exerik
14.02.04, 09:48
www.nczas.com/?a=show_article&id=1676
Polska obiecana
Janusz Korwin-Mikke
Jak wiemy choćby z filmu "Ziemia obiecana" - pod koniec XIX wieku na ziemiach
polskich pod zaborem rosyjskim rozpoczął się był prawdziwy boom. Polacy
wykorzystali szansę, jaką stworzył im liberalizujący carski rząd - i zaczęli
się (pod zarządem "znienawidzonych carskich czynowników") bogacić.
Czynniki rozwoju były oczywiste: Petersburg postanowił nie przeszkadzać
kapitalistom w bogaceniu się - no, a Polacy byli bardziej odważni od Rosjan i
umieli podejmować racjonalne ryzyko. Byli też bliżej rynków zbytu na
Zachodzie - i byli korzystnie ulokowani z punktu widzenia komunikacji.
Ale bogaciła się też i Rosja. Gdy władzę nad państwem św. Mikołaj II (tak,
Cerkiew ogłosiła Go świętym!), powierzył śp. Piotrowi Stołypinowi, by
wszystko to, na co władza łaskawie zezwalała, stało się legalnym prawem
cesarskich poddanych. Co przypomina okres 1988-1995 w Polsce. Stołypin przy
okazji powsadzał do kryminałów rozmaitych warchołów (z polskimi spiskowcami i
terrorystami na czele...) - więc w tych pomyślnych warunkach tempo rozwoju
Imperium przekroczyło tempo wzrostu gospodarczego Stanów Zjednoczonych.
Nie w smak to było ówczesnym "narodowym socjalistom", czyli "czarnej sotni",
czerwonym socjalistom spod znaku bolszewików, mieńszewików, socjal-
rewolucjonistów i innych pluskiew - ale przede wszystkim biurokracji, której
zasięg władzy (czytaj: możliwość brania łapówek) raptownie się skurczył.
Urzędnicy nastawiali Cesarza przeciwko Stołypinowi - jednak Jego popularność
była tak wielka, że nic nie dawało się zrobić. I Stołypin zginął. Do dziś nie
wiadomo, jak doszło do słynnego zamachu w Teatrze Moskiewskim - morderca
Dymitr Bogrow współpracował z socjal-anarchistami - ale przepustkę do teatru
miał od policji...
A teraz pytanie: dlaczego w Rosji pozwolono dojść do władzy takiemu
Stołypinowi - ale też: dlaczego jeszcze przedtem władza po cichu otwierała
przemysłowcom rozmaite furtki?
Ha! Przeczytajmy Aleksandra Puszkina wstęp do "Eugeniusza Onegina"
(tłumaczenie Adama Ważyka tego fragmentu nie jest najlepsze - ale to
wyjątkowo trudny kawałek):
"Sarkał i nudził się nad tomem
Homera albo Teokryta,
Lecz za to znał Adama Smitha
I był głębokim ekonomem;
Rozprawiał o tym, jak się kraje
Bogacą, z czego żyją, jak
Produkt natury państwu daje
Korzyści, choć mu złota brak.
A ojciec nie mógł tej mądrości
Ogarnąć i zastawiał włości".
Jak widać, ojciec Onegina zachowywał się jeszcze jak np. dzisiejsze państwo
polskie, które czerpie zyski z zastawiania i wyprzedawania swych
nieruchomości - ale już młode pokolenie - również urzędników przecież! -
kształcone było na "Rzeczy o bogactwie narodów" - więc nie trzeba było
specjalnego terroru, by przyjęło te zmiany z pełnym zrozumieniem i nadzieją.
A L*d? A L*d nie miał w tej sprawie nic do gadania!
Zwracam przy tym uwagę, że książki wydawane w Paryżu - po pół roku (!!! bez
internetu, fotoskładu, automatycznej korekty tłumaczenia itd. - ale też bez
Ministerstwa Kultury, Ministerstwa Nauki oraz rozmaitych Agencyj Praw
Autorskich...) były wydawane po rosyjsku w St. Petersburgu - a po roku
(bardziej wnikliwa cenzura...) po polsku w Warszawie. Dziś opóźnienie sięga
12 lat. Dzieła Hayeka, Friedmana, von Misesa i innych tytanów myśli są przy
tym zupełnym marginesem w literaturze ekonomicznej - a nie jej centralnym
punktem, jak "Bogactwo Narodów".
W ostrym kontraście do zaboru rosyjskiego pozostawało Królestwo Galicji i
Lodomerii (od nazwy księstwa włodzimiersko-halickiego) będące pod zaborem
austriackim. Dobrotliwy Cesarz Franciszek Józef zamiast narzucić Polakom
urzędników typu Sokrates Starynkiewicz (mianowany przez Cesarza Rosji
prezydent m. Warszawy), pozwalał działać polskiej biurokracji - zresztą
niezbyt różniącej się od austriackiej. Istnieje silne podejrzenie, że
Franciszek Józef nie czytał Adama Smitha - a, oczywiście, Jego urzędnicy
jeśli czytali, to jako ponure ostrzeżenie, że może zawalić się ich władza...
Efekt był taki, że Priwisljańskij Kraj kwitł - a Golicja i Głodomeria dusiła
się pod najwyższymi na świecie podatkami idącymi na potwornie rozdętą (ale
polską!) biurokrację.
Ale popatrzmy na tzw. odbiór społeczny.
W dziełach pisarzy Galicja jawi się jako kraj szczęśliwości - bo przecież
każdy niemal z nich miał brata czy kuzyna na dobrze opłacanej rządowej
posadzie. Zresztą do Franciszka Józefa nie bardzo można się było przyczepić:
po prostu nic nie robił, pozwalając państwu murszeć. Natomiast pisarze z
Kongresówki byli wściekli: ich kuzyni też mogliby być na posadach - ale
niestety tych było dwa razy mniej - i w dodatku na ogół były zajęte przez
Rosjan!!!
I TO powoduje, że w literaturze Golicja góruje nad Ziemią Obiecaną.
Ale tylko w literaturze!
Jest rzeczą charakterystyczna, że odbiór sytuacji przez ludzi prostych, a nie
pismaków, był zupełnie odwrotny! Gdy np. Cesarz raczył był zjechać do
Warszawy, w ciągu paru dni zebrano na Jego przyjęcie 2 miliony rubli w
złocie. Natomiast na polski Fundusz Narodowy, wspomagający ze Szwajcarii
np. "Kasę Mianowskiego" wydającą pożyteczne polskie książki - w kilka lat
zebrano... 25 000 rb.
No, dobrze: powiedzmy, że te dwa miliony zebrali "prości kapitaliści"
obawiający się nie dać na władzę. Ale czy pamiętamy słowa "Pierwszej
Brygady":
"Nie chcemy dziś od was uznania,
Ni waszych mów, ni waszych łez,
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc - j**ał was pies!".
Gdy bojownicy spod znaku Piłsudskiego przyszli zaprowadzać w Kongresówce
porządki takie jak w Galicji, witały ich zatrzaskiwane okiennice i ryglowane
wrota. Obywatele, poza garstką rewolucjonistów (oraz kandydatów na
urzędników), nie mieli najmniejszej ochoty na taką zmianę!
Potem, gdy upadła carska władza i ziemiom polskim zagroziła rewolucja i
Bolszewia, sytuacja się raptownie zmieniła. Ale to już zupełnie inna
historia.