Napletliście okrutnie o rezerwie rewaluacyjnej.

15.09.05, 16:23
Kiedy usłyszałem, że będzie o rezerwie rewaluacyjnej od razu sięgnąłem po
papierosa. Pomyślałem że znów naplotą głupot, i nie pomyliłem się. Sprawa
jest "na tapecie" od dwóch lat i mogliście się przez ten czas wreszcie od
kogoś dowiedzieć, jak jest naprawdę. Ja wtedy napisałem długi tekst
polemiczny do artykułu we Wprost, ale ani nie został wydrukowany, ani nikt
nie raczył nawet w kilku zdaniach odpisać w stylu "zrobił pan błąd tu, tu i
tu". Bo pewnie błędu nie zrobiłem, za to mnóstwo czasu straciłem, jak się
zdaje bez sensu. Szanujcie moje zdrowie, jak kilku znanych komentatorów
powtarza stare, dawno puszczone w obieg propagandowe bajki, to mnie ponosi.
Przytaczam ten tekst bez przeróbek (szkoda mi czasu). Przy okazji zajmuję się
w nim kilkoma powiązanymi tematami, jak sądzę też ciekawymi.

-----------------------------------------------

SKOK NA KASĘ – JESTEM ZA
POLEMIKA Z WACŁAWEM WILCZYŃSKIM
Mocno mnie zbulwersował pan Wacław Wilczyński swoim artykułem „Polskie skoki
na kasę”. Bynajmniej nie dlatego że zamieścił w nim kilka poglądów mocno
dyskusyjnych (o tym później), bo tak bywa w ekonomii, że występują spore
różnice zdań nawet w sprawach podstawowych – lecz dlatego że znalazły się w
nim dwie informacje, które według mojej najlepszej wiedzy są po prostu
nieprawdziwe.
Pierwsza sformułowanie które sprawiło, że lekko się zachwiałem dotyczy
zabezpieczania kreacji pieniądza za pomocą walut obcych, cyt. „ Kiedyś
martwiono się tylko o stopień pokrycia obiegu pieniężnego złotem, ale
trzydzieści lat temu złoto przestało być pieniądzem i trzeba było pomyśleć o
innych sposobach zabezpieczenia kreacji pieniądza przez banki centralne. To
właśnie rezerwy dewizowe, rezerwy obcych walut , pełnią dziś tę funkcję.” No
właśnie – najtrudniejsze są dowody nieistnienia. Bo jak udowodnić, że się w
ten sposób nie zabezpiecza emisji, skoro się nie zabezpiecza i w związku z
tym nikt nawet o tym nie pisze. Kontrolnie przejrzałem kilka pozycji z
posiadanej przeze mnie literatury i nie znalazłem żadnej wzmianki na ten
temat. Podobnie w doniesieniach prasowych, które dość uważnie śledzę od lat -
nie przypominam sobie aby pisano o czymś podobnym. Są też argumenty o
charakterze bardziej teoretycznym. Takie postępowanie nie ma po prostu
większego sensu. Jaki jest sens zabezpieczać jeden „papier” (PLN) drugim
papierem np. $, który jest tak samo podatny na kaprysy banku centralnego,
koniunktury, jak też innych wydarzeń jak wojny czy rewolucje (w
przeciwieństwie do złota które ma wartość wewnętrzną i które kiedyś stosowano
jako zabezpieczenie emisji pieniądza, co jak się z czasem jednak okazało nie
jest bynajmniej niezbędne). Warto też pamiętać, że takie zabezpieczenie (w
walutach) zawsze kosztuje - czy te pieniądze pożyczymy (odsetki), czy
uzyskamy z eksportu (realne towary i usługi z których nie możemy korzystać).
Dobry interes robi tylko dostawca takiej waluty. Poza tym jest to
niepotrzebne, gwarancją siły naszego pieniądza są: przymus używania go do
realizacji transakcji w naszym kraju + siła i możliwości gospodarki, czyli
możliwości nabywania dóbr i usług przez posiadacza pieniądza + rozsądna
polityka NBP ( ani zbyt restrykcyjna, bo to osłabia gospodarkę, ani zbyt
luźna bo to powoduje inflację). To wystarczy.
