halina25
15.02.05, 11:53
Zakłóce trochę radosną atmosferę tego forum, ale jak patrzę na inne rodziny
wielodzietne widzę, że rzadko się zdarza, zeby ktos kto ma czworo, piecioro
lub wiecej dzieci na ziemi, nie miał też jakiegoś w niebie... pewnie po
prostu 100% "powodzenia położniczego" statystycznie jest bardziej
prawdopodobne przy np. dwóch ciążach, niż przy pięciu czy ośmiu. Ale o tym
się nie mówi... gdy roni się pierwszą czy drugą ciążę wszyscy współczują,
przy piątej nawet jeżeli tego nie powiedzą, to myślą: "powinna się cieszyć".
Straciłam trzecią i piątą ciążę. Pogodziłam sie z tym, ale żal pozostał.
Gdy leżałam po poronieniu w szpitalu i beczałam w poduszkę, przyszła lekarka
popatrzyła na kartę, zapytała zdziwiona: "Masz w domu 4 dzieci?" odparłam, że
tak. "Zdrowe?" Tak. "No to o co płaczesz???!!!" Tak jakby posiadanie dzieci
wykluczało rozpacz po kolejnym, nienarodzonym. Z jednej strony wiem, że
powinnam się cieszyć (i cieszę się w każdej chwili), że mam dzieci i na pewno
dzieki dzieciom łatwiej jest dojść do siebie, ale denerwuje mnie uwazanie, że
zastąpią inne. Wiem, ze jest tak również w przypadku straty dziecka
narodzonego, niekoniecznie tuż po porodzie, ale i starszego. Dla mnie jest to
potworna strata nieporównywalna do niczego innego i nie dająca się zastąpić
innym dzieckiem. Przecież każde dziecko jest inne i każde jest kochane tak,
jakby było jedyne. Inne dzieci pomagają wrócić do równowagi, ale nie zastąpią
tego utraconego. A tak często się słyszy "nie placz, nie martw się, myśl o
tych co żyją. Myślę, ze normalna matka nie zapomni o dzieciach nigdy.