przycinek.usa Niesamowite - podobno dopłacimy do UE? 07.03.04, 05:17 robisc 07.01.2004 09:04 W głowie się nie mieści, nie? "W 2003 roku Polska wykorzystała o 1/3 mniej pomocy, niż zakładała Bruksela Możemy dopłacić do Unii W minionym roku Polska wykorzystała około 650 milionów euro pomocy Unii Europejskiej. To o 1/3 mniej, niż szacowała Bruksela. Jeśli w tym roku tempo realizacji unijnych inwestycji nie podwoi się, będziemy dopłacać do członkostwa we Wspólnocie. Od 1 maja Polska będzie musiała wpłacać miesięcznie 168 mln euro składki do kasy Unii. Według ustaleń traktatu akcesyjnego miało być więcej: 218 mln euro miesięcznie. "Uratowało" nas gwałtowne umocnienie europejskiej waluty, dzięki czemu "statystycznie" wartość polskiego PKB zmalała, a wraz z nią składka. Komisja Europejska zrewidowała także w dół potrzeby nowych krajów członkowskich. Mimo to Polska będzie miała kłopoty z wykorzystaniem wsparcia, które ma zrekompensować 1,344 mld euro tegorocznej składki. Z traktatu akcesyjnego wynika, że w 2004 r. pozyskamy z budżetu Unii w różnych formach o 1,55 mld euro więcej, niż do niego wpłacimy. Jednak wśród tytułów wsparcia Polski jest tylko jedna pewna pozycja: specjalna kompensata budżetowa w kwocie 490 mln euro (gotówką). Według KE z "zaległych" programów pomocy przedczłonkowskiej: ISPA, SAPARD i Phare, powinniśmy otrzymać w br. 1,074 mld euro. To mało prawdopodobne, bo oznaczałoby, że wykorzystamy o ponad połowę więcej niż w ub.r., kiedy to potrafiliśmy wydać 650 mln euro (zamiast planowanych przez Brukselę 917 mln euro). Najbardziej zawiódł program budowy autostrad i inwestycji w ochronę środowiska ISPA, z którego otrzymaliśmy jedynie 50 mln euro, niewiele ponad 1/10 rocznej puli pomocy. Na wykorzystanie czeka od 2000 roku blisko 2 mld euro. Lepiej było z Phare (ok. 430 mln euro wykorzystanej pomocy) m.in. dzięki 15-letniemu doświadczeniu w realizacji tego programu. Tempa nabiera projekt rozwoju wsi SAPARD. jego wartość zamknie się w 2004 roku sumą 170 mln euro, odpowiadającą kwocie, jaką co roku, od 4 lat, Unia odkładała dla Polski. Słabe wykorzystanie funduszy ISPA (brak projektów i wykupionych pod inwestycje terenów) źle wróży wykorzystaniu funduszy strukturalnych. Z braku ustawy o zamówieniach publicznych start tej części pomocy Brukseli, zaplanowany na 1 stycznia, opóźnia się. KE liczy zaś, że w tym roku przekaże Polsce 921 mln euro z tego tytułu. - To zaliczka, która trafi na konta Ministerstwa Finansów. Nie będzie jej jednak można ruszyć, dopóki realizacja projektów nie zostanie zakończona - tłumaczy Elisabeth Werner, rzeczniczka ds. budżetowych Komisji. Jest zaś wykluczone, aby tak się stało w tym roku. Podobnie z innymi pozycjami, np. 171 mln euro na umocnienie granicy wschodniej i 145 mln euro na usprawnienie pracy administracji. Bruksela założyła również, że w 2004 roku polska wieś (niezależnie od SAPARD) otrzyma 470 mln euro. Gregor Kreuzhuber, rzecznik komisarza ds. rolnych, przyznaje jednak, że nie wiadomo, czy będzie to możliwe. Jego zdaniem 135 mln euro z tej sumy to wsparcie cen produktów rolnych. Reszta - środki na rozwój obszarów wiejskich. Ze względu na tempo realizacji tego typu inwestycji jest jednak wykluczone, aby przelewy trafiły do Polski już w tym roku. Polska dopiero w przyszłym roku otrzyma ok. 850 mln euro na dopłaty bezpośrednie dla rolników. Będzie to zwrot za nakłady na ten cel budżetu państwa. Pod warunkiem jednak, że system kontroli produkcji żywności IACS powstanie na czas. To pomoże Polsce "wyjść na swoje" w 2005 roku. Jednak i składka do "zbilansowania" będzie o wiele większa: 2,7 mld euro. Założenia traktatu akcesyjnego okazały się nader optymistyczne. -To były ustalenia polityczne, aby pokazać, że Polska "wychodzi na swoje" - przyznają dziś polscy negocjatorzy. Jędrzej Bielecki" www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040107/ekonomia/ekonomia_a_2.html Odpowiedz Link
przycinek.usa Robi sie nieprzyjemnie. CDU popiera żądania wypędz 08.03.04, 21:54 CDU popiera żądania wypędzonych. Politycy niemieckiej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) w specjalnym oświadczeniu (tak zwana Deklaracja berlińska) opublikowanym w piątek poparli budowę Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie. Ta część polityków unijnych, która uważa się za wypędzonych lub jest z nimi związana, stwierdziła, że opowiada się za budową Centrum w kształcie proponowanym przez szefową Związku Wypędzonych (BdV) Erikę Steinbach. Ponadto sygnatariusze Deklaracji berlińskiej żądają od władz poszczególnych landów niemieckich, aby te wsparły finansowo projekt budowy Centrum. Agencja DPA przypomina, że projekt budowy Centrum w Berlinie, proponowany przez Steinbach, został odrzucony przez rząd kanclerza Gerharda Schroedera. W dalszej części deklaracji politycy CDU żądają od parlamentu uznania dnia 5 sierpnia Narodowym Dniem pamięci ofiar wypędzeń (5 sierpnia 1950 r. została podpisana w Stuttgarcie tak zwana Karta Wypędzonych, w której wysiedleni zadeklarowali rezygnację z zemsty, ale nie rezygnują z całkowitych roszczeń). W dalszej części deklaracji jej sygnatariusze domagają się wypłacenia odszkodowań dla wszystkich Niemców, którzy byli zmuszani do pracy w obozach pracy na terenie Europy Środkowowschodniej. Politycy CDU i CSU nigdy nie kryli zdecydowanego poparcia zarówno dla poczynań BdV, jak i jego szefowej pani Eriki Steinbach, która również jest członkiem partii CDU. Dawali temu wyraz podczas wielu spotkań z przedstawicielami związku BdV. Chadecy liczą obecnie na przejęcie władzy w Niemczech po kilku latach rządów socjalistów i Zielonych. Waldemar Maszewski, Hamburg www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040308&id=sw03.txt Odpowiedz Link
przycinek.usa Kto by pomyslal... 08.03.04, 21:56 Andrzej Dryszel Niemcy idą po nasze Czy Unia Europejska zwróci dawnym niemieckim właścicielom majątki w Polsce? "Jesteśmy właścicielami nieruchomości ziemskiej opisanej w księdze wieczystej miejscowości Kietlice (...) Protestujemy przeciw planowaniom i dyspozycjom dotyczących naszej własności ziemskiej i zwracamy Państwu uwagę też na to, że za dokonane lub w przyszłości następujące ingerencje w naszą posiadłość ziemską lekceważąc nasze prawa własnościowe, pociągniemy Państwa do odpowiedzialności z celem zadośćuczynienia". To fragment jednego z pism od "wypędzonych", które w tym roku nadeszły do opolskich władz. Pisane są nieco koślawą polszczyzną i, jak mówi Joanna Falkowska z Urzędu Wojewódzkiego w Opolu, w ostatnich miesiącach napływa ich coraz więcej. Podobnie jest w innych regionach ziem zachodnich i północnych. Listy żądające zwrotu majątków trafiają i do dużych miast, jak Gdańsk czy Wrocław, i do małych miejscowości. Czy gdy wejdziemy do Unii Europejskiej może nas zalać rosnąca fala niemieckich roszczeń? Pretensje do Adolfa - Jak wnioski o zwrot majątków były po niemiecku, odsyłałem je z uwagą, żeby pisali po polsku. A gdy pisali po polsku, że ich bezprawnie wypędzono, to odpisywałem, że wypędzono ich za sprawą kolegi Adolfa, zaś jeszcze wcześniej był tu Chrobry, myśmy ich nie zapraszali. To takie balony próbne, sprawdzenie, jak zareagujemy. Więcej podobnych wniosków może się posypać po 1 maja, jak już będziemy w Unii Europejskiej - podsumowuje Zbigniew Gałek, wójt Postomina koło zachodniopomorskiego Sławna, gdzie również Niemcy starają się o budynki, które kiedyś do nich należały. Dokładnie nie wiadomo, ile tysięcy byłych niemieckich właścicieli lub ich spadkobierców chce odzyskać utracone majątki. Rudi Pawelka, szef Powiernictwa Pruskiego, mającego ponoć ubiegać się o zwrot mienia, uważa, że majątków zostało pozbawionych około miliona Niemców. To liczba niezbyt zawyżona, skoro z Polski wyjechało od 1945 r. ponad 4 mln Niemców. Szacunki wartości utraconego mienia podawane przez stronę niemiecką są natomiast nader nieprecyzyjne i wahają się od 6 mld do 30 mld euro. Zdaniem polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, indywidualne wnioski składane przez obywateli Niemiec do naszych organów administracji stanowią wyłącznie ich indywidualną inicjatywę, a ponieważ "są bezprzedmiotowe i nie podlegają rozpatrzeniu w jakimkolwiek trybie", nie są ewidencjonowane i nie wiadomo, ile ich jest. - Zwrot "mienia poniemieckiego" w świetle prawa międzynarodowego jest kwestią zamkniętą i prawnie uregulowaną. Obywatele niemieccy nie mają prawnych podstaw do ubiegania się o jego zwrot ani w oparciu o prawo międzynarodowe publiczne i prywatne, ani w oparciu o polskie prawo krajowe - twierdzi Alicja Hytrek, rzecznik MSWiA. Mocni w słowach Stanowisko przedstawicieli Polski jest na pozór bardzo zdecydowane. - Nie da się wykluczyć, że po wejściu Polski do Unii stowarzyszenia "wypędzonych" Niemców będą próbowały rościć sobie prawa do polskich ziem zachodnich. Te próby będą jednak nieskuteczne i to jest sprawa oczywista - mówił w Sejmie minister spraw zagranicznych, Włodzimierz Cimoszewicz. Według prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, takich roszczeń być nie może, to są kwestie niepodważalne. - Ze wszystkich ekspertyz, jakie znam, wynika niezbicie, że polskie i międzynarodowe ustawodawstwo skutecznie chroni nas przed tymi działaniami - dodawał premier Leszek Miller. O tym, że wykluczona jest też wypłata jakichkolwiek odszkodowań za utracone przez Niemców majątki, polscy dygnitarze już jednak tak wyraźnie nie mówili. W dodatku podczas rokowań ze stroną niemiecką nasze władze dotychczas wykazywały dziwną ustępliwość, co sprawiło, iż nie udało się postawić bariery traktatowej chroniącej nas przed ewentualnymi roszczeniami państwa niemieckiego. Nieudolnością zgrzeszył zwłaszcza gabinet Tadeusza Mazowieckiego, negocjujący traktat o granicy polsko-niemieckiej z listopada 1990 r. Rząd nie zadbał, by znalazł się tam zapis wykluczający ewentualne roszczenia z tytułu mienia utraconego przez obie strony. Ten błąd powtórzono w traktacie o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy między Polską a RFN, zawartym w czerwcu 1991 r. Strona polska, wiedząc, iż władze niemieckie nie zrezygnowały z możliwości starań o odszkodowania, zaaprobowała mimo to sformułowanie: "Niniejszy traktat nie zajmuje się sprawami obywatelstwa i sprawami majątkowymi". Na efekty nie trzeba było czekać. W 1992 r. Niemiecki Trybunał Konstytucyjny orzekł, iż traktat graniczny z 1990 r. nie ma wpływu na kwestie własnościowe na byłych terenach niemieckich na Wschodzie, nie narusza praw majątkowych obywateli Niemiec ani nie podważa ich roszczeń. Później trybunał stwierdził zaś, iż ustawa przyznająca odszkodowania w niepełnej wysokości za mienie utracone na Wschodzie jest zgodna z konstytucją niemiecką (w myśl tej ustawy wysokość rekompensat wynosi od 5% do 70% wartości utraconego mienia - im większy majątek, tym mniejszy procent zwrotu). "Wypędzonym" została więc możliwość wywalczenia odszkodowań od Polski. Zdaniem Eriki Steinbach, szefowej Związku Wypędzonych, każdy wypędzony ma prawo wrócić do siebie i dostać odszkodowanie. Temu przeświadczeniu sprzyja również stanowisko rządu RFN, uznające, iż wywłaszczenia bez odszkodowań były sprzeczne z prawem międzynarodowym. Kanclerz Gerhard Schröder wprawdzie powiedział, iż jego rząd, w kontekście wejścia Polski i Czech do Unii, nie będzie obciążać stosunków z tymi państwami kwestiami politycznymi i prawnymi wynikającymi z przeszłości. Są to jednak tylko słowa, dotyczą wyłącznie jego rządu i bynajmniej nie oznaczają rezygnacji RFN z ubiegania się o ewentualne odszkodowania. Takiej deklaracji państwo to nigdy nie złożyło. Co gorsza, kanclerz jednoznacznie twierdzi, iż "wypędzenia były bezprawiem, którego nic nie może usprawiedliwić". Koniec z czułościami W rezultacie tej polityki byli właściciele zaczęli odwiedzać swe dawne polskie majątki już nie tylko z dobrym słowem, życzliwością czy nawet wsparciem pieniężnym na ewentualne remonty. Zaczęły się żądania i roszczenia. - Niemcy przyjeżdżają, filmują domy, w których kiedyś mieszkali, a czasem grożą, mówią, że będziemy musieli się wynieść, bo tu wrócą - twierdzi Wacław Niechniedowicz z wielkopolskiego Czekanowa. Podobnie jest np. w Mierzęcinie (Lubuskie), gdzie potomek rodziny von Waldow po kilku latach przyjacielskich kontaktów postanowił odebrać polskim właścicielom pałacyk, który jako ruinę kupili od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa i doprowadzili do kwitnącego stanu. Wiele poniemieckich domów nie zostało jednak formalnie nabytych przez obecnych polskich posiadaczy, jak choćby willa Lenza w Szczecinie, użytkowana dziś przez Pałac Młodzieży. "Wypędzeni" coraz częściej też formułują swe pretensje na piśmie. Od połowy lat 90. do naszych urzędów na ziemiach zachodnich zaczęły nadchodzić listy od byłych właścicieli: "Zwracamy uwagę, że pozbawianie prywatnej własności jest zabronione", "Utrudnianie mnie możliwości szybkiego zwrotu gospodarstwa spowoduje skargę do Trybunału Unii Europejskiej", ostrzegają autorzy. Gudrun Hellerman złożyła wniosek o wpisanie do polskiej księgi wieczystej poprawki stwierdzającej, że Kłanino (Zachodniopomorskie) nadal należy do jej rodziny; Dieter Sperling zażądał pisemnego "poszanowania prawa i zabezpieczenia własności" majątku w Gostchorzu (Lubuskie). Często pisma dotyczą kwestii późniejszych niż "wypędzenia" z lat 40. "Kierując się obywatelskimi, humanitarnymi pobudkami, zwracam się o wpłynięcie na ludzi odpowiedzialnych za dobro Skarbu Państwa i Polski. Sprawa dotyczy zwrotu moich zagarniętych własności nieruchomości. Czy ci ludzie myślą nad tym, co robią?", pisze była mieszkanka Brzegu, która w latach 50. utraciła tam wielorodzinny dom. - Do wojewody w Odpowiedz Link
przycinek.usa Niemcy ida po nasze - ciag dalszy... 08.03.04, 21:58 - Do wojewody warmińsko-mazurskiego wpływają wnioski o zwrot mienia od obywateli niemieckich, którzy opuścili Polskę w latach 70. W naszym urzędzie toczy się obecnie sześć tego typu spraw. Są one skomplikowane i długotrwałe, zaś od dotychczasowych rozstrzygnięć odwołują się i byli, i obecni właściciele - mówi Daniel Kotkowski z Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie. Nie zalewa nas jednak fala pozwów niemieckich, którą straszą przedstawiciele partii populistycznych. - Jest już około 30 tys. pozwów sądowych i wniosków w naszych urzędach. Mają one podstawę w konstytucji niemieckiej, w której wciąż jest zapis o granicach z 1937 r. - przekonuje pos. Stanisław Łyżwiński z Samoobrony. - W konstytucji niemieckiej nie ma nic o przedwojennych granicach i o istnieniu Rzeszy z 1937 r. Z żadnego przepisu konstytucji nie da się wysnuć wniosku, iż "wypędzonym" należy się odszkodowanie za utraconą w Polsce własność - wyjaśnia prof. Jan Galster z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Z informacji resortu sprawiedliwości wynika zaś, że przed polskimi sądami nie toczą się żadne sprawy z powództwa byłych niemieckich właścicieli. Tak reklamowana w ubiegłym roku w Polsce akcja Powiernictwa Pruskiego, mającego rzekomo zalać nasz kraj wspomnianymi 30 tys. pozwów (sam Pawelka mówił, że będzie ich znacznie mniej), okazała się tylko chwytem propagandowym. Zdaniem organizacji "wypędzonych", żądania zwrotu majątków bądź rekompensat są w pełni uzasadnione prawnie. Zdaniem polskiego rządu, całkowicie bezpodstawne... Tu racje nie są jednak podzielone. Z zestawienia argumentów obu stron (patrz: ramki) jasno wynika bowiem, że "wypędzeni" po prostu nic nie dostaną, nie mają na to cienia szans. Podzielają zresztą ten pogląd przedstawiciele ludności niemieckiej w Polsce. - Wszystkie roszczenia "wypędzonych" są bezpodstawne. Nie widzę, na jakiej podstawie należałoby przyznać im odszkodowania. Uważam, że ta sprawa jest załatwiona. Jeśli sądzą, że są pokrzywdzeni, niech się zwracają do rządu niemieckiego, a tu nie zawracają nikomu głowy - twierdzi Fryderyk Petrach, przewodniczący Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce. Nieco dziwi natomiast opinia prof. Anny Wolff-Powęskiej, dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu, która postanowiła postraszyć naszych mieszkańców ziem zachodnich i północnych: - Polacy, którzy zajęli te ziemie, mają prawo czuć się niepewnie - twierdzi pani dyrektor, podkreślając, że jesteśmy na bakier z prawem. Polacy zaś "będą jeszcze za to pokutowali". Wprawdzie polskie ekspertyzy mówią, że ewentualne roszczenia nie mają żadnych podstaw prawnych, ale prof. Wolff-Powęska wątpi, czy można im zaufać. Podnoszony przez różne nasze instytucje postulat, by na ewentualne żądania niemieckie odpowiedzieć pokazaniem bilansu polskich strat spowodowanych przez Niemcy, pani profesor uważa za "wyważanie otwartych drzwi i rodzaj politycznego awanturnictwa", który nie przysporzy nam dobrej opinii w Niemczech. Otóż Polacy na ziemiach zachodnich i północnych nie mają podstaw, by "czuć się niepewnie", i trochę zaskakujące jest to, że dyrektor Instytutu Zachodniego, z pewnością mimowolnie, przyjmuje rolę rzecznika strony niemieckiej, nie uwzględniając oczywistych faktów prawnych. - Ewentualne orzeczenia sądów niemieckich nie będą miały żadnego znaczenia. Żadna sprawa przeciw Polsce związana ze skargami niemieckimi nie wpłynęła do instytucji unijnych. Ziomkostwa nie zdołały zaskarżyć Polski, choć myślały o tym - twierdzi Andrzej Graś z tego samego Instytutu Zachodniego. Polskie władanie nieruchomościami na ziemiach zachodnich jest niepodważalne. - Wnioski niemieckie napływające do urzędów gmin i miast są oddalane z przyczyn formalnych i merytorycznych - podsumowuje prof. Grzegorz Janusz z lubelskiego UMCS. - Główną przyczyną merytoryczną jest brak wykazania naruszenia prawa. Przepisy dotyczące majątków poniemieckich i opuszczonych miały rangę ustawy i były wówczas obowiązującym prawem, nikt tego nie zakwestionował. Na wnioskodawcy ciąży więc konieczność udowodnienia, iż to prawo w jego przypadku zostało złamane. Podnoszony często przez stronę niemiecką argument, iż wywłaszczenie bez odszkodowania było nielegalne, jest błędny. Ustawa o majątku poniemieckim i opuszczonym - podkreślam, że żaden urząd nigdy nie uznał jej nieważności - stwierdzała bowiem, iż obowiązek wypłaty odszkodowań nie dotyczył właścicieli niemieckich. Okazuje się więc, że nasze przepisy, których ze względu na brak podstaw prawnych nie da się podważyć na gruncie międzynarodowym, stanowią całkiem szczelną zaporę przed żądaniami "wypędzonych". Zdaniem dyr. Marka Świetlika z opolskiego urzędu wojewódzkiego, największe szanse odzyskania utraconych majątków mają więc nie ci mieszkańcy Niemiec, którzy wyjeżdżali z Polski w majestacie prawa (co przez wiele lat oznaczało prawną konieczność rezygnacji z obywatelstwa polskiego i wyzbycia się majątku), lecz ci, którzy po prostu nie wrócili z podróży służbowej czy wycieczki zagranicznej. Było zaś niemało takich przypadków: - Niemcy z Polski nie wyjeżdżali ciężarówkami, zwykle wsiadali z walizką do pociągu bądź rodzina zabierała ich samochodem i już nie wracali. Jeśli nielegalnie zostawali za granicą w latach 70. czy 80., to nadal są właścicielami, ich nazwiska figurują w dokumentach. Dziś mogą żądać wydania nieruchomości bądź, gdy to niemożliwe, odszkodowania. Nie zaczynaliśmy tej wojny Wydawałoby się, że sprawa roszczeń "wypędzonych" jest oczywista nie tylko z prawnego, ale i moralnego punktu widzenia. Nie da się zaprzeczyć, że padliśmy ofiarą niesprowokowanej agresji, Polska została poddana morderczej, rabunkowej okupacji, a gdy Niemcy przegrały rozpętaną przez siebie wojnę, decyzją i siłami wielkich mocarstw nasz kraj został przesunięty na zachód, zaś niemieckich mieszkańców tych terenów, którzy nie uciekli przed armią sowiecką, wysiedlono. Jakież więc można tu znaleźć uzasadnienie dla domagania się od Polski zwrotu majątków czy odszkodowań? Ale druga strona myśli inaczej. Niemcy, jeśli nawet wiedzą, że także oni dopuszczali się wypędzeń bez odszkodowania (np. w 1940 r. z Wielkopolski, w 1942 r. z Zamojszczyzny), i przyjmują do wiadomości ten fakt, rozumują tak: naziści (broń Boże nie Niemcy) wyrzucali Polaków bez odszkodowań z terenów, które przed I wojną światową należały do państwa niemieckiego i zasiedlone były przez większość niemiecką (o Zamojszczyźnie tu się nie wspomina). Ale nie wynika z tego, że Polacy mieli prawo bez odszkodowań wyrzucić Niemców z obszarów, które wcześniej do Polaków nie należały i nie były przez nich powszechnie zamieszkałe. Polskie pretensje, iż Erika Steinbach kłamie, mówiąc o sobie, że jest wypędzona, są niesłuszne. Co z tego, że urodziła się w czasie wojny w Rumi, nienależącej przed 1939 r. do Rzeszy? Przed I wojną Rumia była niemiecka, zaś po 1939 r. ponownie weszła w skład państwa niemieckiego, więc Steinbach spełnia wszelkie, zgodne z niemieckim prawem, kryteria osoby wypędzonej. Teraz na tych terenach rządzą Polacy, zatem powinni zapłacić Niemcom, na których miejsce przyszli. Ten niemiecki sposób myślenia dobrze skwitował Władysław Bartoszewski, pytając: - Dlaczego nie zacząć od 1772 r., czyli od ataku Prus na Polskę, germanizacji polskich ziem, rozbioru państwa? Wystarczy, że kupią Herbert Hupka, wieloletni przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków, w czasach PRL uznawany za głównego wroga naszej granicy na Odrze i Nysie, na pytanie "Przeglądu", czy należy uznać racje "wypędzonych", podkreśla, że kwestie finansowe nie mają z tym nic wspólnego: - Zadośćuczynienie za wysiedlenia powinno mieć przede wszystkim wymiar moralny, tu nie chodzi o pieniądze, zwłaszcza że wypędzeni otrzymali już w minionych latach odszkodowanie przyznane przez rząd RFN. Jednak akt uznania przez Polskę, iż wypędzenia stanowiły bezprawie, byłby Odpowiedz Link