Natomiast tak naprawdę rezerwy walutowe są utrzymywane w celu zachowania
bieżącej płynności w realizacji transakcji importowych (jak również innych
płatności zagranicznych) i uważam że kwota rzędu 10 mld $ w zupełności
wystarczy. Odpowiada to importowi z 2-3 miesięcy, a nie ma podstaw aby
zakładać, że nastąpi nagłe i duże (np. o 50%) załamanie się eksportu lub duży
wzrost importu - wtedy rzeczywiście nawet rezerwy na poziomie 30 mld $
mogłyby się w końcu okazać niedostateczne. Bardziej bym tu polegał na
rozsądnej polityce gospodarczej, niż na rezerwach. Bo owszem ostatnie
osłabienie złotego znacznie poprawiło nasze saldo w wymianie z zagranicą
(eksport stał się bardziej opłacalny i wyraźnie wzrósł), tyle że stało się to
poniekąd wbrew woli NBP, który w swoim czasie jasno i wyraźnie odmówił
wzięcia udziału w takiej operacji. To co robi NBP przypomina postawę prezesa
firmy, który trzyma duże pieniądze na niskooprocentowanym rachunku bieżącym i
mówi „ mam kasę na 7 miesięcy funkcjonowania firmy nawet bez żadnych
przychodów, więc co się będę martwił o sprzedaż”.
Druga sprawa, która mnie zbulwersowała to sposób w jaki została
przedstawiona słynna już rezerwa rewaluacyjna. Ja przyznam szczerze nie
jestem fachowcem od księgowości NBP, natomiast znam się co nieco na
księgowości firm. W związku z tym widzę oczywiste nielogiczności w tym co na
temat rezerwy rewaluacyjnej mówi Pan Wilczyński (jak również wielu innych
komentatorów). Cytuję - „Czym więc jest rzekoma rezerwa rewaluacyjna? To po
prostu różnica między dzisiejszą złotówkową wyceną rezerw dewizowych NBP a
niższymi cenami zakupu tych dewiz przez NBP na przykład rok czy dwa lata
temu. Jeśli kiedyś płaciliśmy za dolary po 3 zł, a dzisiejsza ich cena wynosi
3,80 zł, to w wyniku dewaluacji złotówki , spadku jej wartości w stosunku do
dolara, wycena naszych rezerw dewizowych formalnie wzrosła.” Niby poprawnie,
ale nie do końca. Wzrost wartości walut w wyniku ich wyceny po aktualnym
kursie nie jest rezerwą. Jest, jak się nietrudno domyślić, przychodem, bo
mamy więcej niż mieliśmy poprzednio. Oczywiście przybyło w złotówkach, ale
całe sprawozdanie finansowe sporządzane jest wyłącznie w złotówkach.
Teoretycznie możemy ten wzrost potraktować na dwa sposoby. Przyjąć że jest to
przychód niezrealizowany i nie wykazywać go w rachunku wyników jako przychód,
lecz pokazać w bilansie jako „przychody przyszłych okresów”. One tam sobie
jak gdyby czekają i zostaną pokazane jako rzeczywisty przychód dopiero w
momencie sprzedaży. Nie jest to dobre rozwiązanie bo sztucznie pogarsza obraz
sytuacji finansowej jednostki. Dla zilustrowania tego posłużę się przykładem.
Wyobraźmy sobie, że ktoś ma 1000 dolarów które kiedyś kupił po 2 zł. Czy on
teraz powie, że te jego dolary to nędzne 2000 zł.? Oczywiście że nie. Raczej
powie, mam 3800 zł., zarobiłem 1800 zł. (kurs 3,80zł/dolar)
Dlatego lepsze jest drugie rozwiązanie. Pokazujemy cały przychód w rachunku
wyników. Mamy zysk, zarobiliśmy 1800 zł. Jest jednak problem, czy ten dolar
jednak nie spadnie? No rzeczywiście może trochę spaść. Tylko pytanie ile?
Dokonujemy oceny, tak na zdrowy rozum i zawodowe wyczucie, to się nazywa
fachowa ocena i jest przyjęte w księgowości. Przyjmujemy że nie więcej jak 50
groszy za dolara. Wyliczamy ile bylibyśmy stratni gdyby o tyle spadł dolar.
Otrzymaną kwotę równą 500 zł. księgujemy w koszty i o tyle z kolei zmniejsza
się wcześniej wyliczony zysk. Sensownie, logicznie i wiarygodnie. Ten
właściciel dolarów powiedziałby w tym momencie, rozsądnie oceniając sytuację
mam już niemal pewny zarobek 1300 zł., tego się mogę trzymać. Dopiero tutaj
pojawia się nam osławiona rezerwa rewaluacyjna. Tę kwotę, związaną z ryzykiem
osłabienia dolara z 3,80 do 3,30 którą zaksięgowaliśmy po jednej stronie w
koszty, po drugiej stronie powinniśmy zaksięgować w pasywach bilansu.
Logicznie jest nazwać ją rezerwa na ryzyko rewaluacji kursu złotówki, albo
krócej rezerwa rewaluacyjna. Tak to powinno wyglądać prawidłowo. Przy czym
zwracam uwagę, że ta rezerwa to nie jest żaden przychód, czy też wzrost
wartości walut, to raczej zapas kosztów tworzony przez przezorność i
oczywiście nie musi on być równy wcześniej pokazanemu przychodowi z tytułu
wzrostu wartości walut.
Natomiast NBP robi to jeszcze inaczej, oryginalnie. Mianowicie księguje tę
całą kwotę tak jak w wariancie pierwszym jako przychody przyszłych okresów,
czyli bez pokazywania ich w rachunku wyników i,... mało sensownie nazy
    • gazeta_to_gowno Re: Napletliście ... c.d. 15.09.05, 16:30
      Natomiast NBP robi to jeszcze inaczej, oryginalnie. Mianowicie księguje tę całą
      kwotę tak jak w wariancie pierwszym jako przychody przyszłych okresów, czyli
      bez pokazywania ich w rachunku wyników i,... mało sensownie nazywa to rezerwą
      rewaluacyjną. No i jest zagadka, o co chodzi? Możliwe że kiedyś główny księgowy
      NBP tak to, niezbyt fortunnie, wymyślił i już tak zostało. Możliwe jest jednak,
      że kryje się za tym pewien zamysł. Załóżmy że NBP nie chce dać rządowi
      pieniędzy. Wtedy mówi to nie są żadne realne dochody, to są dopiero przyszłe
      przychody i ewentualne zyski, nie możemy dać czegoś czego jeszcze nie ma i
      czego może nigdy nie być. Jeżeli natomiast NBP z jakichś sobie znanych powodów
      chciałby dać rządowi pieniądze to wtedy może pójść po rozum do głowy i nagle
      spostrzec, że przecież tych rezerw narobił bez sensu, w nadmiarze i niezgodnie
      ze zdrowym rozsądkiem. W związku z czym część rezerw trzeba natychmiast
      rozwiązać. Wtedy zwiększa się zysk NBP, a zysk NBP zgodnie z prawem jest
      wpłacany do budżetu państwa.
      Całkiem niedawno, mniej więcej przed rokiem wystąpiło ciekawe zjawisko. NBP
      nagle znalazł miliard złotych, o tyle nagle wzrósł jego zysk i o tyle więcej
      wpłacił do budżetu. Balcerowicz nigdy nie wyjaśnił skąd się te pieniądze
      wzięły. Przypadkiem zbiegło się to z początkiem przygotowań do naszego
      zaangażowania w Iraku. Ja oczywiście nawet nie śmiem podejrzewać, że ta
      zbieżność dat i faktów może nie być przypadkowa.
      Reasumując. NBP utrzymuje absurdalnie wysoki poziom rezerwy na ryzyko
      rewaluacji kursu złotówki. Kierownictwo NBP najwyraźniej zakłada, że kiedyś
      waluty spadną do poziomu po jakim były kupowane przed wielu laty, czyli do
      poziomu 2-3 zł. za dolar. Taki rozwój wypadków jest bardzo mało prawdopodobny,
      a tak daleko idąca ostrożność jest błędem. Dlatego należy urealnić poziom tej
      rezerwy, czyli po prostu znaczną jej część rozwiązać, a wynikający stąd zysk
      powinien zasilić budżet państwa. Nie narusza to konstytucji, gdzie jest mowa o
      tym, że deficyt budżetowy nie może być pokrywany przez zaciąganie zobowiązania
      w centralnym banku państwa. Wpłata zysku nie rodzi zobowiązania po stronie
      budżetu, gdyż budżet nie musi oddać tej kwoty.
      Na tym kończę prostowanie, moim zdaniem, błędnych informacji i zajmę się
      pewnymi zawartymi w artykule opiniami, które wymagają polemiki. Autor stwierdza
      w podtytule, że „ Rezerwa rewaluacyjna to wynik dewaluacji złotego, a nie
      przyrostu zasobów dewizowych” – skąd wywodzi tezę, „że ta rezerwa jest
      pozorna”, czyli przyrost jest w istocie fikcyjny. Widzę tu błąd w rozumowaniu.
