TEMAT: ROSZCZENIA.

    • przycinek.usa Niesamowite - podobno dopłacimy do UE? 07.03.04, 05:17
      robisc 07.01.2004 09:04

      W głowie się nie mieści, nie?

      "W 2003 roku Polska wykorzystała o 1/3 mniej pomocy, niż zakładała Bruksela
      Możemy dopłacić do Unii

      W minionym roku Polska wykorzystała około 650 milionów euro pomocy Unii
      Europejskiej. To o 1/3 mniej, niż szacowała Bruksela. Jeśli w tym roku tempo
      realizacji unijnych inwestycji nie podwoi się, będziemy dopłacać do
      członkostwa we Wspólnocie.

      Od 1 maja Polska będzie musiała wpłacać miesięcznie 168 mln euro składki do
      kasy Unii. Według ustaleń traktatu akcesyjnego miało być więcej: 218 mln euro
      miesięcznie. "Uratowało" nas gwałtowne umocnienie europejskiej waluty, dzięki
      czemu "statystycznie" wartość polskiego PKB zmalała, a wraz z nią składka.
      Komisja Europejska zrewidowała także w dół potrzeby nowych krajów
      członkowskich. Mimo to Polska będzie miała kłopoty z wykorzystaniem wsparcia,
      które ma zrekompensować 1,344 mld euro tegorocznej składki.

      Z traktatu akcesyjnego wynika, że w 2004 r. pozyskamy z budżetu Unii w
      różnych formach o 1,55 mld euro więcej, niż do niego wpłacimy. Jednak wśród
      tytułów wsparcia Polski jest tylko jedna pewna pozycja: specjalna kompensata
      budżetowa w kwocie 490 mln euro (gotówką).

      Według KE z "zaległych" programów pomocy przedczłonkowskiej: ISPA, SAPARD i
      Phare, powinniśmy otrzymać w br. 1,074 mld euro. To mało prawdopodobne, bo
      oznaczałoby, że wykorzystamy o ponad połowę więcej niż w ub.r., kiedy to
      potrafiliśmy wydać 650 mln euro (zamiast planowanych przez Brukselę 917 mln
      euro). Najbardziej zawiódł program budowy autostrad i inwestycji w ochronę
      środowiska ISPA, z którego otrzymaliśmy jedynie 50 mln euro, niewiele ponad
      1/10 rocznej puli pomocy. Na wykorzystanie czeka od 2000 roku blisko 2 mld
      euro. Lepiej było z Phare (ok. 430 mln euro wykorzystanej pomocy) m.in.
      dzięki 15-letniemu doświadczeniu w realizacji tego programu. Tempa nabiera
      projekt rozwoju wsi SAPARD. jego wartość zamknie się w 2004 roku sumą 170 mln
      euro, odpowiadającą kwocie, jaką co roku, od 4 lat, Unia odkładała dla Polski.

      Słabe wykorzystanie funduszy ISPA (brak projektów i wykupionych pod
      inwestycje terenów) źle wróży wykorzystaniu funduszy strukturalnych. Z braku
      ustawy o zamówieniach publicznych start tej części pomocy Brukseli,
      zaplanowany na 1 stycznia, opóźnia się. KE liczy zaś, że w tym roku przekaże
      Polsce 921 mln euro z tego tytułu.

      - To zaliczka, która trafi na konta Ministerstwa Finansów. Nie będzie jej
      jednak można ruszyć, dopóki realizacja projektów nie zostanie zakończona -
      tłumaczy Elisabeth Werner, rzeczniczka ds. budżetowych Komisji.

      Jest zaś wykluczone, aby tak się stało w tym roku. Podobnie z innymi
      pozycjami, np. 171 mln euro na umocnienie granicy wschodniej i 145 mln euro
      na usprawnienie pracy administracji.

      Bruksela założyła również, że w 2004 roku polska wieś (niezależnie od SAPARD)
      otrzyma 470 mln euro. Gregor Kreuzhuber, rzecznik komisarza ds. rolnych,
      przyznaje jednak, że nie wiadomo, czy będzie to możliwe. Jego zdaniem 135 mln
      euro z tej sumy to wsparcie cen produktów rolnych. Reszta - środki na rozwój
      obszarów wiejskich. Ze względu na tempo realizacji tego typu inwestycji jest
      jednak wykluczone, aby przelewy trafiły do Polski już w tym roku.

      Polska dopiero w przyszłym roku otrzyma ok. 850 mln euro na dopłaty
      bezpośrednie dla rolników. Będzie to zwrot za nakłady na ten cel budżetu
      państwa. Pod warunkiem jednak, że system kontroli produkcji żywności IACS
      powstanie na czas. To pomoże Polsce "wyjść na swoje" w 2005 roku. Jednak i
      składka do "zbilansowania" będzie o wiele większa: 2,7 mld euro.

      Założenia traktatu akcesyjnego okazały się nader optymistyczne. -To były
      ustalenia polityczne, aby pokazać, że Polska "wychodzi na swoje" - przyznają
      dziś polscy negocjatorzy.

      Jędrzej Bielecki"

      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040107/ekonomia/ekonomia_a_2.html
    • przycinek.usa Robi sie nieprzyjemnie. CDU popiera żądania wypędz 08.03.04, 21:54
      CDU popiera żądania wypędzonych.

