clelia
14.03.04, 22:32
Ciekawy artykuł jest w ostatnim Plusie-Minusie:
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_040313/plus_minus_a_7.html
Wklejam w całości, bo potem zje go archiwum.
MIĘDZY RUSOFOBIĄ A RUSOFILIĄ
Przez różowe okulary
SŁAWOMIR POPOWSKI
W obronę przed niesprawiedliwymi ocenami wziął Władimira Putina profesor
Andrzej Walicki, zarzucając większości polskich publicystów rusofobię. Rosji
nie można jednak ani demonizować, ani jej idealizować. Na fałszowanie obrazu
swojego wielkiego sąsiada Polska nie może sobie pozwolić.
"W Polsce Putin jako reformator jest niemal zupełnie nieznany. Patrzy się na
niego wyłącznie przez pryzmat wojny czeczeńskiej" - pisze Andrzej Walicki na
łamach "Przeglądu". Skutek jest taki, że "w Europie Zachodniej jesteśmy
postrzegani jako kraj żywiący szczególną rusofobię, co bynajmniej nie
przysparza nam sympatii", a co więcej, "również w Rosji zdecydowanie przeważa
dziś opinia o głębokiej i niereformowalnej antyrosyjskości Polaków". Według
profesora Walickiego "przyczyniło się do tego fiasko nadziei pokładanych w
wizycie prezydenta Putina w Warszawie w styczniu 2002 r.", a powodem tego
niepowodzenia było to, że - jak pisze - "mobilizacja dobrej woli po obu
stronach zderzyła się wówczas z antyrosyjską mobilizacją głównych polskich
mediów".
Tak więc wszystko jest już jasne. Za chłodne stosunki między Moskwą a
Warszawą, za to, że nie udało się podbić polskimi towarami rosyjskich rynków,
i za niekorzystny dla nas bilans obrotów handlowych - odpowiadają
dziennikarze i publicyści.
Winna jest "Rzeczpospolita", bo publikowała wypowiedzi "osób o dużym
autorytecie społecznym", ostrzegające "przed rosyjskim rurociągiem naftowym
jako zagrożeniem suwerennych praw Rzeczypospolitej". Winien jest Rafał
Ziemkiewicz, który na łamach naszej gazety twierdził, że "tolerowanie
rosyjskiego lobby gospodarczego prowadzić może tylko do nowego zaboru".
Winien jest Bohdan Cywiński, który "usiłował dowieść, że wewnętrzną logikę
polskiej polityki zagranicznej, łącznie z akcesem do Unii Europejskiej,
określa w całości lęk przed rosyjskim imperializmem".
Winna niepowodzeń w stosunkach polsko-rosyjskich jest także "Gazeta
Wyborcza". Ba, dostało się i profesorowi Bronisławowi Geremkowi, ostro
skarconemu, że ośmielił się bronić "rodaków przed zarzutem irracjonalnej
rusofobii uzasadnioną ponoć troską o losy rosyjskiej demokracji".
Nie mam zamiaru polemizować z Andrzejem Walickim w obronie każdego z
krytykowanych przez niego tekstów, bo jest to sprawa merytorycznej dyskusji
między profesorem i cytowanymi autorami. Nie mogę się natomiast zgodzić z
zaprezentowaną przez niego metodą - zarzutem, że krytykujemy Rosję i nie dość
kochamy "reformatora" Putina, bo z natury jesteśmy rusofobami i jeszcze
wymyśliliśmy sobie, aby - jak sugeruje Walicki - "zdemonizowana przez znaczną
część naszych elit Rosja, spełniała dziś taką samą rolę, jaką w czasach PRL
spełniało posługiwanie się straszakiem niemieckim".
Nie zgadzam się z taką opinią i nie sądzę, abyśmy demonizowali Rosję. Nie
widzę też żadnych powodów, abyśmy - pod groźbą oskarżenia o
ową "demonizację" - mieli zakładać na oczy "różowe okulary" i nie krytykować
w Rosji tego, co musi budzić niepokój. Rusofobia - jak każda fobia - jest
czymś nie do przyjęcia. Ale jej odwrotnością jest rusofilia, która tym się
tylko różni od tej pierwszej, że znak minus zastępuje plusem, jednakowo
zniekształcając opis rzeczywistości. Na to zaś Polska, silna czy słaba, w
żadnym razie pozwolić sobie nie może.
Andrzej Walicki bardzo nie lubi demokratycznej opozycji rosyjskiej, czego
zresztą nie ukrywa. Nawet emocje nie tłumaczą jednak tezy, która mnie
zmroziła. Według profesora bowiem "nie ulega wątpliwości, iż opozycyjna
inteligencja rosyjska reprezentuje długą, pełną tragizmu tradycję walki z
państwowością rosyjską...". Zgoła inne uczucia żywi Walicki do Władimira
Putina. Nazbyt krytyczne spojrzenie polskich elit na Putina jest, zdaniem
autora "Przeglądu", najlepszym dowodem ich antyrosyjskości. Nie wiadomo
dlaczego Polacy patrzą na niego wyłącznie przez pryzmat wojny czeczeńskiej i
nie chcą dostrzec w nim wielkiego reformatora, na miarę Piotra Stołypina oraz
klasyków rosyjskiego konserwatywnego liberalizmu, takich jak Boris Cziczerin
i Piotr Struwe.
Profesor Andrzej Walicki jest wybitnym znawcą rosyjskiej myśli społecznej i
filozoficznej, być może jednym z najlepszych na świecie, i ma prawo do swoich
ideowych sympatii. Jednakże przenoszenie tych ocen na Putina jest co najmniej
nieporozumieniem. To nieprawda, że Polacy oceniają Putina tylko za Czeczenię
(choć i tej by wystarczyło), a także, iż w wojnie upatrują racji tylko po
jednej stronie - czeczeńskiej. Nic podobnego - jednakowo traktują zbrodnie
popełniane w Czeczenii przez armię rosyjską i zamachy terrorystyczne. I -
wbrew temu, co sugeruje Walicki, cytujący liczne opinie zachodnich ekspertów
chwalących rosyjskiego prezydenta - nie jesteśmy w tym jedyni. Krytyka Putina
za jego postępowanie na Kaukazie nieustannie powraca na posiedzeniach Rady
Europy. Zresztą, ku wielkiej irytacji Moskwy, która - podobnie jak profesor -
widzi w tym jedynie przejaw rusofobii.
Mam poważne wątpliwości, czy rządy Putina to sposób na westernizację Rosji.
Myślenie Andrzeja Walickiego przypomina mi naiwną wiarę rosyjskich liberałów
z czasów, w których Putin obejmował władzę. Miał być rosyjskim Pinochetem,
który twardą ręką zaprowadzi w kraju porządek i zrealizuje ambitny program
niezbędnych Rosji reform. W odróżnieniu od Walickiego moskiewscy liberałowie
szybko jednak rozstali się z tą wiarą. Nie dlatego, że w jego ekipie zabrakło
ludzi Gajdara, jak sugeruje profesor, ale dlatego, że nadzieje na reformy nie
zostały spełnione.
Prawda, Putin przeforsował w Dumie uchwalenie ustawy o prywatnej własności
ziemi, a także wprowadził podatek liniowy, ale na tym jego impet
reformatorski został wyhamowany. Z zapowiadanej reformy systemu emerytalnego
nic nie wyszło, administracyjna została rozgrzebana i zakończyła się tym, że
wprawdzie - ku radości prof. Walickiego - udało się odbudować pionowe
struktury władzy i zdyscyplinowano gubernatorów - ale na tym koniec. Nie
udała się również reforma armii i reforma komunalna, a podatkowa została
wyhamowana.
Profesor szydzi, że polskim publicystom nie bardzo się podoba
putinowska "demokracja sterowana" i że bijemy na alarm z powodu "konsolidacji
autorytetu Putina w wyniku ostatnich wyborów do Dumy". Szyderstwo jest tu
jednak nie na miejscu. Sens stworzonego przez Putina systemu politycznego,
nazywanego łagodnie monocentryzmem, sprowadza się do tego, że kolejne obszary
życia społecznego, politycznego i gospodarczego przejmowane są pod
bezpośrednią kontrolę Kremla. Trzeba mieć dużo dobrej woli, aby wierzyć, że
wszystko to dzieje się wyłącznie w imię modernizacji Rosji. A jeśli nawet, to
rodzi się pytanie: modernizacja, ale jaka? Niezależni analitycy rosyjscy -
podkreślam: rosyjscy, a nie polscy - mają co do tego wielkie wątpliwości, a
niektórzy mówią o narodzinach "putynizmu", czyli rosyjskiej wersji
kapitalizmu policyjno-biurokratycznego, w ramach którego putinowskie
hasło "dyktatury prawa" oznacza praktyczne zastosowanie zasady: "dla
przyjaciół wszystko, dla przeciwników prawo".
Andrzej Walicki cytuje jeszcze wypowiedź byłego ambasadora USA w ZSRR Jacka
F. Matlocka, który twierdzi, że Europa nie może być zdrowa i bezpieczna bez
całkowitego przezwyciężenia dziedzictwa zimnej wojny, które wymaga powrotu
Rosji do "wspólnego europejskiego domu". Profesor Walicki podkreśla, że dla
niego to oczywistość, zarówno intelektualna, jak i moralna. Dla mnie również.
Pytanie tylko, czy sama Moskwa tego pragnie i na jakich zasadach chciałaby to
przeprowadzić - stosując wspólne dla wszystkich europejskie standardy czy
zmuszając Europę do uznania swoich włas