przycinek.usa Niemcy ida po nasze - ciag dalszy 2 08.03.04, 22:00 (...) byłby niezmiernie potrzebny dla dobrego sąsiedztwa polsko-niemieckiego. Czy jednak taki akt nie okazałby się pretekstem do wywierania przez Niemcy np. nacisku ekonomicznego na Polskę, by uwzględniła roszczenia "wypędzonych"? Jak pokazuje doświadczenie, politycy rządzący Polską są dosyć ustępliwi wobec zachodniego sąsiada. - Trudno sobie wyobrazić polsko-niemiecką wojnę gospodarczą z powodu odszkodowań dla "wypędzonych". Niemcy Sudeccy też nie dostali odszkodowań od Czechów, ale to nie spowodowało niemiecko-czeskiej wojny ekonomicznej, nie było straszenia ograniczeniem inwestycji - ocenia prof. Piotr Madajczyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN. - Gdy po wyborach władzę obejmie CDU - a tendencja jest wyraźna, pokazały to wybory w Hamburgu - teoretycznie można by się spodziewać nacisków ze strony nowej koalicji. Jednak także politycy niemieccy uwzględniający racje "wypędzonych" są realistami, ludźmi działającymi racjonalnie. - Dla nas najważniejsza jest możliwość nabywania ziemi w Polsce, na tym zależy potomkom wielu byłych właścicieli - twierdzi Paweł Sabiniarz, szef Związku Mniejszości Niemieckiej. Co mówią "wypędzeni"? 1. Wywłaszczenie bez odszkodowań jest sprzeczne z Europejską Konwencją Praw Człowieka ratyfikowaną przez Niemcy i Polskę. Mówi ona: "Nikt nie może być pozbawiony swojej własności, chyba że w interesie publicznym i na warunkach przewidzianych przez ustawę zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego". Zasady te przewidują zaś odszkodowania. 2. Z konwencją kłóci się też stosowana przez Polskę w ciągu kilkudziesięciu powojennych lat praktyka wydawania zgody na wyjazd z kraju pod warunkiem zrzeczenia się obywatelstwa i własności (tzw. wyjazdy na zaświadczenie, w ramach łączenia rodzin). 3. Polskie władze już wiosną 1945 r. dopuściły się bezprawia, dokonując tzw. dzikich wypędzeń, nieopartych na decyzjach zwycięskiej koalicji - z 30- kilometrowego pasa na wschód od Odry usunięto Niemców, przeznaczając ten teren pod przyszłe osadnictwo wojskowe. 4. Wypędzenia odbywały się często w sposób brutalny, wielu ludzi skrzywdzono, dochodziło do nadużyć prawa i ewidentnych przestępstw kryminalnych. 5. Polskie przepisy wywłaszczeniowe były nielegalne, bo naruszały ówczesny porządek prawny. Bezprawna była zwłaszcza praktyka uznająca samą tylko narodowość niemiecką za główny powód pozbawienia majątku. 6. Ziemie zachodnie w myśl układu poczdamskiego znajdowały się jedynie pod "polską administracją", więc niedopuszczalne było dokonywanie tam konfiskat i wysiedleń. O pełnej suwerenności Polski na ziemiach zachodnich można mówić dopiero po podpisaniu polsko-niemieckiego układu granicznego w listopadzie 1990 r. 7. Do dziś w setkach tysięcy ksiąg wieczystych i aktów notarialnych leżących w polskich urzędach wpisane są nazwiska dawnych, niemieckich właścicieli. Ich prawo jest więc mocniejsze i ważniejsze niż tych polskich posiadaczy, którzy poniemieckie majątki jedynie dzierżawią bądź mają w użytkowaniu wieczystym. 8. Gdy Polska wejdzie do UE, dawne decyzje wywłaszczeniowe zostaną podważone przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu i Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Instytucje unijne uznają, iż każdemu pozbawieniu własności powinny towarzyszyć odszkodowania, zatem Polska będzie musiała je wypłacić. Jak odpowiada Polska? Ad 1 Europejska Konwencja Praw Człowieka została ratyfikowana przez Polskę w 1993 r. Prawo nie działa wstecz, więc w żaden sposób nie można podnosić zarzutu, iż wcześniejsze działania polskich władz mogły być z nią sprzeczne. Konwencja pochodzi zresztą z 1950 r., a podstawowe decyzje wywłaszczeniowe zostały wydane wcześniej. W dodatku władze RFN akceptowały np. wywłaszczenia bez odszkodowania dokonywane przez NRD i ZSRR. Nie istnieją powody, które pozwalałyby na odmienne traktowanie Polski. Wreszcie, na mocy ustawy, RFN wypłaciła już swym obywatelom odszkodowania za majątek utracony na Wschodzie. Ad 2 Wyjazdy na podstawie zaświadczenia o rezygnacji z obywatelstwa odbywały się zgodnie z uchwałą Rady Państwa z 1956 r. i ustawą o gospodarce terenami w miastach i osiedlach z 1961 r. Przepisy te przestały obowiązywać w 1985 r., zanim Polska ratyfikowała konwencję. Osoby, które w wyniku stosowania uchwał RP z 1956 r. utraciły obywatelstwo (a zatem i własność), mogą ubiegać się o jego przywrócenie. Jeśli zaś Polska w przyszłości uchwali przepisy o reprywatyzacji, będą mieć prawo do starań o zwrot mienia. Duża część tych osób przed zrzeczeniem się obywatelstwa i wyjazdem sprzedała jednak swe majątki. Ad 3 Przesiedlenia Niemców zostały nakazane przez układ poczdamski z sierpnia 1945 r., zawarty przez USA, Wielką Brytanię i ZSRR. Wcześniejsze o kilka tygodni wysiedlenia z pasa na wschód od Odry, przeprowadzone przez polskie władze, były więc częścią tego procesu. Żaden organ międzynarodowy ani władze zwycięskiej koalicji nie zakwestionowały polskich decyzji. Ad 4 Osoby skrzywdzone, wysiedlane z naruszeniem przepisów, które to regulowały, mają pełne prawo wniesienia sprawy do polskiego sądu i po udowodnieniu ewentualnego przestępstwa do uzyskania satysfakcjonującego wyroku oraz odszkodowania od osób ponoszących winę. Rzadko byliby to jednak Polacy. W 1945 r. większość majątków niemieckich została zajęta przez Armię Czerwoną i to jej żołnierze dokonywali przesiedleń Niemców. Dopiero na mocy umowy między Północną Grupą Wojsk Armii Radzieckiej a polskim Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej, z października 1945 r. rozpoczęło się szybsze przekazywanie przez Rosjan tych majątków władzom polskim. Ad 5 Żaden organ polski ani międzynarodowy nigdy nie stwierdził, że polskie przepisy wywłaszczeniowe stały w sprzeczności z ówcześnie obowiązującym prawem. Były zatem w pełni legalne i w świetle prawa międzynarodowego nie ma podstaw prawnych, by jakakolwiek instytucja mogła dziś kwestionować skutki ich stosowania. Również organy Unii Europejskiej nie mogą zajmować się oceną przepisów, które w chwili ich wydania nie naruszały jakichkolwiek norm przyjętych przez UE. Najważniejsze przepisy (ustawa z maja 1945 r. o majątku porzuconym i opuszczonym oraz dekret z marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich) mówiły, iż państwo polskie przejmuje majątki rzeczywiście opuszczone (także należące do niemieckich instytucji i osób prawnych) oraz te, w których nadal znajdowali się dotychczasowi niemieccy właściciele. Polskie prawo nie przewidywało przy tym odszkodowania dla obywateli "państw wrogich". Narodowość niemiecka nie uniemożliwiała jednak uzyskania lub utrzymania własności. Autochtoni oraz Polacy pochodzenia niemieckiego, którzy podpisali volkslistę, ale podczas wojny zachowywali się przyzwoicie, mogli się ubiegać o uzyskanie polskiego obywatelstwa, co umożliwiało im zachowanie majątków (na tyle, na ile było to wówczas możliwe dla innych obywateli polskich). Z tej możliwości skorzystało około miliona osób (z których większość wyjechała w latach 1951-1980 w ramach akcji łączenia rodzin). Pozostali Niemcy na mocy legalnego polskiego prawa utracili majątki - ale zgodnie z układem poczdamskim i tak musieli opuścić Polskę. Ad 6 Polskie władztwo na ziemiach zachodnich miało charakter pełny, żaden organ międzynarodowy nie zakwestionował prawa naszych urzędów do wydawania wszelkich decyzji państwowych dotyczących tych terenów. Uznawały to również inne państwa, przykładem jest choćby układ zgorzelecki z 1950 r. o granicy między Polską a NRD. Sygnatariusze konferencji poczdamskiej nigdy nie stwierdzili, iż Polska nadużywa swych praw do "administrowania" ziemiami zachodnimi. Nie ma więc podstaw prawnych, by podważać skutki suwerennych decyzji polskich władz. Ad 7 Dekret z października 1947 r. uchylił moc prawną dotychczasowych ksiąg wieczystych na Ziemiach Odzyskanych i w byłym Wolnym Mieście Gdańsku. Wszelkie wcześ Odpowiedz Link
przycinek.usa Re: Niemcy ida po nasze - ciag dalszy 2 08.03.04, 22:02 Ad 7 Dekret z października 1947 r. uchylił moc prawną dotychczasowych ksiąg wieczystych na Ziemiach Odzyskanych i w byłym Wolnym Mieście Gdańsku. Wszelkie wcześniejsze zapisy stały się nieważne. Dla polskich właścicieli nieruchomości nie ma więc najmniejszego znaczenia, że w przedwojennych księgach jako właściciele występują Niemcy. Polskie prawa, których legalności nie kwestionowały ani organy polskie, ani międzynarodowe, uznały, że zapisy te utraciły ważność. Z faktu, iż kilkaset tysięcy "wypędzonych" ma podobno przedwojenne akty własności, też nie wynika żadne zagrożenie dla Polaków dziś dzierżawiących (lub użytkujących wieczyście) te nieruchomości. Wydzierżawiły je bowiem nasze władze państwowe, które wcześniej na mocy legalnych przepisów stały się właścicielami tych obiektów. W minionych latach nasze państwo czterokrotnie wydawało akty prawne potwierdzające własność obywateli użytkujących gospodarstwa rolne i inne nieruchomości. Jeżeli mimo to jakimś cudem ktoś nie ma stosownego dokumentu ani nie istnieje ślad po tych decyzjach w urzędach, to i tak może spać spokojnie, bo po 30 latach został właścicielem przez zasiedzenie (nawet w złej wierze). Ad 8 Decyzje instytucji unijnych nie mogą dotyczyć spraw, które państwo polskie rozstrzygało, zanim poddało się jurysdykcji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i Trybunału Praw Człowieka. Tym samym jakiekolwiek kwestie dotyczące wywłaszczenia ludności niemieckiej nigdy nie zostaną podjęte przez żaden z trybunałów, bo pochodzą z czasów, kiedy nawet Unii nie było. Są już na to przykłady - wprawdzie niepolskie, bo żadna skarga na "wypędzenia" nie trafiła dotychczas do organów UE (i pewnie nie trafi). Trybunał Praw Człowieka nie chciał zająć się roszczeniami Niemców Sudeckich wobec Czech z tytułu tzw. dekretów Benesza. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w styczniu br. rozstrzygnął zaś sprawę Jahn i inni kontra Niemcy. Tu akurat państwo niemieckie naruszyło prawo własności, bo chciało przejąć grunty położone na terenie wschodnich landów, mimo że wcześniej na mocy tzw. ustawy Modrowa NRD przyznała je grupie osób prywatnych. Trybunał uznał, że dawna decyzja NRD-owska jest obowiązująca. Wreszcie art. 295 traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską mówi jednoznacznie: "Niniejszy traktat nie narusza systemu własności w państwach członkowskich". Skoro zaś Unia przyjmuje nas w swe szeregi, to znaczy, że polskie stosunki własnościowe nie budziły jej zastrzeżeń. Gdyby trybunały unijne zajmowały się historią, to np. potomkowie Almanzora mogliby się domagać w Strasburgu odszkodowań od państwa hiszpańskiego za wypędzenie z Alpuhary w XVI w. www.przeglad-tygodnik.pl/htemy/kraj/kraj.htm Odpowiedz Link
przycinek.usa Ekspertyza Galuszki. 11.03.04, 06:08 Pisalismy o tym przed referendum. Roszczenia beda. Trzeba je bedzie splacic. Z pieniedzy podatnika. Oczywiscie. "Odrzucić niemieckie roszczenia Jest pewne, że po 1 maja 2004 r., gdy Polska przystąpi do Unii Europejskiej, sądy polskie na Ziemiach Odzyskanych zostaną zasypane tysiącami niemieckich pozwów o zwrot mienia przejętego przez Polskę między innymi na podstawie tak zwanych dekretów Bieruta, w tym dekretu z 8 marca 1946 roku o majątkach opuszczonych i poniemieckich. Zachodzi zatem najważniejsze pytanie o podstawę prawną majątkowych roszczeń "wypędzonych" i "uciekinierów". Aktualnie rząd niemiecki uważa, że wywłaszczenia dokonane bez odszkodowań były niezgodne z prawem międzynarodowym. Takie twierdzenie jest zgodne z funkcjonującą w prawie międzynarodowym publicznym i prywatnym, a także w polskim prawie cywilnym - koncepcją praw nabytych. Prawa podmiotowe, zwłaszcza własność powstała w oparciu o system właściwy w momencie powstania, zachowują swoją treść i zakres również wtedy, "kiedy na skutek zmiany powiązania właściwym stanie się inny system, nawet nie przewidujący ich istnienia". W prawie międzynarodowym i cywilnym obowiązuje zasada, że co raz zostało nabyte zgodnie z prawem, jest nienaruszalne bez zgody nabywcy, z wyjątkiem nadzwyczajnych względów "użyteczności publicznej". Zasadę tę utrzymuje projekt konstytucji Unii Europejskiej. Jest ona także zgodna z art. 6 ust. 2 Traktatu z Maastricht stanowiącym, że Unia Europejska respektuje prawa podmiotowe wynikające z tradycji konstytucyjnych wspólnych dla państw członkowskich, oraz z postanowieniami Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z 4 listopada 1950 r. Ochrona praw własności została jeszcze bardziej wzmocniona zmianą Traktatu z Maastricht dokonaną w Amsterdamie. Stwierdzono mianowicie w art. 6 ust. 1, że Unia opiera się na zasadach wolności, demokracji, przestrzegania praw człowieka i podstawowych wolności oraz państwa prawa. Zasady te są wspólne dla wszystkich państw członkowskich. W przypadku naruszenia tych zasad Rada Europejska stwierdza naruszenie i wzywa rząd danego państwa do zajęcia stanowiska, usunięcia naruszenia pod rygorem pozbawienia praw wynikających z traktatu akcesyjnego. Rząd polski utrzymuje, że ze znanych mu ekspertyz wynika, że polskie ustawodawstwo, jak i międzynarodowe, skutecznie nas chroni przed roszczeniami majątkowymi "wypędzonych" Niemców. Jednak jak dotąd nie przedstawiono polskiej opinii publicznej przedmiotowych ekspertyz czy też rządowego dokumentu. Sporna pozostaje wykładnia punktu 5. identycznego pod względem treści oświadczenia polskiego i niemieckiego ministra spraw zagranicznych (Krzysztofa Skubiszewskiego i Hansa Dietricha Genschera) z 17 czerwca 1991 r. związanego z podpisanym w tymże dniu Traktatem o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. W punkcie 5. czytamy: "Obie Strony oświadczają zgodnie: niniejszy traktat nie zajmuje się sprawą obywatelstwa i sprawami majątkowymi". Polski rząd wywodzi z tego zapisu, że problem roszczeń własnościowym w stosunkach dwustronnych już nie istnieje. Niemcy zaś uważają, że kwestie prawne dotyczące własności nie były przedmiotem rozmów i są nadal otwarte. To niemieckie stanowisko zostało poparte orzeczeniem Federalnego Trybunału w Karlsruhe. Polski rząd nie podejmuje żadnych kroków, aby obie strony uzgodniły swoje stanowisko w tej bardzo ważnej kwestii dla Polski. Znamienne jest, że po przełomie w 1989 r. władze III Rzeczypospolitej nie przeprowadziły do końca koniecznej prywatyzacji państwowych nieruchomości i gruntów oraz mienia komunalnego na Ziemiach Odzyskanych. Użytkowanie wieczyste ziemi - niefunkcjonująca w prawie unijnym instytucja - nie została zamieniona na własność. Polacy na Ziemiach Odzyskanych w przeważającej większości nie są pełnoprawnymi gospodarzami - właścicielami ziemi, nieruchomości, swych domów, do których zapukają po 1 maja 2004 roku ich dawni właściciele - Niemcy, okazując swoje dokumenty - księgi wieczyste. A co zrobią polskie sądy, które po przystąpieniu Rzeczypospolitej do Unii Europejskiej w razie wątpliwości co do obowiązywania lub wykładni przepisów wspólnotowo-unijnych mają obowiązek zwrócić się z zapytaniem do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości? Dostaną odpowiednie wiążące dyrektywy. (Prawo unijne ma wyższość nad prawem krajowym). Już obowiązuje w Unii Europejskiej orzeczenie tegoż Trybunału wydane po analizie sposobu stosowania prawa własności przez organy krajowe, zgodności z zasadami prawa wspólnotowego, procesów nacjonalizacji i wywłaszczania, stanowiące, że własność jest prawem podstawowym oraz że państwo ponosi odpowiedzialność za szkodę, "jakiej doznała dana osoba wskutek błędnego lub wybiórczego stosowania przez sądy krajowe prawa wspólnotowo-unijnego lub w wyniku jego niestosowania". Trzeba mieć na uwadze, że zgodnie z ogólnymi zasadami prawa międzynarodowego wywłaszczanie wiąże się nieodłącznie z odszkodowaniem. Zatem sądy polskie będą miały podstawy prawne do oddalania roszczeń o zwrot majątków poniemieckich, którego właścicielami obecnie są Polacy (korzystają z ochrony własności według prawa unijnego i polskiego), ale nie unikniemy zapłaty odszkodowania za pozbawienie własności "wypędzonych" Niemców czy też "uciekinierów", jak i ich następców prawnych. Waldemar Gałuszko, radca prawny, Szczecin www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040311&id=my12.txt Odpowiedz Link
