czego nie mogę znieść

09.01.08, 09:28
Nie mogę znieść frustracji, niezadowolenia dzieci. Wiecie, ja im nieba
przychylam, do pracy nie chodzę, obiady, czasem jadalne gotuję, itd... A one
marudzą albo są niezadowolone albo w ogóle nieszczęśliwe. Płaczą. Jest im
smutno. Mają problemy. Nie mogą się dogadać z kolegami. Albo ze sobą.
Jest mi to strasznie trudno przyjąć. Do ich niezadowolenia nie dokładać mojego
niezadowolenia z ich niezadowolenia.
Macie coś takiego? Jak sobie radzicie?
    • asia889 Re: czego nie mogę znieść 09.01.08, 10:19
      Ja mam. Jak już nie wytrzymuję to jednak okazuję swoje niezadowolenie i to ich trochę do pionu stawia.
    • mamajudo Re: czego nie mogę znieść 09.01.08, 10:49
      U nas to samo. Szczególnie najstarsza (7,5 roku) wiecznie
      niezadowolona i to głównie z tego, co ja robię. Bądź nie robię.
      Mam dość marudzenia.
      Myślę, że może za bardzo przyzwyczaiły się nasze dzieci do tego, że
      nieba im przychylić chcemy, że ciągle jesteśmy obok. Nie wiedzą, jak
      to jest, gdy tego nie ma!
      Więc ja w tym roku jadę z mężem na 4-dniową wycieczkę pierwszy raz
      bez dzieci. Oczywiście głównym założeniem nie jest danie dzieciom
      powodu do niemarudzenia smile Ale może to trochę zadziała...?
      • wegielek Re: czego nie mogę znieść 09.01.08, 12:54
        ja tez tak czasem mam. niezadowolenie dzieci mnie po prostu wkurza.
        tez wtedy jestem niezadowolonasad
        i baardzo trudno jest mi to przyjac.
        • kalpa Re: czego nie mogę znieść 09.01.08, 13:28
          Obawiam się, ze współczesne dzeci są przez nas mocno rozpieszczone i nauczone,
          ze liczymy sie z ich humorkamismile
          Moje smoczki tez tak mają, ale po kilku latach doszłam do wniosku, ze mam prawo
          od nich wymagać... niemarudzenia. i jak zaczynają to czasem mocno huknę i...
          nagle wskakuja na inne tory;big_grin
          Ale... to chyba normalne najczęścej z tego wyrastaja tak po... 30;D
          Powodzenia smile
          • joanka741 Re: czego nie mogę znieść 09.01.08, 17:30
            Dobre kalpuniu. Mam to samosmile. On nie chce tego, on chce to. I to
            samo w formie żeńskiej. brrrrrrrrrrrrr
            Choc czasem przykład idzie z górysmile))
            • milorzab Re: czego nie mogę znieść 09.01.08, 18:14
              Mi chyba nie do końca o to chodziło. Bo moje dzieci nie są jakoś szczególnie
              marudne. Może nawet są mało marudne. Są też generalnie zdyscyplinowane. I
              wesołe. Ale są dni, momenty kiedy są smutne, ale niezadowolone. Jak człowiek.
              A problem jest we mnie, że ja wtedy odczuwam panikę, złość, niezadowolenie.
              Zamiast spokojnie z nimi w trudnych momentach być, to jeszcze im dokładam swoje.
              A, że przykład idzie z góry - to fakt wink
              Ale, na szczęście dziś lepszy dzień.
              • mac62 Re: czego nie mogę znieść 09.01.08, 22:14
                mnie też niesamowicie wkurza długotrwałe niezadowolenie , smęcenie
                itp....
                ale .....
                tak z ręką na sercu - stwierdzam, że moim bliskim też jest
                niesamowicie ciężko ,kiedy ja jestem smutna, zrzędząca, i jeśli ja
                daję sobie prawo do takich zachowań, to moje dzieciaki też miewają
                takie chwile(to jest przecież norma - dziecko też człowiek wink

