euro-obligacje, konsekwencje dla UE i Polski...

10.05.10, 00:34
Otóz pomysłem na przeciwdziałanie Grecji będzie (już jest...?) o
wiele większe zadłużanie się, tym razem Unii jako takiej, tzn.
całości strefy euro. Zatem pełnoskalowe rolowanie długu, tym razem
przerzuconanego z państw narodowych eurozony na prawie że całą
Europę. Genialne, hehe! Oczywiście, zacznie się do od małych
kroczków, po nich zostaną zrobione większe, aż z czasem UE będzie
biegła, emitując obligacje na większą wartość, niż unijne państwa
narodowe.

Sądzę, że to kluczowy moment w historii Europy. Jeden z tych
przełomowych, które są w ten sposób interpretowane po czasie, przez
potomnych. Unia Europejska, jako instytucja polityczna, uzyskuje
podmiotowość - ponieważ jaki podmiot będzie mogła się zadlużać.
Przypuszczam, że ma to większe nawet znaczenie ekonomiczne, niż
wykreowanie wspólnotowej waluty - euro. O wprowadzeniu euro było
głośno w medialnym mainstreamie, ponieważ miało to znaczny wpływ na
codzienność Europejczyków i ogromną wagę wizerunkową dla Wspólnoty,
natomiast stworzenie wspólnotowych obligacji europejskich - poza
mediami branżowymi - przejdzie bez większego echa. Na marginesie,
teza o tym, że jedno (euro-obligacje), jest konsekwencją drugiego
(waluty euro), jest logiczną oczywistością. Skoro podmiot (podmioty)
polityczny emituje jakąś walutę, będącą pieniądzem fiat, to dalsza
kreacja zadłużenia jest konsekwencją.

Jak osoby sprawą zainteresowane wiedzą, było to planowane od lat i
nawet czasem komentowane, w tym w Polsce, np. Tusk z Rostowskim (i
inni zwolennicy euro) podawali to jako jeden z ważniejszych
argumentów za akcesją Polski do eurozony, i duże zagrożenie w
przypadku jej braku. Po wydarzeniach w Grecji i problemach tego
państwa z dalszym rolowaniem długu, pojawił się zgrabny preteks dla
Berlina, Paryża, Rzymu i Madrytu, aby przepchnąć taką inicjatywę.
Prawdopodobnie za tym kryją się również problemy Hiszpanii, które są
już spekulowane i szacowane na prawie 300 mld euro. Oczywiście, "Jaś
Fasola" Zapatero zdementował to, jednak podejrzewam, że ta skrzętnie
ukrywana potrzeba jest rzeczywistą. To w konsekwencji otwiera wrota
na nieznane obecnie scenariusze.

Przy pierwszym spojrzeniu, zwłaszcza dla niezorientowanych laików
czy osób zaślepionych infantylnym eurooptymizmem, wydaje się być to
czymś wspaniałym - Unia jako taka uzyskuje imperialny walor w
postaci nieograniczonej kreacji pieniądza, a raczej długu. Tożsamo
do roli dollara w polityce zagranicznej USA. Dzięki takiej walucie
można kształtować politykę globalną oraz korzystać z
kontrowersyjnego, tzw. inflacyjnego podatku imperialnego. Na tym
forum była kiedyś prowadzona zażarta polemika na ten temat.
Wydawałoby się także, że jest to wspaniałe rozwiązanie dla krajów
mających problemy z obsługą długu, takich, jak np. Grecja, ponieważ
ryzyko zostanie przerzucone na ogół, co w konsekwencji oznacza - na
największe i najbogatsze państwa eurozony, a do tego takie
oprocentowanie takich papierów dłużnych będzie zapewne ustanawiane
wedle warunków dostępnych dla tych najważniejszych państw, czyli
najkorzystniejsze jak to tylko możliwe. Żyć (tzn. zadłużać się,
hehe), i nie umierać. Dolce vita!

Jednak przy drugim spojrzeniu, po głębszej refleksji, niesie to za
sobą ogrmne zagrożenia, również tożsame do występujących - a obecnie
bardzo widocznych i komentowanych - w USA. Nie będę się o tym po raz
n-ty rozpisywał, ponieważ jest to jeden w livemotive'ów tegoż forum.
Zatem w skrócie - działania FED, monetyzacja, czy wręcz tworzenie
lewych rachunków na skup rządowych obligacji, kreacja długu już
fizycznie nie możliwego do spłaty, etc., etc. Te "prawdy"
przeniknęły już do mainstramu.

