Dodaj do ulubionych

Wy i nauka kontra bliscy

24.09.08, 13:17
Witam Was. :)
Mam pytanie, wydaje mi się, że temat zupełnie jeszcze nie był
poruszany na forum (jeśli się mylę, przepraszam).
Otóż jakie jest zapatrywanie waszych bliskich na plany naukowe,
kroki w tym kierunku, które już poczyniliście. Czy komuś z was
usłyszało się, że przez naukę ci odbiło, tylko byś się uczył, z tego
nie ma pieniędzy, po co ci to, zwariowałeś dla nauki, rzuć to, weź
się do porządnej roboty i tym podobne epitety.
Obserwuj wątek
    • carnivore69 Re: Wy i nauka kontra bliscy 24.09.08, 13:38
      Nikt z moich bliskich na szczescie nie tkwi(l) w falszywym przeswiadczeniu, ze:

      - w wyniku wyboru kariery akademickiej "odbija",
      - jest cos zlego w tym, iz "tylko bym się uczył" (cokolwiek dokladnie mialoby to
      oznaczac),
      - z tego nie ma pieniędzy (bo sa, podobnie jak z kazdej innej sensownej
      dzialalnosci),
      - jest cos niewlasciwego w "zwariowaniu dla nauki",
      - kariery akademickie sa zdominowane (w sensie przegrywania we wszystkich
      istotnych wymiarach) przez inne, "porzadne" zawody.

      Pzdr.
      • r-kwadrat Re: Wy i nauka kontra bliscy 24.09.08, 14:32
        Nie. Z takim czyms sie nie spotkalem. Ale istnieje inny problem.
        Mając rodzinę zawsze jest duzo obowiazków. I tak to sie naklada
        jedno na drugie, praca, dom, dziecko itp. Czasem brakuje czasu zeby
        siasc i pomyslec nad napisaniem czegos sensownego. Bywa ze siedze i
        nic nie napisze przez dwie godziny, a bywa ze w godzine pisze bardzo
        duzo. Mysle ze najwazniejsze jest wsparcie rodziny. Jak człowiek
        musi "walczyc" z pisaniem pracy, pracą zawodową i w dodatku jeszcze
        z rodziną, to wtedy moze juz byc problem.

        Pozdrawiam
    • nickwmig Re: Wy i nauka kontra bliscy 24.09.08, 15:18
      Mi się "parę" razy "usłyszało" i muszę przyznać, że dziś jestem
      wdzięczny ludziom, którzy dla mojego dobra suszyli mi głowę. Na
      szczęście w porę się opamiętałem i nie zabrnąłem w to za daleko.
    • niewyspany77 Re: Wy i nauka kontra bliscy 24.09.08, 15:27
      Epitety? Ja tego nie uwazam za epitety, absolutnie.
      Uwazam to za glos rozsadku, np. gdy doktorant radosnie pisze prace ku chwale
      ojczyzny, a szanse na zatrudnienie na uczelni, ba, na zatrudnienie adekwatne do
      stanowiska doktora - znikome badz wogole zadnych.
      Przepraszam najmocniej wszystkich optymistow, ale co daje doktorat przy niemal
      murowanej szansie na bezrobocie?
      Jeszcze raz przeprosze najmocniej, kilka tysiecy doktorantow, jakies 15-20% z
      tego sie broni, na uczelniach niz, a biznes na doktorow sie generalnie wypina.
      Niestety znam pare przypadkow osob, ktorych jedyna zyciowa umiejetnoscia jest
      kucie na blache, ktorym probowano tak czy inaczej przekazac pewne "epitety".
      Niestety happy endu jak nie bylo tak i nie ma, mimo ze doktoraty obronione.
      • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 24.09.08, 19:45
        Uściślam - nie chodzi o ludzi "kujących na blachę", ale takich,
        którym praca naukowa przynosi radość, jest rodzajem hobby. Poza tym
        nie koliduje ze sprawami rodziny, w pracy (choć nie na uczelni) jest
        dobrze postrzegana.
    • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 25.09.08, 00:11
      tak, spotkalem sie. to byly teskty wobec mlodych kobiet (bo sie trzeba
      ustatkowac, maz, dzieci itd itd). te ktore znam pokazaly rodzinie jezyk. ku
      mojemu aplauzowi.

      gdybym sluchal rodziny to bylbym dzisiaj inzynierem albo lekarzem. bo jako
      humanista to z czego ty sie bedziesz utrzymywal. to sie nazywa pierpzenie kotka
      za pomoca mlotka.
      • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 25.09.08, 07:25
        Właśnie zauważyłam, że częściej obrywa się kobietom. Czy to wina
        stereotypów? Pokonałam wszystko - wyszłam za mąż, mam dziecko,
        pracuję, piszę. Co ważniejsze - czerpię radość z tego, co robię.

        A o kotku też kiedyś mówiłam - efekt był odwrotny - chęć nauki
        została nazwana kotkiem. :)
        • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 25.09.08, 13:23
          jasne ze wina stereotypow. mysle ze nauka jest nadal postrzegana jako domena
          mezczyzn (to sie oczyuwiscie zmienia powoli), a z drugiej strony owa presja na
          'ulozenie sobie zycia' jest silniejsza rowniez wobec kobiet.

          u mezzczyzn dziala co innego - nauka nie jest 'prawdziwym' sposobem zarabiania.
          dlatego tez jest cala masa badan pokazujacych ze chlopcy z klasy robotniczej nie
          ida studiowac (zaczynajac od 'kultowej' pracy Paula Willisa Learning to labour)
          • niewyspany77 Re: Wy i nauka kontra bliscy 25.09.08, 13:35
            Generalizujesz. W mojej dziedzinie jest zdecydowana wiekszosc kobiet.

            > u mezzczyzn dziala co innego - nauka nie jest 'prawdziwym' sposobem zarabiania.
            > dlatego tez jest cala masa badan pokazujacych ze chlopcy z klasy robotniczej ni
            > e
            > ida studiowac (zaczynajac od 'kultowej' pracy Paula Willisa Learning to labour)

            Cala masa badan udowadnia takze, ze mlodziez z klasy robotniczej ma po porstu i
            zwyczajnie mniejsze szanse zyciowe, ot co.
      • nickwmig Re: Wy i nauka kontra bliscy 25.09.08, 14:09
        dalatata napisał:

        > tak, spotkalem sie. to byly teskty wobec mlodych kobiet (bo sie
        > trzeba
        > ustatkowac, maz, dzieci itd itd). te ktore znam pokazaly rodzinie
        > jezyk. ku mojemu aplauzowi.

        Szczerze powiedziawszy, trochę mnie to dziwi, bo to przecież facet
        genetycznie predestynowany jest do "zapewnienia bytu" rodzinie
        i "stanowienia oparcia", podczas gdy kobieta wg utartych schematów
        może nie pracować. A skoro niepracująca (=niegenerująca przychodów,
        lecz jedynie rozchody) kobieta może być matką/żoną/kochanką
        (niepotrzebne skreślić), to tym bardziej może nią zostać kobieta
        bawiąca się w doktorat, nieprawdaż?
        • niewyspany77 Re: Wy i nauka kontra bliscy 25.09.08, 14:26
          Schematy o jakich piszesz sa obecnie na wymarciu i raczej pasuje do wsi, jakies
          50 lat temu czy cos w ten desen. Trzeba tez podkreslic, ze przyklad jest bez
          sensu, bo bycie matka/zona/kochanka jest absolutnie niezalezne od pracy czy
          niepracy. Jedno spostrzezenie jest godne uwagi - niektorzy w doktorat sie bawia,
          no ale wtedy skadinad powinni zasluzenie dostawac "epitety".
    • hatchet01 Re: Wy i nauka kontra bliscy 25.09.08, 00:50
      słyszałem, wiele razy. takie rzeczy słyszałem:
      po co ci to?, weź się za porządną robotę (pracuję w kilku miejscach,ale tego nie
      widać chyba), po dr to ci odbije!, nie będziesz chciał z nami gadać. ot z
      takiego środowiska pochodzę, gdzie nauka kończy się na zawodówce, ew. technikum
      uzupełniającym
      hiciorem dla mnie było: a po doktoracie ty będziesz ludzi leczył? :D

      jedynie moja dziewczyna i mama są dumne, i pozytywnie się o tych moich
      głupotkach (ojciec i brat tak to nazywają) się wypowiadają. mama ... ona nie
      miała szans by się uczyć, to i cieszy się odkąd ukończyłem LO.
      • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 25.09.08, 07:20
        Cieszę się, że pomimo braku przychylności wielu osób, nie zmieniłeś
        planów. Pozdrawiam Twoją mamę i dziewczynę. Nawet jeśli ktoś nie
        rozumie, a wspiera, to dodaje skrzydeł. :)

        Mój hit - tekst z izby przyjęć w szpitalu jednego z miast
        wojewódzkich: "Fajnie się pani firma nazywa" (nie uczelnia,
        instytucja naukowa). :)
          • mol22 Re: odbiję od tematu.... 25.09.08, 16:57
            Tak po prostu - dzięki temu mój syn zna chyba wszystkie możliwe
            biblioteki w mieście, a i jego już tam kojarzą. I wie, że książki to
            skarby. :)
            To jest reakcja wiązana - jeśli miałabym siedzieć w domu, tylko
            gotować, prać, prasować, sprzątać i zajmować się ogólnie domem i
            rodziną (z całym szacunkiem dla kobiet, które akurat w tym czują się
            spełnione), to, przepraszam, ale wtedy właśnie by mi odbiło. A tak,
            normalnie pracuję, czasami jakaś konferencja, czasami jakiś
            artykulik, dom normalnie funkcjonuje (różne są pojęcia normalności -
            nie robię mężowi kanapek do pracy, a koszule prasuje sobie sam ;)),
            syn po 3 dniach pokochał przedszkole (wcześniej chodził do żłobka).
            Jestem szczęśliwa, bo piszę doktorat i nie zawalam owego
            ustatkowania się, matkowania, żonowania, a skoro ja jestem
            szczęśliwa, to nie mam powodu, by się czepiać i marudzić - wtedy i
            moi bliscy są zadowoleni. :)
              • mol22 Re: odbiję od tematu.... 26.09.08, 18:57
                Nie martw się, na pewno dasz sobie radę. Pomyśl sobie, że masz
                szansę/okazję/przyjemność (lub co tam wolisz) prowadzenia zajęć. Mi
                tego bardzo brakuje, ale widoki żadne. :(

                Trzymam kciuki. :)
      • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 26.09.08, 13:15
        super. gratuluje i podziwiam. bedzie Pani ciezko, czasem bardzo ciezko. ale
        prosze sie nie poddawac. ja nie mam watpliwosci, ze dokotrat to jest
        fantastyczna przygoda intelektualna (dla mnie tak bylo, znam jeszcze innych). z
        dwojka dzieci ta rzeczywistosc moze sie okazac malo przygodowa od czasu do
        czasu, ale za kazdym razem jak przyjda pani mysli o rezygnacji, niech sie pani
        stuknie mlotkiem w glowe :-)
      • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 26.09.08, 19:00
        Nie rezygnuj. Dzieci urosną i pójdą swoją drogą, a Ty zostaniesz z
        niespełnionym marzeniem.
        U mnie też ze wsparciem bywa różnie, ale podchodzę do tego już
        bardzo lekko. Najważniejsze jest to, że mi się chce, że mnie to
        bawi, że sprawia przyjemność i, wbrew wszystkim, udaje mi się
        pogodzić wiele spraw.
        Trzymam kciuki i pozdrawiam - jak mama mamę - obie z 'piórami w
        ręku'. :)
        • joannah31 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 08:48
          Jest ciężko. Rodzina wspiera i to bardzo, ale i tak to ja ląduję w
          kuchni pisząc teksty na laptopie doglądając jednocześnie gotującego
          się obiadu. Ogólnie, pisanie doktoratu zwiększyło u mnie bardzo
          poczucie winy, że ja tu się realizuję a w domu chaos.


          Ja nie mam nadwagi, mam niedowzrost...
          Garfield
          • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 13:30
            Znam to doskonale - laptop w kuchni, książki w łazience, ogromna
            codzienna torba na rzeczy moje, pracowe, dziecka, książki z
            biblioteki, zakupy, jednoczesne gotowanie, pranie, sprzątanie,
            czytanie. A mogłoby być lżej, gdyby ktoś zechciał zauważyć i
            docenić, że moim hobby nie jest cotygodniowa zmiana tipsów i
            wycieczki po sklepach. ;)
            No ale trza być kwardym, nie miętkim - jak już ktoś tu napisała na
            forum. :)
        • alba.alba Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 17:06
          Wszyscy tu dopingujecie dzieciatym doktorantkom, a ja mam jedną krytyczną uwagę. Otóż doktorat to w sumie tylko 4 lata życia, przynajmniej tak by wynikało z odgórnych wytycznych. Czy naprawdę akurat w trakcie tych 4 lat trzeba na siebie nakładać obowiązki związane z dziećmi? Czy nie można poczekać tych 4 lat i napisać doktorat w spokoju, poświęcając się tylko jednemu? W sumie po doktoracie ma się zaledwie 28 lat, więc jeszcze kilka dobrych lat płodności pozostaje, o ile nie kilkanaście.

          Albo po prostu odwrotnie - zająć się rodzeniem dzieci w wieku lat 24, a doktorat zacząć kilka lat później, jak dziecko będzie już odchowane.

          Moim zdaniem cudów nie ma - doba ma tylko 24 godziny, więc nakładając na siebie różne czasochłonne obowiązki na raz, żaden z nich nie będzie wykonany optymalnie. Dziecko z wczesnego dzieciństwa zamiast piaskownicy będzie pamiętało jedynie biblioteki i matkę wiecznie gdzieś zabieganą, a doktorat pisany w kuchni między gotowaniem zupek a karmieniem dziecka nie będzie aż tak dopracowany, gdyby matka pisała go na spokojnie w cichym pokoju.

