gazeta_to_gowno
15.09.05, 16:23
Kiedy usłyszałem, że będzie o rezerwie rewaluacyjnej od razu sięgnąłem po
papierosa. Pomyślałem że znów naplotą głupot, i nie pomyliłem się. Sprawa
jest "na tapecie" od dwóch lat i mogliście się przez ten czas wreszcie od
kogoś dowiedzieć, jak jest naprawdę. Ja wtedy napisałem długi tekst
polemiczny do artykułu we Wprost, ale ani nie został wydrukowany, ani nikt
nie raczył nawet w kilku zdaniach odpisać w stylu "zrobił pan błąd tu, tu i
tu". Bo pewnie błędu nie zrobiłem, za to mnóstwo czasu straciłem, jak się
zdaje bez sensu. Szanujcie moje zdrowie, jak kilku znanych komentatorów
powtarza stare, dawno puszczone w obieg propagandowe bajki, to mnie ponosi.
Przytaczam ten tekst bez przeróbek (szkoda mi czasu). Przy okazji zajmuję się
w nim kilkoma powiązanymi tematami, jak sądzę też ciekawymi.
-----------------------------------------------
SKOK NA KASĘ – JESTEM ZA
POLEMIKA Z WACŁAWEM WILCZYŃSKIM
Mocno mnie zbulwersował pan Wacław Wilczyński swoim artykułem „Polskie skoki
na kasę”. Bynajmniej nie dlatego że zamieścił w nim kilka poglądów mocno
dyskusyjnych (o tym później), bo tak bywa w ekonomii, że występują spore
różnice zdań nawet w sprawach podstawowych – lecz dlatego że znalazły się w
nim dwie informacje, które według mojej najlepszej wiedzy są po prostu
nieprawdziwe.
Pierwsza sformułowanie które sprawiło, że lekko się zachwiałem dotyczy
zabezpieczania kreacji pieniądza za pomocą walut obcych, cyt. „ Kiedyś
martwiono się tylko o stopień pokrycia obiegu pieniężnego złotem, ale
trzydzieści lat temu złoto przestało być pieniądzem i trzeba było pomyśleć o
innych sposobach zabezpieczenia kreacji pieniądza przez banki centralne. To
właśnie rezerwy dewizowe, rezerwy obcych walut , pełnią dziś tę funkcję.” No
właśnie – najtrudniejsze są dowody nieistnienia. Bo jak udowodnić, że się w
ten sposób nie zabezpiecza emisji, skoro się nie zabezpiecza i w związku z
tym nikt nawet o tym nie pisze. Kontrolnie przejrzałem kilka pozycji z
posiadanej przeze mnie literatury i nie znalazłem żadnej wzmianki na ten
temat. Podobnie w doniesieniach prasowych, które dość uważnie śledzę od lat -
nie przypominam sobie aby pisano o czymś podobnym. Są też argumenty o
charakterze bardziej teoretycznym. Takie postępowanie nie ma po prostu
większego sensu. Jaki jest sens zabezpieczać jeden „papier” (PLN) drugim
papierem np. $, który jest tak samo podatny na kaprysy banku centralnego,
koniunktury, jak też innych wydarzeń jak wojny czy rewolucje (w
przeciwieństwie do złota które ma wartość wewnętrzną i które kiedyś stosowano
jako zabezpieczenie emisji pieniądza, co jak się z czasem jednak okazało nie
jest bynajmniej niezbędne). Warto też pamiętać, że takie zabezpieczenie (w
walutach) zawsze kosztuje - czy te pieniądze pożyczymy (odsetki), czy
uzyskamy z eksportu (realne towary i usługi z których nie możemy korzystać).
Dobry interes robi tylko dostawca takiej waluty. Poza tym jest to
niepotrzebne, gwarancją siły naszego pieniądza są: przymus używania go do
realizacji transakcji w naszym kraju + siła i możliwości gospodarki, czyli
możliwości nabywania dóbr i usług przez posiadacza pieniądza + rozsądna
polityka NBP ( ani zbyt restrykcyjna, bo to osłabia gospodarkę, ani zbyt
luźna bo to powoduje inflację). To wystarczy.
Natomiast tak naprawdę rezerwy walutowe są utrzymywane w celu zachowania
bieżącej płynności w realizacji transakcji importowych (jak również innych
płatności zagranicznych) i uważam że kwota rzędu 10 mld $ w zupełności
wystarczy. Odpowiada to importowi z 2-3 miesięcy, a nie ma podstaw aby
zakładać, że nastąpi nagłe i duże (np. o 50%) załamanie się eksportu lub duży
wzrost importu - wtedy rzeczywiście nawet rezerwy na poziomie 30 mld $
mogłyby się w końcu okazać niedostateczne. Bardziej bym tu polegał na
rozsądnej polityce gospodarczej, niż na rezerwach. Bo owszem ostatnie
osłabienie złotego znacznie poprawiło nasze saldo w wymianie z zagranicą
(eksport stał się bardziej opłacalny i wyraźnie wzrósł), tyle że stało się to
poniekąd wbrew woli NBP, który w swoim czasie jasno i wyraźnie odmówił
wzięcia udziału w takiej operacji. To co robi NBP przypomina postawę prezesa
firmy, który trzyma duże pieniądze na niskooprocentowanym rachunku bieżącym i
mówi „ mam kasę na 7 miesięcy funkcjonowania firmy nawet bez żadnych
przychodów, więc co się będę martwił o sprzedaż”.
Druga sprawa, która mnie zbulwersowała to sposób w jaki została
przedstawiona słynna już rezerwa rewaluacyjna. Ja przyznam szczerze nie
jestem fachowcem od księgowości NBP, natomiast znam się co nieco na
księgowości firm. W związku z tym widzę oczywiste nielogiczności w tym co na
temat rezerwy rewaluacyjnej mówi Pan Wilczyński (jak również wielu innych
komentatorów). Cytuję - „Czym więc jest rzekoma rezerwa rewaluacyjna? To po
prostu różnica między dzisiejszą złotówkową wyceną rezerw dewizowych NBP a
niższymi cenami zakupu tych dewiz przez NBP na przykład rok czy dwa lata
temu. Jeśli kiedyś płaciliśmy za dolary po 3 zł, a dzisiejsza ich cena wynosi
3,80 zł, to w wyniku dewaluacji złotówki , spadku jej wartości w stosunku do
dolara, wycena naszych rezerw dewizowych formalnie wzrosła.” Niby poprawnie,
ale nie do końca. Wzrost wartości walut w wyniku ich wyceny po aktualnym
kursie nie jest rezerwą. Jest, jak się nietrudno domyślić, przychodem, bo
mamy więcej niż mieliśmy poprzednio. Oczywiście przybyło w złotówkach, ale
całe sprawozdanie finansowe sporządzane jest wyłącznie w złotówkach.
Teoretycznie możemy ten wzrost potraktować na dwa sposoby. Przyjąć że jest to
przychód niezrealizowany i nie wykazywać go w rachunku wyników jako przychód,
lecz pokazać w bilansie jako „przychody przyszłych okresów”. One tam sobie
jak gdyby czekają i zostaną pokazane jako rzeczywisty przychód dopiero w
momencie sprzedaży. Nie jest to dobre rozwiązanie bo sztucznie pogarsza obraz
sytuacji finansowej jednostki. Dla zilustrowania tego posłużę się przykładem.
Wyobraźmy sobie, że ktoś ma 1000 dolarów które kiedyś kupił po 2 zł. Czy on
teraz powie, że te jego dolary to nędzne 2000 zł.? Oczywiście że nie. Raczej
powie, mam 3800 zł., zarobiłem 1800 zł. (kurs 3,80zł/dolar)
Dlatego lepsze jest drugie rozwiązanie. Pokazujemy cały przychód w rachunku
wyników. Mamy zysk, zarobiliśmy 1800 zł. Jest jednak problem, czy ten dolar
jednak nie spadnie? No rzeczywiście może trochę spaść. Tylko pytanie ile?
Dokonujemy oceny, tak na zdrowy rozum i zawodowe wyczucie, to się nazywa
fachowa ocena i jest przyjęte w księgowości. Przyjmujemy że nie więcej jak 50
groszy za dolara. Wyliczamy ile bylibyśmy stratni gdyby o tyle spadł dolar.
Otrzymaną kwotę równą 500 zł. księgujemy w koszty i o tyle z kolei zmniejsza
się wcześniej wyliczony zysk. Sensownie, logicznie i wiarygodnie. Ten
właściciel dolarów powiedziałby w tym momencie, rozsądnie oceniając sytuację
mam już niemal pewny zarobek 1300 zł., tego się mogę trzymać. Dopiero tutaj
pojawia się nam osławiona rezerwa rewaluacyjna. Tę kwotę, związaną z ryzykiem
osłabienia dolara z 3,80 do 3,30 którą zaksięgowaliśmy po jednej stronie w
koszty, po drugiej stronie powinniśmy zaksięgować w pasywach bilansu.
Logicznie jest nazwać ją rezerwa na ryzyko rewaluacji kursu złotówki, albo
krócej rezerwa rewaluacyjna. Tak to powinno wyglądać prawidłowo. Przy czym
zwracam uwagę, że ta rezerwa to nie jest żaden przychód, czy też wzrost
wartości walut, to raczej zapas kosztów tworzony przez przezorność i
oczywiście nie musi on być równy wcześniej pokazanemu przychodowi z tytułu
wzrostu wartości walut.
Natomiast NBP robi to jeszcze inaczej, oryginalnie. Mianowicie księguje tę
całą kwotę tak jak w wariancie pierwszym jako przychody przyszłych okresów,
czyli bez pokazywania ich w rachunku wyników i,... mało sensownie nazy