                Jeśli nie mogę znieść "humorków" dzieci i wiem ,że to mnie nakręca
                negatywnie, to proszę, żeby delikwent spróbował się odizolować, bo
                niebawem zamienię się w wulkan (czynny oczywiście)- zazwyczaj
                skutkuje.
                • verdana Re: czego nie mogę znieść 10.01.08, 11:12
                  Stałe marudzenie - rozumiem niechęć. Rozumiem też pierwszy post, gdy
                  po prostu jest autorce przykro, ze dzieciom jest przykro...
                  Ale resztę postów przeczytalam , hm... z pewnym przerazeniem.
                  Wyglada na to, ze dzieci maja obowiązek doceniac wszystkie nasze
                  wysilki, być wdzięczne i usmiechniete, ma im się wszystko co robimy
                  podobać - a jak im się nie podoba, to mają nie marudzić, tylko
                  siedzieć cicho - bo my się staramy. I tak jest im za dobrze, nie
                  maja moralnego prawa być niezadowolone.
                  Nie, nie i jeszcze raz nie. Mama może miec dobrą wole, a dziecko ma
                  prawo powiedzieć, ze mu się nie podoba. O ile jest za to karcone,
                  pokazujemy niezadowolenie (zbyt często, czasem to oczywiscie
                  konieczne) i w nie dajemy dzieciom prawa do niezadowolenia z naszych
                  działań - może i przestaną nam je okazywać. Nie będą nam marudziły,
                  skarzyły się i narzekały na los.
                  Będą się zalić komu innemu. I kontakt zostanie zerwany.
                  • rycerzowa Re: czego nie mogę znieść 10.01.08, 12:19
                    Hej , pojawił się wyższy poziom abstrakcji, ale ciągle za nisko: potrzebny
                    jest jeszcze jeden stopień.
                    Bo tak naprawdę, to problem jest natury egzystencjalnej.
                    Przewija się przez wiele wątków.

                    Ja daję z siebie wszystko, a dziecko z jakichś powodów cierpi.
                    Wydaje nam się,że stworzyliśmy dzieciom odpowiednie warunki nie tylko do
                    przeżycia, ale i do pełnego rozwoju, do szczęścia - a dziecko swoją postawą
                    kwestionuje sam sens naszych starań.
                    Jakby to było mało, albo jakby nie o to chodziło.

                    Mamy żal do dziecka (może nie?), nie o to, że o coś marudzi (bo czasem ma
                    rację), ale że przeżywa w ogóle ból istnienia!
                    My byśmy chcieli, by demonstrowało nam radość życia , a ono pyta o jego sens!
                    Nawet mały dreptuś może mieć chandrę bez powodu, sam nie wie, czego chce, co ma
                    z sobą zrobić, jakby pytał, po co żyje.
                    A w wieku dojrzewania, to się w ogóle zacznie....
                    Z naszą troską o codzienne szczęście i wygodę, będziemy postrzegani jako filistrzy.

                    Nasza miłość macierzyńska w tym wielkim dramacie ludzkiego istnienia
                    znaczyć będzie niewiele, niestety.

                    Ale - jak mawiali już starożytni - lepiej być niezadowolonym Sokratesem, niż
                    zadowolonym osłem.
                    • milorzab Re: czego nie mogę znieść 10.01.08, 19:07
                      Rycerzowa! Dzięki.
                      Mi o coś takiego chodzi. O ból, że moja miłość, to za mało do szczęścia. To
                      takie oczywiste i banalne, ale i tak boli.
                      Dla jasności, w sferze ideałów - ja uważam, że dzieci nie są mi nic winne.
                      Będę sobie powtarzać o Sokratesie (chociaż mnie zawsze denerwował i rozumiałam
                      Ksantypę).
                      • asia889 Re: czego nie mogę znieść 10.01.08, 20:26
                        milorzab napisała:

                        > Mi o coś takiego chodzi. O ból, że moja miłość, to za mało do szczęścia.