          Nie wiem, jak można świadomie sobie zaplanować dziecko na czas doktoratu lub jak można nie umieć prawidłowo korzystać z antykoncepcji.
          • devon07 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 17:39
            znam co najmniej kilka dziewczyn, które świadomie zaplanowały
            dziecko, jednocześnie pisząc doktoraty, które broniły świetnie, w
            terminie i były z tego jeszcze dobre książki, więc, choć ty tego nie
            wiesz, jak sama przyznajesz, po prostu można i wszystkim mamom -
            doktorantkom doping się jak najbardziej należy, a nie autorytatywne
            rady odnośnie planowania rodziny udzielane przez kogoś, kto zdaje
            się, nie ma doświadczenia nawet w kwestii piasnia własnego
            doktoratu, jeśli się mylę, to przepraszam
            • alba.alba Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 19:33
              Mnie nic nie boli, a pogląd wyrażam zarówno na podstawie powyższych wypowiedzi w tym wątku, jak również innych wątków na ten temat, które się tutaj co jakiś czas pojawiały. Być może jedna na dziesięć kobiet potrafi wszystko pogodzić i napisać obiektywnie dobry doktorat (a nie tylko subiektywnie) z płaczącym dzieckiem na kolanach, ale dużo takich kobiet narzeka, że jest im ciężko, część nawet musiała z powodu dziecka zrezygnować z doktoratu. Takich wątków naprawdę tutaj było kilka, uruchom wyszukiwarkę, żeby się o tym przekonać. I stąd ta moja refleksja.

              Nie mówiąc już o tym, że spośród naukowców mężczyźni mają statystycznie większą liczbę publikacji niż kobiety. To też o czymś świadczy: albo można to tłumaczyć tym, że kobiety są mniej inteligentne, albo tym, że wychowując dzieci mają mniej czasu na rozwój naukowy (zdrowy rozsądek nakazuje wybrać to drugie, a trzeciej opcji nie ma, no chyba że weźmiemy pod uwagę lenistwo).
          • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 18:08
            ale dopingowanie nie oznacza ze nalezy sie zgadzac z takim wyborem. ja osobiscie
            uwazam, ze lepiej zrobic najpierw dokotrat a potem zajac sie rodzina. ale:

            1. nie wszystko da sie zaplanowac, a 100 proc antykoncepcji jeszcze nie wynaleziono.

            2. skoro juz jest rodzina, to trudno jej leb ukrecic.

            no wiec skoro sie zgadzamy ze matce z dziecmi trudniej zrobic dokotrat, a
            uwazajac ze doktorat jest czyms pozadanym, ja dopinguje jej/im. to nic zlego nie?
              • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 18:56
                Uśmiałam się do łez czytając dobre rady, jak to "najpierw doktorat, później
                dzieci". Powiem krótko - bo co? Doba ma 24 godziny, zgadza się. Jeżeli jednak
                nie narzekam, nie skarżę się, zasuwam, robię swoje, jeszcze pracuję zawodowo,
                żeby z głodu nie zdechnąć, bo moja uczelnia nie przewiduje stypendiów - to co?
                To źle? Obawiacie się, że mój doktorat zaniży poziom rodzimej nauki, czy jak?
                Obawiacie się, że zajęta wywiadówkami i pieluchami (dwoje dzieci w takich
                przedziałach wiekowych) nie będę potrafiła sprostać porażającym obowiązkom
                doktorantki?
                Ależ obawiajcie się - Wasz problem. Ja sobie radzę, a nawet jeżeli sobie nie
                poradzę ostatecznie (cóż, zawsze może mi się dziecko ciężko rozchorować, ale i
                Wy drogie koleżanki, bez dzieci - możecie ciężko zachorować) to już - nie Wasz
                problem. Każdy ma prawo próbować. Nawet, jeżeli ma dzieci. Nie sądzę, żeby przez
                decyzję przyjęcia akurat mnie na studia doktoranckie stracił swoją szansę jakiś
                umysł szczególnie wybitny. Ja już swoją "ofiarę" poniosłam - z racji posiadania
                rodziny nie studiuję na uczelni, na której chciałam i która - co ciekawe, pomimo
                dzieci też mnie bardzo zachęcała - ale na o wiele słabszej. Za to w miejscu,
                gdzie mogę też (poza uczelnią) zarabiać na życie.

                I zaręczam, że da się studiować na najwyższym poziomie, pomimo dzieci. Studia
                magisterskie - dzienne - rozpoczęłam mając 0,5roczne dziecko. Skończyłam w
                cztery lata, z wyróżnieniem. Od drugiego roku studiów pracowałam. Od trzeciego -
                rehabilitowałam dodatkowo to właśnie dziecko, które po ciężkiej chorobie było
                poważnie niepełnosprawne (dziś zdrowe, więc udało mi się także nie zaniedbać
                dziecka). Gwarantuję, że nauka także nie ucierpiała.

                Miło, że są też tacy, dla których posiadanie dzieci nie skreśla kobiety z
                szeregów "elity" intelektualnej.
                  • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 19:41
                    > Rytr, chylę czoła przed Tobą i gratuluję. :) A dzieciom gratuluję -
                    > mają wyjątkową i szczęśliwą mamę.
                    Oczywiście dziękuję za miłe słowa.
                    Z drugiej strony - tu nie ma nic do "chylenia czoła" - i głównie to chciałabym
                    zaakcentować. Po prostu - taki wybór, taka droga.
                    Chodzi mi tylko o to, żeby nikt nie próbował mi mówić, co mam robić i jak z
                    jakiegokolwiek punktu widzenia (np. jakości nauki). Ja sobie nie przyznaję prawa
                    do tego, żeby dawać dobre rady singielkom, lub dziewczynom w szczęśliwych acz
                    niedzieciatych związkach. Niby z jakiej racji? Każdy ma prawo dokonać swojego
                    wyboru, nieprawdaż?
                    A gadanie o tym, kto sobie lepiej poradzi i z czym - to zwykłe nakręcanie
                    stereotypów - nic więcej.

                    ps. co do wyjątkowości - nie zgodzę się - znam wiele osób w podobnej sytuacji.
                    Co do szczęśliwości - a i owszem. Nie jestem typem matki polki (wbrew pozorom -
                    dla niektórych już posiadanie 2 dzieci jest dowodem na wyjałowienie umysłu),
                    lecz czerpię satysfakcję z wychowywania moich dzieci; jestem niemal
                    pracocholikiem - mam wspaniałą i niezwykle satysfakcjonującą pracę (no - może
                    mogłaby być bardziej satysfakcjonująca finansowo, ale to nie tylko mój problem);
                    jestem walnięta - uwielbiam się uczyć i uczyć innych - to też robię.
                    Kolejność przyczyn szczęśliwości - przypadkowa.
                    • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 21:39
                      O, my biedne matki piszące doktoraty i zmieniające pieluchy (tudzież wykonujące
                      inne 'prace' związane z dziećmi), jakie wyjałowione są nasze umysły! Te
                      wyjałowione umysły zostaną chyba hitem podwątku wątku. :)
                • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 19:50
                  ze to niby ja dawalem takie rady? ja tylko stweirdzilem, ze moim zdaniem lepiej
                  jest skupic sie na dokotracie, a potem na rodzinie. nadal tak uwazam. jakos mi
                  sie nie chce wierzyc, ze pieluchy, soczki i od czasu od czasu choorba dziecka
                  nie ma wplywu na stopien zaangazowania sie w dokotrat.

                  natomiast chyba zazdroszcze tego, ze to moze spowodowac smiech do lez.
                  • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 20:10
                    >ja tylko stweirdzilem, ze moim zdaniem lepiej
                    > jest skupic sie na dokotracie, a potem na rodzinie. nadal tak >uwazam. jakos mi
                    > sie nie chce wierzyc.....
                    No cóż - rozumiem, że to właśnie kwestia wiary. W tym zakresie się nie
                    wypowiadam, ponieważ jako osoba niewierząca nie mogę odnieść się w pełni
                    obiektywnie do prawd wiary. Natomiast jako osoba ze wszech miar tolerancyjna
                    uważam, że każdy ma prawo wierzyć w co tylko ma ochotę.

                    >...., ze pieluchy, soczki i od czasu od czasu choorba dziecka
                    > nie ma wplywu na stopien zaangazowania sie w dokotrat.
                    Może przypomnę i lekko rozwinę to, co napisałam w pierwszym moim poście
                    dołączonym do tego wątku... Kiedy byłam na drugi roku studiów magisterskich,
                    moje dziecko (wówczas 2,5 letnie) zachorowało bardzo ciężko (zagrożenie życia),
                    następnie przez kilka lat wymagało stałego (nie od czasu do czasu) leczenia i
                    rehabilitacji. Ukończyłam studia magisterskie po czterech latach z wyróżnieniem.
                    Na czwartym roku dostałam nagrodę na międzynarodowym seminarium naukowym. Na
                    drugim i trzecim miałam publikacje. Moja praca magisterska oceniona została na
                    ocenę celującą - była pracą całkowicie badawczą, nie waham się powiedzieć -
                    nowatorską, przez co z resztą początkowo miałam niewielki problem, gdyż przyjęło
                    się, że magisterka jest "odtwórcza". Żeby było jasne - moi rodzice mieszkali 260
                    km od nas, a męża - 100 km. Wszyscy pracowali i pracują, więc sami zajmowaliśmy
                    się córką (z pomocą opiekunki a później przedszkola).
                    Jakoś te "pieluchy, soczki i chooroba (pisownia oryginalna)" nie wpłynęły na
                    zaangażowanie. Co ciekawe - nie wpłynęły także na wyniki. A znam wiele
                    "przypadków" ogromnego zaangażowania, braku dzieci i słabiutkich, kiepściutkich
                    wyników (rozumianych nie tyle w kontekście ocen, co nazwijmy to - jakości dorobku).




                      • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 20:46
                        dziękuję. Nie ma czego.
                        Znam kilka osób, które żyją podobnie . Rozejrzyj się, może i wokół Ciebie są
                        doktorantki - matki, lub doktoranci - ojcowie, którzy nie pogrążają się naukowo
                        "przez" dzieci. Pozwól sobie na rezygnację ze stereotypów - to bardzo rozwija
                        intelektualnie.
                        • alba.alba Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 21:56
                          Wiesz co, w tym momencie nie chodzi raczej o stereotypy, tylko o dość oczywiste wnioskowanie, że porządny doktorat wymaga dużego nakładu czasu (np. ścisłowcy podobno całymi dniami muszą siedzieć w laboratoriach, a nie przy kołysce), a człowiek nie ma fizycznej możliwości rozdwojenia się. Nikt nie skreśla ludzi tylko dlatego, że zostali rodzicami, ale dlatego, że dziecko absorbuje czas i uwagę, a to są główne czynniki powodzenia doktoratu. Takim czynnikiem ryzyka jest także praca poza uczelnią (żeby udowodnić, że nie chodzi nam o stereotypy), chyba że ma ona związek merytoryczny z doktoratem (to wtedy go ułatwia). Dziecko, jak mniemam, z doktoratem nie ma żadnego związku, więc dlatego jest ono traktowane jako czynnik ryzyka, na równi z tą pracą nie mającą związku z doktoratem.

                          Czytałam na tym forum żale, że ludzie mający kilkanaście godzin dydaktyki tygodniowo i dwie konferencje na rok, nie mogą przez to zdążyć z doktoratem. Więc trudno mi uwierzyć, że dziecko nie jest przeszkodą w pisaniu doktoratu, skoro ono zajmuje kilkanaście godzin na dobę, a nie tygodniowo, czyli kilka razy więcej niż ci, którzy muszą odwalać dydaktykę i przez to nie mają czasu na doktorat.

                          Nie popadajmy także w stereotypy, że każdy singiel jest leserem, imprezowiczem, który na pewno doktoratu nie ukończy, bo nie będzie miał motywacji.

                          Rozsądek nakazuje twierdzić, że najbardziej komfortowa sytuacja osobista sprzyjająca refleksji naukowej to człowiek bez większych obowiązków rodzinnych, a jednocześnie na tyle pracowity, że nie marnuje czasu na częste imprezy. Owszem, wśród dzietnych zdarzają się dobre i terminowe doktoraty, ale to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Krzywa Gaussa zawsze obowiązuje;) Trudno zresztą orzekać o wartości doktoratu na podstawie samego faktu jego ukończenia, bo to pokaże późniejsza liczba cytowań. Z tego forum wyczytałam, że jakość doktoratów jest coraz niższa, więc to też rzuca pewne światło na niektóre sprawy.

                          Nawet jeśli doktorat napisany w czasie zmieniania pieluch czy ząbkowania okaże się dobry, to zawsze otwarte pozostanie kuszące pytanie, czy gdyby nie dziecko absorbujące czasu i uwagę, bo mógłby on być jeszcze lepszy.
                          • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 22:32
                            Nie dość, że zajmujesz się nadinterpretacją, to jeszcze gdybaniem. Rozumiem -
                            hobby? Bo gdyby babcia miała wąsy, to by dziadkiem była, a gdyby ta pani nie
                            miała dziecka, to napisałaby lepszy doktorat, a może gdyby miała 3 zamiast 4
                            doktorat byłby doskonalszy??
                            • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 22:56
                              dzizus kobieto, mam dwojke dzieci, widocznie jestem totalnym nieudacznikiem,
                              jednak nie wyobrazam sobie pisania dokotrtu zaraz po ich urodzeniu. zupelnie.

                              to, co pisze alba jest calkiem sensowne, gdyby Pani tylko na chwiel zeszla ze
                              swojego pomnika Matki-Polki-Doktorantki do nas zwyklych smiertelnikow. nie na
                              dlugo, ale tak na momencik.

                              jedyne kobiety, ktore znam, a ktore napisaly dokotrat z malymi dziecmi mialy
                              silne wsparcie rodziny, z reguly jedynych i/czy drugich rodzicow.

