Tajemnica śmierci Marka Karpia

23.09.04, 06:41
Jacek Brzuszkiewicz, Wojciech Czuchnowski 22-09-2004, ostatnia aktualizacja
21-09-2004 21:03

Niejasne okoliczności wypadku, dotychczasowe śledztwo nieudolne. Prokuratura
Krajowa objęła nadzorem śledztwo w sprawie wypadku, po którym zmarł Marek
Karp, założyciel Ośrodka Studiów Wschodnich.

Wypadek zdarzył się 13 sierpnia. Marek Karp z ciężkimi obrażeniami trafił do
szpitala. Umarł 12 września. Nieoczekiwanie, kiedy miał już wyjść.

Niebezpieczna wiedza

- Marek mówił, że to nie był zwykły wypadek, podejrzewał zamach, ale nie
chciał lub nie mógł wyraźnie wskazać zleceniodawców - opowiada Bartłomiej
Sienkiewicz, przyjaciel Karpia i jego bliski współpracownik w Ośrodku Studiów
Wschodnich.

Wysoki oficer ABW: - Marek Karp miał ogromną wiedzę o powiązaniach
biznesowych między Polską a firmami z byłego ZSRR. Ta wiedza mogła być
niebezpieczna. Mógł wejść z kimś w konflikt.

Rządowy Ośrodek Studiów Wschodnich działa od 1990 r. Założony i kierowany do
maja 2004 r. przez Karpia, to jedna z najważniejszych instytucji polskiej
polityki zagranicznej. Zajmuje się tzw. białym wywiadem na terenach b. ZSRR.
Wykonuje ekspertyzy dla polskiego rządu oraz dla UE i NATO.

Białoruski tir nie hamował

Wypadek i śledztwo, które po nim przeprowadzono, wyglądają rzeczywiście
dziwnie. 13 sierpnia o godz. 15.13 Marek Karp zmierzał oplem astra w kierunku
Urzędu Celnego w Białej Podlaskiej. Jechał obwodnicą. Na skrzyżowaniu
zatrzymał się, by przepuścić ciężarówki jadące w kierunku przejścia
granicznego w Terespolu. Nagle w prawy tylny bok astry uderzyła ciężarówka
Man na białoruskich numerach rejestracyjnych. Wypchnęła opla na przeciwległy
pas ruchu. Kierowca jadącej tym pasem betoniarki nie miał szans, by uniknąć
zderzenia - opel Karpia został sprasowany przez przyczepę.

- To wyglądało na egzekucję kierowcy opla. Białoruski tir nie hamował - mówi
świadek wypadku, do którego dotarliśmy (dotąd nie został przesłuchany przez
prokuraturę).

"Przepraszam" i na wolność

Kierowca białoruskiego tira, 39-letni Sierhij Z., został zatrzymany przez
policję. Trzeźwy, w chwili uderzenia jechał 46 km/h.

"Dojeżdżając do skrzyżowania, spojrzałem we wsteczne lusterka. Kiedy
popatrzyłem przed siebie, było już za późno. Przepraszam" - protokół
przesłuchania Sierhija Z. liczy półtorej strony.

Prokuratura Rejonowa w Białej Podlaskiej wszczęła śledztwo i od razu
Sierhijowi Z. przedstawiła zarzut spowodowania wypadku, którego
konsekwencjami są ciężkie obrażenia ciała. Mimo wysokiej kary grożącej
Białorusinowi (od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia) nie został on
aresztowany, nie odebrano mu paszportu ani nie zażądano kaucji. Kilka godzin
po wypadku był już na wolności.

- Nie obawiacie się, że ucieknie? - pytamy Stanisława Stróżaka, szefa
Prokuratury Rejonowej w Białej Podlaskiej. - Jeśli nie będzie stawiał się na
wezwania, wystąpimy do strony białoruskiej o ściganie go - oświadcza
prokurator.