                        To ja Cię nie zrozumiałam. Dla mnie to oczywiste. Wiem, że nie zawsze mogę pomóc na dziecięce niezadowolenie. Mnie trochę przećwiczył syn. Dużo płakał i marudził w niemowlęctwie i trochę później. Mam w tej kwestii całkiem sporą odporność.
    • rycerzowa Re: czego nie mogę znieść 11.01.08, 12:53
      Wiemy zatem, o co chodzi.
      Wiemy też,że lepiej radzi sobie z bólem istnienia dziecko, które jest w domu
      rodzinnym przygotowane do życia .
      Miłość macierzyńska jest warunkiem może daleko niewystarczającym, ale koniecznym.
      Nieba przychylić dziecku całkowicie się nie da, ale przygotować na radzenie
      sobie z przeciwnościami losu - trzeba.

      1. Dobrze jest dbać o pogodną, wesołą atmosferę w domu, tzn. trochę kpić sobie z
      drobnych kłopotów. Niektórzy oburzają się, że kłopoty dziecka nie są drobne i
      należy mu się zrozumienie. Należy się, ale trzeba też uczyć zdrowego dystansu.
      Był taki ciekawy wątek Nordynki "o wiecznie niezadowolonej Martusi".

      2. Zrozumieć,że kopnięcia losu, jakie nam wszystkim się zdarzają, mają swój
      sens. W takich momentach i my i dzieci uczymy się doceniać to, co naprawdę
      ważne, i nie przejmować się dooperelami.

      • nata76 Re: czego nie mogę znieść 11.01.08, 17:04
        Fajnie,ze ten watek powstał. Miałam w niedziele sytuacje, ktora dala
        refleksje podobna....Wiem,wiem,ze to dooperele. Teraz ,dzieki
        wam,staram sie na to inaczej patrzec. Mianowicie. Pojecjalismy z
        dziewczynkami w niedzile do kina. A od nas to cała wyprawa,prawie 80
        km.Chcialy na Alvina. No wiec kino, popcorn,macdonald,fajnie. Az do
        momentu,.kiedy starsza zobaczyla w kinie badziewiasta maskotke
        garfilda za prawie 50 zł. Oczywiscie nie kupilismy,wytłumaczylam
        krotko dlaczego i..zaczelo sie.cala droge powrotna ryk,ze jej nie
        kupilismy maskotki. Ja w sumie zachowalam spokoj. Ale moj maz zaczał
        w "te" ton uderzac. typu,to my jedziemy dla ciebie do kina, bylismy
        w macdonaldzie jak chcialas,a ty placzesz o glupia maskotke....
        w sumie bylo,minelo,nadia zapomniala,ale cos mi w sercu zostalo.
        wlasnie o tym,ze wszystko co robie to za malo???I nie chodzi o
        wdziecznosc,chociaz nie wiem...nie potrafie nazwac swoich uczuc.
        Wiem,ze pomyslalam tylko. Ku..wa, jakby (tu nazwisko naszych
        sasiadow) wzieli swoje dzieci do kina, to te by 10 lat to pamietaly
        i by ich po nogach calowaly> Głupia mysl,wiem,ale wtedy tak mnie
        naszlo.............ech............verdano,rycerzowa,piszcie wiecej.
        dla mnie jak skarb jestescie,bo ja nie mam z kogo wzorcow czerpac
        (chodzi mi o moich rodzicow)
        • rycerzowa Re: czego nie mogę znieść 14.01.08, 11:53
          .verdano,rycerzowa,piszcie wiecej.

          Masz rację, Nata - jeśli się uczyć, to na cudzych błędach, nie na własnych.

          Postaram się w skrócie napisać, do jakich wniosków doszłam w danej materii.
          Po pierwsze - dawanie, zapewnienie "warunków".
          Twoja postawa jest typowa.

          >ze wszystko co robie to za malo???