                              ale moze jako ten nieudacznik ja sie tez obracam wsrod nieudacznikow.
                              • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 23:07
                                Hmm, nic tam nie było o "nieudacznikowaniu". Jestem zwykłym śmiertelnikiem, do
                                tytułu matki-Polki-doktorantki nigdy się nie poczuwałam i poczuwać nie mam
                                chęci. Ot, tak sobie żyję, jak każdy inny człowiek - doktorant czy niedoktorant.
                                Nie zgadzam się jednak z tym, że jak się ma dziecko, to w ogóle doktorat będzie
                                słaby, a dziecko będzie wykorzystywane do naginania rzeczywistości na korzyść
                                doktoranta. Generalizowanie jednej opcji lub drugiej jest złe.
                                I tak od ~specjalistki od tipsów~ awansowałam na "Matkę-Polkę-Doktorantkę". ;)
                                • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 23:11
                                  wypraszam sobie. ja nigdy nie powiedialem, ze doktorat bedzie slaby. moze z
                                  cokolu slabo widac literki?

                                  ja tylko tweirdze, ze doktorat bedzie pisany dluzej. nic wiecej. wlasnie
                                  dlatego, ze dzieci zajmuja czas. macirzyntwo, jak i ojcostwo, nie powoduja
                                  obnizenia potencjalu intelektualnego. powoduja tylko ze sie ma mniej czasu. i tyle.
                                  • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 23:24
                                    Tak, chodziło mi o wypowiedzi użytkownika alba.alba, podałam je w kontekście
                                    Pana odpowiedzi, gdyż to ciągle ten sam problem - dzieci przeszkadzają.

                                    Ale znowu widzę dorabianie ideologii - stanęłam na cokole. ;) Wolę jednak niziny
                                    - tam czuć zapach kwiatów.
                                    • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 23:43
                                      jak ktos chce mowic, ze przeszkadzaja, to mnie to rybka. ja bym powiedzial, ze
                                      stanowia dodatkowa presje na czas, ktory mozna poswiecic na przyklad na doktorat.

                                      jest to dla mnie totalnie oczywiste i niecjalnie widze sesnownosc klocenia sie.
                                      sa na pewno osoby, ktore potrafia sobie w sposob swietny ulozyc czas, a przy
                                      wsparciu typu: rodzice, opiekunka itd itd., zaleznie od mozliwosci finansowych,
                                      wszystko sie da zrobic. ja jeszcze nie spotkalem takich ludzi, ale pewnie mialem
                                      pecha. dzis okazuje sie, ze ta cala masa kobiet, ktore nie potrafia sie
                                      pozbierac, ktorych nie stac na przedszkole i opeikunki, to po prsotu leniwe
                                      fleje, ktore wybatozyc najlepiej, bo przeciez dwojka dzieci, zakupy, pieluchy i
                                      soczki, to jednym palcem, a pozostalymi dziewiecioma mozna rozdzialy pisac. a
                                      jeszcze popijac dlguiego drinka, zastanawiajac sie co by tu jeszcze z czasem
                                      zrobic, bo troche nudno.

                                      koncze wymiane, bo wlasciwei poweidialem wszystko co moglbym powiedziec.

                                      • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 28.09.08, 00:05
                                        > jak ktos chce mowic, ze przeszkadzaja, to mnie to rybka. ja bym powiedzial,
                                        >ze stanowia dodatkowa presje na czas, ktory mozna poswiecic na przyklad na
                                        doktorat.

                                        aa... i tu ja się zgadzam całkowicie!
                                        Gdybym nie miała dzieci, oczywiście miałabym więcej czasu.
                                        Jak na razie jednak - brak mi czasu jedynie na pójście do kina. Nie powoduje to
                                        u mnie specjalnego cierpienia - z równie dużą przyjemnością oglądam filmy na
                                        kompie. Jeżeli zacznie mi brakować czasu na naukę z powodu dzieci - poinformuję.

                                        > jest to dla mnie totalnie oczywiste i niecjalnie widze sesnownosc klocenia >sie.
                                        szczerze mówiąc - ja też nie. Zawsze jednak lubię porozmawiać i podyskutować.


                                        >sa na pewno osoby, ktore potrafia sobie w sposob swietny ulozyc czas, a przy
                                        > wsparciu typu: rodzice, opiekunka itd itd., zaleznie od mozliwosci
                                        >finansowych,wszystko sie da zrobic. ja jeszcze nie spotkalem takich ludzi, >ale
                                        pewnie mialem pecha.
                                        A może raczej szczęście?
                                        To znaczy, że żyjesz wśród ludzi bezproblemowych. Pozazdrościć. Ja znam
                                        większość ludzi, którzy dzielą czas (z wyboru) między różne aktywności (nie
                                        odnoszę się tu tylko do kolegów ze studiów).

                                        >dzis okazuje sie, ze ta cala masa kobiet, ktore nie potrafia sie
                                        > pozbierac, ktorych nie stac na przedszkole i opeikunki, to po prsotu leniwe
                                        > fleje, ktore wybatozyc najlepiej, bo przeciez dwojka dzieci, zakupy, >pieluchy
                                        i soczki, to jednym palcem, a pozostalymi dziewiecioma mozna >rozdzialy pisac

                                        Proszę Cię... TFU! Proszę Pana!
                                        (tak, to właśnie protekcjonalne traktowanie...)
                                        Czy ktoś tu mówił o jakimś batożeniu? O leniwych flejach?
                                        Akurat doskonale wiem, co to znaczy - "trudno się pozbierać". Jak również "nie
                                        stać na...".
                                        Jestem w tej komfortowej sytuacji, że obrałam sobie wysoce dochodowy i intratny
                                        zawód - jestem pedagogiem specjalnym (pracuję z dziećmi niepełnosprawnymi - to
                                        daje majątek, mam już 3 wille na kanarach i sztab guwernantek dla moich dzieci).
                                        Rozumiem, że w innej sytuacji może być problem z przewinięciem pieluchy co 1,5
                                        godziny, nakarmieniem co pół godziny (piersią) lub co 3 godziny (po zaprzestaniu
                                        tej jakże dojmująco fizjologicznej czynności -wzniosłej poprzez etos
                                        macierzyństwa i odciągającej od etosu rozwoju naukowego zarazem) jak również -
                                        problem z zakupem i przygotowaniem obiadu dla pozostałycyh członków rodziny
                                        tudzież zakupem soczku. Na szczęście - jako pedagog opływam w dobrobyt i nie
                                        muszę się takimi pierdołami zajmować.



                                          • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 28.09.08, 00:38
                                            ok, niech będzie - klientów. Dla mnie to bez znaczenia. Z tego co wiem - dla
                                            nich też. Mogę prowadzić terapię pacjenta jak również klienta. Byle skutecznie.
                                            Na marginesie - kwestia "szkoły" - podobnie jak w terapii psychologicznej. W
                                            jednych szkołach - pacjent, w innych klient.
                                            W rehabilitacji ruchowej usus'em jest "pacjent". Ponieważ techniki którymi
                                            pracuję są bliższe nurtom fizjologiczno - neurodunamicznym niż psychoanalizie i
                                            technikom psychodynamicznym(gdzie przyjęło się "klient), używam "pacjent" -
                                            zwłaszcza, że tak się sami określają moi "klienci";)
                                            • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 28.09.08, 11:26
                                              pacjent i klient to zupelnie inne role. dzisiaj na siwecie, szczegolnie w
                                              psychiatrii, odchodzi sie od slowa 'pacjent'. klient bowiem to ktos kto jest
                                              proaktywny, kto ma wybor i moc decyzyjna. pacjent to ktos, kto jest zdany na
                                              Pani decyzje. na przyklad na Pani decyzje czy prowadzic terapie dla klienta czy
                                              pacjenta. to Pani decyduje nie?

                                              ale tak z ciekawosci, skad Pani wie, ze 'im' rowniez jest obojetne, czy sa
                                              pacjentami czy klientami. pytala ich Pani? a jak Pani pytala? a jest Pani pewna,
                                              ze odpoweidzieli szczerze? a moze sie bali powiedziec? a czy oni sie okreslaja w
                                              ten sposob, bo nikt im nie pokazal, ze mogli inaczej.

                                              tak sobie gadam.....
                                              • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 28.09.08, 11:52
                                                > tak sobie gadam...
                                                Bardzo ciekawie. Z przyjemnością czytam.


                                                > pacjent i klient to zupelnie inne role. dzisiaj na siwecie, szczegolnie w
                                                > psychiatrii, odchodzi sie od slowa 'pacjent'. klient bowiem to ktos kto jest
                                                > proaktywny, kto ma wybor i moc decyzyjna. pacjent to ktos, kto jest zdany na
                                                > Pani decyzje. na przyklad na Pani decyzje czy prowadzic terapie dla klienta czy
                                                > pacjenta. to Pani decyduje nie?
                                                Po kolej.
                                                Pracuję według określonych standardów - w tychże standardach jest jasno
                                                określone w jakim zakresie rodzic niepełnosprawnego dziecka jest współtwórcą
                                                terapii. Gwarantuję, że ma wybór i wpływ na proces terapeutyczny.
                                                Podobnie - samo dziecko ma również taki wybór i wpływ. Począwszy od momentu
                                                diagnozy - jeżeli tylko mamy do czynienia z osobą nastoletnią, na tyle sprawną
                                                intelektualnie by uczestniczyć w procesie przekazywania diagnozy - zawsze
                                                zachęcamy do udziału. Chyba, że rodzic zadecyduje inaczej - zawsze ma prawo nie
                                                zezwolić na jego udział w tej procedurze. Jeżeli mamy do czynienia z małym
                                                dzieckiem albo osobą o bardzo głębokich zaburzeniach rozwoju - rozmawiamy z
                                                rodzicami pod jej nieobecność. Na ogół ma ona za sobą liczne, często
                                                traumatyczne doświadczenia związane z omawianiem jej problemów przy niej.
                                                W samym procesie terapii podobnie - brane są pod uwagę zarówno potrzeby i cele
                                                określane przez samych rodziców jak i dziecko. I tu ważnie - niezależnie od
                                                poziomu funkcjonowania dziecka - zawsze staramy się uzyskać akceptację dziecka
                                                dla danych kroków. Nawet jeżeli pracuję z dzieckiem porozumiewającym się jedynie
                                                na poziomie sygnałów naturalnych płynących z ciała (oddech, bicie serca,
                                                zabarwienie skóry) - będę starannie obserwować tego człowieka, tak by nie
                                                przeoczyć ew. protestu lub odwrotnie - potrzeby.
                                                Nieważne - dużo by gadać.
                                                Jeżeli natomiast ktoś traktuje osobę korzystającą z jej usług -
                                                lekarskich/terapeutycznych/rehabilitacyjnych przedmiotowo, to nie zmieni tego
                                                używanie sformułowania "klient".

                                                > ale tak z ciekawosci, skad Pani wie, ze 'im' rowniez jest obojetne, czy sa
                                                > pacjentami czy klientami.
                                                Właściwie nawet przekłamałam. Rodzice dzieci, które mam pod opieką, sami używają
                                                sformułowania "pacjent" i przyznaję, że przejęłam to od nich. Po studiach miałam
                                                głębokie przekonanie, że powinnam używać terminu "klient". Aż mi jeden "klient"
                                                wyparował: "klientem, to ja jestem na bazarze. Tutaj chcę być traktowany
                                                poważnie a nie jak jakiś petent". Długo się tłumaczyłam... Potem wogóle
                                                przestałam uzywać jakichkolwiek określeń tego rodzaju, co nie przyszło mi z
                                                trudem, gdyż z łatwością można powiedzieć po prostu "dziecko" czy "osoba". I
                                                tyle. A z czasem od czasu do czasu zaczęłam używać sformułowania "pacjent",
                                                którego używają moi klienci;) Np:
                                                "stoję w korku i prawdopodobnie się spóźnię, przepraszam - oczywiście zrobimy
                                                krótsze zajęcia, żeby kolejni pacjenci nie tracili", albo (pani do pani w
                                                poczekalni): "mój syn jest pacjentem pani takiej a takiej", albo: "czy inni pani
                                                pacjenci, podobnie jak mój syn robią to i to...." itp.

                                                >a moze sie bali powiedziec?
                                                Nie jestem straszna. Rodzice mówią mi bardzo wiele różnych rzeczy, raczej nie
                                                sprawiają wrażenia przestraszonych.

                                                > a czy oni sie okreslaja
                                                > w
                                                > ten sposob, bo nikt im nie pokazal, ze mogli inaczej.
                                                A to fakt - tak może być. Jednak nie będę już ryzykować mówienia "klient" - bo
                                                tamten pan mi powiedział (nie bał się, hehe), ale niektórzy tylko patrzyli
                                                zdziwieni (może jednak się bali;). Na końcu - to jednak ważny aspekt, ale nie
                                                najważniejszy w mojej pracy.
                                                • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 28.09.08, 14:29
                                                  z calym szacunkiem, ja sie nie odnosze do Pani pracy i do standardow, ktore Pani
                                                  przyjmuje czy nie, zupelnie tez nie kwestionuje tego, ze wykonuje Pani kawal
                                                  swietnej roboty itd itd.

                                                  odnosze sie do tego, co Pani mowi. i mowie to:

                                                  1. Pani nie ma pacjentow, bo Pani nie leczy. stwierdzenie, ze ludziom, z kotrymi
                                                  Pani pracuje jest to obojetne jest przeklamaniem, bo Pani nie wie.

                                                  2. to ze rodzice tak mowia wskazuje na to, ze weszli w dyskurs medyczny, ktory,
                                                  jak sadze, rowniez Pani wspiera odnoszac sie do ich dzieci jako do pacjentow. i
                                                  nie, to Pani przejela od nich, to oni przejeli, a potem sie juz 'tak mowi'.

                                                  3. zupelnie nie twierdze ze jest Pani straszna, nie wiem, nie wypowiadam sie.
                                                  natomiast miedzy Pania a rodzicami dzieci jest relacja wladzy (power), relacja,
                                                  ktora ustawia Pania w pozycji sily, a rodzicow w pozycji petentow, ktorzy maja
                                                  mniej praw, ktorych jednym slowem mozna splawic. na pewno na pedagogice
                                                  specjalnej czyta sie Foucault, moze warto wrocic - strasznie staram sie nie byc
                                                  protekcjonalny, naprawde.