"Sierhija u nas niet"

To jednak może nie być takie łatwe. W aktach sprawy są niewyraźne odbitki
ksero prawa jazdy i paszportu Sierhija Z. Wynika z nich, że jest on
zameldowany we wsi Priwolnyj w województwie mińskim na Białorusi. Jedyna
miejscowość o tej nazwie to przysiółek pod Mińskiem - 1,5 tys. mieszkańców.
Nie ma tam telefonu na nazwisko Sierhij Z. Skontaktowaliśmy się z miejscowym
popem, który powiedział, że nie zna Sierhija Z. Pop powinien wiedzieć, co
mówi, bo jego żona Galina pracuje na poczcie i zna wszystkich mieszkańców.

Według źródeł "Gazety", jeszcze gdy Karp przebywał w szpitalu, jego
współpracownicy z OSW zgłosili do Ministerstwa Sprawiedliwości zastrzeżenia
co do śledztwa. - Nie dotarła do mnie taka informacja. Mogę natomiast
powiedzieć, że obejmujemy tę sprawę nadzorem - mówi zastępca prokuratora
krajowego Kazimierz Olejnik.

Jednak wątpliwości nie dotyczą tylko samego wypadku. Marek Karp ze złamanymi
nogami, obrażeniami krtani i brzucha został śmigłowcem przewieziony do
szpitala MSWiA przy Wołoskiej w Warszawie. - Jego śmierć to kompletne
zaskoczenie. Wszystko wskazywało na to, że dochodził do zdrowia. Rozmawiałem
z nim jeszcze dzień wcześniej - mówi dyrektor OSW Jacek Cichocki.

Według przeprowadzonej w poniedziałek sekcji zwłok Karp zmarł w wyniku ran
odniesionych podczas sierpniowego wypadku. Bezpośrednią przyczyną śmierci był
zator w tętnicy płucnej.

Pogrzeb Marka Karpia

We wtorek na wojskowych Powązkach odbył się uroczysty pogrzeb Marka Karpia.
Pochowano go w Alei Zasłużonych w asyście Kompanii Honorowej WP. Nad grobem
przemawiali m.in. Barbara Labuda z Kancelarii Prezydenta, Czesław Okińczyc,
litewski poseł i lider polskiej mniejszości na Litwie, ambasador RP w Wilnie
Jerzy Bahr. W przemówieniach nad grobem nikt nie wspomniał o wątpliwościach
wokół śmierci Karpia, którego nazwano "ostatnim obywatelem Wielkiego Księstwa
i Korony". Gdy składano trumnę do grobu, wojskowy trębacz zagrał melodię "Jak
to na wojence ładnie".
    • clickkey Re: Tajemnica śmierci Marka Karpia 23.09.04, 06:42
      Jacek Brzuszkiewicz, Wojciech Czuchnowski 23-09-2004, ostatnia aktualizacja 22-
      09-2004 22:33

      Tuż przed swoim tragicznym wypadkiem twórca Ośrodka Studiów Wschodnich
      skontaktował się z ABW i wiceszefem komisji śledczej ds. Orlenu. Miał ważne
      informacje

      Marek Karp zmarł 12 września wskutek powikłań po wypadku samochodowym. 13
      sierpnia w Białej Podlaskiej białoruski tir wepchnął jego auto pod pędzącą
      betoniarkę. Ciężko ranny Karp mówił w szpitalu znajomym, że to był zamach.

      Białoruskiego kierowcę szybko wypuszczono. Zniknął. O wątpliwościach wokół
      śledztwa pisaliśmy wczoraj.

      Co przed wypadkiem robił były szef rządowego ośrodka zajmującego się tzw.
      białym wywiadem (analizy ogólnodostępnych informacji) w dawnym ZSRR?

      Marek Karp 10 sierpnia spotkał się ze Zbigniewem Wassermannem,
      wiceprzewodniczącym komisji śledczej ds. Orlenu. - Umówiliśmy się na
      współpracę - mówi poseł PiS. - Na następnym spotkaniu miał mi przekazać
      informację na temat osoby związanej z biznesem paliwowym. Mówił, że czuje się
      fizycznie zagrożony. Nie potraktowałem tego wystarczająco poważnie.

      Dzień wcześniej Karp był w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Przyjaciel
      rozmawiał z nim 9 sierpnia po południu: - Marek powiadomił ABW, że ostatnio na
      Białorusi, w Rosji i w Gruzji doszło do ataków na trzy osoby związane z
      Ośrodkiem. Dwie próbowano przejechać samochodem i autobusem, jedną ktoś
      ostrzelał z broni maszynowej. Nikt nie zginął. Może chodziło o zastraszenie.