przycinek.usa Niemcy sudeccy chcą zaskarżyć Czechy 14.03.04, 18:07 Niemcy sudeccy chcą zaskarżyć Czechy w Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu Niemcy domagają się majątków Siedemdziesięciu siedmiu sudeckich Niemców z RFN i Austrii złoży w najbliższych dniach do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu skargę na Republikę Czeską o naruszenie praw człowieka - poinformowała wczoraj czeska gazeta "Lidove noviny". Jej zdaniem, Niemcy domagają się od władz w Pradze zwrócenia skonfiskowanych na podstawie dekretów Benesza majątków bądź - jeśli to niemożliwe - wypłaty odszkodowań. Czeska gazeta ubolewa, że potomkowie Niemców sudeckich wysiedlonych z Czech po II wojnie światowej chcą przywitać Czechy w Unii Europejskiej, skarżąc je do Trybunału. Sudeccy Niemcy domagają się, jej zdaniem, od władz w Pradze uchylenia dekretów Benesza, które były podstawą do wysiedleń. "Skarga jest już gotowa i w najbliższych dniach będzie złożona w Strasburgu" - napisała lokalna gazeta Niemców sudeckich "Sudetenpost", cytowana przez "Lidove noviny". Na podstawie dekretów prezydenta Czechosłowacji Edwarda Benesza po II wojnie światowej z kraju tego wysiedlono ponad 2,5 miliona Niemców sudeckich. Wielu z nich kolaborowało z hitlerowcami po zajęciu przez nich Czechosłowacji. Majątki wysiedlonych zostały skonfiskowane i zostali oni pozbawieni obywatelstwa. Restytucje majątkowe w Czechach nie dotyczą majątku Niemców sudeckich. Sądy czeskie, które rozpatrywały ich wnioski, w swych negatywnych orzeczeniach powoływały się na dekrety Benesza. Ziomkostwa Niemców sudeckich od dawna domagają się ich uchylenia, twierdząc, że zastosowano w nich niedopuszczalną z punktu widzenia praw człowieka zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Czesi bronią dekretów, dowodząc, że rozpatrywać je trzeba jedynie w kontekście historycznym i że ich uchylenie doprowadziłoby do wielkich zmian własnościowych. Według niektórych szacunków ziomkostw, wartość majątku poniemieckiego w Czechach szacowana jest na 250 mld euro. Skargi złożone przez Niemców sudeckich w Strasburgu nie zawierają wniosku dotyczącego uchylenia dekretów Benesza. Skarżący domagają się rekompensaty za pozostawiony majątek. Jeśli pozwy rzeczywiście wpłyną do Trybunału Praw Człowieka i zostaną rozpatrzone, może to oznaczać poważne problemy także dla Polski. Nasz kraj jest bowiem drugim - obok Czech - państwem, wobec którego niemieccy wypędzeni wysuwają roszczenia o odszkodowania za pozostawione mienie. Na początku tego roku przewodniczący Pruskiego Towarzystwa Powierniczego i Ziomkostwa Ślązaków Rudi Pavelka zagroził Polsce masowymi pozwami do Trybunału. Wymienione Towarzystwo pomaga wypędzonym Niemcom formułować pozwy o odszkodowania od Polski. Opinie w dziale "Świat". Jacek Szpakowski, PAP www.naszdziennik.pl/ Komentarze: Informację o planach Niemców sudeckich pozwania Czech do Trybunału Praw Człowieka komentują: Halina Nowina Konopczyna (Porozumienie Polskie) Niedawno czytaliśmy wypowiedź jednego z deputowanych niemieckich, który wprost powiedział, że sprawy dochodzenia dawnych majątków niemieckich nie były poruszane w trakcie negocjacji, ponieważ sprawą nadrzędną było rozstrzygnięcie przystąpienia do UE nowych państw. Natomiast w tej chwili zacznie się cały proces rewindykacji tych majątków zarówno w Czechach, jak i w Polsce. Podjęta wczoraj przez Sejm uchwała zobowiązująca rząd do działań zabezpieczających Polskę przed podobnymi roszczeniami jest niestety tylko uchwałą. Ostrzegaliśmy my, ostrzegali inni przed konsekwencjami akcesji Polski do Unii, Polacy niestety uwierzyli komuś innemu. Aleksander Szczygło (PiS), zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji Europejskiej Rząd czeski ustami prezydenta Havla zaczął wysyłać niejednoznaczne sygnały dotyczące tego, jak traktować dekrety Benesza. Zaczął mówić o pewnej krzywdzie, która została wyrządzona, o odpowiedzialności zbiorowej. Dzięki takim wypowiedziom Niemcy stają się coraz bardziej pewni siebie, a teraz, jak widać, mogą one doprowadzić do tego, że te deklaracje staną się swego rodzaju przepustką do żądania odszkodowań za skutki dekretów Benesza. Rząd polski w latach 90. nie wysyłał takich sygnałów, w których dawałby do zrozumienia, że to, co się stało, nie było sprawiedliwością dziejową, bo było. Jest w tym przypadku istotna różnica. Dekrety Benesza były aktem prawnym, który został wydany przez rząd czeski. Jeśli chodzi o polskie ziemie północne i zachodnie - była to decyzja wielkiej czwórki, i to do niej Niemcy powinni zgłaszać pretensje. not. JS www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040313&id=sw14.txt Odpowiedz Link
robisc Uchwalili sobie 14.03.04, 19:24 O ewentualnych roszczeniach Niemców pap, kid 12-03-2004, ostatnia aktualizacja 12-03-2004 20:13 Uchwałę w sprawie ewentualnych roszczeń niemieckich podjął Sejm w czwartek późnym wieczorem. "Sejm RP wszystkie kwestie związane z przejęciem przez Polskę majątków po byłych przesiedleńcach z Ziem Odzyskanych uważa za ostatecznie zakończone i w żaden sposób niepodlegające rozpoznawaniu przez Trybunał Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich w Luksemburgu lub Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Dotyczy to także ewentualnych roszczeń odszkodowawczych. (...) Polska nie będzie związana jakimkolwiek orzeczeniem przyjętym przez instytucje UE zapadłe w tych sprawach" - czytamy w uchwale, która ma tylko znaczenie polityczne i nie rodzi skutków prawnych. Odpowiedz Link
przycinek.usa o! 14.03.04, 19:30 To ciekawe. Znaczy sie debilizm w historycznym szycie. Tylko, ze oni zapomnieli, ze rzad podpisal traktat. A to zmienia z deczka postac rzeczy. Jest dokladnie tak, jak mowi Wrobel, zacytowany pare postow wyzej. Szkoda, ze w tej uchwale Sejmowej nie znajduja sie slowa na temat sadow w Polsce. Bo przeciez to tez bedzie problem tych sadow. Odpowiedz Link
przycinek.usa zobowiazanie rzadu do dzialan. 18.03.04, 23:37 Reparacje czas podjąć Komisja Spraw Zagranicznych przyjęła wczoraj projekt uchwały, w której Sejm wzywa rząd do podjęcia rozmów z rządem niemieckim na temat reparacji wojennych dla Polski. Sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych przyjęła w pierwszym czytaniu uchwałę, w której Sejm zobowiązuje rząd do "wyegzekwowania od Niemiec należnych Polsce reparacji wojennych z tytułu strat i szkód, jakie Polska poniosła w wyniku planowych zniszczeń dokonanych przez Niemcy w czasie II wojny światowej i do rozpoczęcia w tym celu rozmów z rządem Republiki Federalnej Niemiec". Uchwałę poparli wszyscy członkowie komisji, chociaż posłowie SLD opowiedzieli się za wersją mniej stanowczą, tj. za użyciem w tekście sformułowania "Sejm wzywa rząd" zamiast "Sejm zobowiązuje rząd". Uchwała trafi teraz do drugiego czytania na forum Sejmu. Obecny na posiedzeniu komisji przedstawiciel MSZ Jan Truszczyński stwierdził, iż posłowie powinni wstrzymać się z przyjęciem dokumentu do czasu przygotowania przez rząd odpowiednich analiz prawnych. - Musimy zaczekać, aż wykształci się dominujący w Polsce pogląd doktryny w sprawie podstaw prawnych wystąpienia o reparacje - powiedział Truszczyński. Wskazał też, że ekspertyzy, z których korzystała podkomisja, różnią się w konkluzjach. Przedstawiciel Departamentu Prawno-Traktatowego MSZ poinformował, że przygotowanie opinii prawnej w tej kwestii zajmie miesiąc lub nawet dwa. - MSZ miało dostatecznie dużo czasu na ekspertyzy prawne od sierpnia ubiegłego roku, kiedy wniesiony został do laski marszałkowskiej projekt uchwały. Teraz poczytane to zostanie jako próba odwlekania prac nad uchwałą - odparł wnioskodawca projektu Jerzy Czerwiński (RKN). Sprawozdawca projektu w imieniu podkomisji Janusz Dobrosz (LPR) przypomniał, że Sejm już raz w przeszłości zobowiązał rząd do podniesienia kwestii reparacji, a dotyczyło to rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego. Podkomisja dysponowała trzema ekspertyzami na temat reparacji. Profesor Władysław Czapliński zaprezentował w swojej opinii stanowisko, iż Polska nie ma podstaw prawnych do żądania reparacji wojennych od Niemiec, ponieważ zrzekła się ich w jednostronnej deklaracji z 23 sierpnia 1953 r. Czapliński jest też zdania, iż praktycznie nie jest możliwe oszacowanie wielkości szkód poniesionych przez Polskę. Profesor Zdzisław Garlicki stwierdził z kolei, że umowa poczdamska była typową umową wielkich mocarstw na rzecz państwa trzeciego. Na mocy tego traktatu zobowiązano ZSRS do zaspokojenia polskich roszczeń odszkodowawczych z części reparacji przyznanych ZSRS, a Polska jako państwo trzecie przyjęła to rozwiązanie. Garlicki uważa, że domaganie się obecnie reparacji od Niemiec oznaczałoby podważenie traktatu poczdamskiego. - Należy pamiętać, że umowa poczdamska zawiera jeszcze inne, chyba daleko ważniejsze postanowienia na korzyść Polski jako "państwa trzeciego", dotyczące nabytków terytorialnych na zachodzie i północy - ostrzegł ekspert. Trzecia, najobszerniejsza ekspertyza, oparta na materiałach źródłowych, została przygotowana przez berlińskiego prawnika Stefana Humburę. Autor wskazuje w niej na ewolucję prawa międzynarodowego w kierunku wypracowania nowych standardów ochrony, co powoduje, że "powstały obszary prawne, w których możliwe będzie przeprowadzenie weryfikacji powojennych działań państwa polskiego". W tej nowej sytuacji jest także, jego zdaniem, możliwe podważenie na gruncie prawnym skuteczności zrzeczenia się reparacji przez Polskę. Według niego, nie są też wykluczone roszczenia indywidualne, składane przez obywateli poszkodowanych wskutek wojny. Humbura ostrzega, że kwestia wzajemnych roszczeń w stosunkach polsko-niemieckich, która do chwili akcesji może być rozwiązana w ramach stosunków bilateralnych, po akcesji stanie się problemem całej Unii, a jej rozwiązanie będzie wtedy wypadkową siły politycznej i skuteczności danego państwa w strukturach Unii. Małgorzata Goss Odpowiedz Link
robisc możliwe rozwiązania 19.03.04, 18:12 www.bankier.pl/wiadomosci/article.html?article_id=1067554 Odpowiedz Link
vico1 Re: możliwe rozwiązania 19.03.04, 19:39 Jeden euro piechota nie chodzi, ale gdyby to mialo ukrecic szyjke wszelkim roszczeniom, proponowalbym wariant1 Odpowiedz Link
przycinek.usa artykul z Tygodnika Solidarnosc. 17.04.04, 21:39 Ziemie Odzyskane - przez Niemców Krzysztof Świątek Polska własność na terytoriach północnych i zachodnich może być poważnie zagrożona po 1 maja ze względu na żądania roszczeniodawców zza Odry. Zaczną oni dochodzić swoich praw majątkowych przed europejskimi trybunałami. Istnieje jednak sposób, aby tego procederu uniknąć - rząd powinien wywalczyć odpowiedni zapis w przygotowywanym traktacie konstytucyjnym Unii. Organizacją, która przygotowuje już pozwy sądowe o odzyskanie mienia utraconego przez wysiedlonych Niemców, jest Pruskie Powiernictwo. Oferuje ono pomoc roszczeniodawcom i najprawdopodobniej będzie ich zbiorowo reprezentować - posiadając prawne pełnomocnictwa. Niedopuszczalny błąd Skubiszewskiego W Polsce nikt nie sporządza szacunkowych danych, jak duża może być skala niemieckich żądań. Nadchodzą jednak w tej sprawie złowróżbne sygnały z RFN. - Rudi Pawelka, przewodniczący Pruskiego Powiernictwa, mówił niedawno, że liczbę Niemców, którzy będą dochodzić swojej własności na naszych Ziemiach Odzyskanych, szacuje na 1 milion. Na podstawie różnego rodzaju dokumentacji, np. ksiąg wieczystych, można trochę tę grupę ograniczyć - do około 600 tysięcy osób. W każdym wypadku zagrożenie jest bardzo duże, nawet przy założeniu, iż nie wszyscy będą dochodzić swoich praw - podkreśla poseł Jerzy Czerwiński z Ruchu Katolicko-Narodowego. Fatalnym błędem było pominięcie spraw majątkowych w traktacie polsko-niemieckim o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 roku. Odpowiedzialność za to niedopuszczalne zaniechanie ponosi ówczesny minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski. Później rozpoczęła się batalia o uregulowanie kwestii własności na Ziemiach Odzyskanych trwająca do dziś. W Sejmie II kadencji została uchwalona ustawa o automatycznym przekształceniu wieczystego użytkowania dla właścicieli z tych terenów na prawo własności. Schody zaczęły się wtedy, gdy trzy gminy zaskarżyły zgodność tego prawa z konstytucją. Uznały one, że tracą w ten sposób duże środki wynikające z opłat z tytułu wieczystego użytkowania. - Trybunał Konstytucyjny, wbrew woli całego ówczesnego sejmu, przyznał rację gminom. Wtedy ta ustawa stała się martwa. Zaprzepaszczono szansę na załatwienie sprawy jednym aktem prawnym bez ponoszenia opłat przez właścicieli, na które nie wszystkich przecież stać - argumentuje poseł Janusz Dobrosz z Ligi Polskich Rodzin. - Orzeczenie trybunału było nonsensowne, gdyż interesy samorządów, dysponujących tymi gruntami przez zaledwie 5-6 lat postawiono wyżej, niż prawa wieczystych użytkowników, którzy posiadali je od 30-40 lat. Tymczasem władze niemieckie niejednokrotnie oficjalnie wyrażały jednoznaczne poparcie dla starań mających na celu podważenie polskiej własności na ziemiach północnych i zachodnich. - Już w 1991 roku minister spraw zagranicznych Niemiec Hans Dietrich Genscher wystosował list intencyjny towarzyszący traktatowi polsko-niemieckiemu, skierowany do ministra Skubiszewskiego, w którym zaznaczył, że RFN nie zgadza się na zmiany własnościowe na Ziemiach Odzyskanych - przypomina poseł Janusz Dobrosz. - Taka jest niemiecka doktryna prawna, co potwierdzają między innymi orzeczenia Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Wielokrotnie uznawał on, że roszczenia przesiedlonych są legalne. To jest olbrzymie niebezpieczeństwo dla naszych interesów narodowych. Przesiedleni wspierani przez niemiecki rząd W 1998 roku Bundestag przyjął rezolucję stwierdzającą powojenne wysiedlenia Niemców za niezgodne z prawem międzynarodowym i zaapelował do rządu federalnego, aby nadal zabiegał o interesy tzw. wypędzonych. To określenie forsowane jest po to, by podkreślić rzekomą nielegalność wywłaszczeń oraz straszne krzywdy, jakich mieli doznawać ludzie, którzy zostali zmuszeni do zmiany miejsca zamieszkania. Należy jednak raczej używać konsekwentnie określenia "przesiedleni", gdyż tym akcjom - będącym skutkiem powojennych ustaleń zwycięskich mocarstw, a więc mającym umocowanie w prawie międzynarodowym - nie towarzyszyły żadne prześladowania. Temat niemieckich roszczeń powraca także zawsze w trakcie kampanii wyborczych w Niemczech. Niektórzy pretendenci do fotela kanclerza (np. Edmund Stoiber z CDU/CSU) zupełnie otwarcie deklarowali, że wysiedleni bądź ich spadkobiercy muszą mieć "prawo powrotu" na polskie Ziemie Odzyskane. Także działalność niemieckiego Centrum Wypędzonych Eriki Steinbach jest stale dotowana z budżetu centralnego. 11 kwietnia 2003 roku sejm przyjął ustawę o kształtowaniu ustroju rolnego. Jej artykuł 15 stanowi, że osoby fizyczne i ich zastępcy prawni, tj. spadkobiercy, którzy byli użytkownikami wieczystymi nieruchomości przeznaczonych na cele mieszkalne lub rolnicze zarówno 26 maja 1990 r., jak i 23 kwietnia 2001 roku - otrzymują prawo ich własności nieodpłatnie. Tym samym powstał krąg osób, które dzięki temu zapisowi, zostały uwłaszczone bez konieczności ponoszenia dodatkowych opłat, które dla wielu są zbyt wysokie. Starostowie i wójtowie zostali zobligowani do sporządzenia odpowiedniego rejestru tych właścicieli oraz zawiadomienia ich o nabyciu prawa własności. Także wpis do ksiąg wieczystych odbywa się za darmo. Pozostali użytkownicy wieczyści mogą przejmować nieruchomości odpłatnie. Kwotą należną za przekształcenie jest wartość własności pomniejszona o wartość prawa użytkowania. Przy czym zasadą jest 70-proc. bonifikata od tej opłaty. Ponadto należna do zapłaty suma nie może być wyższa niż 10 proc. wycenionej własności. Rada Miejska Szczecina poszła jeszcze dalej, uchwalając 90-proc.upust przy zamianie użytkowania wieczystego na prawo własności. - Do urzędu wpłynęło około 15 tys. wniosków w tej sprawie. Obecnie są one realizowane. Większość rozpatrywana jest pozytywnie - informuje Jerzy Krawiec, dyrektor Wydziału Gospodarki Nieruchomościami w szczecińskim magistracie. Także we Wrocławiu zdecydowano o bonifikatach dla wieczystych użytkowników, którzy za przekształcenia płacą tylko 5 proc. wartości nabywanej własności. Konieczny zapis w konstytucji UE Posłowie nie są spokojni, jeżeli chodzi o sprawę ewentualnych roszczeń niemieckich. Świadczy o tym treść podjętej 12 marca uchwały, w której napisano: "Wszystkie kwestie związane z przejęciem przez Polskę majątków po przesiedleńcach z Ziem Odzyskanych, uważa się za ostatecznie zakończone i w żaden sposób nie podlegające rozpoznaniu przez trybunały europejskie". Projekt przygotowany przez Ruch Katolicko-Narodowy poparły wszystkie kluby parlamentarne, łącznie z SLD. Jednak w opinii ekspertów uchwała sejmu nie zamyka w żaden sposób możliwości dochodzenia swoich praw przez Niemców przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu, a także Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. - Ta uchwała nie wiąże organów międzynarodowych. Jeżeli Niemiec, który stracił majątek na Ziemiach Odzyskanych, wystąpi o jego zwrot w Polsce, a wyrok będzie dla niego niekorzystny, to będzie mógł dochodzić swoich praw przed europejskimi trybunałami - uważa członek Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Piotr Kładoczny. Zdają sobie z tego sprawę pomysłodawcy uchwały, dlatego znalazło się w niej dodatkowe wezwanie skierowane do naszych władz. - Sejm, przyjmując ten projekt, zobowiązał rząd do wywalczenia w negocjowanym obecnie traktacie konstytucyjnym Unii Europejskiej zapisu, który stwierdzałby, że nie można podważać praw polskich obywateli do ziem północnych i zachodnich. To jest warunek konieczny. Dzięki takiemu zastrzeżeniu sprawa zostałaby ostatecznie rozwiązana - zaznacza poseł Jerzy Czerwiński. Niestety, w chwili gdy trzeba walczyć o broniące naszych interesów zapisy w europejskiej konstytucji, w Polsce odbywają się polityczne przetasowania postkomunistów i ta sprawa jest marginalizowana. Odpowiedz Link
robisc Zaczęło się 05.05.04, 22:04 Niemcy/ Wypędzeni wnieśli pozwy o zwrot mienia 05.05.2004 Berlin (PAP) - 79 Niemców sudeckich wywłaszczonych po II wojnie światowej przez władze Czechosłowacji wniosło indywidualne pozwy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu - poinformowała w środę agencja DPA powołując się na przewodniczącego "Inicjatywy Niemców sudeckich", Ericha Hoegna. Rzecznik strasburskiego trybunału nie potwierdził wpłynięcia skargi. Po pierwszej grupie skarg złożone zostaną kolejne pozwy -zapowiedział Hoegn. Niemcy sudeccy domagają się zwrotu majątków rolnych lub "odpowiedniego" odszkodowania. Wśród osób, które wniosły pozwy, znajdują się także właściciele fabryk, dzieł sztuki oraz sanatoriów w zachodniomorawskich kurortach. Władze Czechosłowacji przymusowo wysiedliły po ostatniej wojnie światowej ponad 3 mln Niemców. Ziomkostwa Niemców sudeckich nie popierają starań o odzyskanie mienia. Informacje o mieniu pozostawionym w Polsce przez przymusowo wysiedlonych Niemców gromadzi spółka "Pruskie Powiernictwo" z siedzibą w Duesseldorfie. W przypadku niepowodzenia starań o odzyskanie mienia przed polskimi sądami, "Pruskie Powiernictwo" zamierza zwrócić się do trybunału w Strasburgu oraz innych sądów międzynarodowych Odpowiedz Link
