flamengista
18.02.08, 12:51
Wiem, temat już wałkowany wcześniej i w innych wątkach, ale przeglądam
ostatnio wypowiedzi niektórych forumowiczów i zastanawiam się, czy nie żyją
oni przypadkiem w matriksie.
To może wyraźnie napiszę, jaki jest problem.
Problem jest taki, że obecnie w przeważającej większości studenci:
- nie są zainteresowani zdobywaniem wiedzy;
- sami wiedzą coraz mniej;
- mają o sobie bardzo dobre mniemanie;
- świetnie znają swoje prawa i nagminnie z nich korzystają, by wywinąć się od
obowiązków;
- zależy im tylko na papierku, dyplomie - na zajęcia chodzić nie chcą, a co
dopiero mówić o przeczytaniu jakiejś książki (czy nawet artykułu).
W takiej sytuacji pracownik naukowo-dydaktyczny na uczelni ma do wyboru:
- nadal uprawiać orkę na ugorze, wkładając mnóstwo wysiłku w dydaktykę i
widząc, że nie przynosi to efektów, skazując się na frustrację jak bohater
"Dnia Świra";
- całkowicie odpuścić sobie dydaktykę, zajmując się innymi sprawami (np.
rozwojem naukowym, dorabianiem w innym miejscu pracy etc.);
- będąc realistą robić dokładne minimum w stosunku do 90% studentów, ustalając
niskie wymagania. W stosunku do tych, co rokują na przyszłość (są tacy, choć
nieliczni) być otwartym na współpracę, poświęcając im więcej czasu.
Ja stosuję do ostatnie rozwiązanie, jest moim zdaniem optymalne. Wyzbyłem się
już złudzeń, w dodatku mnie dużo bardziej interesuje rozwój naukowy. Jeśli
zgłaszają się do mnie studenci, którzy chcą coś więcej niż tylko wpis w
indeksie - to poświęcam im masę czasu. W różny sposób: po prostu z nimi
rozmawiając, pomagając w tworzeniu planu pracy magisterskiej, w wyszukiwaniu
literatury, wygłaszając referat (za friko, rzecz jasna) dla koła naukowego etc.
Dla reszty mam program minimum, nisko ustawioną poprzeczkę i jak najszybszy
wpis. Szkoda mi na nich czasu, mam doktorat do napisania.
Więc przestańmy się bawić w hipokrytów, przynajmniej na tym forum...