mamy dzieci szkolnych !!!

26.11.05, 16:47
kochane mamy, czytam to forum już długo, kilka razy się odezwałam. widzę, że
jesteście bardzo chętne do pomocy. więc proszę o pomoc. piszę pracę dyplomową
z pedagogiki, a dokładniej współpracy szkoły z rodzicami. proszę o parę zdań
jakie waszym zdaniem są pod tym względem niedociągnięcia ze strony szkoły. nie
mam doświadczenia, bo mam dwuletnią córcię (na razie) i zero bliskich
znajomych z szkolnymi dzieciakami, na forum szkolnym nie bardzo mamy chciały
mi pomóc, więc proszę Was. na gazetowy lub postowo.
dziękuję i jestem naprawdę zobowiązana.
wasza wielbicielka - joasia


"Każdy z nas otrzymuje na świecie jakąś cząstkę szczęścia" M.K.
    • andaba Re: mamy dzieci szkolnych !!! 26.11.05, 20:13
      O niedociągnięciach to nie mam wiele do powiedzenia, bo jakoś w naszej szkole
      nic mnie pod tym względem nie razi. Zebrania są, po zebraniach rozmowy
      indywidualne, kontakt z nauczycielem przez "zeszyt korespondencji" lub
      telefoniczny w razie potrzeby zapewniony. Bezpośrednio można z wychowawcą
      porozmawiać kilka razy w tygodniu. Decyzje o wyjściach, wycieczkach podejmowane
      sa na zebraniach, właściwie przy wszystkich wydatkach pani pyta o zdanie
      rodziców.
      • mamuskawiki dziękuję andabo 26.11.05, 21:17
        • verdana Re: dziękuję andabo 27.11.05, 21:50
          Ja wręcz nienawidzę wywiadówek, kontaktów z nauczycielami , zebrań. Dlaczego?
          Bo z jednym czy dwoma chlubnymi wyjątkami wszyscy wychowawcy i nauczyciele
          moich dzieci zaczynali (a często i kończyli) na sprawach złych. Dziecko nie
          odrabia lekcji, jest słabe z matematyki, zapomina zeszytu, powinna Pani
          posiedzieć z nim nad ortografią. Przy czym wiekszość nauczycieli ( tu znow
          jeden chlubny wyjątek) podawała tylko suche komunikaty - tego nie umie, to robi
          źle, tu ma niedociagnięcia, a jedyne rady jakie dostawałam to korepetycje,
          nadzór (nawet w liceum!), albo najchętniej "powinna go Pani ukarać". A
          rzeczowych rad czy pomysłów za grosz. Ja nie jestem pedagogiem, nie umiem uczyć
          małych dzieci - nie muszę. Jak może wyglądać prawdziwa pomoc, dowiedziałam się
          dopiero w zeszłym roku, gdy nauczycielka nie tylko powiedziała, co jest źle,
          ale przedstawiła plan naprawy - i udało się!
          Natomiast o osiągnięciach dzieci nie mówi się niemal nic. Mam obowiązek
          odwiedzić nauczyciela, u którego dziecko ma złe stopnie, ale nauczyciel, u
          którego to samo dziecko było najlepszą uczennicą w historii jego 20-letniej
          kariery, nie ma potrzeby by mi o tym opowiedzieć.
          O każdym złym stopniu mojego dziesięciolatka szkoła czuła się w obowiązku
          poinformować mnie z odpowiednim komentarzem. A o tym, że zdobył wyróżnienie na
          ogólnopolskim konkursie literackim dowiedziałam się z wpisu na świadectwie
          szkolnym!
          W sumie z wywiadówek, poza wąską garstką rodziców bardzo dobrych uczniów,
          reszta wraca raczej zdołowana.
          • jol5.po Re: dziękuję andabo 28.11.05, 10:15
            mam 3 dzieci w wieku szkolnym - 6 klasa, 4 i 2 szkoły podstawowej. W zeszłym roku dwoje młodszych chodziło do szkoły niepublicznej, obecnie wszystkie chozą do tej samej panstwowej.
            Szkoła niepubliczna to troche inna bajka, wię napiszę tylko o państwowej. W klasach 1-3 bardzo dużo zależy od wychowawczyni, właściwie wszystko, bo to ona jedna praktycznie zajmuje się dziećmi, od jej umiejętności zależy też jakoś kontaktów z rodzicami. Z klas 1-3 ja mam bardzo dobre doświadczenia - możliwość konsultacji istnieje, zebrania są w milej atmosferze, ale znowóż konkretne, a nie przegadane. Załważyłam, że lepiej jest kiedy nauczyciel ma pogląd na większość spraw i ewentualnie prosi o zgodę rodziców gorzej, gdy jest za duże pole do dyskusji dla rodziców, bo wtedy czasami trudno o konsensus.