                                                  4. a to, co jest najwazniejsze w Pani pracy, to znow nie Pani decyzja. i moze
                                                  warto by rowniez zapytac zarowno rodzcow, jak i dzieci, co jest dla nich
                                                  najwazniejsze. Pyta Pani?
                                                  • rytr pacjenci i klienci 28.09.08, 15:48

                                                    natomiast miedzy Pania a rodzicami dzieci jest relacja wladzy (power), relacja,
                                                    > ktora ustawia Pania w pozycji sily, a rodzicow w pozycji petentow, ktorzy maja
                                                    > mniej praw, ktorych jednym slowem mozna splawic. na pewno na pedagogice
                                                    > specjalnej czyta sie Foucault, moze warto wrocic - strasznie staram sie nie byc
                                                    > protekcjonalny, naprawde.

                                                    Dziękuję bardzo. Czytałam, znam i podziwiam, a także szanuję.
                                                    Próbowałam wytłumaczyć, ale jak zwykle w tym wątku - moje tłumaczenie trafia w
                                                    próżnię, Pan powtarza swoje, czekając aż ugnę się pod naporem Pańskich argumentów.
                                                    Zatem nie będę wydłużać tego w nieskończoność:
                                                    tak, przyznaję Panu rację - ustawiam się w pozycji siły wobec moich pacjentów.
                                                    Moi klienci mają mniej praw (niż kto - ja? czy klienci tych, którzy mówią o nich
                                                    zawsze klienci?). A ostatecznie - spławiam moich klientów jak tylko mogę.

                                                    > 4. a to, co jest najwazniejsze w Pani pracy, to znow nie Pani decyzja. i moze
                                                    > warto by rowniez zapytac zarowno rodzcow, jak i dzieci, co jest dla nich
                                                    > najwazniejsze. Pyta Pani?

                                                    Tu niestety nie mogę przyznać Panu racji, gdyż na razie padła jedynie sugestia
                                                    (jakobym nie pytała moich klientów co jest dla nich najważniejsze).
                                                    Dlatego na razie odpowiem Panu na to pytanie: Tak, pytam.
                                                    Pan teraz będzie mi zadawał pytania - w jaki sposób pytam, skąd wiem, że
                                                    odpowiedzi są szczere, skąd wiem, czy nie mówią mi tego co chcę usłyszeć, gdyż
                                                    się boją itd. Ja Panu odpowiem, że zarówno w formie anonimowych ankiet, jak i
                                                    całkowicie nieanonimowych kontraktów i stałego planowania przebiegu terapii
                                                    wspólnie z rodzicem (co już z resztą napisałam w poprzednim poście). Pan
                                                    znajdzie jedno zdanie, wyrwie je z kontekstu i zada mi kolejne pytanie
                                                    sugerujące jakobym miała moich klientów w głębokim poważaniu i zajmowała się
                                                    jedynie napawaniem własną wspaniałością traktując ich z góry...
                                                    Itd, aż do momentu, gdy Pana zmęczy ta zabawa i napisze Pan, że kończy dyskusję
                                                    na ten temat.

                                                    Jak już napisałam w którymś tam poście - ja czytam uważnie to co Pan pisze,
                                                    myślę sobie o tym i zupełnie serio - przyznaję, że warto jednak tej formy
                                                    pilnować, szczególnie w sytuacji gdy rozmawia się z osobami trzecimi. Jaką
                                                    relację mam z rodzicami dzieci, których terapię prowadzę - myślę, że najlepiej
                                                    mogą ocenić właśnie ci rodzice, ale po co sprawiać takie a nie inne wrażenie
                                                    wobec osób trzecich.
                                                  • dalatata Re: pacjenci i klienci 28.09.08, 16:07
                                                    prosze nie przekrecac moich slow. ja nigdy nie poweidzialem nic na temat tego,
                                                    co Pani robi. mowie o relacji. to Pani moze splawic klienta (czy Pani to robi
                                                    czy nie jest nie relewantne), a nie klient Pania. to jest niezwykle wazna
                                                    podstawa takiej relacji i nie ma nic wspolnego z rzeczywistymi zachowaniami. to
                                                    jest wlasnie Foucault. tyle ze F mowi dalej, ze ten z wladza nie potrafi sie z
                                                    niej wydostac, bo nie ma dyskursu w ktory moglby wejsc.

                                                    to dobrze ze Pani pyta i moge tylko Pani pogratulowac tego. a ze pytanie, jak
                                                    Pani pyta jest wazne, jest dla mnie oczywiste. ale sam fakt ze Pani pyta jest
                                                    juz i tak sukcesem.

                                                    prosze mi pokazac, gdzie wyrywam z konktesktu! i nigdy nie sugerowalem ze Pani
                                                    ma gdzies swoich klientow. ja co najwyzej sugeruje, ze moze (MOZE, nie musi) nie
                                                    dokonywac refleksji nad swoja praktyka, a to zupelnie co innego. jednak, jesli
                                                    tak nie jest, to ja akurat bede sie ciesyzl jak maly kroliczek.
                                                  • rytr Re: pacjenci i klienci 29.09.08, 09:01
                                                    >tyle ze F mowi dalej, ze ten z wladza nie potrafi sie z
                                                    > niej wydostac, bo nie ma dyskursu w ktory moglby wejsc.
                                                    Proszę Pana. Na prawdę przyjmuję do wiadomości, to co Pan mówi. Ok?
                                                    Mało tego - obiecuję, że poruszę ten temat na spotkaniu z moim superwizorem.
                                                    Wiem, że w praktyce pedagogicznej na ogół nie korzysta się z superwizji, ja
                                                    jednak stoję na stanowisku, że niezależnie od formy terapii - takowa superwizja
                                                    jest nieodzowna. Przyjrzę się więc temu problemowi bliżej, bo nie wykluczam, że
                                                    w tym, co Pan mówi może tkwić jakaś część prawdy odnośnie mojej osoby. Nie
                                                    jestem typem pogrążonym w samouwielbieniu i zakładam, że mogę mieć - być może
                                                    nawet nieuświadomione problemy - oprócz tych, o których wiem na pewno, że są.

                                                    >ja co najwyzej sugeruje, ze moze (MOZE, nie musi) ni
                                                    > e
                                                    > dokonywac refleksji nad swoja praktyka, a to zupelnie co innego.
                                                    Być może, wysoce prawdopodobne. Szczerze mówiąc, nie chce mi się dłużej
                                                    poświęcać uwagi na rozpatrywanie co jest sugestią czego. Nie jest to z resztą
                                                    moją najmocniejszą stroną, może więc nie powinnam wogóle próbować zastanawiać
                                                    się, co Pan sugeruje. Generalnie z tego powodu wolę wypowiedzi niesugerujące.
                          • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 23:22
                            >Nikt nie skreśla ludzi tylko dlatego, że zostali rodzicami, ale dlatego, że
                            >dziecko absorbuje czas i uwagę, a to są główne czynniki powodzenia >doktoratu.

                            Czy Ty widzisz, co piszesz? Czy Ty czytasz, to co piszesz? Czy zastanawiasz się
                            nad tym, co piszesz, czy tylko lubisz słuchać stukotu klawiszy pod swoimi
                            palcami????
                            "Nikt nie skreśla ludzi dlatego, że zostali rodzicami, ale dlatego, e dziecko
                            absorbuje czas i uwagę..."
                            Powodzenia, skreślaj sobie ludzi, dlatego że dzieci absorbują ich czas i uwagę -
                            miłego wodzenia piórem w poziomie.

                            Człowiek nie ma możliwości rozdwojenia się, ale człowiek ma możliwość
                            organizowania sobie życia.

                            > Czytałam na tym forum żale, że ludzie mający kilkanaście godzin dydaktyki
                            >tygodniowo i dwie konferencje na rok, nie mogą przez to zdążyć z doktoratem.

                            Błąd logiczny. Jeżeli ktoś żali się, że nie może zdążyć z doktoratem z powodu
                            zajęć dydaktyki i konferencji to znaczy, że ktoś kto ma dzieci i zajęcia z
                            dydaktyki oraz konferencje nie może zdążyć tym bardziej. BŁĄD logiczny. Myślę,że
                            niezbyt trudny do ujawnienia.
                            Mnie w każdym razie dwoje dzieci nie przeszkadza w zrozumieniu bzdury w tym
                            wnioskowaniu.

                            > Nie popadajmy także w stereotypy, że każdy singiel jest leserem,
                            >imprezowiczem,który na pewno doktoratu nie ukończy, bo nie będzie miał >motywacji.
                            Bardzo dobry postulat. Ja, wspominając o singlach nigdzie nie sugerowałam
                            takiego rozumowania. Jeżeli na podstawie moich wypowiedzi wywnioskowałaś coś
                            innego - proszę - zacytuj fragment, który Ci podsunął taką myśl, może muszę
                            bardziej uściślić formę swoich wypowiedzi.
                            Mam wielu przyjaciół singli. Są bardzo pracowici.
                            I oto kolejny błąd logiczny w Twoim rozumowaniu. Sugerujesz, że rodzice są
                            marnymi doktorantami i próbujesz wnioskować z mojej wypowiedzi, że sugeruję
                            jakoby single byli takowymi. Ale ja nigdzie nie stworzyłam opozycji: rodzic -
                            singiel.

                            >Owszem, wśród dzietnych zdarzają się dobre i terminowe doktoraty, ale to
                            >raczej wyjątek potwierdzający regułę. Krzywa Gaussa zawsze obowiązuje
                            Może i tak.
                            Analogicznie: wśród bezdzietnych zdarzają się dobre i terminowe doktoraty, ale
                            to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Krzywa Gaussa zawsze obowiązuje.
                            "Zawsze" nie znaczy "wyjątkowo - w odniesieniu do pewnej części populacji".
                            Jak zawsze, to zawsze.

                            Jeżeli przywołujesz krzywą normalną - większość wszystkich doktoratów, to
                            miernota i przeciętność. Niewielka część - to prace znaczące i równie niewielka
                            - nie doprowadza swojej pracy do końca. Zważ - zależnie, jakie kryterium
                            przyjmiesz, taką krzywą otrzymasz.

                            >Trudno zresztą orzekać o wartości doktoratu na podstawie samego faktu jego
                            >ukończenia, bo to pokaże późniejsza liczba cytowań
                            Ach, czyli pomimo zbrodni przeciwko nauce, jaką jest posiadanie dzieci - jestem
                            genialna. Jeszcze nie napisałam pracy doktorskiej, a już cytowano mnie
                            kilkanaście razy, ba - w pewnej książce spora część wstępu to ordynarny plagiat
                            z mojego artykułu.

                            > Nawet jeśli doktorat napisany w czasie zmieniania pieluch czy ząbkowania
                            >okaże się dobry, to zawsze otwarte pozostanie kuszące pytanie, czy gdyby >nie
                            dziecko absorbujące czasu i uwagę, bo mógłby on być jeszcze lepszy.

                            Oczywiście - gdyby nie dzieci - napisałabym już tyle artykułów z nudów, że Nobla
                            miałabym w kieszeni w wieku 25 lat. Czego życzę i Tobie.

                            Mogłabym Ci podać kilkadziesiąt powodów, dlaczego akurat w moim wypadku
                            odpowiedź na Twoją sugestię brzmi: nie. Nie podam, ponieważ Twoje wpisy noszą
                            znamiona zwykłej prowokacji. Wypowiadasz się niespójnie, starasz się wszystko
                            dopasować do swojej wizji, nie podejmujesz dyskusji:
                            napawasz się dźwiękiem klawiszy stukających pod Twoimi palcami.

                            >Typowo polska mentalność - najpierw sobie celowo bądź lekkomyślnie dołożyć >te
                            nieprzyjające okoliczności, a później przyjmować postawę: "Patrzcie jaka >jestem
                            bohaterka". Promotor i recenzent też pewnie przymkną oko na pewne
                            >niedociągnięcia w doktoracie, bo "ta pani pisała go przy małym dziecku".

                            Wiesz, co mój promotor powiedział pewnej magistrantce, jak próbowała płakać, że
                            nie nauczyła się bo miała komplikacje ciążowe? Nie będę cytować, bo to mało
                            parlamentarne.

                            Ani celowo, ani lekkomyślnie nie dokładam sobie niesprzyjających okoliczności.
                            Wręcz przeciwnie - celowo dołożyłam sobie sprzyjającą okoliczność - fantastyczną
                            rodzinę, która daje mi siłę i energię.

                            I jeszcze jedna rzecz. Czy po obronie doktoratu dzieci nadal stanowią
                            niesprzyjającą okoliczność dla rozwoju naukowego?
                            Jeżeli tak - mamy nareszcie główną przyczynę niedostatków naszej rodzimej nauki!
                            Proszę Państwa - to nie plagiaty i autoplagiaty, nie bezmyślne cytowanie
                            zachodnich autorów bez cienia własnego zaangażowania, to w końcu nie koterie,
                            układy i feudalne stosunki wewnątrzuczelniane. Przyczyną nie jest także przerost
                            formy nad treścią, ani nawet samouwielbienie kadr.

                            To dzieci...
                        • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 22:53
                          mam nadzieje, ze Pani ulzyla protekcjonalnosc.

                          ja sie juz porozgladalem dokola i znam wiele kobiet, ktore musialy albo
                          zarzucic, albo opoznic kariere. prosze nie mierzyc wszystkiego swoja niezwykle
                          dzielna miare (w ktora zreszta ja do konca nie wierze, ale to moja sprawa).
                          • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 23:47
                            > mam nadzieje, ze Pani ulzyla protekcjonalnosc.

                            > ja sie juz porozgladalem dokola i znam wiele kobiet, ktore musialy albo
                            > zarzucic, albo opoznic kariere.

