Pieśń dziad(k)owska

20.10.05, 17:00
Pieśń dziad(k)owska

Stanisław Michalkiewicz

Ajajajajajajaj! Kiedy, zgodnie zresztą z przewidywaniami, obydwaj kandydaci na prezydenta wystrzelali już całą amunicję "programową", to znaczy uzdrowili gospodarkę, zlikwidowali społeczne plagi, "uszczelnili" system podatkowy i zapowiedzieli, że wszystkich będą dusić gołymi rękoma, pojawił się problem, czym by tu wypełnić dwa tygodnie, jakie pozostały do drugiej tury wyborów prezydenckich. Wprawdzie obydwaj kandydaci wałęsają się po kraju, ciułając głosy, ale powoli przestaje to kogokolwiek obchodzić, więc pojawiła się obawa, że do głosowania pójdą wyłącznie klienci i najbliższe rodziny obydwu kandydatów. Mogłoby to ostatecznie poderwać zaufanie do naszej młodej demokracji, więc razwiedka postanowiła więdnącą kampanię jakoś ożywić. Skoro Andrzej Lepper nie może zdecydować się, którego kandydata poprzeć, to rzeczywiście o wyborze może zdecydować najbliższa rodzina. Najbliższa rodzina? Parfaitement, w takim razie dawaj ją prześwietlać! W ten oto sposób mogło dojść do sytuacji, że red. Jacek Kurski "powiedział kilka słów za dużo" dla "Angory" na temat dziadka Donalda Tuska, że to niby po Pomorzu krążą pogłoski, jakoby służył on w Wehrmachcie. Na takie dictum Donald Tusk poskarżył się na cierpienia, jakie w związku z tymi podejrzeniami stały się udziałem nie tylko jego, ale i najbliższej jego rodziny, co oczywiście wywołało współczującą reakcję całego Salonu, który po cichu Donalda Tuska wspiera i po jego zwycięstwie bardzo wiele sobie obiecuje. Sztab Donalda Tuska wydobył skądciś dokumenty, że obydwaj dziadkowie kandydata Platformy w żadnym Wehrmachcie nie służyli, co natychmiast pokazały telewizje wprost prześcigające się w żarliwym obiektywizmie po stronie Donalda Tuska. Nie tylko pokazały, ale obydwie Guwernantki Narodu Polskiego, tj. państwowa, w osobie Moniki Olejnik i komercyjna - w osobie Justyny Pochanke, pryncypialnie red. Kurskiego potępiły. Żeby nie było najmniejszych wątpliwości, JE abp Józef Życiński, który tego dnia chyba akurat miał Dienst w sztabie Donalda Tuska, też natychmiast Jacka Kurskiego "potępił", wskazując na PRL-owski rodowód zainteresowania cudzymi dziadkami. Naturalnie Ekscelencja jak zwykle się myli, bo obyczaj ten ma rodowód wcale nie PRL-owski, tylko sarmacki. W I Rzeczypospolitej praktykowało się tzw. naganę szlachectwa, przy której stosowano zasadę ostende patrem patris, a więc właśnie legitymowania się dziadkami, z czym co poniektórzy, w szczególności szlachta jerozolimska, miewała kłopoty. Rodowody szlachty jerozolimskiej wyglądały nieco inaczej, o czym wspomina w swoich pismach Tuwim: "Rodzinnych kronik idąc śladem / Opowiadają ludzie starzy / Że B..son R..skiej był pradziadem, / Zasię wywodził się z karczmarzy; / Miał karczmarz B..son wuja Szmula / A Szmul Pinkusa miał i Srula, / Którego żona Cypa Łaja / Na mendle sprzedawała jaja. / Mendel był także synem Łai, / Złośliwi mówią, że od Szai, / Ten Szaja ze swym szwagrem Joskiem / Handlował rybą, tudzież czosnkiem"... i tak dalej. Ale - do rzeczy. W obliczu tak stanowczych potępień ze strony Salonu, Ekscelencji i obydwu Guwernantek Narodu Polskiego, Lech Kaczyński też red. Kurskiego potępił, a partyjny sąd PiS wywalił go z partii na zbity łeb.