      Jeżeli bowiem prawnym środkiem płatniczym jest w Polsce złoty, to należy
      wszystko wyceniać w tym pieniądzu według aktualnych cen. Dzisiaj te waluty są
      tyle warte za ile można by je sprzedać za złotówki. Ich wartość historyczna nie
      ma znaczenia, kompletnie fałszuje obraz. A gdybyśmy byli po okresie intensywnej
      inflacji i wartość naszych walut w cenach historycznych byłaby 100 razy
      mniejsza od ich wartości w cenach bieżących? Jaki sens miałoby posługiwanie się
      tą, nieaktualną już wartością w bieżących analizach, porównaniach i decyzjach?
      Żaden. Gdybyśmy tak próbowali robić, prowadziłoby to do całkowicie mylnych
      wniosków i decyzji. Innymi słowy - to rzeczywiście nie jest wynik przyrostu
      zasobów dewizowych, lecz wynik przyrostu ich wartości w wyrazie złotówkowym. A
      właśnie ich obecna wartość złotówkowa jest istotna dla nas w bieżących
      decyzjach i działaniach.
      Do jakiego paradoksu prowadzi rozumowanie Pana Wilczyńskiego pokazuje nawet
      pobieżna analiza bilansu NBP. Mianowicie wartość walut obcych (po aktualnym
      kursie), którymi dysponuje NPB to ok. 120 mld zł , natomiast pieniądz gotówkowy
      w obiegu to ok. 50 mld zł. Czyli gdyby Polacy przeznaczyli całe swoje zasoby
      gotówki na wykup walut od NBP to nie byliby wstanie wykupić nawet ich połowy,
      mimo że w momencie skupywania z rynku tych walut NBP płacił za nie „żywą”
      gotówką, tyle że po ówczesnych cenach . Jak wytłumaczyć ten paradoks.
      Podstawowa przyczyna to właśnie utrzymywanie przez NBP owej rezerwy
      rewaluacyjnej, co sprowadza się do odmowy wpuszczenia do obiegu gotówki
      adekwatnej do aktualnej wartości posiadanych przez NBP zasobów dewizowych. Są
      też inne powody związane z działaniami NBP polegającymi na ściąganiu z rynku
      części wpuszczonych wcześniej do obiegu zasobów gotówki. Efekt tego wszystkiego
      jest, powiedziałbym absurdalny. Gdyby bowiem Rząd RP radykalnie ograniczył
      wydatki, zamienił deficyt budżetowy w nadwyżkę i zaczął spłacać długi
      zagraniczne to i tak nie na wiele by się to zdało, bo wkrótce zabrakło by mu
      pieniędzy (złotówek), jak również cały obieg pieniężny zostałby tym razem
      definitywnie wyczyszczony z pieniądza. Tu dodatkowe wyjaśnienie, typowa
      procedura jest taka, że rząd najpierw odkupuje od NBP za złotówki waluty, a
      dopiero później może nimi regulować zagraniczne zobowiązania.
      Zadziwiające i moim zdaniem bardzo niezdrowe jest też to, że NBP emituje
      pieniądz niemal wyłącznie pod skup walut obcych, które stanowią niemal 90% jego
      aktywów. Czyli niemal nie funkcjonują inne formy kreacji pieniądza. A akurat ta
      preferowana przez NBP forma jest dla nas szczególnie kosztowna, ponieważ jeżeli
      jest to pieniądz pożyczony przez polskie podmioty gospodarcze to płacą one
      oprocentowanie rzędu 6-8%, natomiast NBP po skupieniu tych środków lokuje je z
      oprocentowaniem rzędu 1-2%. A tak naprawdę cała operacja sprowadza się do tego,
      że pieniądze przychodzą z zachodu i wkrótce tam wracają, a na rynek trafia
      dodatkowa ilość złotówek, no a my jako kraj jesteśmy stratni o różnicę w
      oprocentowaniu. Czy naprawdę ten kosztowny zagraniczny pośrednik jest potrzebny
      do emisji polskiego pieniądza? No i co też niezmiernie interesujące, akurat w
      tym przypadku nie słychać głosów przestrogi, że napędza to inflację, chociaż
      jest to, bez żadnych wątpliwości dodruk pieniądza. Ciekawe prawda?