                            Ja proponowałam rozejrzenie się dookoła - rozumiem, że to uwaga skierowana do mnie?
                            Przyjęte jest używanie na forach internetowych formy "Ty". Zdarza mi się nawet
                            czasami, że rodzice moich pacjentów pisząc do mnie poprzez rozmaite komunikatory
                            tej formy używają, pomimo że w realu mówimy sobie per "Pan/i".
                            Ale - ok. Przyjmuję do wiadomości, że przechodzimy na wysokie tony.
                            Drogi Panie - nie "użyłam protekcjonalności" (cóż za skomplikowany skrót
                            myślowy...). Inaczej - nie próbowałam dotąd traktować Pana protekcjonalnie ("z
                            wyższością i pobłażliwą przychylnością;" SJP). Cytat ze SJP stanowił pierwszy
                            przykład takiego traktowania skierowany w Pana stronę.
                            Zupełnie normalnie zaproponowałam przewartościowanie ocen i rozejrzenie się
                            dookoła siebie.
                            Ciekawostka: u mnie na roku zrezygnowała jedna osoba - bezdzietna kobieta.
                            Pozostało nas 8 osób, w tym 3 mają dzieci. Ja nie mierzę wszystkiego swoją
                            miarą. Znam wiele kobiet robiących karierę (nie tylko naukową - czasem ta
                            biznesowa bywa bardziej wymagająca...) "pomimo" posiadania dzieci.

                            >(w ktora zreszta ja do konca nie wierze, ale to moja sprawa).
                            Ależ proszę. Nie oczekuję od Pana wiary w to, co piszę. Jak już wspominałam -
                            kwestie wiary są dla mnie niedyskutowalne, a Pan - jak widzę lubi w polemice
                            posługiwać się swoimi wierzeniami.
                            Czego Pan oczekujesz?
                            Że będę się nadymać i przekonywać do swoich słów? Bez jaj. Wiem, że ludzie mają
                            różne życiorysy. Nie mierzę ludzi swoją miarą - zbyt wiele widziałam różnych
                            scenariuszy życiowych - i tu Pan masz rację - często, bardzo często dzieci a
                            zwłaszcza ich zdrowie stanowiły spory przełom w życiu bohaterów.

                            Pan masz jednak inną perspektywę - wiary we własne przekonania - zapewne
                            wynikające z doświadczeń. Nie pozostaje nic innego, jak zrozumieć. Takie
                            doświadczenia - taka wiara - takie przekonania.




                            • dalatata Re: Wy i nauka kontra bliscy 28.09.08, 00:01
                              a ja nie lubie 'ty', bo ja jestem stary prof (no nie bardzo stary) i sobie lubie
                              trzymac dystans.

                              rozumiem ze porpozycja, zebym zrezygnowal ze stereotypow byla tylko dobra rada,
                              tak? no coz, w takim razie dziekuje.

                              rozumiem tez, ze Pani ma cala mase danych, ktorymi za chwile sypnie Pani jak z
                              rekawa. bo ja sie rzeczywiscie opieram na wlasnych doswiadczeniach, a Pani na
                              czym? ze ' u Pani zrezzygnowala jednak bezdzietna'. i to jest ten
                              przygwazdzajacy dowod na to, ze to Pani ma racje?

                              wiec prosze z laski swojej nie mowic o tej mojej strasznej wierze we wlasne
                              przekonania, bo Pani nie proponuje niczego innego. ot tak sobie gadamy, droga Pani.

                              i czego 'pan oczekujesz' - to sa te wysokie tony, czy to z sympatii, no odrobiny
                              umiaru w krzyczeniu o tym, ze wszyscy sie myla, tylko laskawa Pani nie.

                              i jeszcze raz: ja nie powiedialem, ze to niemozliwe. ja tylko mowie, ze to
                              trudniejsze i opozniajace. z wyjatkiem oczywiscie Pani, ktora z pewnoscia pisze
                              3 rozdzialy na raz, karmiac dziecko, grajac na gieldzie, a na dodatek majac czas
                              na pouczenie wszystkich dokola, jaki tak naprawde jest swiat.

                              ale skoro laskawa Pani jest lekarzem, to wlasciwie juz nic nie jest dziwne. Ale
                              polecam na nudy ksiazki Mischlera dotyczace jezyka medycyny. to klasyka, pozniej
                              moge polecic inne.

                              • rytr Re: Wy i nauka kontra bliscy 28.09.08, 00:33
                                > a ja nie lubie 'ty', bo ja jestem stary prof (no nie bardzo stary) i sobie
                                >lubie trzymac dystans.
                                Ok, rozumiem. Zwłaszcza, że też lubię trzymać dystans.

                                > rozumiem ze porpozycja, zebym zrezygnowal ze stereotypow byla tylko dobra
                                >rada, tak? no coz, w takim razie dziekuje.

                                Nie, nie rada. Tym bardziej dobra. Zazwyczaj stereotypy działają na naszą
                                korzyść. Wyzbywając się stereotypów - wyzbywamy się pancerza. Byłaby to zatem
                                ZŁA rada - gdyby była radą, jako taką. Powiedzmy, że to raczej... pomysł.

                                > rozumiem tez, ze Pani ma cala mase danych, ktorymi za chwile sypnie Pani >jak
                                z rekawa. bo ja sie rzeczywiscie opieram na wlasnych doswiadczeniach, a >Pani na
                                czym? ze ' u Pani zrezzygnowala jednak bezdzietna'. i to jest ten
                                > przygwazdzajacy dowod na to, ze to Pani ma racje?
                                I tu mnie Pan masz:)
                                Bardzo podoba mnie się ta riposta!
                                Oczywiście, że opieramy się oboje na swoich doświadczeniach. Wręcz jestem
                                skłonna postawić śmiałą hipotezę, że gdyby zbadać "odsiew szkolny" na poziomie
                                studiów doktoranckich, to "winę" ponosiłyby dzieci - w znakomitej większości.
                                Tyle tylko, że ja nie mówię o statystyce - tym razem. Raczej o kazuistyce.
                                Statystycznie człowiek ma 3 nogi. Ot - błąd nadmiernej generalizacji. Nie
                                próbuję dowodzić swojej racji, raczej pokazać inny "punkt widzenia".Czasem
                                studium przypadku wnosi więcej niż dane statystyczne. A cóż, jeżeli błąd tkwi w
                                sposobie sformułowania problemu? Może po prostu te osoby, które
                                rezygnują/opóźniają proces dochodzenia do laurów naukowych z powodu dzieci mają
                                inne priorytety? Pytanie - czy faktycznie nauka na tym traci?
                                Z mojej branży - historyczne 2 przykłady. Jan Jakub Rousseau - wybitny pedagog -
                                miał pięcioro dzieci, które oddał do sierocińca. Podobno nawet nie poznał ich
                                imion. Być może, gdyby nie uczynił tego - nie napisałby swoich dzieł o
                                wychowaniu... Montessori - niezależnie od sytuacji zawsze opowiadała się za
                                dobrem dziecka, ale własnego syna z pozamałżeńskiego związku oddała rodzinie
                                zastępczej i przez wiele lat zaprzeczała jego istnieniu. Jej ciąża musiała
                                pozostać tajemnicą, gdyż w innym przypadku jej kariera ległaby w gruzach.
                                Jak widzisz - z łatwością znajduję potwierdzenie dla Twoich tez:))

                                >no odrobiny umiaru w krzyczeniu o tym, ze wszyscy sie myla, tylko laskawa >Pani
                                nie.
                                Oczywiście - mogę się mylić. Czy to dla Pana będzie satysfakcją?
                                :)

                                >z wyjatkiem oczywiscie Pani, ktora z pewnoscia pisze 3 rozdzialy na raz,
                                >karmiac dziecko, grajac na gieldzie, a na dodatek majac czas na pouczenie
                                >wszystkich dokola, jaki tak naprawde jest swiat.
                                Nie, nie piszę 3 rozdziałów na raz. Nikogo nie pouczam. To mnie pouczano - że
                                moje podejście grozi opóźnieniem. Grozi.
                                Jasne, że ideał będzie wówczas, gdy nic ideału od pracy naukowej odciągać nie
                                będzie. Proponuję zakon Benedyktynów.

                                > ale skoro laskawa Pani jest lekarzem, to wlasciwie juz nic nie jest >dziwne.
                                Ale polecam na nudy ksiazki Mischlera dotyczace jezyka medycyny.
                                Nie jestem lekarzem, ale książkę, dzięki Pana sugestii już zamówiłam - pozycja
                                wydała mi się niezwykle ciekawa.

    • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 21:51
      Wracając do wątku głównego, cieszę się z odpowiedzi. Tzn. wolałabym, żeby
      wszyscy mogli liczyć na wsparcie bliskich lub chociaż na tzw. nieprzeszkadzanie.
      Ale ucieszyła mnie jeszcze jedna sprawa - pomimo braku tych sprzyjających
      okoliczności robicie swoje. :)
      • alba.alba Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 22:17
        mol22 napisała:
        > Ale ucieszyła mnie jeszcze jedna sprawa - pomimo braku tych sprzyjających
        > okoliczności robicie swoje. :)

        Typowo polska mentalność - najpierw sobie celowo bądź lekkomyślnie dołożyć te nieprzyjające okoliczności, a później przyjmować postawę: "Patrzcie jaka jestem bohaterka". Promotor i recenzent też pewnie przymkną oko na pewne niedociągnięcia w doktoracie, bo "ta pani pisała go przy małym dziecku". Termin też przedłużą "z uwagi na dziecko". Polityka prorodzinna potrafi sięgać daleko;)Zresztą na obronie doktoratu przyjęło się na koniec życiorysu informować, czy delikwent ma dziecko/dzieci. W dobrym tonie jest także przyprowadzenie na obronę małych dzieci w wózkach; nieważne, że i tak nie będą z tego nic pamiętały.
        • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 22:35
          Czyli mamy rozumieć, że u Ciebie to wszystko jak po maśle, bez lekkomyślności -
          raz, dwa, bez "niesprzyjających okoliczności" (i od razu wyłączam z ich grona
          dzieci), bez przeszkód, słońce, błysk, myśl, trzask i jest! Nic, tylko pozostaje
          mi pogratulować. :)
          • krysiulka Do mol22 28.09.08, 10:58
            Nie ma czego gratulować - Alba jest studentką, nie doktorantką i (jak zwykle na
            tym forum) nie ma zielonego pojęcia, o czym pisze ;)
            • dalatata Re: Do mol22 28.09.08, 11:28
              jako ze sie zgadzam z alba (choc, jak mowilem, przejaskrawia), to ja pewnie tez
              nie wiem o czym pisze. no ale ja jestem profesorem, a nie doktorantem. a
              przeciez nie wazne co sie pisze, tylko kto pisze. brawo krysiulka!
              • rytr Re: Do mol22 28.09.08, 12:06
                Czytając Pana wypowiedzi, raczej można założyć, że wie Pan o czym pisze,
                przynajmniej na tyle dużo, żeby móc przedstawić jakieś argumenty. Niestety, nie
                bierze Pan pod uwagę argumentów innych osób. Co gorsza, nie wystarcza Panu
                stwierdzenie - "cóż - pozostaję przy swojej opinii", lecz zaraz za nim idzie "bo
                i tak to co piszą inni to bzdura, o ile nie jest zgodne z moją opinią".
                To taki rodzimy model prowadzenia dyskusji - tylko po to, żeby przekonać
                interlokutora do swojej racji, a jeżeli się nie uda - stwierdzić, że
                interlokutor cymbałem jest;) Dla mnie dyskusja jest metodą na poszerzanie swoich
                tzw. "horyzontów" - poznawanie cudzych opinii, które mogę oczywiście, ale nie
                muszę włączyć we własny system. To cel sam w sobie. Nie potrzebuję, żeby mi
                przyznawano rację, ale chciałabym mieć poczucie, że nie prowadzę wojny, lecz
                rozmowę.
                • marionaud_1 Re: Do mol22 28.09.08, 13:38
                  Brawo rytr! Do wściekłosci moga doprowadzić te stereotypy
                  nakazujące rozdzielać rózne sfery życia i zapominające, że ich
                  pogodzenie jest sprawą autonomicznej decyzji i dobrej organizacji.
                  Na poparcie Twoich tez: magisterium broniłam będąc w pierwszej
                  ciąży, doktorat, 4 lata później - w drugiej, potem było trzecie
                  dzieco i nieco spóźniona (11 lat)habilitacja. Cały czas ponadpensowa
                  dydaktyka uzupełniana dodatkową pracą zarobkową - i męża, i moją.
                  Bez bohaterstwa, bez dramatycznych napięć, z trzymaniem dzieci pod
                  własną opieką. Jeden plus: nasza dziedzina naukowa mieści się w
                  ramach humanistyki i pozwala, przynajmniej w części, pracowac w
                  domu. Najsilniejszą motywację dla mnie stwarzał fakt, że przy
                  najlepszej organizacji, dostawałam na własną pracę góra 2-4 godziny
                  dziennie; godziny wolne od dzieci, którymi wówczas zajmował się mąż -
                  potem następowała zmiana. To były najinstensywniej wykorzystywane
                  godziny pracy w całym moim życiu. Myślę, że ta sytuacja nauczyła
                  mnie efektywności i dyscypliny procentującej do dziś. Wbrew więc
                  enuncjacjom dalataty dzieci bardzo sprzyjały mojemu rozwojowi, a nie
                  przeszkadzały w nim.
                  Miłosz gdzies napisał, że okupacja była dla niego prawdziwą szkołą
                  dyscypliny twórczej, własnie dlatego, że okoliczności zewnętrzne
                  były niesprzyjające i trzeba się było zamusić do tego, aby się im
                  sprzeciwić i wyłączyć; że mógłby pisać wisząc za jedną nogę
                  przywiązany do lampy.
                  Rozmemłańcy zawsze znajdą powód do usprawiedliwień.
                  • dalatata Re: Do mol22 28.09.08, 14:21
                    no widze ze znow jestem paskud najgorszy, a moze i nawet smok.

                    niespecjalnie pamietam, zebym powiedzial, ze dzieci przeszkadzaja. powiedizalem,
                    ze to kwestia perspektywy. jednym tak, innym nie, ja sie nie wypowiadam.

