiedziach wnioskuję, że nie masz pojęcia o prowadzeniu badań naukowych,
              pracy dydaktycznej ani ogólnie o specyfice pracy na etacie na przeciętnej
              uczelni. Żyjesz w jakiejś utopii, oceniając wszystko z pozycji swojego ponoć
              elYtarnego wydziału, a jak sie czegoś czepisz, to jak rzep psiego ogona.
              Popracuj na etacie przymuszana do kilku pensów dydaktycznych, strać gardło, to
              porównamy doświadczenia i podyskutujemy...

              PS. Ciekawe ile razy jeszcze czepisz sie mojego urlopu; nie Ty za niego płacisz,
              nie Twoja sprawa... :-P
          • autumna Re: jesteśmy zieloni... 20.02.08, 13:05
            > Dlatego uważam, ze na uczelni powinno sie zatrudniać przede wszystkim
            > asystentów, a nie łatać dziury kadrowe doktorantami. Asystent przychodząc na
            > etat wie na co sie godzi,

            Ano właśnie. Bo przecież doktorant niekoniecznie robi ten doktorat z myślą o zostaniu na uczelni, ale o pracy badawczej czy startowaniu na jakieś lepsze stanowiska poza uczelnią. W końcu też i stopień naukowy przyznawany jest za wniesienie czegoś nowego do wiedzy, a nie za talenty dydaktyczne.

            Mam za sobą praktyki pedagogiczne w ogólniaku i tam nauczycielka z wieloletnim stażem uczestniczyła w prowadzonych przeze mnie lekcjach, na koniec wyjaśniając mi, co powinnam poprawić. Jako doktorantka - byłam pozostawiona sama sobie; skąd w tej sytuacji mają się brać na uczelniach dobrzy dydaktycy? Czekanie na samorodne talenty to chyba nie jest najlepszy pomysł.
            • dusia_dusia Re: jesteśmy zieloni... 20.02.08, 13:49
              > Mam za sobą praktyki pedagogiczne w ogólniaku i tam nauczycielka z wieloletnim
              > stażem uczestniczyła w prowadzonych przeze mnie lekcjach, na koniec wyjaśniając
              > mi, co powinnam poprawić. Jako doktorantka - byłam pozostawiona sama sobie; sk
              > ąd w tej sytuacji mają się brać na uczelniach dobrzy dydaktycy? Czekanie na sam
              > orodne talenty to chyba nie jest najlepszy pomysł.
              >
              Święta prawda. U nas prawie na każdym posiedzeniu zakładu mówi się, że zajęcia
              prowadzone przez doktorantów powinny byc choć raz na semestr hospitowane... i na
              mówieniu się kończy :(
              Zresztą sytuacja na naszym wydziale jest, z tego co widzę, dość specyficzna, bo
              raczej brakuje zajęć dla doktorantów i są problemy z odpracowaniem obowiązkowej
              dydaktyki.
              • mmoni Re: jesteśmy zieloni... 20.02.08, 22:07
                Mogę tylko poprzeć to cytatem z Jane Tompkins "Pedagogy of the Distressed" (tak
                więc pewne problemy są nie tylko polskie):

                "Teaching was exactly like sex for me - something you weren't supposed to talk
                about or focus on in any way, but that you were supposed to do properly when the
                time came".
                • skrzydlaczek Re: jesteśmy zieloni... 21.02.08, 11:33
                  Sliczne ;-)
                  A tu poradnik:
                  www.psychologicalscience.org/observer/getArticle.cfm?id=1680
      • alba.alba Re: na drugą nóżkę ;) 19.02.08, 15:56
        Powolutku007, rozsądna wypowiedź. Doktoranci nie mają samokrytyki, ot co.
        • niewyspany77 Re: na drugą nóżkę ;) 19.02.08, 16:07
          alba.alba napisała:

          > Doktoranci nie mają samokrytyki, ot co.

