clickkey
19.09.04, 04:45
Gorzkie owoce wojny sprawiedliwej
BOGUMIŁ LUFT
Pretendujące wciąż do przywództwa w Unii Europejskiej Francja i Niemcy
wyraźnie dają do zrozumienia, że wspierają Władimira Putina. Dziś oznacza to
wsparcie jego polityki wobec Czeczenii, a pośrednio - prób umocnienia w Rosji
rządów silnej ręki. Polityka Kremla może okazać się niebezpieczna dla świata.
Jednak mało kto zauważa, że wspierają ją również lub nawet jeszcze bardziej
stanowczo Stany Zjednoczone.
Egzotyczny sojusz Francji i Niemiec z Rosją zaczął rysować się wokół kwestii
interwencji w Iraku i był niedwuznacznie skierowany przeciw przywództwu USA w
świecie. Poparcie Waszyngtonu dla Moskwy to natomiast oferta wymiany usług
politycznych: w zamian za uwiarygodnienie polityki Putina George W. Bush
oczekuje uwiarygodnienia swych działań w Iraku, a w przyszłości być może
również gdzie indziej. Jest to dyplomatyczna "ucieczka do przodu" mająca
między innymi zrównoważyć działania Paryża i Berlina.
Prezydent Rosji szeroko otwiera przed Amerykanami wrota pułapki. Przyznaje,
że armii rosyjskiej zdarza się w Czeczenii popełniać zbrodnie, i natychmiast
porównuje to z incydentami w więzieniu Abu Ghraib. Nieważne, że to demagogia,
bo ludobójstwo w Czeczenii i torturowanie, głównie psychiczne, grupy irackich
więźniów to fakty nieporównywalne. Ta demagogia jest bardzo chwytliwa dla
światowej opinii publicznej.
Niezdrowa konkurencja o sojusz z Kremlem jest niewątpliwie owocem
nieszczęśliwej sytuacji, jaką zrodziła wojna w Iraku. Decyzja o interwencji
była sama w sobie słuszna, bo reżim Saddama był bardzo niebezpieczny, a to,
czy na początku ubiegłego roku miał broń masowej zagłady, czy jej nie miał,
niewiele tu zmienia. Jednak podjęcie tej decyzji w otwartym konflikcie z
najważniejszymi krajami Europy i bez szerszego porozumienia z resztą świata
przyniosło problemy, których końca nie widać. Bywają bowiem słuszne idee,
które są nie do zrealizowania bez spełnienia pewnych warunków. Niedostateczna
wciąż skuteczność przedsięwzięcia mającego na celu wprowadzenie w Iraku w
miarę stabilnej demokracji jest w niemałym stopniu związana z faktem, że na
próbie rozwiązania irackiego problemu zaciążyła moralna i polityczna
ambiwalencja, wynikła z braku dostatecznie powszechnego poparcia dla działań
USA.
Można oczywiście spojrzeć na tę sprawę pod innym kątem. Można twierdzić, że
to antyamerykańska fobia, zwłaszcza Francuzów, doprowadziła do rozbicia
jedności. A więc, że Paryż i Berlin, wsparte przez niemałą część europejskiej
i pozaeuropejskiej opinii publicznej, sformułowały samosprawdzającą się
przepowiednię porażki. I dziś krytykują stan rzeczy, do którego same się
przyczyniły. To prawda.
Nie można jednak nie zauważyć, że Waszyngton zgrzeszył w pewnym momencie
zbytnią pewnością siebie oraz zbyt małą cierpliwością i otwartością na dialog
z sojusznikami. W końcu można się zastanawiać, czy zachowanie jedności
transatlantyckiej nie było większą wartością w polityce globalnej niż
natychmiastowe obalenie niebezpiecznego reżimu Saddama. Zwłaszcza że raz,
podczas pierwszej wojny w Zatoce w 1991 roku, udało się jednak sformować
niemal ogólnoświatową koalicję antyiracką. I tylko kunktatorstwo Busha
seniora uchroniło dyktatora z Bagdadu od upadku już wtedy.