Ajajajajajajaj! Tymczasem - co się okazało? Okazało się, że w niemieckim archiwum dziennikarze śledczy (czy aby nie zaprowadzeni przez razwiedkę?) zdybali dokumenta, w których stoi, że dziadek w Wehrmachcie jednak służył, w związku z czym nawet jest też możliwa nieprzyjemna rzecz - że mianowicie figurował na tzw. Volksliście, co na Pomorzu było rzeczą nagminną z uwagi na germanizacyjną politykę Rzeszy. W takim razie, jeśli nawet red. Kurski "nie wiedział, a powiedział", to jednak - powiedział prawdę! A to ci dopiero historia, a to dopiero obciach! Co za "dokumenty" w takim razie przedstawił sztab Donalda Tuska i skąd je wytrzasnął? Ale o tym - sza! Żaden z "dziennikarzy śledczych" ani się na ten temat zająknie! Cóż bowiem z tego, że red. Kurski powiedział prawdę, skoro objawiło się to dopiero po stanowczych potępieniach ze strony Salonu, Guwernantek, Ekscelencji i samego Lecha Kaczyńskiego? Stanowczych potępień odwołać nie można, bo inaczej i Salon, i Guwernantki, i Ekscelencja, i Lech Kaczyński mogliby utracić trochę prestiżu, a nie ma nic gorszego niż nadwątlony prestiż. Przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy to całe stado autorytetów moralnych, wśród których było nawet kilka "niewątpliwych autorytetów moralnych", tzn. konfidentów Służby Bezpieczeństwa, odsądziło mnie bez mała rok temu od czci i wiary za ujawnienie agenturalnej przeszłości prof. Kłoczowskiego. I autorytety, i Ekscelencja pewnie myślały, że ja też "nie wiedziałem, a powiedziałem", więc kiedy przedstawiłem dowody, podobnie zapadło kłopotliwe milczenie aż do dnia dzisiejszego. Mniejsza już o Salon, bo to miejsce, gdzie salonowcy oklepują sobie nawzajem pośladki gwoli podtrzymania więzi osobniczych, mniejsza o Guwernantki, bo jak nie te, to razwiedka wyznaczy nam inne, ale Lech Kaczyński, Kandydat Niezłomny? Oto go macie - jak Salon tupnie, to nasz Niezłomny podkula pod siebie ogon, a niezawisły sąd partyjny Prawa i Sprawiedliwości (he, he!) też "powinność swej służby rozumie". Przy okazji przerwania ekshumacji w Jedwabnem na żądanie (!) "strony żydowskiej" (?) można było nabrać niejakich podejrzeń, że krowa, co dużo ryczy, mało mleka daje, ale skoro takie sytuacje się powtarzają, to czy nie można już nabrać pewności?

Jeśli chodzi o Donalda Tuska, to pocałunek Almanzora złożył na jego czole Marek Borowski, przywódca Socjaldemokracji Polskiej, która krytykowała SLD, że "zdradził ideały Lewicy". Oto ten radykalny lewita powiada, że "bliżej mu" do Donalda Tuska i że będzie na niego głosował. Znaczy - skądś wie, że ten cały "liberalizm", to pic na wodę, ot tak, żeby było ładniej, podczas gdy naprawdę chodzi o to, by wszystkim beneficjantom "okrągłego stołu" zagwarantować następne pięć lat dobrego fartu. Na to liczy Lech Wałęsa, który pewnie już nie wie, które plusy są dodatnie, a które - ujemne. Wreszcie - sam "prezio" Kwaśniewski, który w Dzień Papieski pofatygował się nawet do Łagiewnik, gdzie nabożnie uczestniczył we Mszy św. inaugurującej fundację "Nie Lękajcie Się". Czy naprawdę ma czego się lękać nawet w przypadku wygranej Lecha Kaczyńskiego - to inna sprawa, ale Aleksander Kwaśniewski nigdy nie był specjalnie odważny, a poza tym - strach ma wielkie oczy, więc kto wie; może nawet się ochrzci? Żeby tylko chrzest przyjął mu się od pierwszego razu, bo to podobno nie zawsze się udaje. Zresztą - czekamy na cuda potrzebne do procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, więc nawrócenie "prezia" może przyjść w samą porę.
    • Gość: Grzegorz tydzień cudów się szykuje IP: *.toya.net.pl 20.10.05, 17:55
      jeżeli to prawda to nawrócenie prezia będzie największym faktem prasowym od
      czasów nawrócenia Litwy
Pełna wersja