buldog2
28.09.05, 20:49
Na budowie pomyślnych perspektyw najwięcej zyskiwała PO, znacznie mniej PiS i
wydaje się, że to przeważyło na przyśpieszonym niszczeniu takiego obrazu
świata.
Wdrożono projekt oparty na lęku i resentymentach, który wpłynął – jak to w
kampanii negatywnej – na odpływ dopiero co pozyskanego elektoratu nadziei.
Nadziei zaledwie powstałej i wątłej.
Wynik Platformy nieco nadwątliły deklaracje, że lepszy, [ten] który więcej
umie, jest bardziej pracowity, będzie zarabiać więcej. PiS dużą wagę
przykładał do tego, by podobne skojarzenia nie w umysłach wyborców nie
powstawały.
Na marginesie, trzeba koniecznie dodać, że jeśli kto zmienia swoje poglądy na
świat po obejrzeniu kilku ulotek, plakatów, reklamówek telewizyjnych i
radiowych etc. etc., to wyłącznie skończony kretyn. Nie mam nic wspólnego z
polityką, dlatego mogę sobie na taką uwagę pozwolić. Z całą pewnością ta
wstrętna, oszczercza uwaga w żadnym razie nie pomniejsza wartości demokracji
w jakiejkolwiek postaci, za to wiele mówi o autorze.
W społeczeństwie objętym kryzysem zaufania i frustracją kampania negatywna
jest zawsze bardzo efektywna. Widzieliśmy to na przykładzie Cimoszewicza,
który błyskawicznie stracił (spadek z 37% do 17%) 20% głosów. Ale po jego
rezygnacji dokonało się rytualne pogrzebanie zła, przeniesienie go na
zarżniętą ofiarną kurę, kozła, jajko, kłębek wełny przeznaczony na spalenie
etc. W powszechnym odczuciu świat doznał odnowy i zblakła śpiąca figura wroga.
Schematy kampanii negatywnej są tak znane, że nic nowego wymyślić się nie da.
Wybrano wariant bardziej złożony: wywołanie poczucia zagrożenia, a dopiero
później i z flanki, materializacja archetypu wroga (ulubione zajęcie Ojca
Dyrektora), i uderzenie.
Efekt zagrożenia uzyskano przez odwołania do schematu zagrożenia podstaw
egzystencji. „PiS-owskie lodówki ze znikającą żywnością” straszyły chyba dwa
dni, zanim do ataku na Platformę dała sygnał artyleria pokładowa
toruńskiej „Aurory”. Dla osiągnięcia wątpliwych, bardzo wątpliwych
(destrukcja prowadzona tak, by koalicjant stracił więcej) celów odwołano się
do środków i ludzi niegodnych. Szkoda.
Zrealizowano grę o sumie ujemnej, o wyniku ujemnym dla obu koalicjantów, ale
bardziej dla PO, niż dla PiS. – ZABIĆ NADZIEJĘ – to chyba najgorsze z
dokonań Ojca Dyrektora. W konsekwencji frekwencja spadła o kilka, wydaje się
że 4÷5, procent uprawnionych do głosowania. PO straciła 10 do 15 procent,
PiS – nie więcej, niż 5 i jego względna pozycja się poprawiła.
Ale, jak się okazuje, zatopić, niszczyć przemyślnie i doszczętnie, nawet tego
toruński krążownik nie potrafi. Zamiast stopniować napięcie, długo machać
skrzydłami na tle księżyca, jednym tchem wskazano wroga – tak złamał kanon
literatury grozy. Podobnie na planie strategicznym – wprowadznono niepewność,
ale nie udało się wpoić ludziom nienawiści.
Beneficjentem gry został także SLD, który zwiększył stan posiadania o ponad
4%, ale i utrzymał klub parlamentarny. Takiego wzrostu poparcia nie sposób
przypisać ani skuteczności kampanii (w ostatnich sondażach 4÷7%), w której
Partia przedstawiła swojego szefa jako zombie, ani poparciu prezydenta
podzielonemu pomiędzy SLD i SdPl. Nic wtedy nie zmieniło się prócz powrotu od
PO do Sojuszu eseldowskich i im podobnych wyborców przerażonych wizją
pustoczejących lodówek.