      To, że Karp był w ABW i alarmował o zamachach, potwierdza inna osoba z jego
      kręgu: - Ale nikt wam oficjalnie nie poda tych informacji.

      Rzeczywiście, dyrektor OSW Jacek Cichocki potwierdza, że Karp był 8 sierpnia w
      Agencji, ale dementuje informację o atakach na współpracowników Ośrodka: - Był
      tylko jeden przypadek w Gruzji, ale po wyjaśnieniach mamy pewność, że to
      bandycki napad. Nie wiem, w jakiej sprawie był w ABW. Marek Karp chodził
      własnymi ścieżkami. Miał doskonałe kontakty osobiste w wielu instytucjach. Nie
      wiedziałem o wszystkim, co robi.

      Szef ABW Andrzej Barcikowski też wypowiada się ostrożnie: - Pan Karp ostatnio
      bywał u nas. Nie mogę ujawnić, o czym mówił, ale zalecam, by do informacji o
      tym podchodzić z dystansem.

      Po tej rozmowie zadzwoniła do nas rzeczniczka ABW Magdalena Stańczyk: - Nie
      dostaliśmy żadnych informacji o atakach na osoby związane z Ośrodkiem.

      Nieoficjalnie wiemy, że Karp kontaktował się w Agencji głównie z gen. Maciejem
      Hunią, szefem kontrwywiadu.

      Czy Marek Karp padł ofiarą zamachu?

      Zbigniew Siemiątkowski, b. szef Agencji Wywiadu: - Sprawa jest tak niejasna, że
      to pytanie musi paść. Do czasu zabójstwa gen. Papały uważałem, że pewne rzeczy
      nie mogą się w Polsce zdarzyć. Zmieniłem zdanie. Wszystko jest możliwe.
      • clickkey Co wiedział Marek Karp? 23.09.04, 06:45
        Jacek Brzuszkiewicz, Wojciech Czuchnowski 23-09-2004, ostatnia aktualizacja 22-
        09-2004 22:34

        Marek Karp przed śmiercią zaoferował komisji śledczej ds. Orlenu informacje o
        tajemniczym człowieku związanym z biznesem paliwowym. - Wiedza Karpia na temat
        Wschodu, kontraktów na dostawy gazu i ropy była ogromna - mówi były szef
        wywiadu Zbigniew Siemiątkowski

        Kiedy w ostatnią sobotę powiedzieliśmy Zbigniewowi Wassermannowi, wiceszefowi
        komisji śledczej ds. Orlenu, że Marek Karp nie żyje, poseł PiS był w szoku. Nie
        wiedział o sierpniowym wypadku Karpia i o jego śmierci 12 września w szpitalu.-
        Byłem na wakacjach, nie czytałem prasy - mówi.

        Wassermann był umówiony z Karpiem na spotkanie. Karp obiecał przekazać mu
        bardzo ważne informacje.

        Miał to być ich trzeci kontakt.

        Interesuje mnie ten człowiek

        Po raz pierwszy spotkali się na początku lipca w Ośrodku Studiów Wschodnich,
        którego Karp był twórcą i szefem do początku 2004 r. Zbigniew Wassermann prosił
        ekspertów Ośrodka o pomoc. - Chodziło przede wszystkim o ekspertyzy oparte na
        ogromnej wiedzy pracowników OSW - tłumaczy Wassermann.

        Według posła Karp skontaktował się z nim później już sam, 10 sierpnia. -
        Zaoferował osobistą pomoc w pracach komisji i materiały na temat bardzo ważnego
        w sprawach paliwowych człowieka. Byłem zaskoczony, bo nie mówiłem mu wcześniej,
        że interesuje mnie właśnie ten człowiek - relacjonuje Wassermann.

        To w czasie tej rozmowy Karp mówił, że czuje się zagrożony. - Myślałem, że jest
        to związane z jego kłopotami z prawem. Tym bardziej że oczekiwał ode mnie
        jakiejś pomocy, ale nic nie mogłem tu zrobić - kończy Wassermann.

