polimerr
11.02.04, 18:44
„Polityka w Polsce jest teatrem marionetek”
Rozmowa z Jadwigą Staniszkis
Kto rządzi Polską? Nikt. Nie rządzi nią Leszek Miller? Nie. Rządzenie to
zdolność osiągania swoich celów, a przecież Miller nie potrafi przeprowadzić
swoich pomysłów. Skoro nie potrafi, to nie rządzi. To samo można powiedzieć o
prezydencie Kwaśniewskim.
Może to kwestia ich nieudolności?
To byłoby pół biedy. Problem w tym, że utrata władzy jest cechą systemu.
Czy politycy wiedzą, że strapili władzę?
Nawet nie podejrzewają. Bo badał żyją w świecie polityki - prowadzą gry i
spory, jedni tracą urzędy, inni awansują. Zajęci tym wszystkim nie
dostrzegają, że ta „polityka" to teatr, który nie ma wpływu na rzeczywistość.
Że jest to polityka bez władzy, że rzeczywistość nie reaguje na decyzje
polityków.
Skąd ten bunt rzeczywistości?
Politycy nie mają władzy, bo ją bezmyślnie oddali. Część przekazali
komercyjnym agencjom i funduszom, część oddali ponadnarodowym strukturom,
jeszcze inną część NBP czy samorządom. Efektem jest pełna utrata instrumentów
władzy. Najważniejsze kwestie znalazły się poza obszarem polityki.
Podobnie postępują zachodnie państwa. Przynajmniej w kwestiach
międzynarodowej współpracy.
Nie. One oddały tylko część władzy i to w zamian za wymierne korzyści. Polacy
postępowali odwrotnie. Nie rozumiejąc, na czym polega globalizacja i o co
chodzi w traktatach handlowych, nasi politycy albo wszystko bezmyślnie
podpisywali, albo cedowali decyzję na średniego szczebla urzędników, sądząc
że chodzi o czysto techniczne sprawy. Tymczasem owe „techniczne decyzje"
dotyczyły reguł, które rozstrzygają o szansach przetrwania naszych firm.
Integrując się z Europą, postępowaliśmy równie bezmyślnie. Nasze rządy nie
rozumiały, że polska gospodarka, jak zresztą każda inna, musi się rozwijać
wedle sekwencji odpowiadających jej rozwojowi, a nie wedle fazy, w której
znajdują się gospodarki zachodnie. Kopiowaliśmy więc różne rozwiązania, które
nie miały sensu w polskich warunkach.
To znaczy?
Integracja ograniczyła się do zmniejszania własnej produkcji i robienia
miejsca dla importu. Prywatyzacja odbyła się wedle modelu, który również
obniżał produkcję i budował system niezdolny do skumulowania kapitału.
Sprzedano też banki, pozbawiając się głównego instrumentu wspierania
inwestycji. W ten sposób zbudowaliśmy niekompletny kapitalizm, który sam z
siebie nie jest w stanie się rozwijać.
Niektórzy wierzą, że rozwiązaniem kłopotów jest geo-ekonomia...
Logika geoekonomii polega na tym, że przesuwa środki tam, gdzie ludzie
pracują bardziej efektywnie. A to nie ma nic wspólnego z rozwojem, a zatem ze
zbudowaniem w Polsce kapitalizmu. Może się okazać - i to wydaje się zresztą
najbardziej
prawdopodobne - że Polska zatrzyma się w fazie bycia racjonalnym dodatkiem do
Unii Europejskiej. A nasz rząd nie ma już instrumentów władzy, za pomocą
których mógłby się starać zmienić tę sytuację.
Wielu ekspertów twierdzi, że gospodarka radzi sobie bez pomocy rządu.
To złudzenie ideologów, którzy lansują wyobrażenie wolnego rynku jako pustki,
nad którą czuwa niewidzialna ręka. Prawda jest taka - bez państwa zbudowanie
silnego kapitalizmu jest niemożliwe. Mogliśmy to robić, mogliśmy wykorzystać
w tym celu integrowanie się z Zachodem, jednak nasze rządy popełniały błąd za
błędem.
Jak rozumiem, utrata władzy polega na tym, że od naszych polityków nie zależy
już kwestia najważniejsza, czyli kontrola gospodarki. Tak. Ale erozję władzy
widać w każdej sferze. W zasadzie nie ma sfery, w której rząd mógłby
zapanować nad skutkami swoich decyzji.
Skoro politycy już nie rządzą, to kto rządzi?
Nikt nie rządzi. Patrząc na naszą sytuację z góry, zobaczymy rządzące nami
bezosobowe siły, czyli logikę tej fazy globalizacji, w której się
znaleźliśmy. Patrząc z kolei od dołu, od naszej strony, zobaczymy chaos,
który jest klajstrowany oligarchizacją, klientelizmem, korupcją. Mamy
olbrzymie obszary niczyje, gdzie wkraczają grupowe interesy.