Oczywiście ówczesna sytuacja była bardziej sprzyjająca, bo jednoczące się
Niemcy, wyzwalająca się spod komunizmu Rosja oraz kraje arabskie oburzone
iracką agresją na Kuwejt były bardziej skłonne do współpracy. Jednak
determinacja w poszukiwaniu jedności wśród partnerów, których łączą
podstawowe moralne i polityczne wartości, jest tym bardziej konieczna w
sytuacji mniej sprzyjającej.
Perspektywy, które otwiera obecny rozwój wydarzeń, są niedobre. Podczas
konferencji "Polska i Francja w Unii Europejskiej", która odbyła się w
ubiegłym tygodniu w Warszawie, były minister spraw zagranicznych Francji
Hubert Vedrine powiedział otwarcie rzecz szokującą: prowadzenie przez Unię
Europejską wspólnej polityki zagranicznej jest mrzonką, bo doświadczenie i
tradycja każdego narodu każą prowadzić własną politykę. Nie najważniejszy
dziś polityk francuski powiedział to w niezbyt ważnej stolicy europejskiej
podczas konferencji nie największej wagi. Tym bardziej zachodzi podejrzenie,
że mówił szczerze. I że jest to przekonanie, które żywi nie tylko on.
Sformułowanie wspólnej polityki zagranicznej państw Unii Europejskiej, a tym
bardziej szerzej - wspólnoty transatlantyckiej, jest na pewno bardzo trudne.
Ale sama kontynuacja wysiłku w tym kierunku jest absolutnie konieczna, jeśli
mamy stawić czoła nowym zagrożeniom, które niespodzianie i niezwykle szybko
przybierają na naszych oczach konkretną postać. Już samo zaniechanie tego
wysiłku rodzi nowe problemy, jak choćby ten przywołany na początku. Problem
stosunku do Rosji, która niepostrzeżenie może się znów stać zagrożeniem. Na
tym tle blednie kwestia iracka. Rosja w przeciwieństwie do Iraku na pewno ma
broń masowego rażenia - o czym prezydent Putin nie omieszkał w ostatnich
dniach przypomnieć, budząc pełne zażenowania zdziwienie.
Pole manewru Polski w tych sprawach jest niewielkie, a jej możliwości
oddziaływania bardzo ograniczone. Jeśli jednak jakieś są, to powinny być
użyte po to, by jedność Unii Europejskiej i wspólnoty transatlantyckiej
umacniać. Bardzo stanowcze opowiedzenie się Polski po stronie USA przeciw
Niemcom i Francji w kwestii interwencji w Iraku, a zwłaszcza aktywne
uczestnictwo w budowie proamerykańskiej opozycji w Europie, nie przysłużyło
się temu celowi.
Polscy stratedzy powołują się na względy moralne nakazujące uczestnictwo w
odważnej i odpowiedzialnej walce przeciw zagrożeniu ze strony zbrodniczego
dyktatora, której zaniechanie mogłoby mieć tragiczne skutki. Słusznie. Jednak
wojnę sprawiedliwą, zwłaszcza mającą charakter operacji prewencyjnej, poznaje
się między innymi po jej owocach. A te nie są w tym przypadku najsłodsze,
zarówno w samym Iraku, jak i w polityce międzynarodowej. Nie są też zbyt
bliskie zasadom moralnym, skoro jednym z nich staje się coraz dalej idąca
akceptacja dla polityki rosyjskiej w Czeczenii.
W tej sytuacji narzuca się konieczność większej otwartości Polski na dialog z
najważniejszymi partnerami europejskimi. Bez nadmiernych złudzeń. Bez
akceptacji francusko-niemieckiego dyktatu. Bez wyrzekania się politycznej
bliskości ze Stanami Zjednoczonymi. Ale z przekonaniem, że uczestnictwo w
budowaniu jedności Unii Europejskiej jest naszym głównym zadaniem. Dla
naszego własnego dobra. -