        We wczorajszej "Gazecie" pisaliśmy, że Marek Karp miał kłopoty finansowe i był
        oskarżony o nadużycia. Szukał wsparcia u znajomych polityków, przedstawiał
        dokumenty na dowód, że oskarżenia są krzywdzące.

        Pomoc Karpia byłaby bezcenna

        Co Marek Karp mógł wiedzieć na temat paliwowych kontraktów ze Wschodem?

        Według źródeł "Gazety" wiosną tego roku, gdy Karp jeszcze kierował Ośrodkiem,
        zorganizował w Magdalence spotkanie z przedstawicielami Agencji Wywiadu i MSZ.
        Ośrodek przedstawił im szczegółowy raport o zmianach w rosyjskich firmach
        należących do skarbu państwa - kontrolę nad nimi przejęli właśnie ludzie
        prezydenta Rosji Władimira Putina. Tych ludzi nazywano "siłownikami" - Putin
        otacza się bowiem osobami z kręgu służb specjalnych i tzw. resortów siłowych.
        Raport dotyczył przede wszystkim spółek zajmujących się eksportem paliw,
        energii i surowców.

        - Raport bardzo szczegółowo przedstawiał zmiany w rosyjskich firmach, składach
        rad nadzorczych i zarządach, przepływ kapitału, a przede wszystkim wpływ tej
        sytuacji na polski rynek. Te informacje miały charakter poufny i tajny -
        podkreśla jeden z rozmówców "Gazety".

        Zbigniew Siemiątkowski, b. szef UOP i Agencji Wywiadu, zastrzega, że nie może
        się wypowiadać na temat takich spotkań: - Mogę powiedzieć, że Marek Karp był
        jednym z najlepszych w Polsce specjalistów od rynków wschodnich. Zrobiony pod
        jego kierownictwem raport na temat dywersyfikacji dostaw gazu był rewelacyjny.
        Myślę, że jego pomoc byłaby dla komisji ds. Orlenu bezcenna. Na pewno sprawę
        jego śmierci należy dokładnie zbadać.

        Kto jest winien zaniedbań?

        Tymczasem "Gazeta" zdobyła kolejne dowody na nieprawidłowości w śledztwie
        prokuratury dotyczące wypadku Marka Karpia. Wczoraj napisaliśmy, że białoruski
        kierowca tira, który spowodował wypadek, został szybko wypuszczony i zniknął.
        Odkryliśmy, że pod adresem we wsi koło Mińska, który zostawił polskiej policji,
        nikt taki nie mieszka. Prokuratura dysponuje tylko kserokopią jego dokumentów.

        Wczoraj dowiedzieliśmy się, że policja powiadomiła prokuraturę o wypadku
        dopiero cztery dni po fakcie, gdy Białorusin już od dawna był na wolności. -
        Nie występowaliśmy o zastosowanie środków zapobiegawczych, gdyż nic nie
        wskazywało, że ofiara wypadku umrze - tłumaczy Zbigniew Lisiecki, rzecznik
        bialskiej policji.

        Jak już informowaliśmy, Prokuratura Krajowa objęła nadzorem śledztwo w sprawie
        wypadku. - Na razie nic nie wskazuje, by mógł to być zamach - powiedział
        zastępca prokuratora krajowego Kazimierz Olejnik. Po naszym wczorajszym tekście
        śledztwo przekazano z Prokuratury Rejonowej w Białej Podlaskiej do Prokuratury
        Okręgowej w Lublinie.
        • clickkey Robert Gmyrek - kim on jest? Dla kogo pracuje??? 03.10.04, 22:37
          Czego Karp nie zdążył powiedzieć przed śmiercią?

          Krystyna Naszkowska 02-10-2004 , ostatnia aktualizacja 03-10-2004 12:47

          Wiemy, kim jest człowiek, którego rosyjskie kontakty badał przed swą tragiczną
          śmiercią Marek Karp. To mało znany publicznie, ale wielce zaradny państwowy
          urzędnik

          Gdy pisaliśmy o tym pierwszy raz, wiedzieliśmy tylko, że Marek Karp przed
          śmiercią sprawdzał rosyjskie kontakty "wpływowej osoby z branży paliwowej".
          Teraz wiemy, że chodziło o Roberta Gmyrka, dyrektora biura ds. biopaliw w
          Orlenie, wcześniej wysokiego rangą urzędnika i wiceministra rolnictwa.