przycinek.usa Śląsk częścią Niemiec? 07.05.04, 20:06 Śląsk częścią Niemiec? PAP 18:20 "Śląsk w latach 1945-91 był częścią ziem wschodnich niemieckich pod tymczasową administracją Polski i ZSRR" - takie zdanie znalazł w publikacji współfinansowanej przez opolski Urząd Marszałkowski poseł Ruchu Katolicko Narodowego Jerzy Czerwiński. "Autor tej publikacji uważa, że Śląsk był do 1991 roku częścią Niemiec" - powiedział Czerwiński. Jego zdaniem dopuszczenie do pojawienia się takiego sformułowania w publikacji współfinansowanej przez urząd marszałkowski "jest ewidentnym brakiem dbałości o przyzwoitość". "To zdanie używane jest przez przesiedleńców jako koronny argument uzasadniający ich dążenie do odzyskania majątków, lub uzyskania odszkodowań" - dodał opolski poseł RKN. Niefortunne zdanie znalazło się w części historyczno- statystycznej "Polsko- angielsko-niemieckiego glosariusza regionalnego" - publikacji, która zawiera najważniejsze słowa i wyrażenia, w tym nazwy instytucji i imprez na Opolszczyźnie sformułowane w trzech językach. Autorem książki jest Tomasz Kamusella, były doradca marszałka województwa ds. współpracy z zagranicą podczas poprzedniej kadencji samorządu. W specjalnie wydanym oświadczeniu zarząd województwa rządzonego przez koalicję SLD i mniejszości niemieckiej zapewnił że nic nie wiedział o dołączeniu do glosariusza dodatku historyczno- statystycznego. "Kategorycznie oświadczamy, że nie zgadzamy się z tymi treściami glosariusza, które wzbudzają kontrowersje, nie mieliśmy wpływu na treść publikacji, nie została nam ona przedstawiona do recenzji" - czytamy w oświadczeniu. Po ujawnieniu sprawy urząd marszałkowski nakazał wstrzymanie druku i kolportażu publikacji, zapowiedział także, że obietnica wsparcia finansowego zostanie zrealizowana dopiero po poprawieniu książki. (ck) wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?wid=5227513&kat=1342 Odpowiedz Link
wislok1 Polecam lekturę 07.05.04, 21:21 Kto nie zalogowany u mnie na forum, to zapraszam forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15232&w=12482683 Odpowiedz Link
przycinek.usa to ja pozwole sobie przekopiowac, dobra? 07.05.04, 21:35 Znikające godło Polski w Strzelcach Opolskich jon 03-05-2004, ostatnia aktualizacja 03-05-2004 20:03 Z budynku starostwa w Strzelcach Opolskich, na polecenie starosty Mniejszości Niemieckiej, przed 1maja zdjęto godło Polski. - Już wisi i wszystko jest w porządku - zapewnił nas w poniedziałek poseł Henryk Kroll, szef MN - Nie wiem, dlaczego starosta to zrobił, ale już jest po sprawie, nie ma o czym gadać - dodał. Starosta Gerhard Matheja wyjaśnił Radiu Opole, że zdejmując godło i umieszczając dwujęzyczne napisy na budynku, chciał podkreślić fakt, że wchodzimy do jednej wielkiej europejskiej rodziny. Jego zachowanie wzburzyło bardzo opolskich polityków. Andrzej Namysło, szef SLD w regionie, zauważył, że starosta jeszcze nie rozumie integracji europejskiej i faktu, że nadal pozostajemy odrębnym państwem. - To prowokacja - stwierdził z kolei Jerzy Czerwiński z Ruchu Katolicko- Narodowego. - Albo głupota, ale o to nie posądzam kogoś, kto piastuje stanowisko starosty. Moim zdaniem część społeczeństwa będzie teraz sądziła, że Europejczycy w takim właśnie poważaniu, jak starosta, będą mieli nasze godła. Czerwiński chciałby wyciągnięcia konsekwencji wobec starosty, który nie wie, że na budynkach administracji musi być polskie godło. - Jeśli tych konsekwencji nie wyciągnie Mniejszość Niemiecka, to powinien to zrobić organ nadzoru, którym jest wojewoda. Tymczasem wojewoda Elżbieta Rutkowska już rozmawiała ze starostą. - Wyjaśniłam mu, że samorządowcy też są reprezentantami państwa polskiego. Na szczęście obiecał mi, że godło natychmiast wróci na budynek. miasta.gazeta.pl/opole/1,35114,2053707.html Odpowiedz Link
utiat Śląsk częścią Czechoslowacji _!_!_!_!_!_!_!_!_!_!_ 13.07.04, 12:35 Przycinek.usa jestes doprawdy ciezkim przypadkiwm myslacego inaczej. Slask jest jednym z krajow korony swietego Waclawa. Tak bylo jest i bedzie. Odpowiedz Link
robisc Erika przystepuje do działania 09.05.04, 20:07 Steinbach potwierdza cele Niemieckiego Związku Wypędzonych Niedziela, 9 maja 2004, 19:55 Odszkodowania dla osób, które straciły swe majątki oraz budowa centrum przeciwko wypędzeniom - to dla Eriki Steinbach dwa główne kierunki działania. Została ona ponownie wybrana na przewodniczącą Niemieckiego Związku Wypędzonych. O swoich priorytetach mówiła dziś na zjeździe w Berlinie. Dla Steinbach sprawy majątkowe są nadal otwarte, ale trzeba je rozwiązać bez stawiania wygórowanych żądań i w zgodzie z publicznym dobrem obu stron. Skrytykowała też działalność Pruskiego Powiernictwa, ale nie na tyle poważnie, by zahamować prace tej organizacji. Szef Powiernictwa - Rudi Pawelka na tym samym zjeździe zapowiedział, że chce skierować do polskich sądów zbiorowe pozwy o zwrot majątków lub odszkodowanie. Jeśli odpowiedź będzie negatywna - zamierza zwrócić się do trybunałów międzynarodowych. Odpowiedz Link
wislok1 Oni czują się pewni na 100 procent 09.05.04, 20:12 Poczytaj o Strzelcach Opolskich. Starosta ma gdzieś państwo, ktoremu oficjalnie służy. W Alzacji za coś takiego już by był dawno na bezrobociu i w sądzie. Polecam : www.silesia-schlesien.com/ Odpowiedz Link
wislok1 Link 09.05.04, 21:54 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15232&w=12482683&v=2&s=0 Odpowiedz Link
krzysztofsf Re: Link 09.05.04, 22:45 Twoj to juz widzialem To do Robiego bylo upomnienie...... Odpowiedz Link
robisc Re: Link - jak zwykle RMF 09.05.04, 22:49 www.rmf.fm/wiadomosci/index.html?id=68668&loc=1 Odpowiedz Link
wislok1 Józefa to się żarty trzymają 09.05.04, 22:20 Marszałek Sejmu Józef Oleksy podkreślił, że Polska po wejściu do Unii Europejskiej stała się krajem bezpiecznym. "Już nas nie zaatakują, już nam kraju nie podzielą. Nikt nie zawładnie dobrem i wolnością Polski" - powiedział. info.onet.pl/916240,11,item.html Odpowiedz Link
przycinek.usa Nie tylko jego. 10.05.04, 19:31 To sie chyba tez zalicza do "roszczen"? Nie? Dolnośląska prowokacja 10.05.2004 15:01 (aktualizacja 16:11) Kilkadziesiąt plakatów w języku niemieckim ze zdjęciami z czasów II wojny światowej zostało rozrzuconych oraz przyczepionych do słupów ogłoszeniowych w Karpaczu, Szklarskiej Porębie, Cieplicach, Podgórzynie i Jeleniej Górze. Oprócz tekstu w języku niemieckim były tam zdjęcia zagłodzonych dzieci niemieckich i leśna egzekucja Niemca, którą przeprowadzają Polacy. Na plakatach widniały m.in. napisy: "Polacy i Czesi witamy w UE". A dalej ostrzeżenie, że "niemieckie prawo działa wiecznie i wszyscy mordercy zostaną osądzeni". Na prowokacje ostro zareagował wojewoda dolnośląski Stanisław Łopatowski. "Akcja ta, to wybryk nielicznej grupy ekstremistów, których celem jest podważenie osiągnięć narodów polskiego i niemieckiego w normalizacji wzajemnych, dobrosąsiedzkich stosunków. Prowokacja ta, bez względu na to, kto jest jej autorem, w żaden sposób nie wpływa na sytuację prawną Polaków mieszkających na Dolnym Śląsku i innych tzw. Ziemiach Odzyskanych" - napisał w oświadczeniu. Łopatowski przypomniał, że stan prawny tych ziem został ustalony w IX uchwale Konferencji Poczdamskiej, a nienaruszalność i poszanowanie integralności terytoriów potwierdzone zostały dwoma aktami: z 1970 r. pomiędzy RFN i PRL i traktatem z 14 listopada 1990 r. pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec. Według Mieczysława Kapuścińskiego, rzecznika policji w Jeleniej Górze, obecnie trudno powiedzieć, co było napisane na tych plakatach, gdyż rozzłoszczeni ludzie, którzy przeczytali tekst, zrywali je i niszczyli. Nie wiadomo też dokładnie, ile ich było. Sprawą plakatów zajęła się już prokuratura jeleniogórska, która najpierw musi jednak zlecić ich przetłumaczenie. (PAP) Odpowiedz Link
przycinek.usa jak to widzi GW: 10.05.04, 22:24 Niemieckie plakaty straszą na Dolnym Śląsku Maciej Miskiewicz 10-05-2004, ostatnia aktualizacja 10-05-2004 18:51 "Polacy i Czesi, serdecznie witamy w UE. Nasze prawo pracuje skrupulatnie. Morderstwo nie przedawnia się" - takie plakaty zawisły w weekend w kilku miejscowościach Kotliny Jeleniogórskiej Napisane po niemiecku czarno-białe afisze formatu A-2 zarzucają Polakom i Czechom mordowanie Niemców po II wojnie światowej. Wyrażają nadzieję, że domy i ziemia zostaną zwrócone dawnym niemieckim właścicielom. Afisze zawisły na słupach i tablicach ogłoszeniowych m.in. w Jeleniej Górze, Karpaczu i Podgórzynie. - Mieliśmy też sygnały ze Szklarskiej Poręby i Piechowic - dodaje nadkom. Mieczysław Kapuściński, rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Jeleniej Górze. W sobotę około tysiąca plakatów pomniejszonych do formatu A-4 ktoś rozrzucił w pobliżu tłumnie odwiedzanej przez turystów, również niemieckich, świątyni Wang w Bierutowicach. - Pierwszy plakat sam zerwałem. Gdy okazało się, że jest ich więcej, poprosiłem straż miejską o ich usunięcie - mówi Bogdan Malinowski, burmistrz Karpacza. Część zerwali mieszkańcy. Na plakatach nikt się nie podpisał. Kim mogą być autorzy? - Nie mamy z tym nic wspólnego. To chuligański wybryk. Czysta głupota - podkreśla Friedrich Petrach, przewodniczący dolnośląskiego oddziału Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. Peter Ohr, konsul generalny Niemiec we Wrocławiu: - Jestem oburzony. Wojewoda dolnośląski Stanisław Łopatowski: - To wybryk nielicznej grupy ekstremistów. Właściciele nieruchomości na Dolnym Śląsku nie mają się czego obawiać. Andrzej Reczka, prokurator rejonowy w Jeleniej Górze: - W tekstach nie ma nawoływania do waśni narodowościowych. Wyjaśniamy, kto zorganizował tę akcję. Z nieoficjalnych informacji wynika, że plakaty mogli rozklejać pasażerowie czarnego BMW na niemieckich numerach. W poniedziałek afiszy już nie było na ulicach. Odpowiedz Link
przycinek.usa i Onet 10.05.04, 22:41 Kraj PAP, mat /2004-05-10 06:00:00 Dolnośląskie: Szokujące plakaty na ulicach "Słowo Polskie": Nieznani sprawcy rozwiesili nocą plakaty w języku niemieckim, zarzucające Polakom i Czechom mordowanie Niemców. Plakaty zawierają groźby ścigania przez niemieckie prawo. Rozlepiono je nocą z piątku na sobotę ma słupach ogłoszeniowych w Jeleniej Górze, Karpaczu i Podgórzynie. Duże, czarno-białe, prymitywnie wydrukowane zawierają zdjęcia grobów ofiar masowych zabójstw oraz pojedynczych ciał zamordowanych ludzi, a także teksty zarzucające Polakom i Czechom ludobójstwo na Niemcach - pisze wrocławskie "Słowo Polskie". Jest na plakatach fotografia, na której cywile w lesie strzałami w tył głowy zabijają dwie klęczące nagie osoby. Inna fotografia przedstawia pielęgniarkę i troje śmiertelnie zagłodzonych dzieci, na jeszcze innej żołnierz w rogatywce prowadzi pod rękę zrozpaczoną kobietę, obok idzie mężczyzna z dzieckiem na ręce - podaje gazeta. Teksty w języku niemieckim zostały złożone różną czcionką. Nie ma wątpliwości, że wycięte zostały z różnych publikacji. Pod nagłówkiem czytamy: "Polen und Tschechen herzlich willkommen in der EU" (Polacy i Czesi, serdecznie witamy w UE). Poniżej jest pogróżka: nasze prawo pracuje skrupulatnie, morderstwo nie przedawnia się. Na jednej z list owych "zbrodni" widnieje informacja o śmierci 2 milionów Niemców w sowieckich obozach koncentracyjnych, miliona w amerykańskich, 120 tys. we francuskich, 100 tys. w jugosłowiańskich oraz 22 tysiące w polskich i czeskich. W innych tekstach powtarzają się zarzuty masowych morderstw na Niemcach. W nagłówku drugiego plakatu mówi się o 3,5 milionach wymordowanych Niemców - informuje dziennik. W Jeleniej Górze plakaty naklejone zostały na miejskich słupach ogłoszeniowych. Na pierwszy rzut oka widać, że nie zrobiła tego firma dzierżawiąca je. Pracownicy umieszczają nowe plakaty w taki sposób, żeby nie zasłaniać wcześniej wywieszonych, ale wciąż aktualnych. Wypatrzone przez nas na ruchliwej ulicy Bankowej w centrum Jeleniej Góry naklejone zostały na świeżo umieszczonych tam plakatach 57. Wyścigu Pokoju - pisze "Słowo Polskie". Prokurator rejonowy Andrzej Reczka powiedział, że dopiero po analizie treści plakatów będzie mógł ocenić, czy mamy tu do czynienia z przestępstwem. "W Polsce zakazane jest propagowanie faszyzmu" - powiedział. "Gdyby tego typu treści znalazły się na plakatach, sprawa byłaby jasna" - podaje dziennik. W Karpaczu plakaty pojawiły się w sobotę na miejskich tablicach ogłoszeniowych, natomiast w niedzielę rozrzucane zostały jako ulotki. Marcin Goetz, którego firma ma wyłączność na oklejanie tablic nic o plakatach nie wiedział. Burmistrz Bogdan Malinowski, który stara się codziennie przejść ulicami swego miasta, zobaczył plakaty w sobotę przed południem i zarządził, żeby straż miejska je zerwała - informuje gazeta. "Plakaty mogą zwiększyć obawy przed tym, że po wejściu do Unii na te ziemie powrócą Niemcy" - powiedział. "Szczególnie wśród ludzi starszych" - pisze "Słowo Polskie". info.onet.pl/916300,11,item.html Odpowiedz Link
przycinek.usa Wniosek do Trybunalu Konstytucyjnego 13.05.04, 05:47 Warszawa, 30.04.2004 r. Trybunał Konstytucyjny Al.Szucha 12A 00-918 Warszawa Wnioskodawca: Grupa posłów na Sejm RP reprezentowanych przez posła Marka Kotlinowskiego Adres do korespondencji: Klub Parlamentarny Liga Polskich Rodzin ul.Wiejska 4/6/8, 00-902 Warszawa Uczestnicy postępowania: Sejm RP, Prezydent RP, Rada Ministrów, Minister Spraw Zagranicznych, Prokurator Generalny, WNIOSEK o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej Traktatu dotyczącego przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej, podpisanego 16 kwietnia 2003 roku w Atenach i ratyfikowanego przez Prezydenta RP (Dz.U. NR 90 poz. 864 z dnia 30 kwietnia 2004 roku), oraz art.234 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską. Wnosimy o stwierdzenie niezgodności: 1. art.1 ust.1 i ust.3 Traktatu dotyczącego przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej, oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej oraz dostosowań w Traktatach stanowiących podstawę Unii Europejskiej, będącego integralną częścią Traktatu podpisanego 16 kwietnia 2003 roku w Atenach z preambułą Konstytucji RP w części dotyczącej suwerenności Narodu Polskiego oraz art.8 ust.1, art.91 ust.3, art.188 i art.235 Konstytucji RP oraz 2. art. 234 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską w części, w której nakłada obowiązek na sądy ostatniej instancji i trybunały przedstawiania pytań w sprawie ważności i interpretacji przepisów wspólnotowych także wtedy, gdy przepisy te są niezgodne z Konstytucją RP, oraz ustanawia związanie polskich sądów i trybunałów stanowiskiem Trybunału Sprawiedliwości WE wtedy, gdy stanowisko to wymaga wydania orzeczenia niezgodnego z Konstytucją RP z art.8 ust.1, art.174, art.178 ust.1, art.188 i art.195 ust.1 Konstytucji RP UZASADNIENIE 1. Suwerenność Narodu i niepodległość Państwa Polskiego należą do najwyższych wartości konstytucyjnych, co znajduje wyraz w preambule do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej: "W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski (?) wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za ich walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, (?) zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku (?) ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa. (?) Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej Rzeczypospolitej tę Konstytucję będą stosowali, wzywamy aby (?) poszanowanie tych zasad mieli za niewzruszoną podstawę Rzeczypospolitej Polskiej." Suwerenność Narodu Polskiego zostaje przekreślona, jeśli Polska związuje się prawem organizacji ponadnarodowej, bo tak definiowana jest i taką jest Unia Europejska oraz Wspólnoty w literaturze "europejskiej" i orzecznictwie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (J.Barcz red.J.Barcz: Prawo Unii Europejskiej. Zagadnienia systemowe, Warszawa 2002, str.52; oraz red.R.Skubisz: Orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Warszawa 2003 str.27). Ponadnarodowy - oznacza coś więcej niż "międzynarodowy", o którym mowa w art.90 ust.1 Konstytucji RP. Oznacza stojący "ponad" narodami, co jest sprzeczne z istotą pojęcia suwerenności. Suweren nie ma bowiem nad sobą już nikogo. Konstytucja RP w kilku artykułach posługuje się pojęciem "organizacja międzynarodowa" i "prawo międzynarodowe", jednak nigdzie nie mówi o organizacji "ponadnarodowej", ani przystąpienia do takiej organizacji nie przewiduje. W preambule do Konstytucji RP mowa jest o współpracy Polski ze wszystkimi krajami, co oznacza równość partnerów, nie zaś wchłonięcie jednego państwa i Narodu przez organizm supranarodowy. Rola przedmiotowa Narodu w ramach organizmu ponadnarodowego, który wprawdzie gwarantuje w niektórych wymiarach pewne wysokie standardy cywilizacyjne i kulturalne nie może zastąpić dążenia Narodu do samodzielnego osiągania tych standardów w równej współpracy z innymi suwerennymi narodami. Doświadczenie historyczne uczy, że żywotność Narodu i jego zdolność do konkurowania z innymi mają lepsze warunki rozwoju, jeśli Naród zachowuje suwerenność i w pełni suwerenny byt państwowy. Przynależność Polski do organizacji ponadnarodowej, której istotą jest przejmowanie kolejno, docelowo i nieodwracalnie suwerennych praw narodów jest sprzeczna z zasadą suwerenności Narodu Polskiego wyrażoną dobitnie w preambule Konstytucji RP. Przepisy art.1 ust.1 i 3 Traktatu dotyczącego przystąpienia Polski do UE oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia, włączając Państwo i Naród Polski w system organizacji ponadnarodowej jaką jest Unia Europejska naruszają wspomnianą zasadę. 2. Art.8 ust.1 Konstytucji RP stanowi, że "Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej". Sensu tej normy nie można zawężać tylko do prawa wewnętrznego, stanowionego przez organy RP, lecz należy rozumieć ją jako regulację dotyczącą całości prawa obowiązującego na terenie RP wiążącego jej organy i obywateli. Z normą art.8 ust.1 Konstytucji RP nie da się pogodzić zasady bezwzględnego pierwszeństwa prawa wspólnotowego przed prawem krajowym, która to zasada jest wyprowadzona pośrednio przez orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości WE (dalej: ETS) z szeregu unormowań traktatów stanowiących część składową Traktatu dotyczącego przystąpienia RP do Unii Europejskiej (dalej: Traktat akcesyjny) i które to pierwszeństwo dotyczy każdego przepisu unijnego przed każdym przepisem krajowym, w tym rangi konstytucyjnej. Zasada ta według stałej linii orzecznictwa ETS i doktryny prawa "europejskiego" obejmuje całość relacji między prawem wspólnotowym a prawem krajowym, nie wyłączając pierwszeństwa także wspólnotowego prawa pochodnego przed normami konstytucyjnymi państw członkowskich. (Por. szczególnie wyroki ETS w sprawach: 26/62 Van Gend i Loos v.Holenderska Administracja Podatkowa (1963) ECR 1; 6/64 F.Costa v.ENEL (1964) ECR 585; 14/68 Walt Wilhelm v. Federalny Urząd Kartelowy (1969) ECR 1; 11/70 Międzynarodowe Tow. Handlowe v. Einfuhr (1970) ECR 1161; 106/77 Administracja Finansów Publicznych v. Simmenthal (1978) ECR 629. W uzasadnieniach tych wyroków ETS stwierdził m.in.: "EWG stanowi porządek ? na rzecz, którego państwa zredukowały ? swe prawa suwerenne". "Żadne normy prawa wewnętrznego nie mogą mieć pierwszeństwa przed Traktatem?". "Prawo wynikające z Traktatu ?nie może być z samej natury uchylone przez prawo wewnętrzne, niezależnie od jego rangi?". "Ważność środków Wspólnoty oraz ich skuteczność w prawie wewnętrznym nie może być podważana przez stwierdzenia, że jest ono przeciwne prawom fundamentalnym sformułowanym w konstytucji państwa członkowskiego?". "Zgodnie z zasadą prymatu prawa wspólnotowego przepisy Wspólnot wywierają w wewnętrznym porządku prawnym nie tylko taki skutek, że poprzez samo wejście w życie uniemożliwiają stosowanie każdego przepisu prawa wewnętrznego z nimi sprzecznego, lecz także, skoro stanowią one hierarchicznie wyższą część składową porządku prawnego obowiązującego na terytorium każdego państwa członkowskiego, powodują, że wejście w życie nowej normy prawa wewnętrznego jest niemożliwe w takim zakresie, w jakim byłaby ona sprzeczna z normami wspólnotowymi". Jedno z orzeczeń mówi o "absolutnym pierwszeństwie prawa wspólnotowego przed całością prawa krajowego", co oznacza też, że naruszenie praw podstawowych obywateli "nie mogą być oceniane za pomocą krajowych praw podstawowych".) Tak rozumiana zasada pierwszeństwa prawa wspólnotowego nie da się pogodzić również z treścią art.91 ust.3 Konstytucji RP, który dopuszcza wprawdzie pierwszeństwo prawa stanowionego przez organizację międzynarodową przed prawem polskim, ale co najwyżej przed ustawą. Nie dopuszcza on jednak pierwszeństwa jakiej Odpowiedz Link