                    Pani zrobila jednak dokotrat w 4 lata, a ja zlozylem doktorat do obrony w 18
                    miesiecy, niestety recenzent sie spoznial i 10 miesiecy czekalem na obrone. nie
                    sadze, zebym byl tak strasznie swietny, sadze, ale mialem wiecej czasu, nawet
                    przy dzielnym dorabianiu 5 dni w tygodniu.

                    i znow: ja nie wiem, na czym polegaja te moje stereotypy. na tym, ze dzieci sa
                    czasochlonne? to jest ten stereotyp? bo innych nie zauwazam u siebie. Laskawa
                    Pani Profesor moze by zechciala skoncentrowac sie na tym, co czyta, potem
                    poczytac ze zrozumieniem, a dopiero po upewnieniu sie, ze wszystko gra, atakowac
                    dalatate (co nie zmienia faktu, ze dalatata z pewnoscia zbojem jest kostropatym).
                    • rytr dzieci a czas pisania doktoratu 28.09.08, 15:33
                      Ok.
                      Jeżeli sprowadzamy całość dyskusji do zagadnienia - czy szybciej pisze się pracę
                      naukową mając dzieci, czy ich nie mając - jestem skłonna Panu przyznać rację -
                      być może mając dzieci, nie napiszę doktoratu w 18 miesięcy. Być może, bo w sumie
                      nie próbowałam - nie mam takiej potrzeby. Magisterkę - jedyne 234 strony,
                      wielodyscyplinarną pracę badawczą pisałam 9 miesięcy, przy jednym dziecku. No,
                      ale magisterka to oczywiście nie doktorat. Teraz nie muszę i nie chcę się
                      spieszyć, ale zarazem zależy mi na tym, żeby zrobić to sprawnie i dokładnie.
                      Badania, które prowadzę - ponownie są bardzo wielodyscyplinarne, wymagają w
                      niektórych etapach bardzo dużych grup w badaniach eksperymentalnych a nie
                      sondażowych, w innym znów etapie pracuję nad studiami przypadku, które obejmują
                      czas 20 miesięcy - więc tak czy owak w 18 miesięcy nie napiszę, niezależnie od
                      moich dzieci;)
                      Uważam, że czas pisania pracy powinien być adekwatny do tego, co ma się w niej
                      znaleźć. Być może, gdybym nie miała dziecka, to napisałabym magisterkę nie w 9 a
                      w 5 miesięcy - nie mam pojęcia. Fakt jednak faktem, że samo zebranie materiału z
                      badań zajęło mi kilka miesięcy, a było to spowodowane tym, że dyrektorzy
                      placówek w których prowadziłam badania (żłobki) jakoś nie chcieli mi umożliwić
                      pracy od 5 rano do 23 wieczorem, hmm w zasadzie wpuszczali mnie tylko na 1,5
                      godziny dziennie (i to nie codziennie). No, ale może szybciej bym wszystko
                      policzyła, szybciej napisała teorię, szybciej przeanalizowała wyniki itd. Kto
                      wie, może i tak.
                      Teraz też na pewno pracuję wolniej, niż mogłabym gdyby nie inne obowiązki -
                      poza pisaniem pracy, jednak nie przewiduję obrony później niż w 4 lata od
                      rozpoczęcia studiów, a to się jednak w jakiejś tam normie mieści, nieprawdaż
                      Panie Profesorze?
                      A przypominam, że zaczęliśmy nie od tego, czy posiadanie dzieci spowoduje, że
                      zamiast w 18 miesięcy napiszę doktorat w 4 lata, lecz od tego:

                      "doktorat pisany w kuchni między gotowaniem zupek a karmieniem dziecka nie
                      będzie aż tak dopracowany, gdyby matka pisała go na spokojnie w cichym pokoju.
                      Nie wiem, jak można świadomie sobie zaplanować dziecko na czas doktoratu lub jak
                      można nie umieć prawidłowo korzystać z antykoncepcji. " - alba.alba

                      Co Pan raczył wesprzeć:
                      "jakos mi sie nie chce wierzyc, ze pieluchy, soczki i od czasu od czasu choorba
                      dziecka nie ma wplywu na stopien zaangazowania sie w dokotrat."

                      Co ciekawe - następnie zdecydował się Pan przejąć główny nurt dyskusji, gotów
                      bronić jak lew swego stanowiska, podczas gdy można po prostu porozmawiać, nie
                      okopując się po uszy.

                      Ok - ja przyznaję Panu rację - prawdopodobieństwo wydłużenia się czasu pisania
                      doktoratu przy dwójce dzieci jest większe niż przy jednym nie mówiąc o
                      optymalnej i idealnej sytuacji, gdy dzieci się nie posiada.
                      Przecież nie będę przekonywać, że nie jestem wielbłądem.




                        • rytr Re: dzieci a czas pisania doktoratu 29.09.08, 08:52
                          > nie odpowiadam za albe.albe. niech sie sama broni ile chce. ja napisalem o
                          > zaangazowaniu w doktorat, nigdy nie mowilem o jakosci.
                          Na pewno Pan nie odpowiada. Jednak wielokrotnie Pan podkreślał w swoich postach,
                          że się "zgadza z albą". Skoro się Pan zgadza, to rozumiem, że podziela jej
                          poglądy. Rozumiem, że podziela Pan Jej poglądy tylko częściowo i częściowo się z
                          Nią zgadza.

                          Na marginesie - nie wydaje mnie się, żeby zaangażowanie zależało tylko od
                          czynników zewnętrznych - posiadania rodziny, bądź nie. Na pewno jest to jedna ze
                          zmiennych. Jednak jest też szereg innych: relacje z promotorem, relacje ogólne
                          na uczelni, własne predyspozycje osobowościowe, uzdolnienia lub ich brak itd.
                          W tym kontekście nie wydaje mnie się, żeby akurat rodzina była najistotniejszą.
                          A nawet - zakładając, że tak...
                          Odwołam się do swojej dziedziny:
                          Jeżeli człowiek traci możliwość korzystania z jakiejś umiejętności następuje -
                          przynajmniej potencjalnie (fakt, nie każdy w pełni jest w stanie z tego
                          korzystać, z różnych względów, ale to inny temat - dość obszerny) zjawisko
                          kompensowania tego deficytu w innych obszarach. Powiedzmy więc, że kompensuję
                          sobie niepełnosprawność jaką jest posiadanie dzieci podczas pisania doktoratu,
                          korzystając z innych obszarów - np. bardzo szybkiego tempa czytania, co pozwala
                          mi w ciągu jednego dnia efektywnie przeczytać 3-5 książek, a to nieocenione przy
                          tak poważnym uszczerbku na wydajności i zaangażowaniu jakim jest dwójka dzieciaków;)
                          • dalatata Re: dzieci a czas pisania doktoratu 29.09.08, 11:46
                            bo alba.alba ma racje mowiac, ze dzieci to presja na czas. i z tym sie zgadalem
                            i zgadzam. kilkukrtonie tez mowilem ze alba przejaskrawia.

                            jasne ze tak, zaangazowanie w doktorat to cala masa rzeczy.tyle ze my nie
                            mowilismy o zaangazowaniu w ogole, tylko tym, ze dzieci na nie wplywaja. i dla
                            jednych to zle, dla innych to neutralne, dla innych to dobrze. nie chce tego
                            wartosciowac, choc mam swoj poglad.

                            czytania 3-5 ksiazek w ciagu dnia bardzo zadroszcze (nawet jesli traktuje z doza
                            powatpiewania, ja jestem niedowiarkiem).
                            • rytr Re: dzieci a czas pisania doktoratu 30.09.08, 20:31
                              > jasne ze tak, zaangazowanie w doktorat to cala masa rzeczy.tyle ze my nie
                              > mowilismy o zaangazowaniu w ogole, tylko tym, ze dzieci na nie wplywaja.
                              Ależ oczywiście. I z tym, także ja się zgadzam. Jednak ta kwestia została
                              poruszona w kontekście "czy nie można sensowniej zaplanować sobie życia" jak
                              również alby tekstu o "nieumiejętności korzystania z antykoncepcji" jak również
                              Pana "nie ma antykoncepcji w 100% skutecznej", które to sugerują, że dziewczyny
                              mające dzieci i studiujące to głupie i nieodpowiedzialne gęsi. Być może z resztą
                              nie chciał Pan tego sugerować, nie wiem. Mówię o całości kontekstu...

                              Dzieci wpływają na zaangażowanie we wszystko, toteż i w doktorat. Jednak to samo
                              w sobie nie musi stanowić, że osoba mająca dziecko musi być nieodpowiedzialna i
                              mieć problem z gradacją wartości. Wiele rzeczy można pogodzić, a na
                              zaangażowanie w doktorat wpływają też inne kwestie, co już zostało powiedziane.

                              >i dla
                              > jednych to zle, dla innych to neutralne, dla innych to dobrze. nie chce tego
                              > wartosciowac, choc mam swoj poglad.
                              Moim zdaniem nie jest w dobrym zwyczaju uogólnianie czegokolwiek. Błąd
                              nadmiernej generalizacji... Poglądy oczywiście można mieć i można, a nawet
                              należy je wyrażać. I ok - o ile pozostajemy przy wymianie poglądów.
                              Ja z ciekawością czytam Pana wypowiedzi, często się z prezentowanymi poglądami
                              nie mogę zgodzić, ale nie kwestionuję Pana wypowiedzi poddając w wątpliwość
                              prawdomówności, podczas gdy Panu zdarza się to po raz kolejny:

                              "czytania 3-5 ksiazek w ciagu dnia bardzo zadroszcze (nawet jesli traktuje z
                              doza powatpiewania, ja jestem niedowiarkiem)."
                              A to już wykracza poza wymianę poglądów;)
                              Oczywiście - czytam 3-5 książek dziennie, jeżeli w danym dniu pochłaniają mnie
                              tylko dzieci i nie pracuję. Wówczas nie mam z tym najmniejszego problemu. Jeżeli
                              pracuję - a pracuję 4 dni w tygodniu od 5 do 10 godzin dziennie, to jestem w
                              stanie przeczytać (o ile jeszcze mi się chce, albo: chyba, że muszę, bo też i
                              nie zawsze czytam to, co mnie szczególnie interesuje) od połowy do 2 książek).
                              Faktycznie, to przydatne.
                          • alba.alba Re: dzieci a czas pisania doktoratu 29.09.08, 13:43
                            rytr napisała:
                            >
                            > Na marginesie - nie wydaje mnie się, żeby zaangażowanie zależało tylko od
                            > czynników zewnętrznych - posiadania rodziny, bądź nie. Na pewno jest to jedna z
                            > e
                            > zmiennych. Jednak jest też szereg innych: relacje z promotorem, relacje ogólne
                            > na uczelni, własne predyspozycje osobowościowe, uzdolnienia lub ich brak itd.
                            > W tym kontekście nie wydaje mnie się, żeby akurat rodzina była najistotniejszą.

                            Odniosę się do tych innych czynników:
                            - relacje z promotorem są tylko miłym dodatkiem, bo i tak doktorat opiera się w głównej mierze na samodzielnej pracy autora; etap kształcenia, w którym można wszystkie swoje niedostatki zgonić na nauczyciela kończy się na liceum

                            - relacje ogólne na uczelni - jak powyżej

                            - własne predyspozycje osobowościowe i uzdolnienia - zakładamy, że w założeniu na doktorat przyjmuje się ludzi, którzy się do tego nadają; doktorat w gruncie rzeczy niewiele się różni od pracy magisterskiej w sensie formalno-merytorycznym, więc skoro ktoś był w stanie napisać dobrą pracę magisterską, to o ile nie dostał porażenia mózgowego, nie utracił swoich dotychczasowych wiadomości i umiejętności; chyba że na doktorat są przyjmowali autorzy nieudolnych prac magisterskich, ale to wtedy wypaczenie systemu kształcenia

                            Według mnie rodzina jest tutaj czynnikiem najistotniejszym, a dokładniej fakt posiadania małych dzieci. Nawet najinteligentniejszy i najmądrzejszy człowiek nie wykorzysta w pełni swojego potencjału intelekturalnego, jak będzie zmęczony, niewyspany, zestresowany deprywacją czasu, hałasem itd. Nieprzypadkowo dla niektórych grup zawodowych wymyślono zakaz zakładania rodziny, żeby się mogli w pełni poświęcić pracy (wiadomo o kogo chodzi). Nawet potoczne obserwacje życia pokazują, że na linii rodzina-praca bardzo często dochodzi do konfliktów. A praca naukowa nie jest jakąś mechaniczną aktywnością, którą można zakończyć po godzinie 16.

                            Żeby nie było wątpliwości - ja nie mam nic przeciwko ludziom, którzy rzeczywiście z ręką na sercu są w stanie pogodzić różne czasochonne aktywności życiowe bez uszczerbku dla żadnej z nich (choć jednocześnie trudno mi w to uwierzyć, że tak można naprawdę, i że nie są to tylko przechwałki). Ja mam tylko zastrzeżenia do tych, którym jest z tym ciężko, bo zbyt pochopnie się porwali z motyką na słońce. Denerwuje mnie postawa, że najpierw człowiek sobie dokłada różne obowiązki, uważając się za omnibusa, a potem narzeka. Powtarzam, czytałam na tym forum wiele wątków, w którym narzekano na dzieci w trakcie pisania doktoratu; początkowe posty tego wątku też zmierzały w podobnym kierunku, ale dopiero po moim wystąpieniu zaczęły się tendencyjne przechwałki.
                            • rytr Re: dzieci a czas pisania doktoratu 30.09.08, 21:01
                              >relacje z promotorem są tylko miłym dodatkiem, bo i tak doktorat opiera się w
                              > głównej mierze na samodzielnej pracy autora;
                              Mówiliśmy o zaangażowaniu. Dla tegoż relacje z promotorem mają znaczenie.
                              Powołujesz się w swoich argumentach "przeciwko" możliwości zrobienia dobrze
                              doktoratu, jeżeli posiada się dzieci, na "liczne posty na forum w których
                              pojawiają się skargi, jak to ciężko pisać doktorat przy dziecku". Nie zabijaj
                              się własnymi metodami. Na tym forum jest równie wiele postów w których są nawet
                              nie skargi ale lamenty jak to złe relacje z promotorem powodują, że ludziom się
                              odechciewa.
                              Mówimy o zaangażowaniu: "chce mi się, nie chce mi się, jak bardzo mi się chce".
                              To samo odnośnie warunków stwarzanych przez uczelnię.