          Zdobytych informacji Marek Karp nie zdołał już przekazać. 13 sierpnia w Białej
          Podlaskiej jego auto zmasakrował białoruski tir. Kilka dni przed wypadkiem Karp
          mówił, że czuje się zagrożony, odwiedził ABW. Karp cudem przeżył wypadek, ale
          zmarł w szpitalu miesiąc później.

          Dziś i w poniedziałek przedstawimy w "Gazecie" kulisy błyskawicznej kariery,
          jaką Robert Gmyrek - w 1999 roku ledwie powiatowy lekarz weterynarii z Kielc -
          zrobił w ostatnich latach.

          Rosyjski trop

          Nie wiemy, co dokładnie robił w Rosji Marek Karp przed swą śmiercią. Wiemy, że
          szukał dowodów na powiązania Roberta Gmyrka z rosyjskimi firmami paliwowymi i
          związanych z tym przepływów pieniężnych. Prawdopodobnie także badał, czy
          istniały związki Gmyrka z rosyjskimi służbami specjalnymi.

          Zbigniew Wasserman, poseł PiS i wiceprzewodniczący komisji śledczej ds. Orlenu,
          potwierdził, że Karp miał pracować jako ekspert komisji. Kilka dni przed
          wypadkiem powiedział posłowi, że ma ważne informacje na temat Gmyrka. Obiecał,
          że szczegóły poda podczas następnego spotkania. Nie zdążył.

          Karp zetknął się z Gmyrkiem parę lat wcześniej. We wrześniu 2000 roku był z nim
          w delegacji rządowej, która odwiedziła Gruzję, Armenię, Uzbekistan i
          Azerbejdżan.

          Po powrocie Karp opowiadał swojemu przyjacielowi, jak ku jego zdumieniu Robert
          Gmyrek, wtedy wiceminister rolnictwa, początkowo prawie niewidoczny, nagle
          ożywił się w Azerbejdżanie. Interesował się jednak nie sprawami rolnymi, lecz
          handlem ropą i gazem.

          Robert Gmyrek ma dobre układy w ambasadzie rosyjskiej. Jest w bliskich
          stosunkach z Nikołajem Zachmatowem, szarą eminencją rosyjskiej ambasady,
          oficjalnie przedstawicielem handlowym Federacji Rosyjskiej. Zachmatow, częsty
          gość w inspektoracie weterynaryjnym resortu rolnictwa, zawsze najpierw
          odwiedzał pokój Gmyrka, potem załatwiał inne sprawy i znowu zachodził do Gmyrka.

          - My z Robertem paznakomilis, mam jeszcze dla niego buteleczkę, zapomniałem
          dać - żartował do urzędników.

          Poseł Chrzanowski znika

          Niedawno "Tygodnik Siedlecki" dał intrygujący tytuł "Wyjazd czy ucieczka?".
          Idzie o Zbigniewa Chrzanowskiego, posła SKL, który w zaskakujący sposób zniknął
          ostatnio ze sceny politycznej. Dokładniej: poseł wyjechał nagle z Polski, wraz
          z całą rodziną, na dzień przed śmiercią Marka Karpia. Swój spory majątek
          przekazał bratu w zarządzanie. Dopiero po wylądowaniu w USA zrzekł się mandatu
          poselskiego.

          O wyjazd Chrzanowskiego zapytaliśmy wczoraj Roberta Gmyrka. Godzinę później
          zadzwonił z USA Chrzanowski. Powiedział, że wyjechał, bo "miał dość sceny
          politycznej w Polsce, a interesy łatwiej robi się w Ameryce".

          Chrzanowski nikogo nie uprzedził. Zaskoczeni są zarówno koledzy politycy, jak i
          mieszkańcy Makowa, gdzie mieszkał. Nie dowierzają - pisze "Tygodnik Siedlecki" -
          że ktoś, kto niczego się nie obawia, może tak nagle wszystko porzucić.