          Za to Ty alba masz taka samokrytyke jak stad na antypody!
          • pr0fes0r Re: na drugą nóżkę ;) 19.02.08, 18:51
            36.50N, 10.21E
            • dusia_dusia Re: na drugą nóżkę ;) 19.02.08, 21:56
              K?
              • yellow_tiger Re: na drugą nóżkę ;) 20.02.08, 14:49
                i zaorana
    • dusia_dusia Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 19.02.08, 22:03
      Mam co prawda niewielkie doświadczenie dydaktyczne (raptem 2 semestry), ale na
      prowadzonych przeze mnie ćwiczeniach akurat nie zaobserwowałam tych negatywnych
      zjawisk. Fakt, że podobno trafiły mi się dobre grupy. Na ogół wszyscy mieli
      lekturę przeczytaną, starali się uczestniczyć w zajęciach, jedni lepiej inni
      gorzej, ale nikt się nie migał. Może to kwestia przedmiotu - literatura rosyjska
      2. połowy XIX wieku, głównie Tołstoj i Dostojewski, a więc utwory, które
      poruszają i które czyta się dość przyjemnie? Bo z tego co wiem od koleżanki, to
      XVIII wiek już nie szedł jej w takiej miłej atmosferze...
      • yellow_tiger Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 20.02.08, 15:36
        Hehehe to ja szczesciarz jestem co niemiara. Dydaktyki mam tyle co kot naplakal, tydzien na semestr i basta.
        Niestety moje spostrzezenia zwiazane z dydaktyka sa hmmm raczej niewesole. Obecnie prowadze wraz z trzema innymi doktorantami kurs modelwania komputerowego ktory jest calkowicie dobrowlony. Przychodza tylko ci studenci ktorzy sa tym tematem zainteresowani t.z. tak jest w teorii. Normalnie jest ich ok 12-15 na semestr. Przed kursem dostaja materialy dydaktyczne ktore powinni sobie przyswoic, aby z grubsza wiedzieli co beda robic. Tyle w temacie teoria. Teraz praktyka. Z tych 12-15 osob przygotowuje sie moze ze 2-3 reszta nie ma czasu. Wiec trace caly dzien na wytlumaczenie im tego co teoretycznie powinni wiedziec przed przyjsciem na kurs. Oczywiscie przy zalozeniu, ze koles przeczytal o czym bedzie kurs i jaki poziom wiedzy jest sugerowany. Ale pal szesc, wszystko mozna wytlumaczyc, straci sie dzien, trzeba bedzie powtarzac robote w nastepnym tygodniu ale ok, w koncu celem uniwersytetu jest niesienie kaganka oswiaty. Tylko po jaka cholere przychodza na ten kurs ci ktorym nie tylko nic sie nie chce robic, ale nawet w najmniejszym stopniu nie sa zainteresowani tematem. Zadalem to pytanie jednemu delikwentowi. Koles rozlozyl mnie na lopatki gdy oznajmil co nastepuje: a) jego ten temat wogole nie interesuje b) ma caly ten kurs w glebokim powazaniu c) jest to jedyny kurs ktory daje 10pnt. (inne daja o 5 do 8 pnt.) a wlasnie tyle mu potrzeba do zaliczenia semestru, a wiadomo co jeden kurs to nie dwa. No coz nie dostal tych 10pnt. Od zeszlego roku przestalismy robic wstepniaki, mijalo sie to z celem, zdawalo 2-3 gosci, reszta przychodzila za tydzien, dwa, trzy...az sie konczyl semestr i nie przychodzili wiecej. Dostalismy b. cenna porade od profa abymsmy sie nie wyglupiali z tym uwalaniem studentow przed kursem, bo jesli liczba studentow wybierajacych ten kurs spadnie ponizej 8 osob to zostanie on anulowany a my bedziemy prowadzic zajecia z matematyki/fizyki dla biologow i medykow...wybor byl prosty. No i w przyszlym tygodniu znowu bede tlumaczyl co to jest ten dziwny zygzak co sie calka zowie...
        Ale to tylko jeden tydzien wyrwany z zyciorysu.
        Z jasniejszej strony powiem, ze sa tez perelki, dla ktorych warto nauczac. Goscie ktorym naprawde zalezy, ktorzy sie przygotowuja i naprawde chca sie czegos dowiedziec. Tacy najczesciej w nastepnym roku pojawiaja sie w labie jako magistranci.
        • skrzydlaczek Re: Realne warunki pracy dydaktycznej 20.02.08, 20:10
          I takie wlasnie perelki utrzymuja mnie na powierzchni ;-)
          Zwlaszcza, ze niedawno dowiedzialam sie, ze na obrone musze poczekac
          jeszcze ze dwa miesiace, co razem daje 7 od zlozenia pracy....

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka