boniedydy
27.04.04, 09:48
Włoski premier Silvia Berlusconi chce ulepszyć formułę prezydenta Francji de
Gaulle'a, któremu wystarczyła Europa "od Atlantyku do Uralu". Europa - mówił
w Moskwie - właśnie się rozszerza, ale w istocie sięga znacznie dalej,
rozciąga się od Atlantyku po Pacyfik
Nie przesadzajmy, premier Silvio Berlusconi to nie prezydent Bush, Włoch nie
umiał powtórzyć sukcesu Amerykanina, który potrafił zajrzeć w głębię duszy
Władimira Putina. Ale to, że do duszy się nie dostał, sprawia, iż podziw
Berlusconiego dla Putina jest tym bardziej imponujący. Łza ze wzruszenia
kręciła się w oku kiedy, niedawno, w Rosji, obaj przywódcy obejmowali się,
padali sobie w ramiona, poklepywali z radością po plecach, brakowało tylko
sowieckiego "niedźwiedzia i pocałunku prosto w usta", aby wróciły nam
obrazy "bratnich wizyt" minionego okresu i aby świat poznał ogrom przyjaźni
Berlusconiego dla Putina.
Ogrom chyba za ogromny. Prawda, powinniśmy być przygotowani. Szef rządu
włoskiego od dawna już bierze Putina w obronę przed napastliwością świata, a
zwłaszcza zachodniej prasy. Niedawno ostro bronił przecież rosyjskiej
polityki w Czeczenii, oskarżając dziennikarzy o "rozsiewanie legend" na ten
temat.
Teraz, w ramionach Putina, Berlusconi posunął się znacznie dalej. Europa -
mówił w Moskwie - właśnie się rozszerza, ale w istocie sięga znacznie dalej,
rozciąga się od Atlantyku po Pacyfik. Europa potrzebuje Rosji. Tylko razem z
Rosją Unia Europejska stanie się wielkim organizmem zdolnym mówić jak równy z
równym z potęgami świata Nie widzę powodu, dla którego Rosja nie miałaby stać
się członkiem Unii Europejskiej i NATO..."
Berlusconi nie widzi, ma chyba zły wzrok. Że jest przyjacielem Putina, z
którym, jak wiadomo, dzieli sympatię dla monopolu telewizji i antypatię do
opozycji parlamentarnej, to jego sprawa. Że chce ulepszyć formułę de
Gaulle'a, któremu wystarczyła Europa "od Atlantyku do Uralu", to komiczne,
ale do wytrzymania. Jednak jego propozycja rozciągnięcia Europy od Atlantyku
aż po Pacyfik, to inna jakość, każe przytoczyć "powody", których on "nie
widzi".
Z okazji otwarcia drugiego mandatu prezydenta Putina, amerykańskie Centrum
Studiów Międzynarodowych i Strategicznych przeprowadziło badania opinii,
które, gdyby Berlusconi je "widział", uratowałyby go od zadawania niemądrych
pytań. Otóż tylko 30 proc. Rosjan uważa, że demokracja jest zawsze lepsza,
natomiast 34 proc. jest zdania, że "czasem system autokratyczny jest lepszy",
26 proc. gotowych jest głosować na Stalina (gdyby dziś kandydował), a 19
proc. waha się, ale nie wyklucza, że oddałoby głos na byłego wodza postępowej
ludzkości.
Jasne, można się zastanawiać nad przyczynami tych rosyjskich "preferencji":
amnezja narodowa, wypaczona nauka historii, manipulowane podręczniki,
nacjonalizm, żałoba po imperium, brak mechanizmów demokratycznych, a przede
wszystkim generalna odmowa rozliczenia się z przeszłością.
Można i warto się na tym zastanowić, bo to właśnie stanowi zaczyn odpowiedzi
na wątpliwości Berlusconiego. Czy np. wyobraża on sobie państwo niemieckie,
gdzie jedna czwarta ludności gotowa jest głosować na Hitlera, a niewiele
mniej się nad tym zastanawia, a któremu zaproponowałby miejsce w unii narodów
demokratycznych? A czy, to już znacznie bliżej Berlusconiego, on sam może
sobie wyobrazić w tej unii państwo włoskie, którego prawie połowa obywateli
zastanawiałaby się, czy nie warto wskrzesić Mussoliniego?
"Bez wpadania w przesadny realizm" - zakpił kiedyś z prezydenta Francji
Francois Mitterrand, można jednak zaryzykować wniosek, że Niemcy leżą w
Europie". Według Berlusconiego - Władywostok także.
Leopold Unger
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,2041703.html