          Bo wiesz, dzieci nie maja porównania. Są nasze, z naszej krwi i kości, ale nie
          mają nic z naszych przeżyć. Nam czegoś w domu rodzinnym brakowało, źle nam z tym
          było, naszym własnym dzieciom chcemy to zapewnić. I zapewniamy - brak kar
          cielesnych, ciągłej krytyki, rower, własny pokój, wyjazdy, lekcje obcego języka itp.
          I okazuje się,że teraz to jest standard, normalka. Wcale nie czują się
          wyróżnione ani zaspokojone.
          Czyli trzeba wiedzieć, jakie teraz obowiązują standardy. I nie robić "łaski"
          dzieciom, że kupi im się pomarańcze.
          I jednak dzieci powinny mieć porównanie. Trzeba im czasem mówić, jak nam było. I
          trzeba, aby wiedziały,że standardy nie są powszechne,że są inne rodziny, inne
          dzieci, którym brakuje i rzeczy i dobrego traktowania. Że trzeba pomóc.
          W aspekcie tego wyjazdu do multikina na przyszły raz moglibyście wziąć któregoś
          z małych sąsiadów. Wtedy i własne dzieci bardziej docenią.

          To na temat dawania, które jest ważne, ale nie najważniejsze.
          O reszcie potem.
          • monstermama Re: czego nie mogę znieść 14.01.08, 13:35
            Oj, ja też muszę bardzo się pilnować, żeby nie wyszła przemowa,
            że "biedne dzieci w domu dziecka nie mają tego i nie marudzą".

            Po pierwsze - W Waszych postach przewijał się motyw marudzących 7-
            mio latków - otóż ostatnio w psychologii rozwojowej przeczytalam, że
            to jest wiek dużej niepewności siebie i marudzenie jest tego objawem
            (jednym z wielu, zresztą)

            Po drugie - no sorry - ale dzieci na świat się nie prosiły -
            bolesne, ale prawdziwe. Nie mają obowiązku doceniać.
            Ale mam ochotę czasem tąpnąć i pozbawić ich wszystkich przewilejówwink
            No ale tego nie zrozumieją, przecież.

            Taki nasz, rodziców, los.
    • rycerzowa Re: czego nie mogę znieść 15.01.08, 00:15
      Co jest dla dzieci ważne? O czym powinniśmy wiedzieć?
      Przekopiuję tu wypowiedź, którą umieściłam na innym forum.
      Wydaje mi się na temat.

      Był listopadowy wieczór, deszcz, wichura - i brak prądu.
      Siedliśmy z dzieciakami "przy kominku" czyli w kuchni przy piekarniku gazowym...
      Wesoła trójka naszych pociech i dwaj koledzy - wszyscy młodsze klasy szkoły
      podstawowej.

      Dzieci gadały jedno przez drugie, aż któreś zadało poważne pytanie - czego
      najbardziej w świecie nie lubisz, a co najbardziej lubisz?
      Nie było zaskoczenia - towarzystwo zgodnie orzekło, że najmniej do lubienia
      nadaje się szkoła, a najbardziej - prezenty.

      Odsunęłam się w cień i zadumałam nad prostotą ludzkiej natury, co to od
      obowiązków ucieka, a przyjemności lubi...

      Gromadka dyskutowała dalej, tym razem o filmie z życia sławnej osoby, który to
      obraz pokazano w tv.
      O tym, że o nich też można by nakręcić film.
      O tym, że film można cofać i jeszcze raz oglądać.
      O tym, że z filmu można wyciąć niektóre fragmenty.
      O tym, że z prawdziwego życia nic już nie można wyciąć.

      Wtedy przyszło mi do głowy, że stare pytanie "co najbardziej lubisz, a czego
      nie" - można zadać w innej formie.

      - Słuchajcie, a które momenty ze swego życia miałybyście ochotę "wyciąć", a
      które uważacie za najlepsze?

      Odpowiedzi były zaskakujące!

      Co było najlepsze?
      - Jak nasza klasa zwyciężyła w konkursie na zbieranie makulatury.
      - Jak pierwszy rozwiązałem zadanie z gwiazdką.
      - Jak wygraliśmy mecz z III c.
      - Jak powiedziałam wiersz na akademii, chociaż się bałam, i dostałam brawa.
      - Jak mnie wybrano do samorządu.
      - Jak pani powiedziała, że mój zielnik jest bardzo ładny, chociaż sam robiłem.
      - Jak na obozie zuchowym wytrzymałam na warcie do północy, chociaż się bałam.
      PRAWIE WSZYSTKO ZWIĄZANE ZE SZKOŁĄ!

