politologstosowany
27.10.05, 07:35
Cud nad urną
Wyborcy znowu sprawili niespodziankę. Po zaskakującym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych tym razem wbrew przedwyborczym sondażom w II turze wyborów prezydenckich wygrał Lech Kaczyński. Właściwie w wypadku ugrupowań prawicowych można już chyba mówić o stałym "niedoszacowaniu" ich poparcia.
Jeszcze na tydzień przed II turą sondaż TNS OBOP (dla "Polityki") przewidywał, że Donald Tusk uzyska 55 proc. poparcia, a Lech Kaczyński - 45 proc. Biorąc pod uwagę, że rzeczywisty wynik wyborów był dokładnie odwrotny, błąd OBOP-u wyniósł 20 proc. Nie inaczej prognozowała Pracownia Badań Społecznych (dla "Gazety Wyborczej"), według której na kilka dni przed wyborami prowadził Tusk 56 punktami procentowymi przed Lechem Kaczyńskim z 44. Najbardziej jednak rozminęła się z prawdą GfK Polonia (dla "Faktów" TVN), która 12 października dawała Tuskowi 62 proc. głosów, a Kaczyńskiemu 38 proc.
Speców od opinii społecznej jednak nic nie jest w stanie wprowadzić w konfuzję, nawet błąd rzędu dwudziestu kilku procent. I tak już dzień po wyborach mogliśmy słuchać ich wywodów, że elektorat jest bardzo plastyczny, że ulega ewolucji i że prawdziwa tendencja została uchwycona (chyba chodzi o spadek z 62 do 55 proc.). Tak, to bardzo piękne tłumaczenie, tylko dlaczego elektorat nie był aż tak plastyczny na 3 miesiące przed wyborami, kiedy to samotnym liderem sondaży był Donald Tusk.
Szczyt nonszalancji osiągnął jednak publicysta Tomasz Lis, według którego błąd sondaży wynikał z tego, że ludzie wstydzili się przyznać, że chcą głosować na Lecha Kaczyńskiego. Gdyby tak rzeczywiście było, to powinni się również wstydzić w dniu wyborów pytani przez ankieterów. Tymczasem w wieczór wyborczy wyniki sondaży były zaskakująco trafne.
Podsumowując pracę ośrodków badania sondaży w minionej kampanii, można by złośliwie stwierdzić, że kryterium pierwszoplanowym dla pracowni nie było pytanie, jaki jest rzeczywisty wynik, lecz dla kogo ten sondaż.
Bartosz Grodzki