a.polonia
06.06.05, 01:04
Zakladam nowy watek, bo chcialabym nieco odejsc od tematu, a boje sie, ze w
tamtym watku zniknie.
A sklonila mnie do tego wypowiedz Jennefer oraz moja niedawna rozmowa z
jednym z moich profesorow.
Ale do rzeczy. Wychowalam sie w malym miasteczku, bez zadnego potencjalu i
mozliwosci tez praktycznie zadnych. Wlasciwie wychowywala nas ulica. Nie
chodzilismy na zadne zajecia, ktore moglyby rozwinac nasze zdolnosci (ok,
chodzilam na kolka teatralne

). Ja na przyklad lubilam jezyki obce, ale w
szkole byl tylko rosyjski. Poza tym bardzo lubilam tanczyc i niezle mi to
wychodzilo. Moj brat jest bardzo uzdolniony plastycznie i muzycznie, ale moi
rodzice jakos nigdy nie pomysleli, zeby ten talent pomoc mu rozwinac.
jennefer napisala, ze tak niewiele nam wtedy trzeba bylo, zeby dobrze sie
bawic i miec szczesliwie dziecinstwo, tez tak mysle. Ale z drugiej strony
czasem mam taki zal, ze cos mnie ominelo z braku tych wlasnie mozliwosci,
ktore dzieciaki teraz maja; ze pewnych rzeczy juz nie nadrobie (chociazby
jesli chodzi o nauke angielskiego), bo jest za pozno.
Zdarza wam sie tak myslec?
Jesli chodzi o nawiazanie do mojej rozmowy z profesorem, to rozmawialismy na
temat wad i zalet mieszkania w ktoryms z zachodnich miast Holandii - Haga,
Amsterdam, czy Rotterdam. Stwierdzil, ze sa tam dzielnice, gdzie 80 procent
mieszkancow to imigranci, ktorych dzieci spedzaja swoje dziecinstwo na ulicy
i cyt. "are waiting for life to happen". Uzmyslowilam sobie, ze tez przeciez
bylam takim dzieckiem, a mimo to szczesliwym

.
No to sie rozpisalam

zapraszam do dyskusji, niekoniecznie dzisiaj, bo czas
na sen....
Pola