W tej chwili widać dwa zwalczające się układy -dawne służby cywilne i
wojskowe. Ośrodki te nie mają władzy nad systemem, ale mogą zawłaszczać
korzyści płynące z jego niesterowności i nieczytelności. To zatem nie władza,
to zdolność zbierania łupów. Rozszarpywanie resztek nie ma przecież nic
wspólnego z rządzeniem. Niektórzy politycy próbują zmienić sytuację.
Odbudować siłę swych partii, tworzyć w jej ramach silne ośrodki lojalności i
potem z pozycji nieco wzmocnionej - negocjują z oligarchami. Negocjują jednak
same detale, podział łupów, obsadę personalną. Nie są w stanie stworzyć
ośrodka władzy. Choć chyba chcą, chyba naprawdę próbują się usamodzielnić.
Przecież to oni ujawniają kolejne afery, demaskując dzięki temu różne grupy
interesów.
A polska demokracja?
Istnieje, ale to demokracja, w której wybieramy władzę, która nie ma władzy.
Wybieramy ludzi, którzy nie mają wpływu na to, co się dzieje. Czyli
demokracja jest nieistotna.
Czy przyszły premier -powiedzmy Rokita - jest w stanie nad tym zapanować? l
odbudować władzę polityków?
Można zbudować instytucje, które by z powrotem skupiły instrumenty władzy w
rękach polityków, ale to wymaga szczególnego kunsztu i umiejętności myślenia
w kategoriach instytucji. Oraz zrozumienia tego, co się dzieje na świecie.
A co się dzieje?
Wokół nas odbywa się rewolucja. Kruszy się tradycyjny model państwa jako
jedynego ośrodka władzy i źródła norm prawnych mających na celu dobro
wspólne. Tradycyjny opis politologiczny nie ma już sensu. Inna jest dziś
istota władzy i istota polityki. Nawet takie wyjaśnienia jak „słabe państwo"
i „ograniczona suwerenność" nie wystarczają. Po prostu ginie państwo z
wyraźnym centrum rządzenia, a na jego miejscu pojawiają się struktury, w
których władza i odpowiedzialność są rozproszone, a cele nieraz sprzeczne z
celami państwa. To, co na pierwszy rzut oka odbiera się jako zwykle
słabnięcie władzy, po bliższej analizie okazuje się rewolucją w naturze
władzy. Państwo stało się mozaiką, którą rządzi się w zupełnie inny sposób.
Zachodni politycy świetnie sobie radzą z globalizacją czy integracją
europejską. Oni wiedzą, jak rządzić w sytuacji, gdy władza nie polega na
prostym wydawaniu poleceń, lecz na harmonizowaniu ze sobą reguł globalizacji,
integracji i cywilizacyjnych oczekiwań społeczeństw. Zrozumiawszy reguły
współczesności, zręcznie tasują tymi regułami, aby nie doprowadzić w swoich
państwach do konfliktów i kryzysów.
Czy proces zmian w naturze władzy się zakończył?
Nie, coraz szybciej posuwa się do przodu. Na naszych oczach padają państwa,
przynajmniej w takiej formule, jaką znaliśmy od stuleci. Dokładniej mówiąc,
upadają nie tyle same państwa, co raczej metafizyka państwa. W Europie od XIV
wieku wierzono, że właśnie w skali państwa możliwe są najbardziej racjonalne
decyzje, że właśnie polityka jest główną osią myślenia o społeczeństwie i
gospodarce, że właśnie w strukturze państwa możliwe jest pogodzenie
racjonalności formalnej i substancjalnej. Dziś w Europie przestano w to
wierzyć. Państwa pozostają, ale zredukowane do roli administracji
ułatwiających integrację. Politycy europejscy podzielili rzeczywistość na
sektory - np. górnictwo czy hutnictwo - i każdy sektor integrują na innej
zasadzie. Niektóre sektory zostają
całkowicie zintegrowane, inne zostawia się państwom członkowskim.
Europa jest na przykład jedną strukturą jako rolnictwo, natomiast w sferze
opieki socjalnej jesteśmy nadal Europą państw narodowych. W jednych
sferach państwa są suwerenne, w innych nie mają nic do powiedzenia.
Europa to są plastry - jest wiele poziomów działania i każdy został inaczej
zorganizowany. Każdy z tych plastrów to inne oblicze Europy. Kategoriami
politycznymi tego nie opiszemy, tak samo jak kategoriami, które opierają się
na państwie narodowym. Tu nawet nie sposób przeprowadzić bila