      Czego dzieci nie chciałyby za nic przeżywać jeszcze raz?
      - Jak wszyscy poszliście na imprezę noworoczną, a ja chora zostałam w łóżku.
      - Jak mnie Agnieszka nie zaprosiła na urodziny.
      - Jak Tomek dostał nowy komputer, zaprosił kolegów, a mnie nie.
      - Jak całą klasa pojechała na wycieczkę, a ja nie.

      Zadumałam się raz jeszcze.
      Czy dzieci, czy dorośli - wszyscy jesteśmy jednakowi. Może nie umiemy tego
      nazwać, ale najbardziej cenne są dla nas własne konkretne dokonania, gdy
      potwierdza się, że coś potrafimy, coś jesteśmy warci.
      I gdy możemy działać razem.
      Żadna manna z nieba.

      I że najbardziej boli nas odrzucenie i samotność.
    • rycerzowa Re: czego nie mogę znieść 17.01.08, 11:34
      Owszem, przyznaję się, z dużym opóźnieniem do mnie dotarło,że dziecku do
      szczęścia nie wystarczy to, co my mu dajemy - jak dobre warunki mu zapewniamy,
      przed jakimi przykrościami chronimy.
      Jemu niezbędne jest poczucie własnej wartości, siły, znaczenia, a tego nie da
      się zapewnić jedynie przez chwalenie, tego się nie da dziecku kupić, załatwić.

      Już maluch większą satysfakcję ma, gdy SAM się wdrapie na tapczan a potem na
      biurko, niż wtedy, gdy my go tam posadzimy.
      Ale jak to robić, jak dać dziecku szansę a jednocześnie nie narazić na poczucie
      klęski?
      Wydaje mi się, że mniej więcej do 7, 8 lat dziecko powinno tylko wygrywać.
      Dlatego w konkursach dla dzieci wszyscy powinni być wygrani. W życiu codziennym
      trzeba umieć stworzyć sytuacje do osiągnięcia sukcesu, że dziecko samo coś
      umiało zrobić, dla siebie, dla innych.

      Potem, gdy dziecko stopniowo dojrzewa, musi umieć uporać się z własną słabością,
      a także stawić czoła prawdziwym przeciwnościom.
      Naszym największym błędem jest chronienie dzieci przed trudnościami.
      Niezwykle trudno jest bowiem ocenić, co dziecko złamie, a co wzmocni.
      "Matczynemu" sercu trudno znieść tę próbę.

      Trzy przykłady:
      Przyszła wiadomość o śmierci w rodzinie.
      Siadłam skurczona na tapczanie, obie małe dziewuszki przytuliły się do mnie.
      Wtedy mój najstarszy syn, kilkuletnie chuchro, chude, blade i nieśmiałe, stanął
      przede mną i dorosłym tonem spytał: "Mamo, co mam zrobić, co jest do załatwienia?"
      W pierwszym odruchu miałam ochotę przygarnąć to chuchro, powiedzieć "ja sama",
      bo i cóż on może.
      Ale spraw do załatwienia przed wyjazdem było sporo, pomoc chłopaka bardzo się
      przydała, m.in. załatwił, że ktoś nam załatwił bilety.
      Był to jeden z pierwszych kroków do stawania się mężczyzną.

      Znajoma miała jedynaczkę, nieba chciała jej przychylić. Mała miała wszystko,
      mamusia wszystko umiała załatwić, nawet zaproszenia na urodziny. Dziwne, ale
      robiła się z niej coraz większa "niemota", niepewna siebie, wycofana.
      Po wakacjach w drugiej klasie Agnieszka zmieniła się na lepsze.
      Co się stało? Otóż mama nie potrafiła na szczęście ustrzec córki przed chorobą,
      przed atakiem wyrostka robaczkowego, pobytem w szpitalu, operacją. Wtedy nie
      było odwiedzin non stop, bo inaczej mama by dziecka nie odstąpiła. Mama przeżyła
      szok, a dziecko - uspokoiło się, wzmocniło.
      Spotkało ja bowiem coś przykrego, złego - a ona to zniosła, przekonała się,że
      da radę, że umie się z tym uporać,że nie ma się czego bać.

