Tuskowska pieśń dziad(k)owska

20.10.05, 19:21
Skoro Andrzej Lepper nie może zdecydować się, którego kandydata poprzeć, to
rzeczywiście o wyborze może zdecydować najbliższa rodzina. Najbliższa
rodzina? Parfaitement, w takim razie dawaj ją prześwietlać! W ten oto sposób
mogło dojść do sytuacji, że red. Jacek Kurski "powiedział kilka słów za dużo"
dla "Angory" na temat dziadka Donalda Tuska, że to niby po Pomorzu krążą
pogłoski, jakoby służył on w Wehrmachcie. Na takie dictum Donald Tusk
poskarżył się na cierpienia, jakie w związku z tymi podejrzeniami stały się
udziałem nie tylko jego, ale i najbliższej jego rodziny, co oczywiście
wywołało współczującą reakcję całego Salonu, który po cichu Donalda Tuska
wspiera i po jego zwycięstwie bardzo wiele sobie obiecuje. Sztab Donalda
Tuska wydobył skądciś dokumenty, że obydwaj dziadkowie kandydata Platformy w
żadnym Wehrmachcie nie służyli, co natychmiast pokazały telewizje wprost
prześcigające się w żarliwym obiektywizmie po stronie Donalda Tuska. Nie
tylko pokazały, ale obydwie Guwernantki Narodu Polskiego, tj. państwowa, w
osobie Moniki Olejnik i komercyjna - w osobie Justyny Pochanke, pryncypialnie
red. Kurskiego potępiły. Żeby nie było najmniejszych wątpliwości, JE abp
Józef Życiński, który tego dnia chyba akurat miał Dienst w sztabie Donalda
Tuska, też natychmiast Jacka Kurskiego "potępił", wskazując na PRL-owski
rodowód zainteresowania cudzymi dziadkami. Naturalnie Ekscelencja jak zwykle
się myli, bo obyczaj ten ma rodowód wcale nie PRL-owski, tylko sarmacki. W I
Rzeczypospolitej praktykowało się tzw. naganę szlachectwa, przy której
stosowano zasadę ostende patrem patris, a więc właśnie legitymowania się
dziadkami, z czym co poniektórzy, w szczególności szlachta jerozolimska,
miewała kłopoty. Rodowody szlachty jerozolimskiej wyglądały nieco inaczej, o
czym wspomina w swoich pismach Tuwim: "Rodzinnych kronik idąc śladem /
Opowiadają ludzie starzy / Że B..son R..skiej był pradziadem, / Zasię
wywodził się z karczmarzy; / Miał karczmarz B..son wuja Szmula / A Szmul
Pinkusa miał i Srula, / Którego żona Cypa Łaja / Na mendle sprzedawała
jaja. / Mendel był także synem Łai, / Złośliwi mówią, że od Szai, / Ten Szaja
ze swym szwagrem Joskiem / Handlował rybą, tudzież czosnkiem"... i tak dalej.
Ale - do rzeczy. W obliczu tak stanowczych potępień ze strony Salonu,
Ekscelencji i obydwu Guwernantek Narodu Polskiego, Lech Kaczyński też red.
Kurskiego potępił, a partyjny sąd PiS wywalił go z partii na zbity łeb.

Ajajajajajajaj! Tymczasem - co się okazało? Okazało się, że w niemieckim
archiwum dziennikarze śledczy (czy aby nie zaprowadzeni przez razwiedkę?)
zdybali dokumenta, w których stoi, że dziadek w Wehrmachcie jednak służył, w
związku z czym nawet jest też możliwa nieprzyjemna rzecz - że mianowicie
figurował na tzw. Volksliście, co na Pomorzu było rzeczą nagminną z uwagi na
germanizacyjną politykę Rzeszy. W takim razie, jeśli nawet red. Kurski "nie
wiedział, a powiedział", to jednak - powiedział prawdę! A to ci dopiero
historia, a to dopiero obciach! Co za "dokumenty" w takim razie przedstawił
sztab Donalda Tuska i skąd je wytrzasnął? Ale o tym - sza! Żaden
z "dziennikarzy śledczych" ani się na ten temat zająknie! Cóż bowiem z tego,
że red. Kurski powiedział prawdę, skoro objawiło się to dopiero po
stanowczych potępieniach ze strony Salonu, Guwernantek, Ekscelencji i samego
Lecha Kaczyńskiego? Stanowczych potępień odwołać nie można, bo inaczej i
Salon, i Guwernantki, i Ekscelencja, i Lech Kaczyński mogliby utracić trochę
prestiżu, a nie ma nic gorszego niż nadwątlony prestiż. Przekonałem się o tym
na własnej skórze, kiedy to całe stado autorytetów moralnych, wśród których
było nawet kilka "niewątpliwych autorytetów moralnych", tzn. konfidentów
Służby Bezpieczeństwa, odsądziło mnie bez mała rok temu od czci i wiary za
ujawnienie agenturalnej przeszłości prof. Kłoczowskiego. I autorytety, i
Ekscelencja pewnie myślały, że ja też "nie wiedziałem, a powiedziałem", więc
kiedy przedstawiłem dowody, podobnie zapadło kłopotliwe milczenie aż do dnia
dzisiejszego. Mniejsza już o Salon, bo to miejsce, gdzie salonowcy oklepują
sobie nawzajem pośladki gwoli podtrzymania więzi osobniczych, mniejsza o
Guwernantki, bo jak nie te, to razwiedka wyznaczy nam inne, ale Lech
Kaczyński, Kandydat Niezłomny? Oto go macie - jak Salon tupnie, to nasz
Niezłomny podkula pod siebie ogon, a niezawisły sąd partyjny Prawa i
Sprawiedliwości (he, he!) też "powinność swej służby rozumie". Przy okazji
przerwania ekshumacji w Jedwabnem na żądanie (!) "strony żydowskiej" (?)
można było nabrać niejakich podejrzeń, że krowa, co dużo ryczy, mało mleka
daje, ale skoro takie sytuacje się powtarzają, to czy nie można już nabrać
pewności?

za: www.nczas.com/?a=show_article&id=2791

Stanisław Michalkiewicz
    • Gość: shocking truth Re: Tuskowska pieśń dziad(k)owska IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.10.05, 21:24
      Michalkiewicz jak zwykle znakomity

      W takim razie, jeśli nawet red. Kurski "nie
      wiedział, a powiedział", to jednak - powiedział prawdę! A to ci dopiero
      historia, a to dopiero obciach! Co za "dokumenty" w takim razie przedstawił
      sztab Donalda Tuska i skąd je wytrzasnął? Ale o tym - sza! Żaden
      z "dziennikarzy śledczych" ani się na ten temat zająknie! Cóż bowiem z tego,
      że red. Kurski powiedział prawdę, skoro objawiło się to dopiero po
      stanowczych potępieniach ze strony Salonu, Guwernantek, Ekscelencji i samego
      Lecha Kaczyńskiego? Stanowczych potępień odwołać nie można, bo inaczej i
      Salon, i Guwernantki, i Ekscelencja, i Lech Kaczyński mogliby utracić trochę
      prestiżu, a nie ma nic gorszego niż nadwątlony prestiż.
Pełna wersja