      Na koniec chciałbym się zająć meritum artykułu, czyli owym
      tytułowym „skokiem na kasę”. Na wstępie muszę poinformować osoby słabiej
      zorientowane w temacie, że na pewno „duzi Andrzejek i Renatka ”, nie mają
      szans bezpośrednio i osobiście wyjąć cokolwiek z tej kasy, nie o to chodzi w
      tym artykule. Wyjaśniam to, bo z pewnością niejeden czytelnik tak zrozumiał ten
      artykuł, mimo że nie zostało to tam tak powiedziane. Natomiast istota sporu
      sprowadza się do tego czy zwiększyć ilość pieniądza w obiegu (dodrukować), czy
      nie. Autor jest temu przeciwny, jak jestem za. Dlaczego? W każdej niemal
      książce zajmującej się kwestią obiegu pieniężnego jest napisane, że zwiększenie
      ilości pieniądza w obiegu sprzyja ożywieniu aktywności gospodarczej (i vice
      versa), przy czym bardziej precyzyjni autorzy dodają, że taki efekt występuje
      tylko w warunkach niepełnego wykorzystania możliwości wytwórczych gospodarki– i
      słusznie, to bardzo ważne zastrzeżenie. Przy pełnym wykorzystaniu możliwości
      wytwórczych gospodarki większa ilość pieniądza w obiegu, to jedynie większa
      inflacja. Jaką zatem mamy obecnie w Polsce sytuację. Wykorzystanie możliwości
      gospodarki bardzo małe (na poziomie 70%), ogromne niezaspokojone potrzeby
      większości społeczeństwa, no i wielomilionowa rzesza bezrobotnych gotowych do
      ciężkiej pracy nawet za relatywnie niewielkie wynagrodzenie. Ktoś mógłby
      zapytać dlaczego ci ludzie nie wezmą się do roboty i nie zaspokoją swoich
      potrzeb? Ano dlatego że gospodarka naturalna to się już dość dawno skończyła,
      żyjemy w epoce gospodarki towarowo-pieniężnej, do której jak sama nazwa
      wskazuje potrzebny jest też pieniądz, i to w odpowiedniej ilości. Aby wytworzyć
      pewną ilość dóbr i usług w określonym czasie musi być przeprowadzona pewna
      ilość transakcji kupna-sprzedaży, które wymagają dostatecznej ilości pieniądza
      dla obsługi tych transakcji. Jeżeli pieniądza jes
      • gazeta_to_gowno Re: Napletliście ... c.d. 15.09.05, 16:32
        Ano dlatego że gospodarka naturalna to się już dość dawno skończyła, żyjemy w
        epoce gospodarki towarowo-pieniężnej, do której jak sama nazwa wskazuje
        potrzebny jest też pieniądz, i to w odpowiedniej ilości. Aby wytworzyć pewną
        ilość dóbr i usług w określonym czasie musi być przeprowadzona pewna ilość
        transakcji kupna-sprzedaży, które wymagają dostatecznej ilości pieniądza dla
        obsługi tych transakcji. Jeżeli pieniądza jest za mało to i transakcji jest
        mniej, a zatem aktywność gospodarcza ulega ograniczeniu. Najlepiej widać to w
        firmach. Obrazek typowy dla dzisiejszej Polski. Firma pracuje na 60% swoich
        możliwości, prezes kombinuje kogo by tu jeszcze zwolnić i jakiego użyć fortelu,
        aby wydębić jeszcze gdzieś jakieś zamówienie. Potencjalni odbiorcy mówią, że
        oni nawet by to i to zamówili – bo potrzebują, ale nie mają pieniędzy, więc jak
        zamówią to mniej i z opóźnionym terminem zapłaty. Prezes zachęca ich obniżając
        cenę. Składają zamówienie. Aby je zrealizować prezes obiecuje swoim dostawcom,
        którzy nie chcą mu realizować zamówień bo nie płaci, że już niedługo zapłaci.
        Zamówienie jest realizowane. Odbiorcy płacą z miesięcznym opóźnieniem w
        stosunku do pierwotnie ustalonego terminu po serii ostrych ponaglających
        telefonów. Prezes zastanawia się czy wypłacić wynagrodzenia załodze, które są
        już opóźnione o tydzień, czy zapłacić dostawcom, którym zalega już dwa
        miesiące, czy zapłacić w terminie podatki. Piękny ten nasz kapitalizm. Gdyby to
        dotyczyło kilku procent firm, to nie byłoby problemu, słabe firmy – zapewne już
        niedługo zbankrutują. Niestety dotyczy to większości gospodarki i jest to
        oczywisty objaw braku dostatecznej ilości pieniądza w obiegu. A różni mądrale,
        zazwyczaj wygodnie i bezpiecznie uwieszeni pod budżetem (który jak wiadomo
        bankrutuje ostatni) pokrzykują „ co, zachciało im się dodruku pieniądza,
        inflację chcą rozkręcić, praw ekonomii nie znają”. Powiedzenie „bogaty biednego
        nie zrozumie” nie bardzo tu pasuje, bardziej pasuje cyniczne „rząd się zawsze
        wyżywi”. A co się naprawdę stanie po dodruku pieniądza? Podstawowa zasada jest
        prosta – wzrost ilości pieniądza w obiegu idzie: po części we wzrost produkcji
        po części we wzrost cen - rzecz w tym w jakich proporcjach. Nacisk na wzrost
        cen rośnie w miarę zbliżania się do 100% wykorzystania wytwórczych możliwości
        gospodarki. Typowy objaw takiej sytuacji to konieczność pracy w nadgodzinach z
        powodu dużej ilości zamówień. Nadgodziny są wyżej płatne, a to powoduje ekstra
        koszty i skłania do podnoszenia cen. Niezależnie od tego podstawowe znaczenie
        dla ograniczenia wzrostu cen ma skuteczna polityka antymonopolowa oraz otwarcie
        gospodarki na wymianę zagraniczną, gdyż konkurencja zagraniczna w wielu
        wypadkach bardzo skutecznie potrafi pohamować apetyty firm krajowych. Obecnie w
        Polsce: możliwości gospodarki są wykorzystywane bardzo słabo; otwarcie kraju na
        wymianę międzynarodową jest niemal stuprocentowe; jeśli chodzi o zwalczanie
        monopoli to są postępy, chociaż chciałoby się więcej. Nietrudno więc
        przewidzieć, że po dodruku pieniądza wzrośnie przede wszystkim produkcja i
        dochód narodowy. A co do inflacji, też może trochę wzrosnąć - może nawet do 5%
        rocznie. Tyle że od takiej inflacji to nikt jeszcze nie umarł. A od nędzy i
        bezrobocia to i owszem.
        • Gość: sluchacz Re: Napletliście ... c.d. IP: *.aster.pl / *.aster.pl 15.09.05, 20:22
          ech, przemeczylem ten tekst i powiem krotko:
          panie specjalista, a teraz do modelu wprowadz pan zalozenie gospodarki otwartej
          (realnie Polska) ... i co wtedy????
          ano g...wno -> dodruk pieniadza -> potezny deficyt w hz (i rachunku biezacym
          bilansu platniczego). czyli totalne zadluzenie, a nie zadne ozywienie.
          tyle.
          dzizas ile to juz razy walkowano....
    • gazeta_to_gowno pleciecie dalej, moje gratulacje 19.09.05, 15:32
      Jakiś komentator znów dzisiaj sugerował, że rezerwy dewizowe są potrzebne w
      celu zabezpieczenia emisji polskiej złotówki. Ta bujda puszczona kiedyś w
      obieg, jak widzę jest niezwykle żywotna. Ponadto któryś komentator najwyraźniej
      pomylił rezerwę budżetową z rezerwa rewaluacyjną, jakoś nie przypominam sobie,
      aby Lepper proponował wykorzystanie rezerwy budżetowej.
      Ja myślę, że jakby skontrolować tych "wybitnych" fachowców od kampanii
      kontrolowanej, to dopiero byłby połów.
    • gazeta_to_gowno POTWORDZAJĄ SIĘ MOJE NAJGORSZE OBAWY 27.09.05, 13:01
      Już od dawna miałem takie przypuszczenie, że różni znani mądrale z mediów są
      umysłowo raczej ograniczeni, także ci z którymi nieraz polemizuje tu i ówdzie
      na forum. Potwierdziło się, przeczytanie ze zrozumieniem dość trudnego tekstu
      na kilka stron A-4 przekracza ich możliwości.
      Tak przy okazji dodam, że kiedyś znałem dwie osoby, które póżniej zostały
      wiceministrami. Cóż, nie byli uważani za zbyt inteligentnych. Potwierdza się.
      Osoby z tzw. głównego nurtu (czyli np. zawodowi krytycy Leppera) są po prostu
      tępe z natury i zwyczajnie nie rozumieją o co chodzi.
      Myślę, że zakończę pisywanie tu i ówdzie polemicznie na forum, raczej
      zatroszczę się o odpowiednią ilość szkół specjalnych dla umysłowo obciążonych.
      Będzie z tego większy pożytek.
Pełna wersja