      Nasze dzieci co roku gdzieś wyjeżdżały. Który wyjazd był najlepszy?
      Obóz w Zatomiu.
      Obóz - koszmar. Wielkie namioty, w "korytku" zimna woda do mycia.
      Nie do porównania z innymi wyjazdami, gdzie dzieci miały i dobre warunki, i
      okazję do zwiedzania i inne atrakcje.
      Natychmiast byśmy ich z tego Zatomia zabrali, gdyby pozwoliły.
      Ale one w tym w Zatomiu mogły się wykazać. Były warty nocne i inne harcerskie
      przyjemności. Dwie małe delikatne dziewczynki przekonały się,że są silne i odważne.
      A w latach licealnych i studenckich hitem były piesze pielgrzymki do Częstochowy
      - ponad 300 km. Mnie w domu serce krwawiło, bo albo upał 30 stopni, albo zimny
      deszcz, a one takie subtelne, słabe, artystyczne. Doszły, wytrzymały, dały radę,
      rosły w siłę.

      Kiedy teraz spoglądam na swoje dorosłe dzieci, w sumie pogodne i "znające swoją
      wartość", wiem,że to w niewielkim stopniu dzięki mnie, bo ja, jak typowa
      matka, chciałabym przede wszystskim ochronić, oszczędzić, upupić.
      • asia889 Re: czego nie mogę znieść 17.01.08, 12:46
        Dzięki Rycerzowo za te posty, bardzo, bardzo pouczjące. Tak łatwo zapomnieć co naprawdę jest ważne.

        Jakiś czas temu pani psycholog na wykładzie dla rodziców mówiła coś podobnego. Żeby budować w dzieciach silne poczucie wartości na zasadzie, że dziecko samo odkrywa "ja potrafię". Że jest to bardzo ważne, szczególnie w czasach "wyścigu szczurów".
    • mama5plus Re: czego nie mogę znieść 17.01.08, 12:58
      Przeczytalam i szczerze mowiac jest mi to obce.
      Oczywiscie zdarza sie niezadowolenie, zly humor( a czy nam sie nie
      zdarza?) ale nie jest to norma.
      Owszem przeszlismy etapy, buntu 2latka u jednych latwiej (u innych
      trudniej) tudziez placzliwosci i rozchwiania emocjonalnego
      (ok.5latka wink )niemal u kazdego po kolei ale byly to tylko *etapy*.
      Nie ma problemow z prawie nastolatka. Nie ma z mlodszymi.
      Nie obserwuje szczegolnych ze soba nawzajem. Owszem czasem ktos
      komus w droge wejdzie ale to czesc zycia i nauki jak budowac
      wzajemne relacje.
      Moze wynika to z tego ze nie sa pod az tak silnym wplywem
      rowiesnikow? Czy pod wplywem pop-kultury?
      Moze z tego ze ja im sie nie staram tego nieba przychylic? wink
      Wymagam nie tylko od siebie. Nie wszystko jest podane.
      Nie dostaja wszystkiego czego sobie zazycza.
      Nauczyli sie oszczedzac, odkladac na okreslony cel.
      Mobilizowac sily w tym celu.
      Mysle ze to wspaniala umiejetnosc zyciowa.

      Kazdy ma w tej rodzinie jakies obowiazki(wieksze lub mniejsze-
      stosownie do wieku).
      Czuje sie jej integralna czescia.
      Moze to tez ma znaczenie (ponoc brak obowiazkow w domu zaburza
      poczucie bezpieczenstwa, przynaleznosci, bycia kochanym)

      Interesuja sie rowniez tym jak my-rodzice cos odbieramy.
      Uwrazliwiam w temacie uczuc drugiej osoby, szacunku do drugiego
      czlowieka i do jego wysilku(np jesli ktos posprzata i niekoniecznie
      to musze byc ja ;-P to pozostali maja uszanowac ten wlozony wysilek
      i nie robic pobojowiska w 5 minut pozostawiajac wszystko tam gdzie
      siedzieli.
      Rozmawiamy duzo na temat naszych uczuc, odczuc, odbioru roznych
      spraw przez rozne osoby w tej rodzinie.

      I naprawde nie moge narzekac.
      Moze problem wlasnie w tym przychylaniu nieba???
      A to ze dzieci stres, konflikty, frustracje przynosza ze szkoly...o
      to bym nie miala pretensji.
      Czy dorosli wracajacy z pracy tak swietnie sobie z tym radza?
      Nie sadze. A co dopiero dziecko.
      • milorzab Re: czego nie mogę znieść 17.01.08, 20:20
        Rycerzowa! Dla mnie ten Twój ostatni list jest bardzo ważny. To, że my nie
        wystarczamy, że dziecko musi SAMO. I że trzeba mu warunki do poznania własnej
        mocy stworzyć.
        Widzę to u nas. Po urodzeniu Dominika musiałam dzieciom odpuścić i dało bardzo
        dobry efekt. Zapisałam np. najstarszego na basen, tylko zawożę do szkoły, a
        potem jedzie autokarem, sam się przebiera, itd..., potem zabieram. W zeszłym
        roku stałam nad nim, on piszczał, nie chciał zanurzyć głowy. Teraz nie ma śladu
        tych problemów - daje sobie radę i to daje mu siłę.
        Jakoś ten wątek mi pomógł uporządkować się. Zobaczyć o co mi chodzi. Dzięki.
        • kalpa Re: czego nie mogę znieść 19.01.08, 09:08
          Świetny wątek smile
          I wszystkie odpowiedzi są wartościowe dla mnie . Dziękismile
          Mama5plus - bardzo lubię Twoją siłę spokoju i równowagismile
          Rycerzowa smile)
          Dzięki smile)
    • rycerzowa Re: czego nie mogę znieść 19.01.08, 12:22
      Dziewczyny, a czy zgodzicie się ze mną, że wielodzietnym (z wyboru! - wg naszej
      forumowej definicji) tak w ogóle łatwiej jest wychować mocnego psychicznie
      człowieka?
      No bo człowiek dziecku nieba przychylić by chciał - ale nie zawsze może, z
      przyczyn obiektywnych. Dziecko w sposób naturalny staje wobec wyzwań, którym
      musi sprostać. I w ten sposób "hartuje się jego serce".

      Dziś napiszę o trzecim , bardzo istotnym czynniku wychowania - o nauczeniu
      aktywności.
      Gdy urodził się nasz pierwszy synek, niczym wróżki w bajce pochyliliśmy się nad
      jego łóżeczkiem i wypowiedzieliśmy życzenie, ŻEBY MU ZAWSZE CZASU BRAKOWAŁO.

      Otóż to - człowiek powinien mieć pasje. Człowiek jest stworzony do działania,
      nie do bycia zabawianym .
      Człowiek nie jest stworzony do nudy. Nuda rodzi grzech,że tak przy okazji
      przypomnę.,
      Najlepiej, gdy dziecinna, młodzieńcza pasja staje się zawodem, bo wtedy
      człowiek robi to, co lubi i jeszcze mu płacą.
      Łatwiej jest włączyć dziecku telewizor, niż pozwolić na majsterkowanie, na
      eksperymenty , na bałagan w domu - ale wtedy traci się szansę wychowania
      dobrego inżyniera. Czasem lepiej pozwolić na rozwijanie pasji, niż na dbanie o
      dobre stopnie w szkole, bo w ogólnym rozrachunku to się bardziej opłaci.

      Warto poświęcić czas i pieniądze na rozwijanie pasji, które mogą stać się
      "tylko" wartościowym hobby - czytelnictwo, sport, muzyka, wycieczki górskie,
      itp. Doświadczenie uczy, że jeśli człowiek coś lubi robić, to lepiej mu się
      żyje. I innym z nim żyje się lepiej.
Pełna wersja