      Politycy niemieckiej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) w specjalnym
      oświadczeniu (tak zwana Deklaracja berlińska) opublikowanym w piątek poparli
      budowę Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie. Ta część polityków unijnych,
      która uważa się za wypędzonych lub jest z nimi związana, stwierdziła, że
      opowiada się za budową Centrum w kształcie proponowanym przez szefową Związku
      Wypędzonych (BdV) Erikę Steinbach.
      Ponadto sygnatariusze Deklaracji berlińskiej żądają od władz poszczególnych
      landów niemieckich, aby te wsparły finansowo projekt budowy Centrum.
      Agencja DPA przypomina, że projekt budowy Centrum w Berlinie, proponowany przez
      Steinbach, został odrzucony przez rząd kanclerza Gerharda Schroedera.
      W dalszej części deklaracji politycy CDU żądają od parlamentu uznania dnia 5
      sierpnia Narodowym Dniem pamięci ofiar wypędzeń
      (5 sierpnia 1950 r. została podpisana w Stuttgarcie tak zwana Karta
      Wypędzonych, w której wysiedleni zadeklarowali rezygnację z zemsty, ale nie
      rezygnują z całkowitych roszczeń).
      W dalszej części deklaracji jej sygnatariusze domagają się wypłacenia
      odszkodowań dla wszystkich Niemców, którzy byli zmuszani do pracy w obozach
      pracy na terenie Europy Środkowowschodniej.
      Politycy CDU i CSU nigdy nie kryli zdecydowanego poparcia zarówno dla poczynań
      BdV, jak i jego szefowej pani Eriki Steinbach, która również jest członkiem
      partii CDU. Dawali temu wyraz podczas wielu spotkań z przedstawicielami związku
      BdV. Chadecy liczą obecnie na przejęcie władzy w Niemczech po kilku latach
      rządów socjalistów i Zielonych.
      Waldemar Maszewski, Hamburg

      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040308&id=sw03.txt
    • przycinek.usa Kto by pomyslal... 08.03.04, 21:56
      Andrzej Dryszel

      Niemcy idą po nasze

      Czy Unia Europejska zwróci dawnym niemieckim właścicielom
      majątki w Polsce?

      "Jesteśmy właścicielami nieruchomości ziemskiej opisanej w księdze wieczystej
      miejscowości Kietlice (...) Protestujemy przeciw planowaniom i dyspozycjom
      dotyczących naszej własności ziemskiej i zwracamy Państwu uwagę też na to, że
      za dokonane lub w przyszłości następujące ingerencje w naszą posiadłość ziemską
      lekceważąc nasze prawa własnościowe, pociągniemy Państwa do odpowiedzialności z
      celem zadośćuczynienia". To fragment jednego z pism od "wypędzonych", które w
      tym roku nadeszły do opolskich władz. Pisane są nieco koślawą polszczyzną i,
      jak mówi Joanna Falkowska z Urzędu Wojewódzkiego w Opolu, w ostatnich
      miesiącach napływa ich coraz więcej. Podobnie jest w innych regionach ziem
      zachodnich i północnych. Listy żądające zwrotu majątków trafiają i do dużych
      miast, jak Gdańsk czy Wrocław, i do małych miejscowości. Czy gdy wejdziemy do
      Unii Europejskiej może nas zalać rosnąca fala niemieckich roszczeń?

      Pretensje do Adolfa

      - Jak wnioski o zwrot majątków były po niemiecku, odsyłałem je z uwagą, żeby
      pisali po polsku. A gdy pisali po polsku, że ich bezprawnie wypędzono, to
      odpisywałem, że wypędzono ich za sprawą kolegi Adolfa, zaś jeszcze wcześniej
      był tu Chrobry, myśmy ich nie zapraszali. To takie balony próbne, sprawdzenie,
      jak zareagujemy. Więcej podobnych wniosków może się posypać po 1 maja, jak już
      będziemy w Unii Europejskiej - podsumowuje Zbigniew Gałek, wójt Postomina koło
      zachodniopomorskiego Sławna, gdzie również Niemcy starają się o budynki, które
      kiedyś do nich należały.
      Dokładnie nie wiadomo, ile tysięcy byłych niemieckich właścicieli lub ich
      spadkobierców chce odzyskać utracone majątki. Rudi Pawelka, szef Powiernictwa
      Pruskiego, mającego ponoć ubiegać się o zwrot mienia, uważa, że majątków
      zostało pozbawionych około miliona Niemców. To liczba niezbyt zawyżona, skoro z
      Polski wyjechało od 1945 r. ponad 4 mln Niemców. Szacunki wartości utraconego
      mienia podawane przez stronę niemiecką są natomiast nader nieprecyzyjne i
      wahają się od 6 mld do 30 mld euro.
      Zdaniem polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, indywidualne
      wnioski składane przez obywateli Niemiec do naszych organów administracji
      stanowią wyłącznie ich indywidualną inicjatywę, a ponieważ "są bezprzedmiotowe
      i nie podlegają rozpatrzeniu w jakimkolwiek trybie", nie są ewidencjonowane i
      nie wiadomo, ile ich jest. - Zwrot "mienia poniemieckiego" w świetle prawa
      międzynarodowego jest kwestią zamkniętą i prawnie uregulowaną. Obywatele
      niemieccy nie mają prawnych podstaw do ubiegania się o jego zwrot ani w oparciu
      o prawo międzynarodowe publiczne i prywatne, ani w oparciu o polskie prawo
      krajowe - twierdzi Alicja Hytrek, rzecznik MSWiA.

      Mocni w słowach

      Stanowisko przedstawicieli Polski jest na pozór bardzo zdecydowane. - Nie da
      się wykluczyć, że po wejściu Polski do Unii stowarzyszenia "wypędzonych"
      Niemców będą próbowały rościć sobie prawa do polskich ziem zachodnich. Te próby
      będą jednak nieskuteczne i to jest sprawa oczywista - mówił w Sejmie minister
      spraw zagranicznych, Włodzimierz Cimoszewicz. Według prezydenta Aleksandra
      Kwaśniewskiego, takich roszczeń być nie może, to są kwestie niepodważalne. - Ze
      wszystkich ekspertyz, jakie znam, wynika niezbicie, że polskie i międzynarodowe
      ustawodawstwo skutecznie chroni nas przed tymi działaniami - dodawał premier
      Leszek Miller.
      O tym, że wykluczona jest też wypłata jakichkolwiek odszkodowań za utracone
      przez Niemców majątki, polscy dygnitarze już jednak tak wyraźnie nie mówili. W
      dodatku podczas rokowań ze stroną niemiecką nasze władze dotychczas wykazywały
      dziwną ustępliwość, co sprawiło, iż nie udało się postawić bariery traktatowej
      chroniącej nas przed ewentualnymi roszczeniami państwa niemieckiego.
      Nieudolnością zgrzeszył zwłaszcza gabinet Tadeusza Mazowieckiego, negocjujący
      traktat o granicy polsko-niemieckiej z listopada 1990 r. Rząd nie zadbał, by
      znalazł się tam zapis wykluczający ewentualne roszczenia z tytułu mienia
      utraconego przez obie strony. Ten błąd powtórzono w traktacie o dobrym
      sąsiedztwie i przyjaznej współpracy między Polską a RFN, zawartym w czerwcu
      1991 r. Strona polska, wiedząc, iż władze niemieckie nie zrezygnowały z
      możliwości starań o odszkodowania, zaaprobowała mimo to
      sformułowanie: "Niniejszy traktat nie zajmuje się sprawami obywatelstwa i
      sprawami majątkowymi".
      Na efekty nie trzeba było czekać. W 1992 r. Niemiecki Trybunał Konstytucyjny
      orzekł, iż traktat graniczny z 1990 r. nie ma wpływu na kwestie własnościowe na
      byłych terenach niemieckich na Wschodzie, nie narusza praw majątkowych
      obywateli Niemiec ani nie podważa ich roszczeń. Później trybunał stwierdził
      zaś, iż ustawa przyznająca odszkodowania w niepełnej wysokości za mienie
      utracone na Wschodzie jest zgodna z konstytucją niemiecką (w myśl tej ustawy
      wysokość rekompensat wynosi od 5% do 70% wartości utraconego mienia - im
      większy majątek, tym mniejszy procent zwrotu). "Wypędzonym" została więc
      możliwość wywalczenia odszkodowań od Polski.
      Zdaniem Eriki Steinbach, szefowej Związku Wypędzonych, każdy wypędzony ma prawo
      wrócić do siebie i dostać odszkodowanie. Temu przeświadczeniu sprzyja również
      stanowisko rządu RFN, uznające, iż wywłaszczenia bez odszkodowań były sprzeczne
      z prawem międzynarodowym. Kanclerz Gerhard Schröder wprawdzie powiedział, iż
      jego rząd, w kontekście wejścia Polski i Czech do Unii, nie będzie obciążać
      stosunków z tymi państwami kwestiami politycznymi i prawnymi wynikającymi z
      przeszłości. Są to jednak tylko słowa, dotyczą wyłącznie jego rządu i
      bynajmniej nie oznaczają rezygnacji RFN z ubiegania się o ewentualne
      odszkodowania. Takiej deklaracji państwo to nigdy nie złożyło. Co gorsza,
      kanclerz jednoznacznie twierdzi, iż "wypędzenia były bezprawiem, którego nic
      nie może usprawiedliwić".

      Koniec z czułościami

      W rezultacie tej polityki byli właściciele zaczęli odwiedzać swe dawne polskie
      majątki już nie tylko z dobrym słowem, życzliwością czy nawet wsparciem
      pieniężnym na ewentualne remonty. Zaczęły się żądania i roszczenia. - Niemcy
      przyjeżdżają, filmują domy, w których kiedyś mieszkali, a czasem grożą, mówią,
      że będziemy musieli się wynieść, bo tu wrócą - twierdzi Wacław Niechniedowicz z
      wielkopolskiego Czekanowa. Podobnie jest np. w Mierzęcinie (Lubuskie), gdzie
      potomek rodziny von Waldow po kilku latach przyjacielskich kontaktów postanowił
      odebrać polskim właścicielom pałacyk, który jako ruinę kupili od Agencji
      Własności Rolnej Skarbu Państwa i doprowadzili do kwitnącego stanu. Wiele
      poniemieckich domów nie zostało jednak formalnie nabytych przez obecnych
      polskich posiadaczy, jak choćby willa Lenza w Szczecinie, użytkowana dziś przez
      Pałac Młodzieży.
      "Wypędzeni" coraz częściej też formułują swe pretensje na piśmie. Od połowy lat
      90. do naszych urzędów na ziemiach zachodnich zaczęły nadchodzić listy od
      byłych właścicieli: "Zwracamy uwagę, że pozbawianie prywatnej własności jest
      zabronione", "Utrudnianie mnie możliwości szybkiego zwrotu gospodarstwa
      spowoduje skargę do Trybunału Unii Europejskiej", ostrzegają autorzy. Gudrun
      Hellerman złożyła wniosek o wpisanie do polskiej księgi wieczystej poprawki
      stwierdzającej, że Kłanino (Zachodniopomorskie) nadal należy do jej rodziny;
      Dieter Sperling zażądał pisemnego "poszanowania prawa i zabezpieczenia
      własności" majątku w Gostchorzu (Lubuskie).
      Często pisma dotyczą kwestii późniejszych niż "wypędzenia" z lat 40. "Kierując
      się obywatelskimi, humanitarnymi pobudkami, zwracam się o wpłynięcie na ludzi
      odpowiedzialnych za dobro Skarbu Państwa i Polski. Sprawa dotyczy zwrotu moich
      zagarniętych własności nieruchomości. Czy ci ludzie myślą nad tym, co robią?",
      pisze była mieszkanka Brzegu, która w latach 50. utraciła tam wielorodzinny dom.
      - Do wojewody w
      • przycinek.usa Niemcy ida po nasze - ciag dalszy... 08.03.04, 21:58
        - Do wojewody warmińsko-mazurskiego wpływają wnioski o zwrot mienia od
        obywateli niemieckich, którzy opuścili Polskę w latach 70. W naszym urzędzie
        toczy się obecnie sześć tego typu spraw. Są one skomplikowane i długotrwałe,
        zaś od dotychczasowych rozstrzygnięć odwołują się i byli, i obecni właściciele -
        mówi Daniel Kotkowski z Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie.
        Nie zalewa nas jednak fala pozwów niemieckich, którą straszą przedstawiciele
        partii populistycznych. - Jest już około 30 tys. pozwów sądowych i wniosków w
        naszych urzędach. Mają one podstawę w konstytucji niemieckiej, w której wciąż
        jest zapis o granicach z 1937 r. - przekonuje pos. Stanisław Łyżwiński z
        Samoobrony.
        - W konstytucji niemieckiej nie ma nic o przedwojennych granicach i o istnieniu
        Rzeszy z 1937 r. Z żadnego przepisu konstytucji nie da się wysnuć wniosku,
        iż "wypędzonym" należy się odszkodowanie za utraconą w Polsce własność -
        wyjaśnia prof. Jan Galster z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
        Z informacji resortu sprawiedliwości wynika zaś, że przed polskimi sądami nie
        toczą się żadne sprawy z powództwa byłych niemieckich właścicieli. Tak
        reklamowana w ubiegłym roku w Polsce akcja Powiernictwa Pruskiego, mającego
        rzekomo zalać nasz kraj wspomnianymi 30 tys. pozwów (sam Pawelka mówił, że
        będzie ich znacznie mniej), okazała się tylko chwytem propagandowym.
        Zdaniem organizacji "wypędzonych", żądania zwrotu majątków bądź rekompensat są
        w pełni uzasadnione prawnie. Zdaniem polskiego rządu, całkowicie
        bezpodstawne... Tu racje nie są jednak podzielone. Z zestawienia argumentów obu
        stron (patrz: ramki) jasno wynika bowiem, że "wypędzeni" po prostu nic nie
        dostaną, nie mają na to cienia szans. Podzielają zresztą ten pogląd
        przedstawiciele ludności niemieckiej w Polsce.
        - Wszystkie roszczenia "wypędzonych" są bezpodstawne. Nie widzę, na jakiej
        podstawie należałoby przyznać im odszkodowania. Uważam, że ta sprawa jest
        załatwiona. Jeśli sądzą, że są pokrzywdzeni, niech się zwracają do rządu
        niemieckiego, a tu nie zawracają nikomu głowy - twierdzi Fryderyk Petrach,
        przewodniczący Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce.
        Nieco dziwi natomiast opinia prof. Anny Wolff-Powęskiej, dyrektor Instytutu
        Zachodniego w Poznaniu, która postanowiła postraszyć naszych mieszkańców ziem
        zachodnich i północnych: - Polacy, którzy zajęli te ziemie, mają prawo czuć się
        niepewnie - twierdzi pani dyrektor, podkreślając, że jesteśmy na bakier z
        prawem. Polacy zaś "będą jeszcze za to pokutowali". Wprawdzie polskie
        ekspertyzy mówią, że ewentualne roszczenia nie mają żadnych podstaw prawnych,
        ale prof. Wolff-Powęska wątpi, czy można im zaufać. Podnoszony przez różne
        nasze instytucje postulat, by na ewentualne żądania niemieckie odpowiedzieć
        pokazaniem bilansu polskich strat spowodowanych przez Niemcy, pani profesor
        uważa za "wyważanie otwartych drzwi i rodzaj politycznego awanturnictwa", który
        nie przysporzy nam dobrej opinii w Niemczech.
        Otóż Polacy na ziemiach zachodnich i północnych nie mają podstaw, by "czuć się
        niepewnie", i trochę zaskakujące jest to, że dyrektor Instytutu Zachodniego, z
        pewnością mimowolnie, przyjmuje rolę rzecznika strony niemieckiej, nie
        uwzględniając oczywistych faktów prawnych. - Ewentualne orzeczenia sądów
        niemieckich nie będą miały żadnego znaczenia. Żadna sprawa przeciw Polsce
        związana ze skargami niemieckimi nie wpłynęła do instytucji unijnych.
        Ziomkostwa nie zdołały zaskarżyć Polski, choć myślały o tym - twierdzi Andrzej
        Graś z tego samego Instytutu Zachodniego. Polskie władanie nieruchomościami na
        ziemiach zachodnich jest niepodważalne.
        - Wnioski niemieckie napływające do urzędów gmin i miast są
        oddalane z przyczyn formalnych i merytorycznych - podsumowuje
        prof. Grzegorz Janusz z lubelskiego UMCS. - Główną przyczyną merytoryczną jest
        brak wykazania naruszenia prawa. Przepisy dotyczące majątków poniemieckich i
        opuszczonych miały rangę ustawy i były wówczas obowiązującym prawem, nikt tego
        nie zakwestionował. Na wnioskodawcy ciąży więc konieczność udowodnienia, iż to
        prawo w jego przypadku zostało złamane. Podnoszony często przez stronę
        niemiecką argument, iż wywłaszczenie bez odszkodowania było nielegalne, jest
        błędny. Ustawa o majątku poniemieckim i opuszczonym - podkreślam, że żaden
        urząd nigdy nie uznał jej nieważności - stwierdzała bowiem, iż obowiązek
        wypłaty odszkodowań nie dotyczył właścicieli niemieckich.
        Okazuje się więc, że nasze przepisy, których ze względu na brak podstaw
        prawnych nie da się podważyć na gruncie międzynarodowym, stanowią całkiem
        szczelną zaporę przed żądaniami "wypędzonych". Zdaniem dyr. Marka Świetlika z
        opolskiego urzędu wojewódzkiego, największe szanse odzyskania utraconych
        majątków mają więc nie ci mieszkańcy Niemiec, którzy wyjeżdżali z Polski w
        majestacie prawa (co przez wiele lat oznaczało prawną konieczność rezygnacji z
        obywatelstwa polskiego i wyzbycia się majątku), lecz ci, którzy po prostu nie
        wrócili z podróży służbowej czy wycieczki zagranicznej. Było zaś niemało takich
        przypadków: - Niemcy z Polski nie wyjeżdżali ciężarówkami, zwykle wsiadali z
        walizką do pociągu bądź rodzina zabierała ich samochodem i już nie wracali.
        Jeśli nielegalnie zostawali za granicą w latach 70. czy 80., to nadal są
        właścicielami, ich nazwiska figurują w dokumentach. Dziś mogą żądać wydania
        nieruchomości bądź, gdy to niemożliwe, odszkodowania.

        Nie zaczynaliśmy tej wojny

        Wydawałoby się, że sprawa roszczeń "wypędzonych" jest oczywista nie tylko z
        prawnego, ale i moralnego punktu widzenia. Nie da się zaprzeczyć, że padliśmy
        ofiarą niesprowokowanej agresji, Polska została poddana morderczej, rabunkowej
        okupacji, a gdy Niemcy przegrały rozpętaną przez siebie wojnę, decyzją i siłami
        wielkich mocarstw nasz kraj został przesunięty na zachód, zaś niemieckich
        mieszkańców tych terenów, którzy nie uciekli przed armią sowiecką, wysiedlono.
        Jakież więc można tu znaleźć uzasadnienie dla domagania się od Polski zwrotu
        majątków czy odszkodowań?
        Ale druga strona myśli inaczej. Niemcy, jeśli nawet wiedzą, że także oni
        dopuszczali się wypędzeń bez odszkodowania (np. w 1940 r. z Wielkopolski, w
        1942 r. z Zamojszczyzny), i przyjmują do wiadomości ten fakt, rozumują tak:
        naziści (broń Boże nie Niemcy) wyrzucali Polaków bez odszkodowań z terenów,
        które przed I wojną światową należały do państwa niemieckiego i zasiedlone były
        przez większość niemiecką (o Zamojszczyźnie tu się nie wspomina). Ale nie
        wynika z tego, że Polacy mieli prawo bez odszkodowań wyrzucić Niemców z
        obszarów, które wcześniej do Polaków nie należały i nie były przez nich
        powszechnie zamieszkałe. Polskie pretensje, iż Erika Steinbach kłamie, mówiąc o
        sobie, że jest wypędzona, są niesłuszne. Co z tego, że urodziła się w czasie
        wojny w Rumi, nienależącej przed 1939 r. do Rzeszy? Przed I wojną Rumia była
        niemiecka, zaś po 1939 r. ponownie weszła w skład państwa niemieckiego, więc
        Steinbach spełnia wszelkie, zgodne z niemieckim prawem, kryteria osoby
        wypędzonej. Teraz na tych terenach rządzą Polacy, zatem powinni zapłacić
        Niemcom, na których miejsce przyszli.
        Ten niemiecki sposób myślenia dobrze skwitował Władysław Bartoszewski,
        pytając: - Dlaczego nie zacząć od 1772 r., czyli od ataku Prus na Polskę,
        germanizacji polskich ziem, rozbioru państwa?

        Wystarczy, że kupią

        Herbert Hupka, wieloletni przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków, w czasach PRL
        uznawany za głównego wroga naszej granicy na Odrze i Nysie, na
        pytanie "Przeglądu", czy należy uznać racje "wypędzonych", podkreśla, że
        kwestie finansowe nie mają z tym nic wspólnego: - Zadośćuczynienie za
        wysiedlenia powinno mieć przede wszystkim wymiar moralny, tu nie chodzi o
        pieniądze, zwłaszcza że wypędzeni otrzymali już w minionych latach
        odszkodowanie przyznane przez rząd RFN. Jednak akt uznania przez Polskę, iż
        wypędzenia stanowiły bezprawie, byłby
        • przycinek.usa Niemcy ida po nasze - ciag dalszy 2 08.03.04, 22:00
          (...) byłby niezmiernie potrzebny dla dobrego sąsiedztwa polsko-niemieckiego.
          Czy jednak taki akt nie okazałby się pretekstem do wywierania przez Niemcy np.
          nacisku ekonomicznego na Polskę, by uwzględniła roszczenia "wypędzonych"? Jak
          pokazuje doświadczenie, politycy rządzący Polską są dosyć ustępliwi wobec
          zachodniego sąsiada. - Trudno sobie wyobrazić polsko-niemiecką wojnę
          gospodarczą z powodu odszkodowań dla "wypędzonych". Niemcy Sudeccy też nie
          dostali odszkodowań od Czechów, ale to nie spowodowało niemiecko-czeskiej wojny
          ekonomicznej, nie było straszenia ograniczeniem inwestycji - ocenia prof. Piotr
          Madajczyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN. - Gdy po wyborach władzę
          obejmie CDU - a tendencja jest wyraźna, pokazały to wybory w Hamburgu -
          teoretycznie można by się spodziewać nacisków ze strony nowej koalicji. Jednak
          także politycy niemieccy uwzględniający racje "wypędzonych" są realistami,
          ludźmi działającymi racjonalnie.
          - Dla nas najważniejsza jest możliwość nabywania ziemi w Polsce, na tym zależy
          potomkom wielu byłych właścicieli - twierdzi Paweł Sabiniarz, szef Związku
          Mniejszości Niemieckiej.

          Co mówią "wypędzeni"?

          1. Wywłaszczenie bez odszkodowań jest sprzeczne z Europejską Konwencją Praw
          Człowieka ratyfikowaną przez Niemcy i Polskę. Mówi ona: "Nikt nie może być
          pozbawiony swojej własności, chyba że w interesie publicznym i na warunkach
          przewidzianych przez ustawę zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego". Zasady
          te przewidują zaś odszkodowania.

          2. Z konwencją kłóci się też stosowana przez Polskę w ciągu kilkudziesięciu
          powojennych lat praktyka wydawania zgody na wyjazd z kraju pod warunkiem
          zrzeczenia się obywatelstwa i własności (tzw. wyjazdy na zaświadczenie, w
          ramach łączenia rodzin).

          3. Polskie władze już wiosną 1945 r. dopuściły się bezprawia, dokonując tzw.
          dzikich wypędzeń, nieopartych na decyzjach zwycięskiej koalicji - z 30-
          kilometrowego pasa na wschód od Odry usunięto Niemców, przeznaczając ten teren
          pod przyszłe osadnictwo wojskowe.

          4. Wypędzenia odbywały się często w sposób brutalny, wielu ludzi skrzywdzono,
          dochodziło do nadużyć prawa i ewidentnych przestępstw kryminalnych.

          5. Polskie przepisy wywłaszczeniowe były nielegalne, bo naruszały ówczesny
          porządek prawny. Bezprawna była zwłaszcza praktyka uznająca samą tylko
          narodowość niemiecką za główny powód pozbawienia majątku.

          6. Ziemie zachodnie w myśl układu poczdamskiego znajdowały się jedynie
          pod "polską administracją", więc niedopuszczalne było dokonywanie tam konfiskat
          i wysiedleń. O pełnej suwerenności Polski na ziemiach zachodnich można mówić
          dopiero po podpisaniu polsko-niemieckiego układu granicznego w listopadzie 1990
          r.

          7. Do dziś w setkach tysięcy ksiąg wieczystych i aktów notarialnych leżących w
          polskich urzędach wpisane są nazwiska dawnych, niemieckich właścicieli. Ich
          prawo jest więc mocniejsze i ważniejsze niż tych polskich posiadaczy, którzy
          poniemieckie majątki jedynie dzierżawią bądź mają w użytkowaniu wieczystym.

          8. Gdy Polska wejdzie do UE, dawne decyzje wywłaszczeniowe zostaną podważone
          przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu i Trybunał Praw
          Człowieka w Strasburgu. Instytucje unijne uznają, iż każdemu pozbawieniu
          własności powinny towarzyszyć odszkodowania, zatem Polska będzie musiała je
          wypłacić.

          Jak odpowiada Polska?

          Ad 1 Europejska Konwencja Praw Człowieka została ratyfikowana przez Polskę w
          1993 r. Prawo nie działa wstecz, więc w żaden sposób nie można podnosić
          zarzutu, iż wcześniejsze działania polskich władz mogły być z nią sprzeczne.
          Konwencja pochodzi zresztą z 1950 r., a podstawowe decyzje wywłaszczeniowe
          zostały wydane wcześniej. W dodatku władze RFN akceptowały np. wywłaszczenia
          bez odszkodowania dokonywane przez NRD i ZSRR. Nie istnieją powody, które
          pozwalałyby na odmienne traktowanie Polski. Wreszcie, na mocy ustawy, RFN
          wypłaciła już swym obywatelom odszkodowania za majątek utracony na Wschodzie.

          Ad 2 Wyjazdy na podstawie zaświadczenia o rezygnacji z obywatelstwa odbywały
          się zgodnie z uchwałą Rady Państwa z 1956 r. i ustawą o gospodarce terenami w
          miastach i osiedlach z 1961 r. Przepisy te przestały obowiązywać w 1985 r.,
          zanim Polska ratyfikowała konwencję. Osoby, które w wyniku stosowania uchwał RP
          z 1956 r. utraciły obywatelstwo (a zatem i własność), mogą ubiegać się o jego
          przywrócenie. Jeśli zaś Polska w przyszłości uchwali przepisy o reprywatyzacji,
          będą mieć prawo do starań o zwrot mienia. Duża część tych osób przed
          zrzeczeniem się obywatelstwa i wyjazdem sprzedała jednak swe majątki.

          Ad 3 Przesiedlenia Niemców zostały nakazane przez układ poczdamski z sierpnia
          1945 r., zawarty przez USA, Wielką Brytanię i ZSRR. Wcześniejsze o kilka
          tygodni wysiedlenia z pasa na wschód od Odry, przeprowadzone przez polskie
          władze, były więc częścią tego procesu. Żaden organ międzynarodowy ani władze
          zwycięskiej koalicji nie zakwestionowały polskich decyzji.

          Ad 4 Osoby skrzywdzone, wysiedlane z naruszeniem przepisów, które to
          regulowały, mają pełne prawo wniesienia sprawy do polskiego sądu i po
          udowodnieniu ewentualnego przestępstwa do uzyskania satysfakcjonującego wyroku
          oraz odszkodowania od osób ponoszących winę. Rzadko byliby to jednak Polacy. W
          1945 r. większość majątków niemieckich została zajęta przez Armię Czerwoną i to
          jej żołnierze dokonywali przesiedleń Niemców. Dopiero na mocy umowy między
          Północną Grupą Wojsk Armii Radzieckiej a polskim Tymczasowym Rządem Jedności
          Narodowej, z października 1945 r. rozpoczęło się szybsze przekazywanie przez
          Rosjan tych majątków władzom polskim.

          Ad 5 Żaden organ polski ani międzynarodowy nigdy nie stwierdził, że polskie
          przepisy wywłaszczeniowe stały w sprzeczności z ówcześnie obowiązującym prawem.
          Były zatem w pełni legalne i w świetle prawa międzynarodowego nie ma podstaw
          prawnych, by jakakolwiek instytucja mogła dziś kwestionować skutki ich
          stosowania. Również organy Unii Europejskiej nie mogą zajmować się oceną
          przepisów, które w chwili ich wydania nie naruszały jakichkolwiek norm
          przyjętych przez UE. Najważniejsze przepisy (ustawa z maja 1945 r. o majątku
          porzuconym i opuszczonym oraz dekret z marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i
          poniemieckich) mówiły, iż państwo polskie przejmuje majątki rzeczywiście
          opuszczone (także należące do niemieckich instytucji i osób prawnych) oraz te,
          w których nadal znajdowali się dotychczasowi niemieccy właściciele. Polskie
          prawo nie przewidywało przy tym odszkodowania dla obywateli "państw wrogich".
          Narodowość niemiecka nie uniemożliwiała jednak uzyskania lub utrzymania
          własności. Autochtoni oraz Polacy pochodzenia niemieckiego, którzy podpisali
          volkslistę, ale podczas wojny zachowywali się przyzwoicie, mogli się ubiegać o
          uzyskanie polskiego obywatelstwa, co umożliwiało im zachowanie majątków (na
          tyle, na ile było to wówczas możliwe dla innych obywateli polskich). Z tej
          możliwości skorzystało około miliona osób (z których większość wyjechała w
          latach 1951-1980 w ramach akcji łączenia rodzin). Pozostali Niemcy na mocy
          legalnego polskiego prawa utracili majątki - ale zgodnie z układem poczdamskim
          i tak musieli opuścić Polskę.