            No i oczywiście lepiej czuje się rodzic idący na zebranie do klasy dziecka nie mającego problemów w nauce niż odwrotnie (co opisała Verdana), wtedy samo porównywanie i słuchanie rankingów klasowych dołuje, ale to oczywiste, najwazniejsze, żeby szła za tym jakaś propozycja pomocy w naprawie sytuacji, no i rewelacyjny jest system bezstopniowy za to opisowy w młodszych klasach.
            Trochę gorsze mam wrażenia z zebrań w klasach 4 - 6, ale tutaj także myślę, że dużo zależy od konkretnej osoby (nauczyciela) i jej zdolności organizacyjnych. Przez to, że dochodzą stopnie i przedmioty prowadzone każdy przez kogoś innego, zabrania to po prostu informowanie o stopniach i zbieranie pieniędzy, byłam też na takim, gdzie pani czytała przez piersze pół godziny regulamin szkoły (ale to była bardzo młoda osoba, jeszcze niedoświadczona i chyba w pokrywając stres taki sobie wymyśliła sposób na zapełnienie zebraniowego czasu), a znowóż na innym zebraniu nauczycielka za dużo spraw poddawała pod syskusję, więc nie dość, że nie mogła dojść do ładu, to jeszcze rodaice się rozochocili i leciały sprawy - a żeby dzieci się nie popychały itp. - czyli tzw. sprawy nierowiązywalne, o których mozna gadać i gadać - w efekcie zebranie trwało prawie 3 godziny.
            No i jeszcze z mojego podwórka - szkoła moich dzieci wprowadziła system zebrań dla całej szkoły, dla wszystkich klas o jednej godzinie - więc wtedy, kiedy trzeba więc obskoczyć 3 zebrania o jednym czasie, to problem - ale rozwiązywalny (wtedy kiedy zna się upodobania nauczyciela i wie, kto załatwia sprawy szybciej, a do kogo mozna przyjść po 45 minutach i jeszcze zebranie nie bedzie w połowiewink. Jak bedziesz miała jeszcze jakieś pytania to pisz
            • verdana Re: dziękuję andabo 28.11.05, 14:03
              O, myślę i myślę i jeszcze kilka rzeczy mi się przypomniało.
              Przede wszystkim fakt, że rodzice sa zaskakiwani. Pare razy byłam wzywana do
              szkoły, parę razy też zaskoczono mnie na wywiadówkach rewelacjami, co do
              których nie potrafiłam się ustosunkować. Jesli z dzieckiem są kłopoty,
              potrzebne jest spotkanie z rodzicami, powinni mieć oni szansę do tego spotkania
              się przygotować. Tymczasem jest tak, że wzywa się rodziców do szkoły -
              informujac wczesniej bardzo pobieżnie (córka pobiła kolegę, córka zachowuje się
              nieodpowiednio) o co chodzi. Nie mam szans, ani przemysleć sprawy, ani co
              wazniejsze - poznać wersji dziecka. To wtedy gra do jednej bramki.
              Przykład - wezwano mnie do szkoły, bo córka pobiła kolegę. No cóż, na pierwszy
              rzut oka nieładnie, pozostaje mi zgodzić się, ze córka kolegę przeprosi.
              Wracam do domu, pytam córkę. Tak, pobiła kolegę. Kolega o 25 cm wyższy od niej,
              rok starszy. Pobiła, bo wyrwał jej książkę, wrzucił do męskiej ubikacji i
              naigrawał się. W dodatku książka była cenna, pożyczona. Żaden z nauczycieli
              obecnych na korytarzu nie zareagował - więc zlała kolege i ozdzyskała książkę.
              Uscisnęłam córce dłoń, życzyłam dalszych sukcesów w obronie przed napadami i
              pomaszerowałam do szkoły. Pani potwierdza wersję córki, ale nie rozumiała
              dlaczego domagam się, aby w tej sytuacji wezwać także rodziców kolegi i kazać
              dzieciom przeprosić się wzajemnie (albo najlepiej zapomniec o incydencie) -on
              przeciez nie bił, a córka (lat 11) powinna była się poskarżyć wychowawczyni, a
              nie bronić.
              Gdybym z góry wiedziała, o co chodzi zupełnie inaczej rozmawiałabym po raz
              pierwszy.
              • mamuskawiki jolu i veradno dziękuję!!!!!! 29.11.05, 22:19
Pełna wersja