                              >zakładamy, że w założeniu
                              > na doktorat przyjmuje się ludzi, którzy się do tego nadają;
                              taaa. "Zakładamy w założeniu".
                              Co to znaczy "nadawać się"? Konkrety? Masz jakiś przepis i profil doktoranta?


                              > doktorat w gruncie
                              > rzeczy niewiele się różni od pracy magisterskiej w sensie formalno-merytorycznym

                              No to w czym rzecz???? Setki ludzi z dziećmi broni magisterki, wiele ze
                              znakomitymi wynikami i nie ma potrzeby nawet tego rozpatrywać. Skoro się nie
                              różni doktorat od magisterki, to o co Ci wogóle chodzi?
                              Powiedziałabym, że jest jeszcze łatwiej. Na studiach magisterskich musiałam
                              akrobatykę wyczyniać, jeżeli chodzi o ułożenie sobie planu tygodnia. Teraz mam
                              stałych godzin w tygodniu kilka - 1 dzień zajęcia, 2 zajęcia ze studentami.
                              Luzik. Reszta to praca własna, a z tym nie mam żadnych problemów.
                              Jeżeli Twoim zdaniem nie ma jakościowej różnicy między magisterką a doktoratem,
                              uważam tą dyskusję za marną i nic nie wnoszącą prowokacją mającą na celu wywołać
                              burzę. W gruncie rzeczy zabawne. Może lepiej pomyśl o dziecku, to nie będziesz
                              marnować tyle swojego czasu na pisanie tak obszernych elaboratów bez sensu -
                              aczkolwiek - przyznaję, przynajmniej wykazujesz się rzadką dziś umiejętnością
                              pisania w naszym ojczystym języku. To też jakaś wartość.

                              > m, więc skoro ktoś był w stanie napisać dobrą pracę magisterską, to o ile nie
                              dostał porażenia mózgowego
                              Wybacz, ale to żenujące. Znam co najmniej 5 osób z porażeniem mózgowym, które
                              zrobiły doktorat. Znam nawet jednego wybitnego naukowca z porażeniem mózgowym, a
                              jednego geniusza nauk ścisłych ze stwardnieniem bocznym zanikowym. Nie wygłaszaj
                              tak prymitywnych komentarzy, bo to nie licuje z Twoim lansem w kierunku wybitnej
                              elokwencji i otwartości umysłu na liczne kwestie światopoglądowe.

                              >chyba że na doktorat są przyjmowali autorzy nieudolnych prac magister
                              > skich, ale to wtedy wypaczenie systemu kształcenia
                              Otóż są przyjmowani i mamy do czynienia z wypaczeniem systemu kształcenia w
                              szkolnictwie wyższym. Jednak to osobny temat. Takiemu wynikowi wypaczenia tegoż
                              systemu nie pomoże nawet celibat a i dzieci nie zaszkodzą.

                              >Nawet najinteligentniejszy i najmądrzejszy człowiek nie wykorzysta w pełni
                              >swojego potencjału intelekturalnego, jak będzie zmęczony,
                              > niewyspany, zestresowany deprywacją czasu, hałasem itd.
                              Ok, to wykorzystam tylko tyle ile mi pozostaje. Na szczęście mam z czego
                              obcinać. Współczuję, jeżeli ktoś ma tylko tyle potencjału, że może go
                              wykorzystywać jedynie na jednym polu. No, chyba, że wszyscy bezdzietni
                              doktoranci w przyszłości będą laureatami nagrody Nobla lub chociaż autorami
                              wybitnych prac i odkryć, w co jednak wątpię. Jak ktoś zauważył (nie pamiętam,
                              czy Ty, czy Pan Profesor dalatata) - krzywa Gaussa zobowiązuje.


                              >Nieprzypadkowo dla niek
                              > tórych grup zawodowych wymyślono zakaz zakładania rodziny, żeby się mogli w
                              pełni poświęcić pracy (wiadomo o kogo chodzi).
                              Jeżeli chodzi Ci o księży, to wykazujesz się jednak dużą dozą braku znajomości
                              historii powszechnej, jak również skłonnością do ulegania stereotypom i do wiary
                              w propagandę.

                              > naukowa nie jest jakąś mechaniczną aktywnością, którą można zakończyć po godzin
                              > ie 16.
                              Właśnie dlatego, że można ją zakończyć i rozpocząć kiedy się tylko ma na to
                              ochotę można ją pogodzić z rodziną (oczywiście, o ile ma się wystarczająco dużo
                              potencjału...).

                              >Nawet potoczne obserwacje życia pok
                              > azują, że na linii rodzina-praca bardzo często dochodzi do konfliktów.
                              Masz przykre obserwacje. Współczuję. Ja ma takie, że rodzina stanowi bardzo
                              cenne oparcie dla człowieka.

                              >początkowe posty tego wątku też zmierzały w podobnym kierunku, ale dopiero po
                              moim wy
                              > stąpieniu zaczęły się tendencyjne przechwałki.
                              Chwała Ci, że tak skutecznie demaskujesz tendencyjnych samochwałów.
                              Trudności są częścią życia. Można je pokonywać, lub ich unikać. Nie wszystkich
                              da się uniknąć.I nie mówię tu o nieskuteczności antykoncepcji, lecz o przykrych
                              wydarzeniach losowych. Ty też możesz doświadczyć na przykład wypadku w wyniku
                              którego stracisz np. władzę w rękach (oczywiście - nie życzę i mam nadzieję, że
                              nic takiego Ci się nie przytrafi - to tylko przykład). Jeżeli koncentrujesz się
                              tylko na unikaniu trudności, masz małe szanse na poradzenie sobie z nimi, gdy
                              faktycznie pojawią się w charakterze "ciężko-kalibrowej". Ucząc się radzić sobie
                              z rozmaitymi trudnościami, jeżeli dopadnie Cię coś niespodziewanego, co wywraca
                              życie do góry nogami - potrafisz szybko nad tym zapanować.
                              Dla mnie dzieciaki nie są trudnością, aczkolwiek przyznaję - jest to oczywiste i
                              nie ulega kwestii, że mogą się z nimi wiązać różne przygody, czasem utrudniające
                              życie. Nie mam problemu, żeby sobie z tym radzić. Przynajmniej do tej pory.
                              Rozumiem jednak, że dla niektórych to niewyobrażalne obciążenie. I ok - każdy ma
                              tyle możliwości, ile faktycznie ma.



                      • mmaupa Aaa, ludzie, wyluzujcie! 28.09.08, 16:07
                        Dyskusja zrobila sie strasznie zazarta, zupelnie nie wiedziec czemu. W koncu
                        jedni maja dzieci, robia doktorat i sa szczesliwi, a drudzy nie maja dzieci, tez
                        robia doktorat i tez sa szczesliwi. To o co chodzi? Jesli czlowiek potrafi
                        dobrze wykorzystac swoj czas, to zapewne czworka dzieci, trzy psy, kot i swinka
                        morska nie sa dla niego przeszkoda w pracy. Podejrzewam, ze gdybym w tej chwili
                        urodzila dziecko, to czas ktory marnuje na siedzenie na forach internetowych,
                        czytaniu gazet, ogladaniu filmow itd poswiecilabym potomkowi. Ale potomka nie
                        mam, wiec z czystym sumieniem moge robic z nadwyzka czasu co mi sie zywnie
                        podoba, niekoniecznie inwestujac ja w dr. I juz. Nie nalezy mi sie przez to ani
                        mniej ani wiecej szacunku niz dzieciatym doktorantom.

                        Pozdrawiam wszystkich (dzieciatych lub nie).
                • dalatata Re: Do mol22 28.09.08, 14:37
                  no wiec zboj kostropaty mowi tak: ja niespecjalnie wiem, co mam powiedziec. bo
                  przypisuje mi sie ppoglady, ktorych nie wypowiadam. jedyne, co powiedzialem to
                  to, ze wychowanie dzieci zajmuje wiecej czasu, a zatem dokotrat takiejze osoby
                  bedzie pisany dluzej. co nie znaczy ze przy dobrej organizacji czasu nie mozna
                  tego zrobic szybciej niz niejeden nieudacznik singiel. ja takich kobiet nie
                  znam. nie znam tez badan na ten temat, wiec nie potrafie sie do nich odniesc
                  (podobnie jak i Pani).

                  jak napisalem wczesniej, ja zlozylem doktorat do obrony w 18 m-cy. nie mam
                  zadnych watpliwosci, ze gdybym byl juz ojcem, szczeoglniem swiezo upieczonym,
                  zajeloby mi to duzo wiecej czasu. co wiecej, moj dokotrat to najszybciej
                  napisana przeze mnie ksiazka. zadnej juz potem tak szybko nie pisalem (mowie o
                  calosci procesu od badan do pisania), miedzy innymi dlatego, ze mam dzieci i
                  chcialem tez z nimi pobyc.

                  niespecjalnie wiem, co jest takiego kontrowersyjnego w tym, co mowie. jesli
                  jednak jest to juz wpelzam pod ten kamien, spod ktorego wypelzlem. w kazdym
                  razie z mojej strony konecze wymiane na temat matek-doktorantek i niezywklej
                  szybkosci pisania przez nie dokotratow.
              • krysiulka Do dalatata 28.09.08, 19:10
                Jesteś profesorem, masz za sobą doktorat i jesteś promotorem doktoratów - wiesz,
                co jest grane i dzielisz się tą wiedzą.
                Osoba, która nigdy nie studiowała na studiach doktoranckich, a wypowiadająca się
                na tematy okołodoktoratowe chyba nie jest osobą kompetentną w tym temacie,
                nieprawdaż?

                Dziękuję za brawa Panie Profesorze, bardzo mi miło.
                • dalatata Re: Do dalatata 28.09.08, 20:03
                  ja tam sie niejednego nauczylem od moich studentow i nie mam watpliwosci, ze
                  warto ich sluchac. doktorantom tez nie zawadzi.
                  i wreszcie, powtarzam: chyba najgorsze, szczegolnie w nauce, jest ocenianie
                  wypowiedzi przez ocene tego, kto mowi (wlasnie dlatego na swiecie wprowadzono
                  slepe recenzje), zeby taki, za przeproszeniem, magister, mogl stanac swobodnie w
                  szranki z profesorem. to z reguly profesorom dobrze robi.

                  Niestety, w Polsce jeszcze jest wielu profesorow, ktorzy tego nie rozumieja, ale
                  to, ze mlodzi pracownicy nauki tego nie rozumieja, jest niezwykle smutne.

                  • krysiulka Re: Do dalatata 28.09.08, 22:06
                    Czy Twoim zdaniem, mamy więc prawo wypowiadać się autorytarnie na tematy,
                    których nie doświadczyliśmy?

                    Czy kwintesencją PRAWDZIWEJ nauki nie jest pokora wobec wielkości i znaczenia
                    rozważanego tematu?

                    Mój promotor pracy mgr żartował kiedyś na temat innego profesora, że do
                    habilitacji zajmował się termodynamiką, zaś wraz z wręczeniem nominacji w
                    Belwederze stał się profesorem od wszystkiego ;)
                    Podobno był w stanie mówić "dowolnie długo na dowolny temat" - ale czy chodzi o
                    to, żeby...mówiąc udawać bycie wszystkowiedzącym?
                    • dalatata Re: Do dalatata 29.09.08, 00:42
                      autorytarnie nie wiem, autorytatywnie, jak kto lubi.

                      tak, pokora jest bardzo wazna, od czasu do czasu mowie o tym studentom. ale ja
                      teraz nie mowie o albie, tylko o krysiulce, ktora nie odnosiola sie do braku
                      pokory alby, ale stwierdzila ze nie warto jej sluchac, bo to tylko studnetka.

                      a ja takich profesorow znam kilku. i mam nadzieje, ze o mnie nikt tak jeszce nie
                      poweidzial, przed Belwederem (jedynym prawdziwym wyznaczynikiem profesorskosci,
                      rzecz jasna) ani po.
                      • rytr gdzie są posty? 29.09.08, 08:44
                        alby.alby - te ostatnie dot. wartościowania, który kierunek jest "bardziej", a
                        który "mniej"? Miałam nadzieję się ustosunkować, ale jak się ustosunkowywać do
                        czegoś, co nie istnieje?
                        (a może miałam tylko omamy wzrokowe i taki wpis nie istniał?;)
                        • mol22 Re: gdzie są posty? 29.09.08, 09:41
                          Otóż nie ma. Zniknęły także odpowiedzi na nie oraz moje posty-
                          odpowiedzi dla 'albo.albo'. Albo ktoś je usunął, albo mamy tę samą
                          chorobę - przywidzenia. ;)
                  • pr0fes0r Re: Do dalatata 28.09.08, 22:37
                    > ja tam sie niejednego nauczylem od moich studentow i nie mam watpliwosci, ze
                    > warto ich sluchac. doktorantom tez nie zawadzi.

