goska81-gryfino
30.09.10, 19:53
Najmłodszy z moich chłopców- 5-latek, poszedł do zerówki. Miałam możliwość, więc z niej skorzystałam, choć szczerze mówiąc- bez entuzjastycznego nastawienia, że za rok będę miała 6-latka w pierwszej klasie, ponieważ wolę skorzystać z możliwości dwóch lat w zerówce niż mieć kłopoty później, w I czy II klasie. No, ale do rzeczy. Wojtek poszedł do szkoły, do której chodzą Paweł z Krzysiem. Przez dwa lata odprowadzał często z nami chłopaków i po nich chodził, a więc szkołę zna świetnie. Wiedział od początku gdzie jest świetlica, stołówka, szatnia, sklepik szkolny. Nie wszedł "z ulicy" do nowego miejsca, gdzie czułby się nieswojo, bo korytarze szkolne, a zwłaszcza hol wybiegał już wzdłuż i wszerz przez poprzednie dwa lata. Poza tym na samym początku na przerwach wpadali do niego chłopcy, więc wiedział, że zawsze któryś brat jest w szkole, myślę, że to też daje jako- takie poczucie bezpieczeństwa. Problem w tym, że on nigdy nie chodził do przedszkola, a jeśli chodzi o sprawność manualną, to jest z nim naprawdę kiepściuchno. Po prostu chłopak woli się bawić, jeździć rowerem i oglądać Mini-Mini. W domu za nic w świecie nie mogliśmy go nigdy skłonić do malowania,rysowania, wycinania, czy innych tego typu rzeczy. On się będzie bawił i już. Byleby nie w rysowanie itd

No i teraz w zerówce pojawił się problem. Okazało się, że Wojtek nie potrafi posługiwać się nożyczkami, ma problem z utrzymaniem się w liniach przy kolorowaniu, jak czegoś nie umie, to płacze i mówi, że nie będzie tego robił i koniec, co bardzo irytuje nauczycielkę, bo przecież musi zająć się dwudziestoma kilkoma dziećmi, a Wojtuś robi cyrk, bo on "Nie i już!" Codziennie ostatnio jest na niego jakaś skarga. Parę dni temu dowiedziałam się od pani, że wychodzili na boisko przed szkołę i kiedy już wrócili, to młody nie mógł założyć trampek, w których chodzi po szkole. Co więc zrobił? Usiadł i zaczął wyć. Wczoraj pani mówiła, że rano robili jakieś motylki i on znowu w ryk, bo nie umie i nie zrobi. Dopiero po jakimś czasie, jak mu pomogła, zrobił fajnego motylka. A dziś to już po prostu się wściekłam. A wściekła jestem przede wszystkim na siebie samą. Bo po pierwsze: powinniśmy go byli bardziej namawiać do pracy w domu, do zajęć manualnych, do kolorowania, wycinania, lepienia i klejenia, a nie dawać za wygraną, kiedy mówił, że nie będzie tego robił, bo nie lubi. A po drugie: nie powinniśmy byli posyłać go do szkoły, kiedy wiedzieliśmy, że jest z nim taki kłopot. Sama nie wiem czemu puściliśmy go teraz do tej zerówki. Cholera, jest miesiąc od rozpoczęcia roku szkolnego, a pani codziennie na niego "donosi" jakieś nowiny. No, ale już piszę co się dzisiaj stało:
Otóż szli dzisiaj do drugiej grupy zerówkowej na bajkę w TV. Sale są dosłownie drzwi w drzwi. Wojtuś wychodził jako ostatni, a pani odwróciła się, żeby zamknąc drzwi na klucz. I co się stało? Otóż Wojtek "wmieszał się w tłum" i POSZEDŁ NA DÓŁ (zerówki są na I piętrze), DO DRUGIEJ CZĘŚCI BUDYNKU (a szkołę mamy naprawdę bardzo dużą) W POSZUKIWANIU KTÓREGOŚ Z BRACI. Znalazła go jakaś pani i przyprowadziła do zerówki. I co się okazało- nauczycielka mało zawału nie dostała, że jej dzieciak zginął, a on z kolei, zapytany przez panią, która go znalazła, czy jego pani pozwoliła mu tak sobie iść skłamał, że TAK! To jeszcze bardziej zdenerwowało wychowawczynię. Jak przyszłam po małego do szkoły, to myślałam, że się pod ziemię zapadnę, kiedy pani przez jakieś 10 minut mówiła mi co się stało. Powiedziała mi otwarcie, że on chyba nie powinien chodzić do zerówki, że jest do tego wszystkiego mało samodzielny, że jest bardzo, że tak powiem, "zakręcony", bo nawet jak gdzieś wychodzą i pani mowi, żeby wzięli plecaki, to Wojtek jedyny nie wie gdzie ma plecak, a jak pani coś do niego mówi, to on patrzy po ścianach i nie słucha (chociaż on sam uważa, że doskonale słyszy co pani do niego mówi, no ale nawet na nią nie patrzy, więc jak sądzę- jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza). Powiedziała mi, że jeśli jeszcze raz coś takiego się zdarzy, to ona poprosi nas o rozmowę u pani dyrektor. Poczułam się jak najbardziej wyrodna matka na świecie, jak jakaś najgorsza patologia, na którą nasyła się "wyższą instancję", bo nic innego nie skutkuje. Na dodatek jestem w 9-tym miesiącu ciąży, więc teraz to już mam milion teorii na to, co wychowawczyni o nas sobie myśli. Bo dziecko głupie, niedopilnowane, nieusłuchane, nic nieumiejące, a ta znowu z brzuchem. Dziś chłopcy z okazji swojego święta dostali po samochodziku i malowance, no i po papierowej koronie, w których chodzili cały dzień, a Wojtuś prezentów ani korony nie dostał za karę, dopiero jak przyszłam po niego, pani dała mi prezent i powiedziała, że ona by mu nie dawała za to co się dzisiaj stało. Powiedziała też, że ona nie chce brać odpowiedzialnosci za, cytuję, "takie dziecko". Nie wiem co mam zrobić. Mój mąż od razu wyskoczył z pomysłem przepisania małego do grupy, gdzie są same pięciolatki, bo teraz chodzi do grupy pięcio- i sześciolatków, a w grupie ma kilkoro dzieci, które już rok temu chodziły do zerówki, więc może poziom dla niego za wysoki. No, ale to przecież nie rozwiąże sprawy. Na dodatek Wojtek powiedział dzisiaj, że pani go wczoraj zbiła czy poszarpała, a dziś mu powiedziała, że nie chce go jutro widzieć. Tylko, że mam wrażenie, że on próbuje trochę się na niej "odegrać", bo nie potrafił powiedzieć na temat tego "bicia" nic konkretnego, aż w końcu stwierdził, że on zapomniał. A co do nie chcenia widzieć go jutro, to może mu powiedziała, że taka sytuacja jak dziś nie może się powtórzyć. Po prostu nie chce mi się wierzyć, żeby nauczycielka coś takiego powiedziała. A nie spytam jej, bo powie, że Wojtek bezczelnie kłamie i dopiero wyjdziemy na nie wiadomo kogo. Zastanawiam się czy nie zapisać go do poradni psychologiczno- pedagogicznej i czy się nie wybrać na rozmowę z psychologiem, bo to nie jest normalne, że dziecko ucieka na drugi koniec szkoły w poszukiwaniu braci. Zastanawiam się też czy nauczycielka dobrze zrobiła wypominając pięciolatkowi przez cały dzień jego wybryk, choć nie dziwię się jej, bo ja bym chyba fioła dostała gubiąc cudze dziecko.