    • dirloff dalszy ciąg... 10.05.10, 00:43
      Jest jednak pewna fundamentalna różnica między USA i UE, która z
      czasem może - czy wręcz powinna - przynieść katastrofalne
      konsekwencje. Dla UE... Otóż Stany to ciągle globalne
      supermocarstwo, dysponujące nieograniczonym potencjałem militarnym,
      obronnym, a Amerykanie to naród również ciągle bardzo pracowity,
      przedsiębiorczy, dynamiczny. Nawykły do zmian, walki o byt,
      niezależność od struktur centralnych państwa. Poza tym, co być może
      najważniejsze - są i czują się narodem. Natomiast Europejczycy to
      ciągle termin geograficzny, a nie społeczny, polityczny. My,
      "Europejczycy", mamy różne cechy, mentalność, stereotypy, cele i
      interesy. Postępująca integracja establishmentu wcale tych różnic
      nie znosi, lecz ukrywa, spycha do podziemia. A to wywołuje irytacje
      czy wręcz frustrację. Jak dotąd wszystko idzie zgodnie z brukselsko-
      strasburskim planem, więzy są zacieśniane. Stąd pomysł na nałożenie
      na barki owych "Europejczyków" jakiejś nowej, horrendalnej struktury
      zadłużenia. Co jednak, jak wydarzy się coś wyjątkowego, co naruszy
      globalny porządek, stabilność, i zarysuje ostry podział czy podziały
      wewnątrzunijne? Co, jeżeli będzie to szło w parze z poważnym
      kryzysem ekonomicznym (finansowym, gosp.)? Co, jeżeli byt eurozony
      zostanie zagrożony, i niektóre państwa będą żądały wyjścia z niej,
      bądż postawią resztę przed faktami dokonanymi, i jednostronnie
      wyjdą? Choćby i ryzykując polityczne konsekwencje. Przecież takie
      wspólnotowe zadłużenie, osiągające na początek kilkadziesiąt, póżniej
      zapewne skalę setek, a z czasem tysięcy mld euro, będzie strukturą
      przygniatającą państwa europejskie. Bo co REALNEGO stoi za euro i
      przyszłymi euro-obligacjami, poza deklaracjami establishmentu i
      międzynarodowymi umowani, które przy wygranych nacjonalistów czy
      populistów, w każdej chwili mogą być renegocjonowane czy
      jednostronnie znoszone? Za USA i dollar'em stoją: najsilniejsze
      lotnictwo wojskowe na świecie, triduum nuklearne, i te 11
      lotniskowców w formie LGU, symboliczne pływających po oceanach. To
      wiemy, co natomiast stoi za Europą?

      Na koniec polski wątek. Zarówno ekonomiczny, jak i polityczny. Obawa
      przed finansową "siłą rażenia" takich euro-obligacji, które
      prawdopodobnie będą zasysały ogromną część kapitału z globalnego
      rynku, konkurując jednocześnie w skali makro - np. z USA, jak i w
      skali mikro, z takimi europejskimi państwami poza strefy euro, jak
      właśnie Polska. Za 2, 3 czy 5 lat możemy mieć prawdziwy problem z
      dalszym, płynnym rolowaniem długu. Oczywiście, Donek z Vincentem nie
      mają nic do powiedzenia, i niezależnie od ich wątów czy ich braku,
      jeżeli Berlin z Paryżem podejmą taką decyzję, to zostanie ona
      zrealizowana.

      Konkludując, uważam tę sprawę za kluczową dla przyszłych wydarzeń
      politycznych i gospodarczych (PiG), i zastanawiam się, czy
      gdziekolwiek w medialnym mainstreamie pojawią się jakieś,
      jakiekolwiek wątpliwości i obawy wzlgędem potencjalnie ogromnych
      zagrożeń, jakie europejskie obigacje za sobą niosą.

      www.dziennik.pl/gospodarka/article603223/Ratowanie_euro_uderzy_w_Polske.html
Pełna wersja