                    Wszystko pięknie, ale jak ktoś sobie przez ostatni rok wyrobił określoną
                    reputację, nie dziw się, że jest oceniany przez pryzmat tejże reputacji.
                    • dalatata Re: Do dalatata 29.09.08, 00:44
                      ja cale zycie zawodowe mialem problemy z reputacja. zawsze cos bylo nie tak. a
                      nawet ja, zboj kostropaty, smok i nawet moze pokraka, czasem cos senswonego
                      powiem. a co dopiero alba.alba!
        • mol22 Re: Wy i nauka kontra bliscy 27.09.08, 22:40
          Obroniłam na studiach 4 prace dyplomowe, zdałam kilkadziesiąt egzaminów - na
          żadnym z tych wydarzeń nie towarzyszyło mi dziecko. I co proponujesz, bo nie
          mogę się zdecydować - pomnik ze spiżu, poemat, może coś 13-zgłoskowcem,
          międzynarodową konferencję, może od razu zostanę rektorem albo prezydentem? Nie
          mogę się zdecydować. ;)
    • marionaud_1 Re: Do mol22 28.09.08, 18:36
      Oj, alba.alba. Chyba powinnaś zmienić nick na "albo-albo", bo jakiś
      zajadły radykalizm jest w Twoich wypowiedziach i agresja, i chęć
      zdyskwalifikowania adwersarza pozamerytorycznymi wypowiedziami.
      Nie pisałam prac "w kuchni pomiędzy zupką a soczkiem" . Pisałam po
      zakończeniu prac w kuchni, przejściu do mojego pokoju do pracy i
      zamknięciu za sobą drzwi. A dzieci wiedziały, że jak mama pracuje,
      to z wszystkimi sprawami biega się do taty. (A jak tata pracuje - to
      do mamy.)To prawda, że pracowaliśmy na zmianę, ale jakoś to nam nie
      przeszkadzało. I to po trosze jest odpowiedź na pytanie wyjściowe
      tej dyskusji. Mogę śmiało powiedzieć, że warunkiem i mojego, i męża
      powodzenia naukowego była harmonijna wspólpraca na polu rodzinnym.
      Pieniądze zarabiało to z nas, które akurat miało okazję,
      przejmowaliśmy role drugiego rodzica przy wyjazdach zagranicznych,
      czasem długich, dawaliśmy sobie nawzajem kilkudniowe, a nawet
      kilkutygodniowe wakacje od obowiązków rodzinnych, gdy trzeba było
      coś ważnego napisać. Nie było pomiędzy nami rywalizacji, liczenia
      kto ile czasu wkłada w zycie naukowe lub rodzinne.
      Tak, myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że to nie tylko pomaga, ale i
      stanowi warunek konieczny pogodzenia tych dwu sfer - naukowej i
      rodzinnej.
      • r-kwadrat Re: Do mol22 29.09.08, 08:40
        Nie zgodze sie tu z alba-alba.

        nie sądze aby przyprowadzanie dzici w wózkach na obronę dr bylo
        tzw. "braniem na litość". Mysle ze kiedy chcemy aby nasz partner
        (żona, mąż) był na naszej obronie to niestety bywa ze trzeba rowniez
        zabrac tam dziecko, bo nie ma z kim zostac w domu.
        Ja tez mam rodzine (żonę, dziecko), pracę (nie na uczelni) i jakoś
        sobie radze. Wiadomo ze jest czasami troche trudniej niz w przypadku
        singla, ale da sie wytrzymać. Najwazniejsze zeby w mezu czy zonie
        miec wsparcie (nie koniecznie naukowe :)). Wszystko da sie pogodzić.
        Oczywiście z pomocą bliskich.

        Pozdrawiam
        • alba.alba Re: Do mol22 29.09.08, 13:54
          Kulturalni ludzie wiedzą, że są miejsca, do któych nie wypada zabierać małych dzieci. Obrona doktoratu jest raz w życiu, więc argument, że ktoś nie ma z kim dziecka zostawić sporadycznie na te kilka godzin, do mnie nie przemawia. Opiekunki są dostępne. Przyprowadzenie dziecka na obronę to brak szacunku dla słuchaczy.
          • r-kwadrat Re: Do mol22 02.10.08, 01:13
            Nie ma co tu debatować czy ktos ma kulture czy nie. Uwazam ze
            zabranie na obrone dziecka w wieku np.4-5 lat jest jak najbardziej
            OK. Natomiast jesli chodzi o male dzieci to jesli matka sie broni a
            urodziła powiedzmy 2 miesiace przed obroną to zadna opiekunka nie
            pomoze bo mówiąc kolokwialnie "cycka" dziecku nie da. A przed obroną
            i po obronie matka moze dziecko nakarmić.

            Chciałem jeszcze jedno zaznaczyć, ze obrona dr jest obroną
            publiczną. Tak wic nawet Krystyna z gazowni moze na nią przyjść,
            jesli odczuje potrzebę, a i nawet moze zadac pytanie.

            Mysle ze nie liczy sie czy ktos przyszedł z dzieckiem, ojcem, bratem
            itp. ale liczy sie praca dr i sama jej obrona.
            No ale mogę sie mylić.

            Pozdrawiam


            • charioteer Re: Do mol22 02.10.08, 01:24
              4-5 latek na obronie jest OK pod warunkiem, ze rozumie, ze ma sie zachowywac jak
              w kosciele, a znam dzieci w tym wieku, ktore w kosciele nie umieja sie zachowac.

              W czasie obrony matka i tak cycka nie da, wiec lepiej dziecko zostawic na ten
              czas na korytarzu z mezem lub z opiekunka. Przez godzine z glodu nie umrze, a
              jakby co, to mozna zabrac butelke.
    • nickwmig Ech... 30.09.08, 15:47
      Ja się tylko zastanawiam, jakie wspomnienia z młodości, ponoć
      najpiękniejszego okresu w życiu, który przypada na czas
      najfajnieszych imprez, największych wariactw, będzie miała osoba,
      która zaczynała studia mając jedno dziecko w drodze, a kończyła z
      drugim...

      A przyprowadzanie bachorów na obronę to swoisty lans. ;)
      • dalatata Re: Ech... 30.09.08, 15:54
        ale moze jednak bez jaj - bo zaraz sie okaze, ze mamy tylko jeden sluszny model
        stylu zycia w doktoracie. a jak ktos nie chodzi na imprezy (oczywiscie
        najpiekniejsze) i nie popelnia wariactw, to jest jakis ulomny, glupi i w ogole
        tylko z politowaniem na niego. zyje se jak chcesz i nie oceniaj jak inni zyja.
        • nickwmig Re: Ech... 30.09.08, 16:02
          dalatata napisał:

          > ale moze jednak bez jaj - bo zaraz sie okaze, ze mamy tylko jeden
          > sluszny model
          > stylu zycia w doktoracie.

          Tu nie tylko o doktorat chodzi. Co najmniej dwie forumowiczki
          szczycą się tym, że odchowały dzieci podczas studiów (bez
          cudzysłowu) magisterskich (jedna nawet z komplikacjami). A ja się
          pytam, jakie wspomnienia z okresu studiów będą miały "matki Polki",
          a jakie ich rówieśnicy(czki), które żyły od imprezy do imprezy
          (potrafiąc jednak nie zawalić nauki)?
          Nie bez kozery powiada się, że młodość musi się wyszumieć.
          • rytr Re: Ech... 30.09.08, 17:43
            Wczoraj i dziś stałam się ofiarą mojego stylu życia: doktorat+dzieci+praca i nie
            miałam/nie mam wiele czasu.
            Ale nie omieszkam chwili jeszcze uszczknąć;)
            > Tu nie tylko o doktorat chodzi. Co najmniej dwie forumowiczki
            > szczycą się tym, że odchowały dzieci podczas studiów (bez
            > cudzysłowu) magisterskich (jedna nawet z komplikacjami). A ja się
            > pytam, jakie wspomnienia z okresu studiów będą miały "matki Polki",
            > a jakie ich rówieśnicy(czki), które żyły od imprezy do imprezy
            > (potrafiąc jednak nie zawalić nauki)?
            > Nie bez kozery powiada się, że młodość musi się wyszumieć.

            Czytanie ze zrozumieniem;)
            1) Nie szczycę się, tylko stwierdzam fakt.
            2) Wspominałam, że LO skończyłam mając 17 lat. Córka urodziła się jak miałam 22
            lata. Wówczas też rozpoczęłam studia na pedagogice specjalnej (dziecko miało pół
            roku). Pięć lat od ukończenia LO do rozpoczęcia tych studiów - poszalałam do
            woli. Później owszem, trochę musiałam przystopować, ale w stylu zakonnym nie
            żyłam. Drugie dziecko ma obecnie 1,5 roku.
            3) Nie mam nic wspólnego z "Matką Polką". Doświadczeń różnorakich mam baaaardzo
            dużo. Nie czuję się w niczym poszkodowana.



            • nickwmig Re: Ech... 01.10.08, 16:57
              rytr napisała:

              > Czytanie ze zrozumieniem;)
              > 1) Nie szczycę się, tylko stwierdzam fakt.

              Nie, w ogóle się nie chełpisz ani nie jesteś przemądrzała ("czytanie
              ze zrozumieniem"), jaka to dzielna nie jesteś, ile to stron nie
              miała Twoja magisterka, itd. Mnie tam takie przechwałki ani ponad
              200-stronicowe prace magisterskie nie ruszają. Moja nie liczyła
              nawet 100 stron, tylko dla mnie liczy się jakość, a nie ilość.
              Wodolejstwo stosowane jest mi obce, no chyba że na tym forum. ;)
              Tobie wystarczyło, że się bawiłaś do 22. roku życia, a ja na dobre
              zacząłem się rozkręcać dopiero po 25.
              Ale jak to mawiają, każdemu według potrzeb.
              • rytr Re: Ech... 01.10.08, 20:08
                >Nie, w ogóle się nie chełpisz ani nie jesteś przemądrzała.
                Przemądrzała jestem jak wszyscy diabli, to akurat fakt. Nie chwalę się. Wogóle
                bym nie poruszała tych wątków, gdyby nie to, że próbuje się mi sugerować, że
                jestem skazana na setki porażek, bo mam dzieci.
                Moja praca, mimo że obszerna nie miała nic wspólnego z wodolejstwem. Po prostu
                temat wielowątkowy i dość nietypowy - wymagał szczegółowego opisania. Mój kolega
                napisał magisterkę na niecałe 30 stron (z matematyki) i była to praca znakomita.
                Masz rację - ilość stron o niczym nie świadczy. Ja ilość stron podałam w
                kontekście czasu pisania pracy i tylko w tym.
                Do 22 roku życia owszem wyszalałam się bez ograniczeń, co nie znaczy, że od
                tamtej pory prowadzę życie zakonne.
                Masz rację - każdemu według potrzeb.
            • rytr podsumowanie 30.09.08, 21:10
              dla mnie główny temat poboczny tego wątku powoli się wyczerpuje:

              Można dokonać świadomego wyboru - chcę zrobić coś z maksymalną wydajnością, mam
              poczucie, że dzieci mogą mnie zanadto absorbować i sobie nie poradzę z tym
              założonym maksimum. To jest ok. Szanuję taki wybór.
              Można też zrobić inne założenie - chcę zrobić coś z maksymalną wydajnością jaką
              będę mogła/mógł uzyskać mając dzieci.
              Tylko wtedy, jeżeli ta wydajność będzie znacząco niższa niż przeciętna osób nie
              mających dzieci, można powiedzieć: o, temu to dzieci przeszkodziły w realizacji
              planów naukowych.



              • joannah31 Re: podsumowanie 02.10.08, 09:19
                podsumowując, to dobijają mnie takie wpisy dzielnych mama
                doktorantek. Pracuję na etacie (40 H) zajęcia ze studentami w ramach
                studiów (różnie), pisanie pracy (4 rok obecnie więc się trzeba
                spieszyć) - wcześniej kwerendy (jakoś sobie nie wyobrażam dziecka
                np.w berlińskiej bibliotece, zresztą w naszej UNI też nie)
                zastanawiam się kiedy miałabym znaleźć czas dla dziecka? Kiedy,
                jeżeli moja doba ma tylko 24 h? Czy to ja jestem źle zorganizowana
                czy to wy Szanowne Panie, lejecie wodę?
                • rytr Re: podsumowanie 02.10.08, 12:13
                  >Kiedy,
                  > jeżeli moja doba ma tylko 24 h? Czy to ja jestem źle zorganizowana
                  > czy to wy Szanowne Panie, lejecie wodę?
                  Nie wiem. Ja nie pracuję na etacie.
                  JEzu, czy nie można po prostu przyjąć do wiadomości, że niektórzy radzą sobie i
                  nie odnosić tego egocentrycznie do siebie ("to znaczy, że ja jestem
                  niezorganizowana)? Prawdopodobnie jesteś świetnie zorganizowana, skoro tyle
                  obowiązków ze sobą godzisz i ok. Ale czy to oznacza, że nie można się INACZEJ
                  (tak, tak - inaczej niekoniecznie lepiej, czy gorzej) zorganizować mając dzieci?
                  Ty masz inne uwarunkowania życiowe i nie wyobrażasz sobie dołożenia do tego
                  dzieci i ok. Ja mam inne i nie czuję się w żaden sposób dzielna. Robię swoje i
                  tyle. Proszę tylko mi nie wmawiać, że się nie da, to nie będę nic pisać na ten
                  temat i "się chwalić", bo daleko mi do tego, pod warunkiem, że się nie
                  dyskredytuje ludzi w mojej sytuacji. Ja nikogo nie dyskredytuję, mówiąc mu na
                  przykład, że jest słabo zorganizowany, ok? To są Twoje słowa i Twoje
                  przemyślenia. Ja mówię tylko, że potrafię się zorganizować tak jak JA mam. Być
                  może w Twojej sytuacji (której nie znam, bo etat, studia, kwerendy i pisanie
                  pracy, to jeszcze nie całość sytuacji życiowej) nie znam i nie wykluczam, że bym
                  sobie w takiej formie z jakiegoś powodu nie dała rady.
        • mmaupa Re: Ech... 30.09.08, 16:05
          Przeciez nie chodzi o to, zeby sie urzynac w sztok co wieczor, narkotyzowac co
          drugi dzien i zaliczac wszystkie panienki/kolegow z wydzialu. Opieka nad
          dzieckiem wymaga jednak przynajmniej odrobine odpowiedzialnosci, a co za tym
          idzie, ograniczenia szalenstw. Mlodzi rodzice dorosleja szybciej od rowiesnikow,
          nie ma zmiluj.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka