wolna_galicja
16.01.04, 11:55
KOLEJORZE
W Warszawie znów pojawili się protestujący kolejarze. Domagają się -
drobnostka - dopłacania do kolei. Ile? O, właśnie w radiu wypowiedział się
jakiś ich "przedstawiciel": 500 mln zł rocznie to za mało - ale tak 800 mln
zł to byłoby w sam raz...
Nawet skromnie - biorąc pod uwagę, że jeszcze parę lat temu dopłacaliśmy 3
200 mln zł.
Ale niby dlaczego mielibyśmy dopłacać?
Potrzeby wojskowe można włożyć między bajki. Wojsko nie potrzebuje kolei.
Liczenie na kolej dyskwalifikowałoby każdego stratega. Tor kolejowy może
uszkodzić jedna bomba, ale może jeden facet, "uzbrojony" w klucz na długim
ramieniu. A proszę spróbować uszkodzić szosę! Napracuje się człowiek, namacha
kilofem - a potem podsypią trochę piachu i jedzie się dalej, zwolniwszy tylko
na chwilę.
Ludzi i towary możemy wozić samochodami - znacznie taniej. Zauważmy, że do
kolei dopłacamy - a na każdym litrze benzyny państwo zarabia 2,50 gr na
czysto! Co oznacza, że transport kołowy wydaje się obecnie ponad dwa razy
droższy niż jest w rzeczywistości. A pomimo to ludzie wolą korzystać z
samochodu...
W matematyce znany jest ciekawy (choć rzadki) sposób rozumowania. Jeśli
trudno dowieść, że A jest większe od Z, czasem udaje się znaleźć takie M,
które jest (jak łatwo sprawdzić) większe od Z - i jest (jak łatwo sprawdzić)
mniejsze od A. I to jest koniec dowodu.
Otóż sami kolejarze udowodnili, że autobusy są lepsze od kolei, czepiając się
pomysłu autobusu szynowego. Twierdzą mianowicie (kolejarze), że wprawdzie
kolej jest, rzeczywiście, nieopłacalna, ale przecież można po torach puścić
autobus szynowy, który jest od kolei znacznie tańszy.
W porządku, ale w takim razie pamiętajmy, ze zwykły autobus jest od autobusu
szynowego znacznie lepszy.
Zwykły autobus, jeśli się zepsuje, nie zablokuje drogi innemu autobusowi.
Zwykły autobus można zawrócić z dowolnego miejsca - a proszę spróbować w moim
miasteczku zawrócić autobus szynowy jeżdżący do sąsiedniego miasta. Zwykły
autobus może podjechać w dowolne miejsce. Można też z dnia na dzień zmienić
trasę zwykłego autobusu.
I wreszcie: zwykły autobus nie potrzebuje osobnych, wydzielonych torowisk -
przeszkadzających zwykłym ludziom choćby w przejechaniu (a nawet w
przejściu!) na drugą stronę toru.
Kolejarze domagają się dopłat, twierdząc, że kolej jest wprawdzie deficytowa -
ale "potrzebna społecznie". Mylą się.
Pieniądz - to nie jakaś abstrakcyjna zabawka. Pieniądz - to miara ludzkiej
pracy. Jeśli jakaś dziedzina daje zyski - to oznacza, że ludzka praca jest
sensownie wykorzystywana. Jeśli się dopłaca - to znaczy, że nie szanuje się
ludzkiej pracy, że wyrzuca się ją w błoto.
Odwrotnie więc: działanie jest "potrzebne społecznie", jeśli daje dochód.
Pieniądz nie jest Bogiem, pieniądz to tylko miara potrzeby. Jednak jeśli ktoś
podgrzewa wodę, nie patrząc na termometr, "bo istnieje potrzeba
podgrzewania"...
Jest jeszcze jeden - bardzo ważny - aspekt dopłacania do poczynań
gospodarczych.
Ja wydaję tygodnik "Najwyższy CZAS!". Tygodnik ma nieustannie kłopoty
finansowe: czasem o tydzień zalega drukarni, czasem dwa miesiące autorom...
Ale jakoś się trzyma (już 13 lat...).
Tygodnik ten pełni - w co święcie wierzy cała redakcja - ważną rolę
społeczną. Ukazuje rzeczywistość w sposób inny niż reżymowa prasa. Dlatego
należałoby chyba też go dotować. Np. poprzez przymusowy skup. Państwo
kupowałoby tydzień w tydzień ze 100 000 egzemplarzy (gotów jestem sprzedawać
to państwu za pół ceny) - i rozdawało między ludzi, by ci zapoznali się z
odmiennym punktem widzenia.
Taka jest filozofia liberalnych socjalistów z Unii Europejskiej. Tam nawet
narodowo-socjalistyczna radiostacja dostaje dotacje z Brukseli!
A ten ważny aspekt jest taki: ludzie są leniwi. Ja jestem leniwy. Mężczyźni w
ogóle są leniwi - wskutek czego wszystkich wynalazków dokonują mężczyźni (nie
chce im się robić samemu, więc wymyślili konia zaprzęgowego, samochód,
rakiety kosmiczne, parę, energię atomową itp. pożyteczne rzeczy).
Dziś mój tygodnik wyłazi ze skóry, by wybrać dla czytelników jak najciekawsze
opinie, bo jak nie, to zbankrutuje. Ja też wyłażę ze skóry, by pisać
w "Dzienniku Polskim" jak najciekawiej, bo inaczej redakcja wyrzuci mnie na
zbity pysk razem z moimi felietonami.
Gdybym zaś miał zagwarantowane, że ktoś kupi mi tydzień w tydzień 100 000
egzemplarzy bez żadnych moich starań, to zacząłbym niewątpliwie zapełniać
szpalty tym, co mam pod ręką - i tygodnik zszedłby na psy.
Jak wszystko, co jest dotowane przez państwo - czy będą to koleje, czy
państwowa medycyna, czy rolnictwo...
Jak chcecie coś zniszczyć - dajcie dotację!
Warto o tym aspekcie pamiętać...
dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/01.16/Magazyn/12/12.html
Obrzydliwie słuszne. A ja tak lubię podróże pociagami...
Może choć Orient-Ekspress zostawić