przycinek.usa dokonczenie 13.05.04, 05:49 Nie dopuszcza on jednak pierwszeństwa jakiejkolwiek formy prawa stanowionego przez taką organizację przed polską Konstytucją. Przepis art.91 ust.3 Konstytucji RP jest w tym zakresie spójny z treścią art.8 ust.1 Konstytucji. Treści art.8 ust.1 nie zmienia także art.9 Konstytucji, nakazujący Rzeczypospolitej Polskiej przestrzeganie "wiążącego ją prawa międzynarodowego". Jest bowiem oczywiste, że usytuowany wyżej w hierarchii konstytucyjnych zasad ustrojowych art.8 nakazuje przestrzeganie prawa międzynarodowego, jednak w granicach Konstytucji RP. Przedstawiony wyżej zarzut dotyczący sprzeczności z Konstytucją RP unijnej zasady pierwszeństwa prawa wspólnotowego także przed Konstytucją polską mógłby być osłabiony argumentem, że przecież Polska wiążąc się traktatami składającymi się na akcesję, przekazuje organom wspólnotowym kompetencje do stanowienia prawa tylko w zakresie ściśle określonym tymi traktatami. Argument taki byłby jednak chybiony w świetle dotychczasowej praktyki prawotwórstwa wspólnotowego znajdującej pełne wsparcie w orzecznictwie ETS, które bardzo często opiera się na rozszerzającej interpretacji kompetencji prawotwórczych organów wspólnotowych, na domniemaniu tychże kompetencji, na konstrukcji effet utile, które w praktyce stanowią całkowite zaprzeczenie teoretycznej zasady ograniczonych kompetencji powierzonych. 3. Niebezpieczeństwo narzucania Polsce norm pochodnego prawa wspólnotowego sprzecznych z Konstytucją RP byłoby mniejsze, gdyby Trybunał Konstytucyjny mógł efektywnie orzekać o niekonstytucyjności takich norm, i w konsekwencji o zakazie ich stosowania w obszarze działania organów Państwa Polskiego. Niestety, z art. 188 Konstytucji RP nie wynika właściwość Trybunału Konstytucyjnego w tych sprawach. Trudno bowiem uznać akty normatywne stanowione przez organy wspólnotowe za "akty normatywne centralnych organów państwa" w rozumieniu tego artykułu Konstytucji. Nawet zaś, gdyby Trybunał Konstytucyjny posunął się w tym zakresie do rozszerzającej interpretacji tego przepisu konstytucyjnego, to na mocy prawa wspólnotowego (art.234 TWE) miałby on obowiązek zwrócić się do ETS o wyrażenie przez ten Sąd wiążącego dla polskiego Trybunału Konstytucyjnego stanowiska w rozpatrywanej przez Trybunał kwestii relacji prawa wspólnotowego i Konstytucji RP. Nie ulega zaś wątpliwości, że werdykt ETS w oparciu o całą dotychczasową wykładnię prawa wspólnotowego stwierdzi pierwszeństwo niekonstytucyjnej normy wspólnotowej przed Konstytucją RP. Sytuacja taka sprowadzi polski Trybunał Konstytucyjny do roli "pasa transmisyjnego" dla orzecznictwa ETS na terenie Polski, a tym samym wyłączania się przez Trybunał Konstytucyjny od wyeliminowania z obrotu prawnego niekonstytucyjnej normy wspólnotowej, albo też do dania pierwszeństwa Konstytucji RP. W tym drugim jednak wypadku mielibyśmy do czynienia z jawnym konfliktem między Rzecząpospolitą Polską a Unią Europejską, która wymaga od państw członkowskich lojalnego i bezwzględnego respektowania pierwszeństwa prawa wspólnotowego nawet przed narodowym prawem konstytucyjnym. Niestosowanie się do prawa wspólnotowego naraża państwo na sankcje przewidziane w Traktatach, nie mówiąc już o ujemnych konsekwencjach politycznych i gospodarczych. (zob.też: Z.Czeszejko-Sochacki, L.Garlicki, J.Trzciński: Komentarz do ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, Wydawnictwo Sejmowe 1999, str.30). 4. Na terenie państwa może obowiązywać tylko jeden porządek konstytucyjny. Konstytucja jest wyrazem woli suwerennego Narodu. Nie może być dwóch porządków konstytucyjnych, jeden - narodowy i drugi - ponadnarodowy, z których każdy oparty jest na zasadzie swej normatywnej nadrzędności. Nie może być dwóch sądów konstytucyjnych (polskiego Trybunału Konstytucyjnego i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości), tak jak nie może być też dwóch centralnych parlamentów. Tymczasem, rozwój prawa wspólnotowego zmierza nieuchronnie w kierunku takiej właśnie sytuacji, stanowiąc kulminację pewnych zjawisk normatywnych, z którymi już obecnie mamy do czynienia. Wyrazem tego jest projekt przyszłej konstytucji europejskiej, który expressis verbis w art.10 mówi o swej nadrzędności nad całym prawem państw członkowskich. Jest to przy tym projekt, u podstaw którego nie leży wola narodu, gdyż nie istnieje nic takiego, jak naród europejski. Istnieje realna obawa, że ta kuriozalna sytuacja normatywna sprzyjać będzie kolejnym działaniom politycznym i prawodawczym zmierzającym do wykreowania narodu europejskiego, w którym roztopią się istniejące w Europie narody państwowe. Nawet jeśli zachowana zostanie polska tożsamość etniczna i kulturowa, będzie to ostateczny kres suwerenności Narodu Polskiego, która jest fundamentem Konstytucji RP. Poddanie więc Państwa Polskiego przez treść art.1 ust.1 i 3 Traktatu akcesyjnego i art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia, systemowi opartemu o dwa różne, choć równie "nadrzędne" porządki: polski i wspólnotowy, w sytuacji gdy ten ostatni traktowany jest w Traktacie akcesyjnym w domyśle jako wobec polskiego "nadrzędny" - jest sprzeczne z art.8 ust.1, art.91 ust.3 i art.188 Konstytucji RP oraz z jej preambułą w zakresie na wstępie wskazanym. 5. Sprzeczność między prawem wspólnotowym a polskim porządkiem Konstytucyjnym ma nie tylko charakter potencjalny lecz występuje już aktualnie. Przykładami mogą być art.13 ust.1 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (dalej: TWE) i art.31 ust.1 lit.b Traktatu o Unii Europejskiej (dalej: TUE). Art.13 ust.1 TWE jest sprzeczny z art.18 Konstytucji RP w zakresie w jakim upoważnia Wspólnoty Europejskie do wydawania przepisów prawnych mających na celu zaprzestanie dyskryminacji z powodu orientacji seksualnej. Podczas, gdy art.18 Konstytucji RP małżeństwem określa związek wyłącznie kobiety i mężczyzny. A contrario, związków jednopłciowych nie dopuszcza. Z kolei, art.31 ust.1 lit.b TUE jest wprost sprzeczny z art.55 ust.1 Konstytucji RP, w zakresie w jakim stwarza podstawy dla ekstradycji obywateli polskich do innych krajów Unii Europejskiej, bowiem według jednoznacznego brzmienia art.55 ust.1 Konstytucji RP: "Ekstradycja obywatela polskiego jest zakazana". Wnioskodawcy nie zaskarżają powyższych przepisów z osobna, ponieważ w ich rozumieniu wskazane wyżej zarzuty są skonsumowane przez zarzuty dotyczące art.1 ust.1 i3 Traktatu akcesyjnego oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia Polski do UE. Akcesja ma charakter całościowy. Polska przystępuje do całego porządku UE, zarówno w tych częściach, które nie są niezgodne z polską Konstytucją, jak i w tych, które taką niezgodność wykazują. Nie ma możliwości akcesji "częściowej", z pominięciem niekonstytucyjnych segmentów prawa wspólnotowego. Wykazanie, że choćby jeden segment aquis communautaire nie da się pogodzić z zasadami i normami polskiej Konstytucji wystarczy za uzasadnienie niekonstytucyjności akcesji jako takiej. 6. Art.1 ust 1 i 3 Traktatu akcesyjnego oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia Rzeczypospolitej do UE włączają polski system prawa w cały system prawa unijnego. Polska przystępując do Unii Europejskiej musi przejąć całość unijnego zasobu prawnego, tj. tzw.prawo pierwotne, prawo pochodne, łącznie z tzw. wspólnotowym zasobem prawnym, tj. acquis communautaire (J.Barcz, A.Michoński we Wprowadzeniu do: Traktat Akcesyjny. Traktaty stanowiące podstawę Unii. Prawo polskie - dokumenty, Warszawa 2003, str.21). Wskutek zawarcia Traktatu akcesyjnego, na mocy jego art.1 ust. 1 i 3 oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia doszło do sytuacji, w której do konstytucyjnego systemu Państwa Polskiego do, jej fundamentalnych zasad wyrażonych m.in. w preambule Konstytucji i art.8 (zasady suwerenności Narodu Polskiego i zasady nadrzędności Konstytucji RP na terenie Polski), w art.91 ust.3 (pierwszeństwo prawa organizacji między Odpowiedz Link
przycinek.usa Re: dokonczenie 13.05.04, 05:51 (pierwszeństwo prawa organizacji międzynarodowej najwyżej przed polską ustawą) oraz w art.188 Konstytucji uprawniającym i zobowiązującym Trybunał Konstytucyjny do orzekania o zgodności z polską Konstytucją prawa obowiązującego na terenie RP - dołączono zasady i reguły całkowicie z nimi sprzeczne i wprost te zasady polskiej Konstytucji znoszące. Tzn. na mocy cytowanych przepisów objętej wnioskiem umowy międzynarodowej włączono Polskę nie do organizacji międzynarodowej opartej na równej współpracy w pełni suwerennych państw (na co zezwala Konstytucja RP) lecz do nieznanej polskiej Konstytucji organizacji "ponadnarodowej", kształtującej swe uprawnienia z obszarów suwerenności przejmowanych stopniowo od państw członkowskich (w tym Polski). Poprzez art.1 ust.1 i 3 Traktatu akcesyjnego oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia wyrażono zgodę (z pominięciem procedury zmiany Konstytucji), na zastąpienie zasady nadrzędności Konstytucji RP zasadą wykształcona zresztą tylko przez orzecznictwo unijne o "absolutnym pierwszeństwie prawa wspólnotowego przed całością prawa krajowego" z Konstytucją polską włącznie. Pozakonstytucyjnie i sprzecznie z treścią art.188 Konstytucji zmieniono rolę Trybunału Konstytucyjnego i charakter jego zadań na terytorium Polski. Zaskarżone przepisy Traktatu akcesyjnego podporządkowując - z pominięciem procedur zmiany Konstytucji - Państwo Polskie prawu unii Europejskiej zmieniły tym samym wprost konstytucyjny system państwa i prawa polskiego co nakazuje orzec o ich niezgodności z Konstytucją RP. W tak zmienionym na mocy zaskarżonych przepisów ustroju Państwa sądy polskie i inne organy władzy państwowej stosować mają w pierwszym rzędzie prawo wspólnotowe. Również taka sytuacja jest wprost sprzeczna z treścią art.8 ust.1 i art.178 Konstytucji RP. Zgodnie z oczywistą zasadą państwa prawa zawierane także na podstawie art.90 ust.1 Konstytucji RP umowy międzynarodowe muszą być z polską Konstytucją zgodne (Z.Czeszejko-Sochacki i in., Komentarz?, str.29) 7. Objęta wnioskiem umowa międzynarodowa została ratyfikowana przez Prezydenta RP na podstawie zgody wyrażonej w referendum ogólnokrajowym. Mógłby więc zostać zgłoszony zarzut, iż skoro zgoda na przystąpienie Polski do Unii Europejskiej wyrażona została w takim trybie, więc Trybunał Konstytucyjny nie może orzekać o zgodności Traktatu akcesyjnego z Konstytucją, gdyż nie ma on kompetencji orzekania o zgodności z Konstytucją wyrażonej w referendum woli Narodu. Zarzut ten nie byłby jednak zasadny, gdyż Trybunał Konstytucyjny może kontrolować konstytucyjność umowy międzynarodowej także takiej, która ratyfikowana była przez Prezydenta RP za uprzednią zgodą wyrażoną w referendum (o której mowa w art.90 ust.1 Konstytucji). Art. 188 pkt.1 Konstytucji poddaje bowiem kontroli TK wszystkie umowy międzynarodowe, bez żadnych ograniczeń związanych z trybem ich ratyfikacji lub jej brakiem. 8. Jak wskazano wyżej, związanie Polski prawem Unii Europejskiej oznacza jednoznaczną, choć formalnie pośrednią zmianę konstytucyjnego ustroju państwa i jego porządku prawnego, w szczególności radykalne ograniczenie zakresu stosowania art.8 ust.1 Konstytucji. Dla tego typu zmiany Konstytucji jej art.235 ustanawia jednak bardzo wysokie wymagania proceduralne, tj. kwalifikowaną większość głosów w obu izbach parlamentu, wydłużone terminy procedowania oraz możliwość żądania nawet przez 1/5 ustawowej liczby posłów przeprowadzenia referendum zatwierdzającego zmiany Konstytucji. Tryb ratyfikacji Traktatu akcesyjnego dostosowany jedynie do ratyfikacji umów międzynarodowych ustanawiających członkostwo w organizacji międzynarodowej, nie pozbawiającej Rzeczypospolitej Polskiej suwerenności i to w sposób trwały i nieodwracalny, nie spełnił wymogów art.235 Konstytucji ani w sensie formalnym (procedury i terminy) ani w sensie materialnym (zgoda kwalifikowanej większości w obu izbach parlamentu i w referendum zatwierdzającym). Konstytucja RP może być zmieniona tylko w trybie w niej ustanowionym. 9. Jeśli chodzi o zarzut sformowany w punkcie 2 petitum wniosku, to został on już w znacznej mierze uzasadniony w związku z zarzutem poddania Polski zasadzie nadrzędności prawa wspólnotowego nad polskim prawem konstytucyjnym. Ze wszystkich powyższych względów wnosimy jak na wstępie. Odpowiedz Link
przycinek.usa Niemiecko-polski proces o kamienicę (OPOLE) 23.05.04, 00:08 Agnieszka Jukowska, Opole 21-05-2004, ostatnia aktualizacja 20-05-2004 22:28 W piątek przed sądem w Prudniku (Opolskie) starosta stanie do walki o kamienicę w Głogówku ze spadkobiercami jej właścicielki, która wyemigrowała do Niemiec w 1980 r. - Na Opolszczyźnie jest około siedmiuset budynków, które podobnie jak ta kamienica mają nieuregulowany stan prawny - ocenia poseł Jerzy Czerwiński (Ruch Katolicko-Narodowy). Zgodnie z prawem PRL obowiązującym w 1980 r. Gertruda Golbe, żeby móc wyjechać do Niemiec, musiała zrzec się polskiego obywatelstwa i swojej nieruchomości. Kamienica z mocy prawa przeszła na własność państwa. Kłopot w tym, że urzędnicy ówczesnej rady narodowej zapomnieli o wpisie do księgi wieczystej. Sprawa wyszła na jaw w 2001 r., kiedy do małej pracowni modniarskiej w Głogówku weszła Ingeborg Stralla i oznajmiła: - Jestem właścicielką całego budynku. Państwo Prykowie wynajmujący lokal oniemieli. Od ponad 20 lat kamienica należała do skarbu państwa. Oni administrowali ją od prawie dziesięciu. Czynsze regularnie płacili miastu, które obiecywało im, że będą mogli przejąć budynek przez zasiedzenie. Skąd w pracowni Pryków wzięła się pani Stralla (wcześniej Strzała)? Najpierw razem z bratem przeprowadziła w Prudniku sprawę spadkową po pani Golbe. A potem już na swoje nazwisko założyła księgę wieczystą dla kamienicy. Z dokumentem potwierdzającym własność Niemcy przyszli do Pryków i zaproponowali im kupno budynku. - Kazali przyszykować 185 tysięcy zł w miesiąc - opowiada Benedykt Pryk. - Zapytałem, co z pieniędzmi, które tu włożyłem w gruntowny remont. A oni mi na to: po co ja to robiłem, jak to nie było moje? Po wizycie "nowych właścicieli" państwo Prykowie poskarżyli się do urzędu wojewódzkiego: "Kto jest faktycznym właścicielem nieruchomości?". Wojewoda odpowiedział, że oczywiście skarb państwa i nakazał staroście prudnickiemu wystąpić do sądu o zmianę w księdze wieczystej. W postępowaniu pozaprocesowym się to nie udało. Stąd proces, który rozpoczyna się dziś. Starosta przekonuje w pozwie, że państwo zgodnie z prawem przejęło budynek po wyjeździe pani Golbe w 1980 r. Powołuje się tu na przepisy z 1961 r. i z 1946 r. (piszemy o nich obok). Starosta nie wyjaśnia, dlaczego urzędnicy zaniedbali w 1980 r. wpisu do księgi wieczystej. - Oryginał księgi zaginął w czasie wojny. Pani Golbe nie chciała jej zakładać, bo zamierzała z Polski wyjechać - opowiada Barbara Pryk. Razem z mężem przyjechała do Głogówka w 1976 r. Wynajęli od pani Golbe pomieszczenie na pracownię modniarską i przez cztery lata płacili jej czynsz. Po wyjeździe właścicielki płacili czynsz miastu. W 1993 r. dostali propozycję administrowania kamienicą w zamian za gruntowny remont. Wyłożyli na niego blisko 70 tys. zł. - - Myśmy tu tyle lat życia poświęcili, tyle pieniędzy - mówi rozżalony Benedykt Pryk. - Dlaczego mamy to teraz stracić? Bo urzędnik nie wywiązał się ze swoich obowiązków? Jak państwo przejęło dom pani Golbe? Nieruchomości takich jak ona osób emigrujących do Niemiec przechodziły z mocy prawa na własność państwa na podstawie ustawy z 1961 r. o gospodarce terenami w miastach i osiedlach. Przepis odwoływał się do słynnego dekretu Bieruta z 1945 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich i dotyczył byłych obywateli Rzeszy Niemieckiej, którzy byli narodowości polskiej i po wojnie uzyskali polskie obywatelstwo, np. Ślązaków. Osoby te traciły nieruchomość z dniem, w którym zrzekły się obywatelstwa, oddały dowód osobisty i otrzymały dokument uprawniający do wyjazdu za granicę. Ustawa z 1961 r. wymagała jednak, by prezydium rady narodowej (odpowiednik dzisiejszego zarządu gminy) złożyło wniosek o wpis państwa do księgi wieczystej. Jak wynika z akt opisywanej przez "Gazetę" sprawy, tego właśnie warunku nie dopełniły ówczesne władze Głogówka. Oba akty prawne, które służyły państwu polskiemu do przejmowania poniemieckich nieruchomości - dekret z 1945 r. i ustawa z 1961 r. - uchylono w 1985 r. Jerzy Czerwiński, poseł Ruchu Katolicko-Narodowego: - Myślę, że na Opolszczyźnie jest około 700 budynków z nieuregulowanym stanem prawnym. W podobny sposób Niemcom udało się już odzyskać dwie kamienice w Kędzierzynie-Koźlu. I chcą teraz zrobić z tych spraw wydarzenie propagandowe. Sprawa jest precedensowa ze względu na to, że nie dotyczy osób przesiedlonych tuż po wojnie, ale osób, które dużo później zostawiały tu swoje domy w zamian za zgodę na legalny wyjazd za granicę. I właśnie oni korzystają dziś z nieudolności urzędników, którzy nie wpisywali do ksiąg wieczystych faktu przejęcia nieruchomości przez państwo. Wyemigrowało 1,4 mln osób Od 1950 do 1990 r. z Polski do Niemiec wyemigrowało 1,4 mln osób. - Takie dane podaje strona niemiecka - zastrzega dr Aleksandra Trzcielińska-Polus, politolog z Instytutu Śląskiego w Opolu. Jej zdaniem trudno ocenić, ilu spośród wyjeżdżających pozostawiło po sobie nieruchomości o nieuregulowanym statusie prawnym. Problem raczej nie dotyczy osób, które wyjechały w latach 80., a to największa grupa emigrantów do Niemiec - 766 tys. - Natomiast wyjeżdżającym wcześniej rzeczywiście często konfiskowano majątki - mówi dr Trzcielińska-Polus. Rudi Pawelka, przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków w Niemczech i szef rady nadzorczej Pruskiego Powiernictwa: Sprawa pani Stralla to precedens. Chodzi w niej o to, czy dekrety o wypędzeniach jeszcze obowiązują, czy już nie. W tym wypadku wydaje się, że nadal są w mocy. Pani Stralla została przecież wpisana jako właścicielka w księdze wieczystej i ma zostać z niej wykreślona na polecenie polskich władz, które powołują się na ustawę z 1961 r., która z kolei odwołuje się do dekretu z 1946 r. To nie do przyjęcia, aby prawo stanowiło, że jeśli ktoś wyjeżdża z kraju i zrzeka się obywatelstwa, to traci też własność. Jak może własność wiązać się z obywatelstwem? Jesteśmy w UE i wskutek przeprowadzki z kraju do kraju nie mogę tracić prawa do mojej własności. Oczywiście, istnieje problem niedziałania prawa wstecz - ale w tym wypadku chodzi o decyzję podejmowaną przez polskie władze teraz, kiedy Polska jest już w UE. Polska nie może dyskryminować cudzoziemców ani w stanowieniu prawa, ani w sądownictwie. My, jako Ziomkostwo Śląskie, obserwujemy tę sprawę, doradzamy i pomagamy pani Stralla. Ale jako precedens sprawa może być też interesująca dla Pruskiego Powiernictwa. Niemieckie roszczenia Czy Polacy mieszkający na tzw. Ziemiach Odzyskanych powinni się obawiać roszczeń byłych właścicieli niemieckich i ich spadkobierców? Wśród prawników panuje przekonanie, że ci Niemcy (ok. 3 mln osób), którzy zostali wysiedleni z Polski tuż po wojnie, nie mają szans na odzyskanie swoich majątków (wiadomo, takie były skutki decyzji podjętych w Poczdamie). Inaczej jest z osobami - byłymi obywatelami Rzeszy i niekoniecznie Niemcami - które wyjechały do Niemiec w późniejszych latach (np. w ramach akcji łączenia rodzin) i musiały zrzec się nieruchomości. Historycy szacują, że takich osób było około miliona! Tymi właśnie przypadkami jako rokującymi wygraną zamierza się zająć w pierwszej kolejności Pruskie Powiernictwo (Preussiche Treuhand). To firma założona w 2000 r. przez Ziomkostwo Śląskie i Wschodniopruskie oraz działaczy środowisk tzw. wypędzonych. Celem Powiernictwa jest "zabezpieczenie roszczeń bądź też zwrot majątku skonfiskowanego na Wschodzie przez państwa wypędzające", czyli Polskę, Czechy i Rosję. Na razie Pruskie Powiernictwo nie wystąpiło z żadnymi roszczeniami, lecz tylko zbiera informacje o majątkach Niemców pozostawionych na wschodzie po wojnie. Przewodniczący rady nadzorczej Pruskiego Powiernictwa i zarazem szef Ziomkostwa Śląskiego Rudi Pawelka deklaruje, że firma "nie chce zniszczyć Polski", lecz dąży do rozwiązań "znośnych dla wszystkich stron". Nie wyklucza jednak d Odpowiedz Link
przycinek.usa dokonczenie 23.05.04, 00:09 Nie wyklucza jednak dochodzenia praw wypędzonych na drodze sądowej przed trybunałami europejskimi. Od działalności Pruskiego Powiernictwa zdystansował się Związek Wypędzonych i jego szefowa Erika Steinbach. Mimo to organizatorzy Pruskiego Powiernictwa są nadal wysokiej rangi działaczami swoich ziomkostw i Związku Wypędzonych. anr, mawi Agnieszka Jukowska, Opole serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2085148.html?as=2&ias=2 Odpowiedz Link
robisc Czesi też mają problem 31.05.04, 21:41 Premier Bawarii wzywa Pragę do potępienia wysiedleń Poniedziałek, 31 maja 2004, 05:45 (ostatnia zmiana: 05:59) Szykuje się kolejna burza w stosunkach czesko-niemieckich. Premier Bawarii Edmund Stoiber wezwał rząd Czech do potępienia, jako niesprawiedliwości, wypędzenia trzech milionów Niemców z Czechosłowacji po zakończeniu II wojny światowej. Niedawno potwierdzone trwanie przy bezprawiu wypędzeń, nie pasuje do europejskiej wspólnoty prawa i wartości - powiedział Stoiber podczas 55. zjazdu Niemców sudeckich w Norymberdze. Premier Bawarii powiedział też, że po wstąpieniu Czech do Unii Europejskiej cała Wspólnota powinna zabiegać o unieważnienie aktów prawnych dotyczących wypędzeń. W sobotę bawarska minister spraw socjalnych Christa Stewens (CSU) apelowała do władz w Pradze o unieważnienie dekretów wydanych przez prezydenta Czechosłowacji Edwarda Benesza. Stanowiły one podstawę prawną do wysiedlenia i wywłaszczenia Niemców oraz pozbawienia ich czechosłowackiego obywatelstwa. Benesz był prezydentem Czechosłowacji w latach 1945-48. Czesi obawiają się, że odwołanie dekretów podważyłoby wiele późniejszych aktów prawnych, wprowadziłoby chaos do systemu własności w tym kraju albo też zmusiłoby rząd w Pradze do wypłaty ogromnych odszkodowań. Większość Niemców wysiedlonych po wojnie z Czech osiedliła się w Bawarii. Chadeckie władze z premierem landu Edmundem Stoiberem występują jako obrońcy interesów wypędzonych. Odpowiedz Link
klip-klap Czeski prezydent stanowczo odpowiada 02.06.04, 14:26 Wciąż o dekretach Benesza "Bezczelnością" nazwał czeski prezydent Vaclav Klaus wypowiedź premiera Bawarii Edmunda Stoibera na temat dekretów Benesza. Niemiecki polityk powiedział, że dyskusja na temat ich unieważnienia - dekrety stały się podstawą wysiedlenia Niemców sudeckich z Czechosłowacji oraz konfiskaty ich majątków - dopiero się rozpoczyna i że jest ona problemem wewnętrznym Unii. - Dekrety są obecnie sprawą, którą powinna zająć się Unia. Jeśli Czesi myślą, że będą mieć spokój, to muszę im oświadczyć: teraz zaczyna się nowa dyskusja, którą przeprowadzimy w unijnym kręgu. Czesi będą musieli potępić powojenne wygnanie Niemców. Chcemy takiej Europy, w której nie będzie miejsca dla wysiedleńczych dekretów - powiedział premier Bawarii podczas 55. dni ziomkostwa Niemców sudeckich w Norymberdze. Dodał, że dopóki Praga nie wyrzeknie się dekretów, Stoiber nie tylko nie odwiedzi Czech, ale będzie je zwalczał na wszystkich możliwych frontach. Czeska reakcja na jego słowa była natychmiastowa. Prezydent Vaclav Klaus określił wypowiedź Stoibera jako skandaliczną i bezczelną. - Uwagi, komu należy się miejsce w Unii Europejskiej, a komu nie, są nie do przyjęcia, podobnie jak próby porównania wysiedleń Niemców sudeckich z Czechosłowacji z okrucieństwami drugiej wojny światowej - powiedział prezydent, który nie zamierza "nawet kiwnąć palcem" w celu unieważnienia dekretów. - Dekrety pozostają częścią czeskiego porządku prawnego - oświadczył. Według szefa czeskiego rządu Vladimira Szpidli - który jak podkreśliła praska prasa zachował zimną krew i nie dał się sprowokować do ostrej wypowiedzi - "temat dekretów jest całkowicie zamknięty i nie ma potrzeby prowadzenia w tej sprawie jakiejkolwiek dyskusji". Dekrety Edwarda Benesza, ówczego prezydenta Czechosłowacji, wydane zostały zaraz po drugiej wojnie światowej. Na ich podstawie wysiedlono z jej terytorium około 2,5 miliona Niemców sudeckich. Stracili oni również swoje mienie i obywatelstwo czeskie. Według sudeckich ziomkostw, które liczą na zwrot niemieckich majątków, ich wartość szacowana jest obecnie na około 250 mld euro. Barbara Sierszuła z Pragi, p.z., pap Odpowiedz Link
przycinek.usa Zabużanie czekają na wyrok Trybunału w Strasburgu 12.06.04, 21:47 Zabużanie czekają na wyrok Trybunału w Strasburgu d, PAP 11-06-2004, ostatnia aktualizacja 11-06-2004 21:22 22 czerwca Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wyda wyrok o doniosłym znaczeniu dla około 80 tys. osób, które mają prawo do rekompensaty za mienie w granicach obecnej Litwy, Ukrainy i Białorusi utracone po 1945 r. Wyrok trybunału będzie dotyczył skargi 60-letniego mieszkańca Wieliczki Jerzego Broniowskiego. Domaga się on od Polski odszkodowania za mienie zabużańskie pozostawione przez jego rodzinę, gdy musiała ona po II wojnie światowej opuścić ziemie na dawnych Kresach (pozostawiony we Lwowie majątek Broniowski szacuje na blisko 2 mln ówczesnych złotych i uznaje, że władze zwróciły mu tylko 4 proc. wartości straty). W 1996 r. Broniowski poskarżył się przed strasburskim trybunałem (organem Rady Europy), że niezapłacenie odszkodowania jest złamaniem przez Polskę pierwszego protokołu dodatkowego do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantującego prawo do ochrony własności. Odpowiedz Link
klip-klap o jakie mienie chodzi ? 22.06.04, 11:32 Tysiące niemieckich obywateli otrzymało w ostatnim czasie żądania zwrotu świadczeń wyrównawczych, a więc swego rodzaju odszkodowań za mienie pozostawione w krajach, z których przybyli do RFN. Dotyczy to także byłych obywateli Polski, którzy wyjechali dobrowolnie do Niemiec i uzyskali niemieckie obywatelstwo. Niemieckie władze wychodziły w przeszłości z założenia, że osoby takie nie mogą swym mieniem dysponować, co było warunkiem wystarczającym do uzyskania świadczenia. Teraz jednak dochodzą do wniosku, że sytuacja w Polsce zmieniła się i istnieje możliwość objęcia w posiadanie pozostawionych tam nieruchomości. W samym Dortmundzie jest ponad 400 takich spraw. Rezultatem może być wiele procesów o ustalenie stanu prawnego nieruchomości w Polsce. Zwrot świadczeń wyrównawczych Jak poinformował "Rz" G�nter Gallenkamp z Federalnego Urzędu ds. Świadczeń Wyrównawczych, żądania zwrotu świadczeń nie mają bynajmniej na celu skłonienia niemieckich obywateli do podjęcia prób odzyskania swych byłych majątków w Polsce. Jak twierdzi, postawa niemieckich władz jest wynikiem jasnej interpretacji odpowiednich zapisów w ustawie o świadczeniach wyrównawczych, obowiązującej od 1952 r. Przewiduje ona konieczność zwrotu otrzymanych w RFN świadczeń za mienie pozostawione za granicą przez osoby, które nie utraciły swej własności lub też ją później odzyskały. Dotyczy to w pierwszej kolejności około pół miliona byłych obywateli NRD. Jest też spora grupa byłych polskich obywateli, którzy po przybyciu do RFN otrzymali niemieckie obywatelstwo z racji pochodzenia. Są to tzw. późni przesiedleńcy. Jak przekonuje Gallenkamp, żądania zwrotu odszkodowań nie dotyczą w żadnym wypadku niemieckich wypędzonych, a więc osób pozbawionych własności w Polsce na podstawie odpowiednich aktów prawnych. Jego zdaniem obowiązek zwrotu świadczeń nie dotyczy także późnych przesiedleńców, których własność przeszła po wyjeździe z Polski i zrzeczeniu się polskiego obywatelstwa na rzecz skarbu państwa. Nie wiadomo jednak, jak traktować przesiedleńców figurujących nadal w polskich księgach wieczystych. Jeżeli uznać ich za właścicieli mogących dysponować swobodnie swą własnością, to musieliby oni zwrócić otrzymane w Niemczech świadczenia. Przypadek z Prudnika Problem jest jednak skomplikowany, o czym świadczy sprawa tocząca się przed sądem w Prudniku. Obywatelka Niemiec, która wyjechała z Polski w 1980 r. wraz z matką, figuruje obecnie w księdze wieczystej jako spadkobierczyni nieruchomości po swej matce. Reprezentujący skarb państwa starosta prudnicki jest jednak przekonany, że na podstawie ustawy z 1961 r. nieruchomość powinna była przejść na własność państwa. Z nieznanych przyczyn skarb państwa nie został swego czasu wpisany do księgi wieczystej. Powstał problem. Sprawa jest obecnie rozpatrywana w postępowaniu cywilnym. Takich przypadków może być w przyszłości więcej. Interesuje się nimi Pruskie Powiernictwo (Preussische Treuhand), organizacja grupy niemieckich wypędzonych powołana do wspierania ich roszczeń odszkodowawczych w nadziei, że rozstrzygnięcie w tej sprawie będzie miało charakter precedensowy. Zadecydują sądy Berliński adwokat Stefan Hambura przedstawił kilka dni temu przypadek byłej obywatelki Polski Luize Schaffrat, która wyjechała z Górnego Śląska do RFN w 1978 r. Jej mąż był współwłaścicielem domu w Gliwicach. Na tej podstawie za pozostawione w Polsce mienie otrzymał w RFN odszkodowanie. Tymczasem burmistrz Dortmundu, gdzie mieszka pani Schaffrat, zażądał od niej niedawno zwrotu wypłaconych świadczeń wyrównawczych, argumentując to tym, iż sytuacja w Polsce zmieniła się i może ona swobodnie dysponować swym majątkiem jako spadkobierczyni zmarłego męża. Na tej podstawie Urząd ds. Świadczeń Wyrównawczych w Dortmundzie zażądał zwrotu wypłaconych odszkodowań, oceniając ich wysokość na 4,6 tys. euro. Urząd nie wiedział nawet, że zmarły mąż pani Schaffrat figuruje nadal w polskiej księdze wieczystej jako współwłaściciel. Adwokat Hambura zapowiada wniesienie sprawy do niemieckiego sądu, którego zadaniem będzie ocena, czy żądania urzędu są uzasadnione, czy też nie, biorąc pod uwagę ustawę z 1961 r. Istnieje także możliwość wystąpienia na drogę sądową w Polsce w celu wyjaśnienia stanu prawnego. Od konkretnych rozstrzygnięć niemieckich sądów w takich sprawach zależeć będzie w pewnym stopniu, czy niemieccy przesiedleńcy starać się będą o zwrot swych nieruchomości. Dotyczy to jednak przypadków, kiedy stan prawny nieruchomości budzić może wątpliwości, jak to ma miejsce w Prudniku. Jak powiedziała wczoraj "Rz" rzeczniczka niemieckiego MSZ, absurdem byłoby doszukiwanie się jakichkolwiek motywów politycznych w sprawach związanych ze świadczeniami wyrównawczymi. Piotr Jendroszczyk z Berlina Odpowiedz Link
przycinek.usa To jest bardzo zla wiadomosc. 22.06.04, 18:24 Bo oznacza ona dokladnie to, co przewidywalismy przed referendum. Eskalacje roszczen. A co za problem przekupic Polski Rzad, aby podpisal traktat regulujacy sprawy majatkowe? Zaplaca np. 100 milionow euro dla SLD i Belka, albo kolejny sprzedajny H. pojedzie i podpisze. A roszczenia wybuchna po tym jak bomba. Ja widze, ze gadanie glupkow, ze jak Niemcy chca odszkodowac - to my tez, za II wojne, to od razu widze, ze to sie moze tak skonczyc. Przekupia paru prominentnych urzednikow i oni podpisza co im sie pod reke podetknie. DOKLADNIE TO CO IM KAZA. I wtedy Giertych nie bedzie mial wyjscia tylko wyjsc na ulice. A Polacy beda ze swoich podatkow placic niemcom przez 100 lat za te majatki. Boze, co za skurwysy___ ! Najgorsze, ze to jest plan realizowany z zegarkiem w reku, dokladnie i precyzyjnie. Ciagle ktos cos usprawiedliwia. A to, ze rzad niemiecki "nie popiera" a to ze "wypedzeni" sa rzekomo w mniejszosci, a to, ze sie politycy "odzegnuja". A to takie pierdolenie jest. Od razu widac o co chodzi. Chodzi o pieniadze. A oni sie pewnie czuja, bo wlasnie Polska wstapila i minely juz 2 miesiace i to jest dopiero poczatek. Rzad niemiecki doskonale wie co sie swieci i to jest skoordynowana akcja. To nie ma watpliwosci. To jest wielkie chamstwo a Polacy widzac to i nie reagujac sa po prostu glupcami. Chyba faktycznie spoleczenstwo w koncu sie obudzi i powiesza tych wszystkich Kwasniewskich, Millerow i reszte, za namawianie do tej unii. Odpowiedz Link
przycinek.usa Polska zapłaci miliardy zabużanom? 22.06.04, 18:28 Strasburg: Polska zapłaci miliardy zabużanom? IAR, a 22-06-2004, ostatnia aktualizacja 22-06-2004 17:49 Polska przegrała sprawę o odszkodowania dla zabużan przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Sąd uznał roszczenia ale nie zasądził wypłaty odszkodowań. Zobowiązał rząd Polski do rozwiązania tej kwestii Trybunał orzekł, że wniosek mieszkańca Wieliczki jest słuszny i uzasadniony, a Polska naruszyła postanowienia europejskiej konwencji praw człowieka. Broniowski domagał się od państwa odszkodowania w wysokości 390 tysięcy złotych, czyli równowartości pozostawionego we Lwowie rodzinnego domu z ogrodem. Przyznanie racji skarżącemu tworzy precedens, który może kosztować skarb państwa kilka miliardów złotych. Ponad 4 tysiące zabużan i ich spadkobierców posiada już zaświadczenia o należnym im odszkodowaniu za pozostawione na wschodzie mienie. Polska ma w ciagu trzech miesięcy wypłacić Broniowskiemu równowartość 12 tysięcy euro, a więc ponad 55 tysięcy złotych kosztów procesowych. Zabużanie z niecierpliwością oczekiwali na decyzję Trybunału, bowiem nie satysfakcjonuje ich uchwalona w styczniu ustawa, która gwarantuje rekompensatę w wysokości jedynie 15 procent wartości pozostawionego majątku, przy czym nie więcej niż 50 tysięcy złotych. Samo odszkodowanie - według ustawy - ma być zaliczką na poczet wartości nieruchomości, którą zabużanin może kupić od skarbu państwa. Jak podkreślił dziś na antenie Sygnałów Dnia w Programie Pierwszym Polskiego Radia Andrzej Korzeniowski - przewodniczący Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kresowian Wierzycieli Skarbu Państwa - państwo wystawia na sprzedaż nieruchomości niepotrzebne, w większości w fatalnym stanie. Poza tym dla uprawnionych ustawą osób wydatki związane z nabyciem są tak duże, że nie są w stanie zrealizować tej ustawy - przekonywał Korzeniowski. Zabużanie to osoby, które pozostawiły swoje mienie na terenach byłych Kresów Wschodnich Rzeczpospolitej, należących obecnie do Litwy, Białorusi i Ukrainy. Do grupy uprawnionych zostali zaliczeni również obywatele polscy repatriowani do kraju na podstawie umowy z 1957 roku między rządami Polski i ZSRR. W razie śmierci właściciela nieruchomości, uprawnienia dziedziczą wszyscy jego spadkobiercy lub jeden z nich wskazany przez pozostałych. Tylko w pierwszym etapie repatriacji przesiedlono 1 milion 750 tysięcy osób. Wiele uzyskało wówczas gospodarstwa rolne, domy, mieszkania oraz inne nieruchomości na Ziemiach Odzyskanych. Ocenia się, że zaspokojono około 2/3 roszczeń. Według szacunków, do tej pory nie otrzymało rekompensat około 85 tysięcy zabużan. Paweł Filipek, Koordynator ośrodka praw człowieka na Uniwersytecie Jagiellońskim Według eksperta można mówić o salomonowym rozwiązaniu Trybunału w Strasburgu. "Wydaje mi się, że sędziowie wzięli pod uwagę trudną sytuację polskiego budżetu, która powstałaby, gdyby wszystkim w krótkim czasie trzeba by wypłacić odszkodowania" - wyjaśnił Filipek. Dodał, że Trybunał dał polskim władzom 6 miesięcy na to, by z Jerzym Broniowskim uzgodniły wysokość odszkodowania. "Jeżeli rząd tego nie zrobi, sędziowie w Strasburgu mają pełne prawo do wyznaczenia wysokości odszkodowania" - mówił Paweł Filipek. Według Pawła Filipka decyzja Trybunału, chociaż dotyczy wyłącznie jednej osoby, może spowodować, że Polska będzie musiała spełnić żądania innych zabużan. "To orzeczenie jest wiążące dla Polski tylko w sprawie Broniowskiego" - powiedział ekspert. Dodał jednocześnie, że jest też wyraźnym sygnałem dla rządu, by w sposób ekspresowy coś z tą sprawą zrobił. "Albo przewidział jakąś formę odszkodowania, albo umożliwił, by dochodzenie tych roszczeń było możliwe w oparciu o krajowe prawo" - powiedział Filipek. Odpowiedz Link
hydy Re: Polska zapłaci miliardy zabużanom? 24.06.04, 09:39 zazwyczaj pisuję na FK, ale interesuje mnie temat Twojego wątku, a i widzę, że Ty również nie strnisz od problemu na FK napisałem, że skoro państwo nie potrafiło przez blisko 60 lat uregulowac tej kwestii ustawowo we własnym zakresie, to organy organizacji międzynarodowych, do których sami zgłosiliśmy akses, po prostu wymusza na nas stosowanie zasad, ktorych jako RP zobowiązaliśmy się przestrzegać gdyby tę kwestię urageulowano w odpowiednim czasie, problemu by już dzis nie było - zobacz jak "wykorzystano" kwoty gierkowskich kredytów, które spłacamy i będziemy jeszcze czas jakiś spłacać; PRLowska władza porafiła marnować kasę jak żadna inna przedtem i potem - a za nic miała elementarne poszanowanie własnych zobowiązań w stosunku do dziesiątków tysięcy obywateli - wszak to nie nikt inny jak ona podjęła decyzję o zwrocie mienia zabużańskiego. co ciekawe - na tle ostatnich wyroków TK dotyczących wykładni zakresu obowiązku naprawienia szkody (art 77 ust. 1 k-cji - uchylenie w części art. 260 par. 1 ordynacji podatkowej oraz art. 160 par. 1 kpa, a wcześniej art. 418 kodeksu cywilnego), Skarb Państwa musi zwrócic nie tylko (zwaloryzowaną) wartość nominalną utraconego mienia ale róznież "korzyści utracone" (!), czyli mówiąc najprościej to, co właściciel gruntu/nieruchomości uzyskałby, gdyby prze te 60 lat "prawidłowo" gruntem/nieruchomością gospodarował (!) niejednokrotnie będzie to kwota bliska tej wartości gruntu (czy ktoś się orientuje jak się ma wartość rocznych płodów np. z 1 hektara, pomniejszona o konieczne roczne nakłady na ten hektar i pomożona przez 60, do wartości ziemi o takiej powierzchni?) Odpowiedz Link