          Chrzanowski jest - według jego słów - przyjacielem Roberta Gmyrka. To on
          zabiegał, by w lutym 1999 r. Gmyrek, powiatowy lekarz weterynarii z Kielc,
          został zastępcą głównego lekarza weterynarii kraju. To także jemu Gmyrek
          zawdzięczał awans na wiceministra rolnictwa. Chrzanowski sam był wówczas
          wiceministrem i prawą ręką ministra Artura Balazsa.

          W poniedziałek w "Gazecie" część druga - o tym, jak Robert Gmyrek pomaga w
          załatwianiu spraw nie do załatwienia
        • clickkey kariera weterynarza Gmyrka 03.10.04, 22:47
          Gmyrek: zaufany człowiek Wróbla, zaufany człowiek Balazsa

          Krystyna Naszkowska 02-10-2004, ostatnia aktualizacja 01-10-2004 20:42

          Wszyscy nasi rozmówcy dziwili się niebywałej karierze, jaką zrobił nieznany
          nikomu weterynarz

          Robert Gmyrek, z zawodu lekarz weterynarii, nie ma bezpośrednich powiązań z
          żadną partią. Bez powodzenia startował w 1997 r. do Sejmu z listy Unii
          Wolności, ale nigdy nie był jej członkiem. Niemniej w 1999 r. za czasów
          ministra rolnictwa Jacka Janiszewskiego został wiceszefem służb
          weterynaryjnych. Rok później, już za Artura Balazsa, został wiceministrem
          rolnictwa nadzorującym sprawy weterynarii. Przeskoczył więc swego szefa.

          Ponownie zaskoczył wszystkich, gdy po wyborczym zwycięstwie SLD i zmianie rządu
          zamiast - jak cała stara ekipa - pójść w odstawkę, wszedł do najpotężniejszej
          spółki paliwowej. Został w Orlenie dyrektorem biura ds. biopaliw, ubiegając
          Andrzeja Śmietankę, doradcę prezydenta, a do tego znanego ludowca. A przecież
          PSL właśnie współrządziło z SLD.

          Gmyrek i Wróbel

          W Orlenie Robert Gmyrek pełnił kilka ról: dyrektora biura ds. biopaliw,
          zastępcy dyrektora ds. rozwoju spółki, członka rady fundacji Dar serca... Jak
          opowiada pracownik firmy, był też zaufanym prezesa Wróbla, jego łącznikiem ze
          wszystkimi działami. Zwracało uwagę, że to do niego przychodziło najwięcej
          ludzi z miasta.

          Wróbel ściągnął Gmyrka dwa miesiące po objęciu fotela prezesa Orlenu. Mogli
          poznać się wcześniej, gdy Wróbel był szefem Pepsico na Europę Wschodnią.
          Pepsico postanowiła zbudować w Polsce zakład produkcji chipsów. Ale z krajowych
          ziemniaków nie da się zrobić chipsów, bo choć jesteśmy ziemniaczaną potęgą, to
          aż 30 proc. naszych kartofli gnije w czasie przechowywania (bardziej nadają się
          na paszę dla świń).

          Do wyrobu chipsów potrzebna jest nieuprawiana u nas odmiana. Można ją
          oczywiście sprowadzić, ale na wydanie zgody na taką uprawę przez inspekcję
          nasienną czeka się latami - sadzeniaki trzeba bowiem testować na poletkach
          Instytutu Hodowli i Klimatyzacji Roślin, czy razem z nimi nie przyszły jakieś
          choroby i szkodniki.

          Czeka się latami, ale nie tym razem. Długotrwałe badanie nowej odmiany
          ziemniaków okazało się tym razem niekonieczne.

          Nie wiemy, jak doszło do takiego przyspieszenia procedury.

          Gmyrek i Balazs

          Robert Gmyrek to zaufany człowiek także Artura Balazsa, od lat szefa SKL,
          polityka znanego z dobrych kontaktów ze wszystkimi: i z PO, i z prezydentem, i
          z PSL-em...

          - To Balazs zrobił go wiceministrem i to Balazs chciał, by był w Orlenie - mówi
          Andrzej Śmietanko z PSL, były szef holdingu biopaliwowego Aleksandra
          Gudzowatego.