Strategia zaczyna przenosić się na wybory prezydenckie. Należy zgodzić się z
opinią Piotra Semki, że prezydent Lech Kaczyński będzie chciał sięgnąć po
inny elektorat, niżeli tradycyjny PiS-u. Może być utrzymana mobilizacja
elektoratu negatywnego PO, jak również, jako jej konsekwencja, dalsza
marginalizacja „elektoratu nadziei”. (Rzeczywiście. Negatywne przeniesienie
jeszcze nie zanikło i poparcie dla bloku PiS-PO spadło – o 3% PO, 1% PiS.)
Kalkulacja może zakładać próbę przejęcia elektoratu SLD, który ze względu na
głośniej artykułowane postulaty dekomunizacji PiS jest postrzegany przezeń
jako większe zło. Tę kwalifikację może zmienić tylko odwołanie się do lęków
głębszych bardziej pierwotnych, niżeli dokuczliwości dekomunizacji.
Chodzi za mną piosenka mojej ulubionej Edyty Bartosiewicz o tym, jak trudno
razem być ze sobą, ale trzeba. Gdyby udało się wprowadzić program gospodarczy
zgodnie z rozumem, a kierowanie rządem uniknęło stylu Mariana Krzaklewskiego,
ta kolicja byłaby dobrem większym, niż jej brak.
Kiedy na Brackiej pada deszcz i człowiek czuje się pod psem, można włączyć
radio i przez chwilę posłuchać choćby najprostszej muzyki, byle dodającej
otuchy. Nadziei zadano cios, ale nie unicestwiono. Kiedy człowiekowi potrzeba
oparcia, powinien zapomnieć o reszcie świata i zajrzeć na kolorową stronę
Szczebiotu, www.mchelminiak.pl – akurat dziś Szczebiot kończy piętnaście lat:
„Jeżeli radość tkwi w samym rdzeniu życia, czy można się dziwić, że jest
nieopanowana?”
Warto do Szczebiotu napisać – odpowiada chętnie.
„To ja będę premierem, jeśli wygra PiS” mówił przed wyborami Jarosław
Kaczyński. Tymczasem od wczoraj „Partia kieruje, rząd rządzi”. P. Dorota
Gawryluk powiedziała: „Jedno mi się w głowie nie mieści, że Jarosław
Kaczyński bardziej kocha brata, niż Polskę.” A mnie znów kojarzy się to z
Edytą Bartosiewicz – „nic nie jest już – tak jak kiedyś”.
Tylko „politolodzy są zachwyceni; tyle się wokół nas dzieje, tyle się o nas
mówi i jest czego słuchać”.
Zacząłem pisać zaraz po ogłoszeniu wyborów. Już po ósmej, mimo wątpliwe
zabiegów TVP, w wielu komentarzach widać było zmianę. Podobał mi Piotr
Stasiński: powiedział, i było widać że nie kłamie, że nie mówi w czyimś
imieniu, tylko we własnym. To było prawdziwe.
Bez nawijania, bardzo rzetelna, rzeczowa była Monika Olejnik. Dzień później,
w czasie całej rozmowy liderów PiS i PO prócz pełnienia zwykłych obowiązków
dziennikarza Monia starała się o jeszcze coś dobrego. Było to daleko nie
łatwe i nieoczywiste... namówić ich do rozmowy. Dlatego kiedy udało się
zacząć, podziwialiśmy nie tylko śliczną główkę Moniczki, ale i pomyślunek.
Na koniec spotkania padło słowo nadzieja. To samo określenie, które przyszło
mi na myśl w niedzielę wieczorem, a w zupełnie innym kontekście. O wiele
jaśniejszym.
Skoro już musimy myśleć w kategoriach przeciwstawienia, dobra i zła, trzeba
wytrwać po stronie i nadziei... i dwóch pozostałych. – Jeszcze jedna
opowiastak Edyty Bartosiewicz: „Przemoknięte serca miast... tylko my...”
Nie tracimy nadziei.
Poprzednim razem napisałem, o Gazecie, że robi coś „nahalnie”. Popełniłem
literówkę (z pewnością nie jedyną, przepraszam), a wyszedł kiks. Więcej o tym
może następnym razem.
Buldog toczy pianę i się zanosi...
Aż się dziwię, że ludzie czytają...