wislok1 Zaczęło się 09.07.04, 14:27 Niemcy pozywają Czechów Autor: gajasirocco Data: 08.07.2004 15:08 + dodaj do ulubionych wątków Sudetendeutsche Initiative pozwało państwo czeskie w Trybunale Europejskim w Srasburgu o zwrot mienia pozostawionego po II wojnie światowej. Pozwali państwo czeskie za to, że na podstawie dekretów Benesza wysiedliło Niemców z terenów zachodniej Czechosłowacji- roszczenia dotyczą zwrotu gruntów ornych, gospodarstw, fabryk, kamienic, sanatoriów, a nawet zamków. Sprawa ta ma ogromne znaczenie również dla Polski, ponieważ ziomkowie wysiedleni z terenów zachodniej Polski chcą dochodzić swoich praw do pozostawionego tutaj majątku. Nadzieje na spełnienie roszczeń wzrosły po ogłoszeniu wyroku, w którym nakazano państwu polskiemu wypłacić odszkodowanie wysiedlonym z byłych Kresów Zabużanom. - na podstawie "Dekrety Benesza nie są martwe"- Die Welt forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=12607&w=14043167 • Polecam ten tekst ! Szykują się DUUŻE kłopoty wislok1 08.07.2004 23:26 odpowiedz na list odpowiedz cytując www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040702/publicystyka/publicystyka_a_6.html Zwłaszcza ciekawy jest ten fragment: Trybunał w Strasburgu złamał zasadę, iż nie zajmuje się sprawami sprzed swego powstania. Do niedawna odżegnywał się od rozpatrywania tzw. starych spraw, a złamał tę zasadę po raz pierwszy przed około dwoma laty, podejmując decyzję o dopuszczalności rozstrzygnięcia w sprawie Broniowski przeciwko Polsce, dotyczącej mienia zabużańskiego. Tak oto Trybunał otworzył puszkę Pandory. Orzeczenia w tych sprawach będą miały dla Polski zasadnicze znaczenie. Trybunał uznał wówczas, że choć naruszenie praw zabużan nastąpiło, zanim objęte zostały ochroną na podstawie art. 1 protokołu nr 1 do europejskiej konwencji praw człowieka, jednak z uwagi na "ciągłość naruszenia" (skutki trwają) sprawa objęta jest jego kompetencją. Wcześniej podobne skargi, np. ze strony byłych właścicieli z Prus Wschodnich, były oddalane. I ten: Rządy polski i niemiecki reprezentują odmienne stanowiska prawne w sprawach wypędzenia. Rząd niemiecki uważa, że wywłaszczenia dokonane bez odszkodowań były niezgodne z prawem międzynarodowym, polski jest innego zdania. Jednak problem dzisiaj polega na czymś innym - na bezczynności polskiego rządu wykorzystywanej przez rząd niemiecki. Jak niedawno napisało niemieckie Ministerstwo Finansów w liście do jednego z wypędzonych, który wystąpił o odszkodowanie do rządu federalnego, Republika Federalna zrezygnowała jedynie z roszczeń terytorialnych wobec Polski i uznała jej granice, ale "nie zrezygnowała przez to z indywidualnych roszczeń Niemców". Ministerstwo poradziło swemu rodakowi, aby wystąpił przeciwko Polsce na drogę procesową. Odpowiedz Link
przycinek.usa Niemcy się nie zrzekną odszkodowań 13.07.04, 23:04 Niemcy się nie zrzekną odszkodowań Anna Rubinowicz-Gründler, Berlin 13-07-2004, ostatnia aktualizacja 13-07-2004 19:21 Oczekiwanie na to, że niemiecki prezydent lub kanclerz zrzekną się roszczeń majątkowych w imieniu wszystkich Niemców, jest nierealistyczne ze względów politycznych. Co gorsza, sytuacja prawna może się okazać niekorzystna dla Polski Ostrzegają przed tym niektórzy niemieccy eksperci i komentatorzy. Dostrzegają oni panujące w ostatnim czasie napięcie w stosunkach między Polską a Niemcami wywołane kwestią ewentualnych roszczeń odszkodowawczych niemieckich wypędzonych. Największe dzienniki opiniotwórcze krytycznie odnotowały polską dyskusję o tym, czy żądać od Niemiec reparacji wojennych, i uchwałę Sejmu, iż kwestie majątkowe uznajemy za zamknięte i nie podporządkujemy się orzeczeniom międzynarodowych trybunałów w tej materii. W ciągu najbliższych dwóch tygodni do Polski przyjadą obaj najwyżsi rangą niemieccy politycy: w czwartek nowy prezydent Horst Köhler, który nasz kraj obrał za cel swej pierwszej podróży zagranicznej, a 1 sierpnia kanclerz Gerhard Schröder. Niestety, żaden z nich nie ogłosi w Warszawie, iż obywatele Niemiec nie będą już zgłaszali żadnych roszczeń majątkowych wobec Polski. "(...) tego ani prezydent, ani kanclerz nie mogą powiedzieć. Inaczej ściągną wielomiliardowe roszczenia na rząd Niemiec" - stwierdza komentator poczytnego berlińskiego dziennika "Der Tagesspiegel" i znawca problematyki polsko- niemieckiej Christoph von Marschall. W komentarzu opublikowanym w poniedziałek von Marschall po raz pierwszy mówi wprost to, co nieoficjalnie od lat powtarzają niemieccy dyplomaci, posłowie i rządowi urzędnicy. Żaden rząd Niemiec, niezależnie od politycznych barw, nie weźmie na siebie odpowiedzialności politycznej i finansowej wynikającej z oczekiwanej przez Polaków deklaracji. "Trybunał konstytucyjny Niemiec uznał traktaty Willy'ego Brandta z krajami wschodnioeuropejskimi za zgodne z niemiecką konstytucją dlatego, że rząd Niemiec nie zrezygnował w nich z prywatnych roszczeń własnościowych Niemców w stosunku do mienia na utraconym wschodzie; rząd zresztą nie może tego uczynić. Dlatego we wszystkich polsko-niemieckich układach jest zdanie, że nie dotyczą one kwestii własnościowych" - pisze publicysta. Niemcy - z wyjątkiem kręgów w rodzaju związanego z wypędzonymi Powiernictwa Pruskiego - zdają sobie sprawę z tego, że z politycznego i moralnego punktu widzenia jest niewyobrażalne, aby Polska, pierwsza ofiara wojny, musiała zwrócić niemieckim wypędzonym ich dawne majątki lub wypłacić za nie odszkodowania. Jednak publicysta "Tagesspiegla" nie jest jedynym, który ostrzega Polaków, że sytuacja prawna nie jest jednoznaczna i może się okazać niekorzystna dla Polski. Dlaczego? Z powodu skomplikowanych zaszłości historycznych i legislacyjnych zaniedbań po 1989 r. "Polska bowiem do dziś nie dokonała jednolitej regulacji, jak postępować z nieruchomościami upaństwowionymi za komunizmu. Co gorsza, powojenne rządy w Polsce - m.in. pod presją ZSRR - uznały nowe granice i nową sytuację własnościową, zrezygnowały z odszkodowań od wschodnich sąsiadów i z reparacji od zachodnich. Dlatego Polska sama jest odpowiedzialna za odszkodowania dla polskich wypędzonych [tj. dla zabużan - red.]. Ostatnio Polska zwraca także nieruchomości organizacjom żydowskim i polskim obywatelom - to precedensy, na które mogą się powoływać niemieccy wypędzeni" - pisze von Marschall. Na unijny zakaz dyskryminacji chcą się powoływać zwłaszcza liderzy Pruskiego Powiernictwa. Szef rady nadzorczej PP Rudi Pawelka poucza na prelekcjach swych słuchaczy, że to najpewniejsza droga do odzyskania majątków lub uzyskania odszkodowań przed europejskimi trybunałami. Zdania niemieckich prawników są podzielone. Podczas marcowej konferencji prawników zorganizowanej przez Związek Wypędzonych wielu cenionych w tym środowisku specjalistów wyrażało się sceptycznie o szansach poszkodowanych Niemców na wywalczenie na drodze sądowej prawa do powrotu lub odszkodowań. Jednak inni eksperci, a także komentator "Tagesspiegla", nie wykluczają takiego zagrożenia dla Polski, m.in. dlatego że - zdaniem von Marschalla - Polska nie uchwaliła w porę "inteligentnej ustawy o zwrocie nieruchomości, odszkodowaniach lub rezygnacji z obu". Także i on obawia się więc argumentu w postaci unijnego zakazu dyskryminacji. Teraz - dodaje - "Polakom pozostaje tylko nadzieja, że europejscy sędziowie znajdą jakieś wyjście, aby naprawić zaniedbanie, wyjście, które pojedna prawo i sprawiedliwość". wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2178225.html Odpowiedz Link
przycinek.usa Polski ekspert: mamy w ręku argumenty, które są w 13.07.04, 23:05 Polski ekspert: mamy w ręku argumenty, które są w stanie odeprzeć niemieckie żądania Kolejne polskie ekipy rządowe nie podjęły wystarczających kroków w celu rozwiązania problemu utraconego przez wypędzonych Niemców majątku. Podstawowym zaniedbaniem w tej dziedzinie była rezygnacja z uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej jeszcze przed przystąpieniem Polski do UE. Obecnie jakiekolwiek próby uregulowania tej palącej kwestii muszą uwzględniać roszczenia wypędzonych, którzy od 1 maja 2004 r. nie mogą być dyskryminowani w stosunku do polskich obywateli. Polska ma jednakże w ręku silne argumenty, które są w stanie odeprzeć niemieckie żądania. Obok racji historyczno-moralnych wymienić należy fakt, iż wypędzeni otrzymali już od niemieckiego skarbu państwa częściowe odszkodowania, ponadto przejęcie niemieckich nieruchomości w latach 1945-47 znajdowało oparcie w prawie międzynarodowym, w tym w szczególności w Umowie Poczdamskiej, wreszcie, co najważniejsze, nieruchomości te przejęto jako reparacje wojenne, których Niemcy Polsce w gotówce nie wypłaciły, co ułatwiło szybką odbudowę gospodarczą Niemiec po wojnie. Autor jest prawnikiem, pisze pracę naukową na temat sytuacji prawnej Niemców w powojennej Polsce Odpowiedz Link
przycinek.usa Komentuje prof. Anna Wolff-Powęska 13.07.04, 23:06 Prof. Anna Wolff-Powęska, Instytut Zachodni, Poznań: Christoph von Marschall. znawca i życzliwy komentator stosunków polsko- niemieckich, daje niezwykle uczciwy przegląd wielce skomplikowanej materii, jaką są gromadzące się niczym czarne chmury nad Polską różne roszczenia odszkodowawcze. Jednocześnie przybliża swoim czytelnikom stan ducha większości Polaków; blisko 60 lat od zakończenia II wojny głównym źródłem antagonizującym dziś oba społeczeństwa jest podstępna spuścizna wojny i nieuregulowanych kwestii prawnych - widmo niebotycznych spłat. Nie ma łatwego wyjścia z tej sytuacji. Szkoda że w tych okolicznościach większość naszych posłów koncentruje się na wskazywaniu winowajców lub poszukiwaniu rewanżu. Brakuje natomiast, choćby w polsko-niemieckiej grupie parlamentarnej, inicjatyw w kierunku rozwiązania tego węzła gordyjskiego. Z uwagi na kompleksowość zagadnienia krokiem w dobrą stronę mogłoby być porozumienie rządów państw-adresatów roszczeń. Byłaby to ważna polityczna deklaracja, być może pierwsza w Unii po jej rozszerzeniu próba wspólnych rozwiązań ze strony państw stojących w czasie wojny zarówno po stronie sprawców, jak i ofiar. Droga być może skomplikowana. U jej celu leży jednak pokój społeczny, bo przecież nie państwo, lecz obywatele, podatnicy staliby się w tym przypadku ofiara nowej niesprawiedliwości dziejowej. Odpowiedz Link
przycinek.usa a ja dodam od siebie. Odetkalo nagle profesorow. 13.07.04, 23:08 Rok temu smiali sie nam w twarz. Dzisiaj nagle martwia sie. Ciekawe co sie stalo? Moze sie profesorowie i prawnicy nagle douczyli? Caly rok im to zajelo. W sumie calkiem szybko jak na kadre naukowa. Odpowiedz Link
klip-klap Re: a ja dodam od siebie. Odetkalo nagle profesor 13.07.04, 23:20 Mozliwe,ze byla na to blokada,przeciez dziennikarze mieli wytyczne jak informowac(ha,ha,ha) o Unii. Teraz beda udawac ,ze wszystko ok i na czas. Odpowiedz Link
przycinek.usa Re: a ja dodam od siebie. Odetkalo nagle profesor 13.07.04, 23:24 problem w tym, ze Polska straci na tym kase. WASZA kase. Bo NIE kontrolujecie wlasnego panstwa. Odpowiedz Link
klip-klap jak ? 13.07.04, 23:31 A co niby radzisz? Kaczynski krzyknie:kara smierci! i juz banda matolow na niego zaglosuje,Belka ze skoczy z VIP-ami,PiS ze bedzie bronic lokatorow przed wlascicielami,SdPl ze zabierze bogatym,itd. To sa uroki demokracji naszej krotkiej. Kto ma kontrolowac,wyborca co po tygodniu zapomina o machlojach ? Nie wiadomo kto w istocie rzadzi,bo wszedzie pelno agentow i TW. Wiec jak niby mamy to kontrolowac? Odpowiedz Link
klip-klap skoro nawet gazeta o tym pisze 15.07.04, 11:57 to znaczy,ze zarty sie skonczyly Anna Rubinowicz-Gründler, Berlin 13-07-2004, ostatnia aktualizacja 13-07-2004 19:21 Oczekiwanie na to, że niemiecki prezydent lub kanclerz zrzekną się roszczeń majątkowych w imieniu wszystkich Niemców, jest nierealistyczne ze względów politycznych. Co gorsza, sytuacja prawna może się okazać niekorzystna dla Polski Ostrzegają przed tym niektórzy niemieccy eksperci i komentatorzy. Dostrzegają oni panujące w ostatnim czasie napięcie w stosunkach między Polską a Niemcami wywołane kwestią ewentualnych roszczeń odszkodowawczych niemieckich wypędzonych. Największe dzienniki opiniotwórcze krytycznie odnotowały polską dyskusję o tym, czy żądać od Niemiec reparacji wojennych, i uchwałę Sejmu, iż kwestie majątkowe uznajemy za zamknięte i nie podporządkujemy się orzeczeniom międzynarodowych trybunałów w tej materii. W ciągu najbliższych dwóch tygodni do Polski przyjadą obaj najwyżsi rangą niemieccy politycy: w czwartek nowy prezydent Horst Köhler, który nasz kraj obrał za cel swej pierwszej podróży zagranicznej, a 1 sierpnia kanclerz Gerhard Schröder. Niestety, żaden z nich nie ogłosi w Warszawie, iż obywatele Niemiec nie będą już zgłaszali żadnych roszczeń majątkowych wobec Polski. "(...) tego ani prezydent, ani kanclerz nie mogą powiedzieć. Inaczej ściągną wielomiliardowe roszczenia na rząd Niemiec" - stwierdza komentator poczytnego berlińskiego dziennika "Der Tagesspiegel" i znawca problematyki polsko-niemieckiej Christoph von Marschall. W komentarzu opublikowanym w poniedziałek von Marschall po raz pierwszy mówi wprost to, co nieoficjalnie od lat powtarzają niemieccy dyplomaci, posłowie i rządowi urzędnicy. Żaden rząd Niemiec, niezależnie od politycznych barw, nie weźmie na siebie odpowiedzialności politycznej i finansowej wynikającej z oczekiwanej przez Polaków deklaracji. "Trybunał konstytucyjny Niemiec uznał traktaty Willy'ego Brandta z krajami wschodnioeuropejskimi za zgodne z niemiecką konstytucją dlatego, że rząd Niemiec nie zrezygnował w nich z prywatnych roszczeń własnościowych Niemców w stosunku do mienia na utraconym wschodzie; rząd zresztą nie może tego uczynić. Dlatego we wszystkich polsko-niemieckich układach jest zdanie, że nie dotyczą one kwestii własnościowych" - pisze publicysta. Niemcy - z wyjątkiem kręgów w rodzaju związanego z wypędzonymi Powiernictwa Pruskiego - zdają sobie sprawę z tego, że z politycznego i moralnego punktu widzenia jest niewyobrażalne, aby Polska, pierwsza ofiara wojny, musiała zwrócić niemieckim wypędzonym ich dawne majątki lub wypłacić za nie odszkodowania. Jednak publicysta "Tagesspiegla" nie jest jedynym, który ostrzega Polaków, że sytuacja prawna nie jest jednoznaczna i może się okazać niekorzystna dla Polski. Dlaczego? Z powodu skomplikowanych zaszłości historycznych i legislacyjnych zaniedbań po 1989 r. "Polska bowiem do dziś nie dokonała jednolitej regulacji, jak postępować z nieruchomościami upaństwowionymi za komunizmu. Co gorsza, powojenne rządy w Polsce - m.in. pod presją ZSRR - uznały nowe granice i nową sytuację własnościową, zrezygnowały z odszkodowań od wschodnich sąsiadów i z reparacji od zachodnich. Dlatego Polska sama jest odpowiedzialna za odszkodowania dla polskich wypędzonych [tj. dla zabużan - red.]. Ostatnio Polska zwraca także nieruchomości organizacjom żydowskim i polskim obywatelom - to precedensy, na które mogą się powoływać niemieccy wypędzeni" - pisze von Marschall. Na unijny zakaz dyskryminacji chcą się powoływać zwłaszcza liderzy Pruskiego Powiernictwa. Szef rady nadzorczej PP Rudi Pawelka poucza na prelekcjach swych słuchaczy, że to najpewniejsza droga do odzyskania majątków lub uzyskania odszkodowań przed europejskimi trybunałami. Zdania niemieckich prawników są podzielone. Podczas marcowej konferencji prawników zorganizowanej przez Związek Wypędzonych wielu cenionych w tym środowisku specjalistów wyrażało się sceptycznie o szansach poszkodowanych Niemców na wywalczenie na drodze sądowej prawa do powrotu lub odszkodowań. Jednak inni eksperci, a także komentator "Tagesspiegla", nie wykluczają takiego zagrożenia dla Polski, m.in. dlatego że - zdaniem von Marschalla - Polska nie uchwaliła w porę "inteligentnej ustawy o zwrocie nieruchomości, odszkodowaniach lub rezygnacji z obu". Także i on obawia się więc argumentu w postaci unijnego zakazu dyskryminacji. Teraz - dodaje - "Polakom pozostaje tylko nadzieja, że europejscy sędziowie znajdą jakieś wyjście, aby naprawić zaniedbanie, wyjście, które pojedna prawo i sprawiedliwość". wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2178225.html Odpowiedz Link
klip-klap z Rzepy 15.07.04, 12:05 Z Niemcami bez opcji zerowej BARTOSZ JAŁOWIECKI (...) Historia uczy, że kiedy Niemcy podają się za ofiary, inne narody powinny wytężyć słuch i przetrzeć oczy. A my, Polacy, w szczególności. Badania wskazują, że większość obywateli zamieszkujących ziemie zachodnie i północne, tak właśnie czyni. Mieszkańcy tych terenów obawiają się niemieckich roszczeń majątkowych, na co słusznie reagują polscy parlamentarzyści. W marcu Sejm przyjął prawie jednogłośnie uchwałę, w której oficjalnie uznał wszystkie kwestie związane z przejęciem przez Polskę majątków po byłych przesiedleńcach z ziem odzyskanych za ostatecznie zamknięte i w żaden sposób niepodlegające rozpoznaniu przez trybunały europejskie. Stwierdził, że Polska nie będzie związana jakimkolwiek orzeczeniem przyjętym przez instytucje Unii Europejskiej w tych sprawach i zobowiązał rząd do oświadczenia tego państwom członkowskim Wspólnoty. Dla "władzy ludowej" głos ludu jednak nigdy nie miał szczególnego znaczenia. Tak więc wywodzący się z peerelowskich elit rząd SLD - UP ciągle ignoruje kwestię niemieckich roszczeń. Na początku tego roku w "Sygnałach dnia" w Programie 1 Polskiego Radia minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz stwierdził, że indywidualne procesy Niemców "nie mogą się toczyć przed innymi instytucjami niż sądy polskie, bo nic za granicą nie jest właściwe do rozpatrywania kwestii własnościowych w Polsce". A na pytanie jednej z polskich gazet, z jakich powodów MSZ nie wykonał uchwały sejmowej i nie przesłał oświadczenia państwom Unii, rzecznik resortu oświadczył: "Nie mam informacji, dlaczego ani czy istniał taki wymóg". Teraz, kiedy w Strasburgu Europejski Trybunał Praw Człowieka przyjmuje kolejne skargi Niemców Sudeckich na Republikę Czeską, a w Luksemburgu przesiedleńcy składają do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i Parlamentu Europejskiego przychylne sobie opinie autorytetów prawa międzynarodowego odnoszące się do kwestii tzw. wypędzeń i wywłaszczeń, rząd włącza pierwszy bieg i zaczyna dopuszczać myśl, że Polska może również być pozywana za granicą. Ale woli się nie rozpędzać. Piórem Renaty Kowalskiej z MSZ, rząd wyraził właśnie "poważne wątpliwości, czy ETPC mógłby kiedykolwiek potraktować potencjalne roszczenia niemieckich wypędzonych przeciwko Polsce w sposób podobny do roszczeń zabużańskich" ("Rz" z 8 lipca). Żadnych wątpliwości nie ma za to wiceminister spraw zagranicznych Jakub Wolski. Jest on absolutnie przekonany o tym, że wszelkie roszczenia zostały uregulowane ostatecznie na etapie zjednoczenia Niemiec. Niedawno w Sejmie tak się wypowiadał na ten temat: "Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec, tzw. traktat 2+4 podpisany w Moskwie przez Stany Zjednoczone, ZSRR, Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, NRD 12 września 1990 r., zamyka wszelkie sprawy wynikające z drugiej wojny światowej, w tym rozliczenia o charakterze odszkodowawczym". Jednak praktyka zainteresowanych państw jednoznacznie wskazuje, że traktat tych kwestii nie zamyka. Same mocarstwa-strony traktatu 2+4 (USA, Francja, Wielka Brytania i ZSRR) w dwa tygodnie po jego podpisaniu zawarły z Niemcami dodatkową umowę w formie wymiany not dodatkowo chroniącą ich powojenne działania wobec majątków niemieckich. W przypadku Stanów Zjednoczonych formalna deklaracja o niedochodzeniu od Niemiec reparacji została wyciągnięta jeszcze dalej w przyszłość i złożona dopiero w lipcu 2000 r. Również na płaszczyźnie stosunków polsko- -niemieckich traktat 2+4 niewiele pozamykał. Mieliśmy po nim umowę Kastrup - Żabiński (świadczenia dla ofiar nazizmu), wymianę listów do traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy (kwestie majątkowe) oraz wspólne oświadczenie (odszkodowania za pracę niewolniczą i przymusową). Minister Wolski powinien o tym wiedzieć. Polska jest chyba w tej chwili jedynym krajem, którego doktryna prawa międzynarodowego traktuje traktat 2+ 4 za równoznaczny z traktatem pokojowym. Sami Niemcy nie we wszystkich przypadkach uznają go za taki. Dla Berlina zastępuje on traktat pokoju wyłącznie w sytuacjach, kiedy inne umowy zawarte z aliantami w latach 1949 -1989 do takiego traktatu się odnoszą. Takie różnice w interpretacji prawa składają się na opisane przez Gontarskiego i Hamburę przypadki zachęcania przez władze niemieckie obywateli RFN do podnoszenia roszczeń wobec Polski. Przytoczone przez tych autorów przykłady dowodzą, jak za pojednawczym tonem części berlińskich elit kryje się spora aktywność mająca na celu wyrządzenie Polsce poważnej szkody. Polski rząd musi przestać chować głowę w piasek i udawać, że nic się nie dzieje. Czas publicznie przyznać, że nie wszystkie kwestie odszkodowawcze zostały ostatecznie uregulowane, a dotyczy to w szczególności reparacji wojennych. W kilkunastoletniej historii stosunków wolnej Rzeczypospolitej z Niemcami rzadko powracaliśmy do spraw reparacji. Kierowaliśmy się idealizmem. Woleliśmy nie precyzować zakresu zrzeczenia się reparacji z 1953 wobec Niemiec wschodnich. Także w procesie 2+4 (1990), podczas negocjacji umowy o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy (1991), w procedurze przystępowania do europejskiej konwencji praw człowieka i podstawowych wolności (1993) czy negocjacji traktatu akcesyjnego (2002) wiele przemilczeliśmy, licząc na niemiecką wielkoduszność. Przeliczyliśmy się. Nasze uczucia nie zostały odwzajemnione. Przyjazna postawa Polski nie zachęciła kolejnych rządów RFN do zaprzestania współfinansowania środowisk "wypędzonych". Sami "wypędzeni" raczej nie przekonali się do idei pojednania. Wręcz przeciwnie. Związek Wypędzonych zamiast się rozwiązać, kwitnie. Nowe pokolenie działaczy, urodzonych i wychowanych w dobrobycie Republiki Federalnej Niemiec, ze wzmożoną energią przystępuje do działań antyczeskich i antypolskich. Rosję jakoś ciągle omijają, bo jest duża i silna. Jeszcze nigdy w historii RFN inicjatywy Związku nie miały tak szerokiego poparcia na niemieckiej scenie politycznej. Doskonale widać to na przykładzie Centrum przeciwko Wypędzeniom, którego zwolennikami są prominentni chadecy, socjaliści i liberałowie, a środki na jego budowę wpłynęły już od ponad 400 niemieckich miast i gmin. Gdybyśmy w tej sytuacji, jak sugerują Gontarski i Hambura, wybrali opcję zerową i zrzekli się wszelkich roszczeń wobec Niemiec w imieniu państwa polskiego i polskich obywateli w zamian za podobny ruch po stronie niemieckiej, to postąpilibyśmy w duchu dotychczasowej linii. Co więcej, de facto uznalibyśmy, że wojenne rachunki krzywd Polaków i Niemców są porównywalne. Byłoby to niemoralne, ale i nierozsądne. Decydując się na taki krok prawdopodobnie nie uchronilibyśmy się także przed zagrożeniem ze strony środowisk "wypędzonych". Prawo międzynarodowe ma już własne mechanizmy pozwalające ominąć rządy i ich poparcie dla jednostki w dochodzeniu jej roszczeń. Spadkobiercy "wypędzonych" są majętni, zawzięci i dobrze zorganizowani. Będą przeciwko nam wykorzystywali każdy katalizator prawny, łącznie z ewentualną ustawą reprywatyzacyjną. Jakiekolwiek zrzeczenia rządu RFN mogłyby się okazać niewystarczające. W sądach w Polsce, jak również za granicą musimy się liczyć z tym, że przegramy niektóre sprawy. Dlatego w rozmowach z Niemcami Polska winna przyjąć bardziej historycznie adekwatną postawę. Przy okazji nadchodzącej 60. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, trzeba wrócić do kwestii reparacji. Posłowie muszą wymusić na rządzie przedstawienie propozycji zakresu zrzeczenia się ich z 1953 r. To Polska, jako państwo, któremu przysługują reparacje, decyduje, w jakim stopniu zamierza je pobierać. Takie jest nasze prawo. Czas, by z niego zacząć korzystać, gdy ze swych "praw" korzystają inni. Autor jest koordynatorem programowym Nowej Inicjatywy Atlantyckiej działającej przy American Enterprise Institute w Waszyngtonie (www.aei.org/nai); byłym przewodniczącym Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie http://www.rzeczpospolita Odpowiedz Link
przycinek.usa Powiernictwo Pruskie chce wysiedlać Polaków 20.07.04, 04:43 Pruskie pojednanie Powiernictwo Pruskie chce wysiedlać Polaków z Pomorza, Warmii i Mazur Aleksandeer von Waldow po raz pierwszy swój rodzinny majątek chciał odzyskać na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dziś jest przekonany, że dzięki Trybunałowi w Strasburgu majątek odzyska w ciągu najbliższych lat. MATEUSZ WYRWICH Osiemnastowieczny biały kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny kontrastuje z niebem wieczoru i zasłoną zieleni. Osadzony na niewielkim wzniesieniu patrzy oknami dzwonnicy w kilometrową przestrzeń. Nieco dalej neogotycka wieża w angielskim stylu wywyższa lewy szczyt pałacu pobudowanego w 1863 roku na zamówienie Roberta Fridricha von Waldow. Założyciela dóbr w Meretin. U jej dołu rozciąga się folwark z kilkunastoma budynkami zbudowanymi z czerwonej cegły pruskiego muru. Rodzinne gniazdo Meretin zostało założone w blisko połowie czternastego wieku przez niemieckiego rycerza Woldera. Gniazdem dla rodziny von Waldow, linii Hammer Berstein, Meretin stał się od 1721 roku. Wówczas folwark z kilkuset hektarami kupił Sigismund. Jego grób i małżonki Ulli leży w końcu pałacowej alei z napisem: „Die liebe horet nimmer auf” (Miłość nigdy nie ustaje). Meretin to dzisiejszy Mierzęcin. Położony blisko sto czterdzieści kilometrów od Poznania i pięćdziesiąt od Gorzowa Wielkopolskiego. W czasie wojny pałac i zabudowania nie zostały zburzone. Do lat dziewięćdziesiątych właścicielem dóbr był PGR, który doprowadził posiadłość do ruiny. W 1998 roku kupiła ją spółka, której właścicielami są Piotr Nowakowski i Piotr Olewiński. Pałac i folwark po latach powstał z ruin, a jego renowacja była wielokrotnie nagradzana wyróżnieniami Generalnego Konserwatora Zabytków - za kunszt pracy konserwatorskiej. Powrót przodka Wysoki, rześki mężczyzna w jasnym prochowcu z górą sześćdziesięcioletni spacerował po sierpniowym Mierzęcinie 1986 roku. Od czasu do czasu klął po niemiecku. Szczegółowo oglądał budynki. Wzbudzał zainteresowanie ówczesnej milicji. Pytany o dociekliwość odpowiadał, że mieszkał tu i szuka wspomnień. Nazywał się Aleksander von Waldow. Był zamożnym profesorem architektury. Wykładał między innymi na uczelniach w Koloni. Przez ponad piętnaście lat projektował dla hiszpańskich kontrahentów. Po raz wtóry profesor architektury odwiedził Mierzęcin i Dobiegniew w 1990 roku. Zwrócił się wówczas do władz gminy o zwrot majątku. Jego zachowanie ożywiło lęki mieszkańców „ziem odzyskanych” o stabilność własności. Jednak w gminie wyśmiano go i poradzono, by w tej sprawie rozmawiał z urzędem wojewódzkim. Waldow skierował więc pismo do urzędu o zwrot majątku. Odpowiedź, jaką uzyskał od polskiego MSZ nie zadowoliła go. Ponowił propozycję wobec władz samorządowych cztery lata później. Zaproponował założenie fundacji, z większościowym kapitałem dla gminy. Ta jednak propozycji Niemca nie wzięła pod uwagę. W zamian bowiem, w nieodległej przyszłości, oczekiwał zwrotu majątku. – Był bardzo miły. Uśmiechnięty. Twarz nabierała nieprzyjemnego wyrazu, kiedy mówiliśmy, że nic z tego interesu nie wyjdzie – wspomina po latach wizytę Aleksandra von Waldow Tadeusz Kałuziak, zastępca burmistrza miasta i gminy Dobiegniew. Ratować zabytki Piotr Nowakowski i Piotr Olewiński z Poznania, przyjaciele z lat szkolnych i studenckich, w końcu lat siedemdziesiątych postanowili założyć własną firmę produkującą farby. Denerwowała ich intelektualna stagnacja na uczelni i brak finansowych perspektyw. Pozycję pracowników naukowych zamienili więc na status „prywaciarzy”. Dziś ich spółka jest znanym w kraju i za granicą producentem farb i lakierów. Zatrudniają kilkaset osób. Kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych zastanawiali się nad budową ośrodka wypoczynkowego dla załogi zdecydowali, że nie będą wznosić nowych obiektów, a restaurować stare. - Doszliśmy do przekonania, że lepiej ratować podupadający zabytek, niż tworzyć coś nowego – podkreśla Piotr Olewioński. Uważał, że to jego własność Spółka, za niewielkie pieniądze, kupiła dobra mierzęcińskie - folwark i pałac - podczas przetargu w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Rychło okazało się, że renowacja będzie kosztowała zdecydowanie więcej niż pierwotnie szacowano. Dodatkowych kosztów przysporzyło poszukiwanie planów pałacu i majątku w niemieckich archiwach. Okazało się, że ich nie ma. Postanowili zatem zwrócić się do Aleksandra von Waldow o udostępnienie dokumentacji architektonicznej. Uzyskali jedynie kilka, tuż przedwojennych, zdjęć obiektu. - Również rzut pałacowego parteru narysowany w taki sposób, że nie stanowiło to nawet rysunku technicznego. – Uzupełnia Piotr Nowakowski. – Ale też von Waldow zdecydowane napisał, że właścicielem Meretin jest on i jego rodzina, a nie my. Mimo to wywiązała się korespondencja pomiędzy nowymi właścicielami a przedwojennym. Wreszcie spotkali się w Polsce w 1998 roku. - Myśleliśmy, że przyjedzie butny Niemiec strzelający obcasami w esesmańskim stylu – opowiada Piotr Nowakowski. – Okazało się, że przyjechał sympatyczny starszy pan. Jednak w delikatny sposób cały czas podkreślał swoje prawa do Mierzęcina. Mimo to, zdecydowaliśmy, że dla pojednania będziemy współpracować. Stwarzać wrażenie Aleksander von Waldow był tego samego zdania. Uważał, że coraz częściej powinien odwiedzać pałac. Jak zwierzył się jednemu ze znajomych: „By pilnować swego i sprawiać wrażenie, że odbudowa folwarku i pałacu odbywa się pod jego kierownictwem”. Faktycznie bywał w Mierzęcinie kilka razy do roku. Jego udział w restauracji był jednak żaden. Waldow bowiem niewiele pamiętał obiekt sprzed wojny. Odbudowę pałacu ukończono w 2002 roku. Na uroczysty bankiet, we wrześniu, przybyła ośmioosobowa rodzina byłych właścicieli. W programie uroczystości było zapalenie świec w pałacowym żyrandolu. Na poziomie dwóch rodzin miał to być symboliczny gest pojednania pomiędzy Polakami a Niemcami. Świece zapalały dzieci Piotra Nowakowskiego i Piotra Olewińskiego. Wspólnie z ostatnią niemiecką mieszkanką Mierzęcina Irmą von Waldow. – Był to też symboliczny akt przekazania niemieckiego Meretin w polskie ręce - opowiada Piotr Nowakowski. - W tej uroczystości brał udział Aleksander, który przywoływał co i rusz słowa: Dona nobis pacem (Obdarz nas pokojem). Kilka miesięcy później, wiosną 2003 roku, na przyjęciu urodzinowym kuzynki Waldowa w Mierzęcinie odbył się konkurs rysunkowy. Wówczas to Aleksander namalował most, a na nim człowieka. Podpisał obrazek „Most pomiędzy narodami”. - Znowu symbol pojednania – podkreśla Piotr Olewiński. Polska prowokacja Wczesną jesienią 2003 Waldow, bez wiedzy właścicieli, przyjechał do pałacu z telewizją Deutsche Welle. W wywiadzie, jakiego udzielał mówił między innymi, że Mierzęcin należy do niego. Dodał przy tym, że spółka Olewińskiego i Nowakowskiego może bezpłatnie dzierżawić posiadłość przez 10, 20 lat, bo zainwestowała w jego odbudowę duże pieniądze. W niedługi czas później powtórzył swoje stanowisko w rozmowie z dziennikarzem dziennika „Rzeczpospolita”. Dodał też: „...)hitlerowskie Niemcy nie napadły na Polskę bez powodu. Po pierwsze związana traktatami z Francją i Anglią Polska zagrażała Niemcom. Po drugie nie respektowała praw mniejszości niemieckiej. Po trzecie pragnęła włączyć zamieszkane przez Niemców Wolne Miasto Gdańsk do swego terytorium(...)”. - Wypowiadał zdania zupełnie niedopuszczalne dla nas – podkreśla Nowakowski. - Dowiedzieliśmy się też, że jest wiceprzewodniczącym Preussische Treuhand (Pruskie Powiernictwo). Organizacji, która postawiła sobie za cel odebranie byłych niemieckich majątków w Polsce. W tej sytuacji absolutnie nie mogliśmy zaakceptować obecności te Odpowiedz Link
przycinek.usa dokonczenie i link: 20.07.04, 04:45 tego pana w Mierzęcinie. O czym go poinformowaliśmy. Ład przedjałtański Tymczasem okazało się, że od kilku lat Aleksander von Waldow bywał na spotkaniach u Eriki Steinbach. Czynnie również wspierał jej kampanię wyborczą. Od lat był też w bliskich kontaktach z Hansem Gunterem Parplies’em, wiceprzewodniczącym Związku Wypędzonych. Waldow w czasie, kiedy „jednał” się z Polakami w Mierzęcinie, zapewniał też w Austrii na kongresie „Mut Zur Ethik”, że obwiązującą mapą dla Niemiec jest ta z 1939 roku. Jako współzałożyciel Preussische Treuhand rysował też nową wizję Europy. A w niej twór o nazwie „Centropa”. W organizm ten, według polityków Powiernictwa, wchodziłoby polskie Pomorze, Warmia i Mazury, jak również część Obwodu Kaliningradzkiego. Ziemie te miałyby być wyłączone spod jurysdykcji Polski i Rosji. I poddane pod zarząd UE. Polacy natomiast mieliby być stamtąd wysiedleni. Osiedleni natomiast Niemcy. Polacy w zamian za to mogliby otrzymać bony, za które mogliby wykupywać swoje posiadłości na dawnych, wschodnich terenach Polski. – Nie wiem, czy taki jest tylko Aleksander, czy jest ich więcej? – zastanawia się Piotr Olewiński. – Wiem na pewno, że nie jest mi miło słyszeć, kiedy Waldow mówi na łamach Die Zeit, „Mam przyjaciela w Mierzęcinie, który kupił od przestępczego państwa polskiego kradziony towar i będzie go musiał oddać”. Mam żal do naszych władz, że nie załatwiły z Niemcami problemu zwrotu mienia jednoznacznie. Bo to pozwala na nieprzyjemnie i, jak widać, dowolne interpretacje. Tymczasem Aleksander von Waldow wystąpił do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu z wnioskiem o zwrot pałacu, folwarku i blisko pięciu tysięcy hektarów ziemi. Mateusz Wyrwich kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1175646&KAT=245 Odpowiedz Link
klip-klap Re: Powiernictwo Pruskie chce wysiedlać Polaków 20.07.04, 11:54 Podwójna gra Berlina Wbrew zapewnieniom prezydenta Niemiec Horsta Koehlera o rezygnacji z roszczeń rząd niemiecki udziela pośredniej pomocy byłym właścicielom w podjęciu decyzji o pozwaniu państwa polskiego do sądu o zwrot mienia. Niemcy zorientowali się, że w wielu przypadkach w polskich księgach wieczystych obywatele niemieccy do dzisiaj figurują jako właściciele. Wobec powyższego Federalny Urząd do Spraw Odszkodowań w Bad Homburg sprawdza zasadność wypłaconych przesiedleńcom przed laty odszkodowań za utracone mienie. Każdy, kto nie udowodni, że przy wyjeździe jego nazwisko zostało skreślone z ksiąg wieczystych w Polsce, a tym samym utracił dom czy ziemię, musi oddać do kasy państwowej 4 tys. 600 euro. Znając niemieckich urzędników, sprawdzą oni wszystkie przypadki wypłacenia odszkodowania, a jest ich miliony. Prowadzi to do tego, że nawet obywatele niemieccy, którzy do tej pory nie nosili się z zamiarem skarżenia Polski, postawieni przed alternatywą: zwrot pieniędzy albo odzyskanie mienia od Polaków, będą z pewnością wybierać tę drugą możliwość. Fala procesów będzie z pewnością prowadzona przy pomocy organizacji Pruskie Towarzystwo Powiernicze, która oficjalnie jest instytucją prywatną i nie podlega władzom niemieckim. Tym samym rząd niemiecki, "napędzając" jej potencjalnych nowych członków, pośrednio popiera działania roszczeniowe tej organizacji. Na to dwulicowe prowadzenie polityki przez Niemcy zwracana była wielokrotnie uwaga na łamach prasy polskiej. Rząd niemiecki podpisuje umowy międzynarodowe, wypowiada się ustami polityków, że nie ma roszczeń wobec Polski, a jednocześnie sprawy majątkowe pozostawia swoim obywatelom jako osobom prywatnym i udziela im potajemnie wszelkiej pomocy, zarówno prawnej, jak i finansowej. Nie na darmo kanclerz Schroeder ogłosił się naszym adwokatem przy przystępowaniu do Unii, a następnie zmienił szaty i przywdział togę prokuratora... Henryk Przemyski www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040720&id=sw02.txt Odpowiedz Link
klip-klap Dziennik Polski 20.07.04, 12:03 480 mld dolarów strat Na tyle prof. Alfons Klafkowski wyliczył zniszczenia materialne Polski poniesione wskutek agresji niemieckiej (INF. WŁ.) Jeżeli sądy polskie lub Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekną, że obywatelom niemieckim należą się odszkodowania za mienie pozostawione na terenach, które w 1945 r. weszły w skład państwa polskiego, to ich wypłatę powinien wziąć na siebie niemiecki rząd - przekonują politycy Polskiego Stronnictwa Ludowego(...) Według posła Dobrosza nic nie stoi na przeszkodzie, aby obywatele niemieccy, którzy zostali wysiedleni po wojnie z terytorium państwa polskiego, zostali zaspokojeni w swoich roszczeniach. - Ciężar odszkodowań musi jednak na swoje barki wziąć państwo niemieckie. Polska przecież nie żąda od Ukrainy, Białorusi, Rosji czy Litwy pokrycia odszkodowań, jakich domagają się tzw. Zabużanie, czyli Polacy wypędzeni ze swoich domostw na wschodzie. Nasz rozmówca przypomina, że Niemcy, którzy określają się mianem wypędzonych, wspierani są z budżetu federalnego. - Prawdą jest też i to, że rząd niemiecki poucza ich, aby z żądaniami odszkodowawczymi zwracali się do rządu polskiego i naszego wymiaru sprawiedliwości - mówi Janusz Dobrosz(...) Prof. Alfons Klafkowski, wybitny znawca problematyki, oszacował i przedstawił w 1988 r. wyliczenia, z których wynika, że straty materialne Polski poniesione wskutek agresji niemieckiej to równowartość 480 mld dolarów (gdyby doliczyć odsetki za 16 lat od tej sumy, to trzeba byłoby mówić o kwocie wyższej niż 500 mld dolarów)(...) Prof. Andrzej Jaeschke, senator SLD, politolog z Akademii Pedagogicznej w Krakowie, ucina krótko: - Mówienie o jakichkolwiek odszkodowaniach dla obywateli niemieckich jest bezprzedmiotowe. Stanowisko obu zainteresowanych rządów w tej materii jest jednoznaczne. I polski, i niemiecki odrzucają taką możliwość. Tą sprawą nie powinno się grać, straszyć ludzi, antagonizować narody, wywoływać upiory z przeszłości. WŁODZIMIERZ KNAP dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/07.19/Kraj/12/12.html Odpowiedz Link
przycinek.usa Interia o roszczeniach 18.08.04, 19:25 fakty.interia.pl/news?inf=529918 ciekawe. wklejam tylko link. Odpowiedz Link
przycinek.usa nagonka 19.08.04, 19:12 Artykuł Nathaniela Poppera w żydowskim piśmie "Forward" z 6 sierpnia 2004 r. nawołuje Żydów i Niemców, by wspólnymi siłami zaspokajali swoje roszczenia przeciw Polsce. Tekst nosi znamienny tytuł: "Bitwa roszczeniowa rozszerza się na polski front". www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040819&id=my12.txt (...)Popper cytuje Żyda, doradcę prezydenta Clintona, Stuarta Eizenstata: "Jest rzeczą wysoce niemoralną, że rząd USA nie poparł żydowskich roszczeń wtedy, kiedy Polska przystępowała do NATO i do Unii Europejskiej". Podobny antypolski artykuł opublikował Jabeen Bhatti w "The Wall Street Journal" z 11 sierpnia 2004 r., z podróży do Legnicy, pod tytułem "Echa wojny. Wypędzeni z Polski w 1945 roku Niemcy chcą odzyskać majątki; po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej zgłoszono tuziny roszczeń do ziemi; wielu Polaków jest przerażonych". Autor pisze, że polscy żołnierze "wypędzili" Niemców z ich domów,(...) Odpowiedz Link