          Dlaczego? Bo biopaliwa to wielkie pieniądze i dobrze mieć nad tym kontrolę,
          dopilnować z kim Orlen podpisze umowę na dostawy spirytusu do benzyny.

          Według Śmietanki wystarczyłoby wybudować jedną wielką fabrykę, która by sama
          wszystko przerabiała, zgarniając cały miód. Kolejna okazja do zarobienia dużych
          pieniędzy przez pośrednika.

          Z naszych informacji wynika, że tym pośrednikiem mogłaby być firma Zbigniewa
          Komorowskiego, posła PSL. Koncepcję wspierają dwaj wpływowi ludzie - Robert
          Gmyrek i Artur Balazs. Komorowski założył już spółkę do produkcji dodatku
          spirytusowego do paliw i wybrał teren. Z budową czeka na podpisanie umowy
          gwarantującej mu zbyt do Orlenu.

          W Orlenie nie ma już praktycznie ekipy Zbigniewa Wróbla - po odwołaniu go
          systematycznie zwalniano jego ludzi.

          Ale Robert Gmyrek wciąż tam jest.
          • clickkey C.d. - kariera weterynarza Gmyrka 03.10.04, 22:49
            Rozmowa z Robertem Gmyrkiem

            Rozmawiali Krystyna Naszkowska, Wojciech Czuchnowski 02-10-2004, ostatnia
            aktualizacja 01-10-2004 20:44

            Krystyna Naszkowska, Wojciech Czuchnowski: Znał Pan Marka Karpia?

            Robert Gmyrek: Ostatni raz widziałem go trzy lata temu w czasie podróży do
            Uzbekistanu, Armenii i Azerbejdżanu. W tym roku w lipcu przed swoim wypadkiem
            zadzwonił z prośbą, bym pomógł jednej osobie w Orlenie.

            Mamy informację, że to Pan jest człowiekiem, którym interesował się Marek Karp
            przed śmiercią.

            - Niemożliwe! Ja z kontraktami paliwowymi nie mam nic wspólnego, w oficjalnych
            rozmowach ani negocjacjach nie brałem udziału.

            Ale jeździł Pan do Iraku, Arabii Saudyjskiej...

            - Z oficjalną delegacją jako przedstawiciel Orlenu do nawiązywania kontaktów
            handlowych.

            Ale my pytamy o nieoficjalne kontakty, gdzie można wiele załatwić. Czy był Pan
            takim pośrednikiem między stroną polską a np. firmami rosyjskimi?

            - Nie mam takich możliwości. Przecież wiecie, że ja jestem z rządu AWS. Ja się
            cieszyłem, że po zmianie rządu w ogóle mogę pracować w Orlenie.

            A kto Panu załatwił tę pracę?

            - W ministerstwie zajmowałem się biopaliwami. Spotykałem często Zbigniewa
            Wróbla, bo obaj byliśmy w Polskiej Federacji Producentów Żywności i jak Wróbel
            został prezesem Orlenu, to mi to zaproponowano.

            Dlaczego wyjechał z Polski Zbigniew Chrzanowski?

            - Bo nie widział tu przyszłości dla siebie. To mój przyjaciel, bardzo przeżył
            to, że Platforma Obywatelska nie zgodziła się go wystawić na liście kandydatów
            do europarlamentu.

            Jak się poznaliście?

            - Ja byłem zastępcą głównego lekarza weterynarii. Poseł Chrzanowski zadzwonił,
            że któryś z jego wyborców ma kłopoty z wywozem mięsa do Rosji. Chodziło chyba o
            jakąś pieczątkę. Jego zdaniem Rosjanie po prostu chcieli bakszysz. Wysłaliśmy
            naszą inspekcję weterynaryjną na granicę i sprawa została załatwiona.

            Nie wygląda to na ucieczkę? Może coś mu groziło?

            - Nie. On jest impulsywny.

            A zna pan Zachmatowa?

            - Nie.

            Ale wie Pan, o kim mówię?

            - Nie.

            O radcy handlowym w ambasadzie rosyjskiej.

            - Na 100 proc. nie znam.
Pełna wersja