          Ad 6 Polskie władztwo na ziemiach zachodnich miało charakter pełny, żaden organ
          międzynarodowy nie zakwestionował prawa naszych urzędów do wydawania wszelkich
          decyzji państwowych dotyczących tych terenów. Uznawały to również inne państwa,
          przykładem jest choćby układ zgorzelecki z 1950 r. o granicy między Polską a
          NRD. Sygnatariusze konferencji poczdamskiej nigdy nie stwierdzili, iż Polska
          nadużywa swych praw do "administrowania" ziemiami zachodnimi. Nie ma więc
          podstaw prawnych, by podważać skutki suwerennych decyzji polskich władz.

          Ad 7 Dekret z października 1947 r. uchylił moc prawną dotychczasowych ksiąg
          wieczystych na Ziemiach Odzyskanych i w byłym Wolnym Mieście Gdańsku. Wszelkie
          wcześ
          • przycinek.usa Re: Niemcy ida po nasze - ciag dalszy 2 08.03.04, 22:02
            Ad 7 Dekret z października 1947 r. uchylił moc prawną dotychczasowych ksiąg
            wieczystych na Ziemiach Odzyskanych i w byłym Wolnym Mieście Gdańsku. Wszelkie
            wcześniejsze zapisy stały się nieważne. Dla polskich właścicieli nieruchomości
            nie ma więc najmniejszego znaczenia, że w przedwojennych księgach jako
            właściciele występują Niemcy. Polskie prawa, których legalności nie
            kwestionowały ani organy polskie, ani międzynarodowe, uznały, że zapisy te
            utraciły ważność. Z faktu, iż kilkaset tysięcy "wypędzonych" ma podobno
            przedwojenne akty własności, też nie wynika żadne zagrożenie dla Polaków dziś
            dzierżawiących (lub użytkujących wieczyście) te nieruchomości. Wydzierżawiły je
            bowiem nasze władze państwowe, które wcześniej na mocy legalnych przepisów
            stały się właścicielami tych obiektów.
            W minionych latach nasze państwo czterokrotnie wydawało akty prawne
            potwierdzające własność obywateli użytkujących gospodarstwa rolne i inne
            nieruchomości. Jeżeli mimo to jakimś cudem ktoś nie ma stosownego dokumentu ani
            nie istnieje ślad po tych decyzjach w urzędach, to i tak może spać spokojnie,
            bo po 30 latach został właścicielem przez zasiedzenie (nawet w złej wierze).

            Ad 8 Decyzje instytucji unijnych nie mogą dotyczyć spraw, które państwo polskie
            rozstrzygało, zanim poddało się jurysdykcji Europejskiego Trybunału
            Sprawiedliwości i Trybunału Praw Człowieka. Tym samym jakiekolwiek kwestie
            dotyczące wywłaszczenia ludności niemieckiej nigdy nie zostaną podjęte przez
            żaden z trybunałów, bo pochodzą z czasów, kiedy nawet Unii nie było. Są już na
            to przykłady - wprawdzie niepolskie, bo żadna skarga na "wypędzenia" nie
            trafiła dotychczas do organów UE (i pewnie nie trafi). Trybunał Praw Człowieka
            nie chciał zająć się roszczeniami Niemców Sudeckich wobec Czech z tytułu tzw.
            dekretów Benesza. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w styczniu br.
            rozstrzygnął zaś sprawę Jahn i inni kontra Niemcy. Tu akurat państwo niemieckie
            naruszyło prawo własności, bo chciało przejąć grunty położone na terenie
            wschodnich landów, mimo że wcześniej na mocy tzw. ustawy Modrowa NRD przyznała
            je grupie osób prywatnych. Trybunał uznał, że dawna decyzja NRD-owska jest
            obowiązująca.
            Wreszcie art. 295 traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską mówi
            jednoznacznie: "Niniejszy traktat nie narusza systemu własności w państwach
            członkowskich". Skoro zaś Unia przyjmuje nas w swe szeregi, to znaczy, że
            polskie stosunki własnościowe nie budziły jej zastrzeżeń. Gdyby trybunały
            unijne zajmowały się historią, to np. potomkowie Almanzora mogliby się domagać
            w Strasburgu odszkodowań od państwa hiszpańskiego za wypędzenie z Alpuhary w
            XVI w.



            www.przeglad-tygodnik.pl/htemy/kraj/kraj.htm

    • przycinek.usa Ekspertyza Galuszki. 11.03.04, 06:08
      Pisalismy o tym przed referendum. Roszczenia beda. Trzeba je bedzie splacic.
      Z pieniedzy podatnika. Oczywiscie.


      "Odrzucić niemieckie roszczenia

      Jest pewne, że po 1 maja 2004 r., gdy Polska przystąpi do Unii Europejskiej,
      sądy polskie na Ziemiach Odzyskanych zostaną zasypane tysiącami niemieckich
      pozwów o zwrot mienia przejętego przez Polskę między innymi na podstawie tak
      zwanych dekretów Bieruta, w tym dekretu z 8 marca 1946 roku o majątkach
      opuszczonych i poniemieckich.
      Zachodzi zatem najważniejsze pytanie o podstawę prawną majątkowych
      roszczeń "wypędzonych" i "uciekinierów".
      Aktualnie rząd niemiecki uważa, że wywłaszczenia dokonane bez odszkodowań były
      niezgodne z prawem międzynarodowym. Takie twierdzenie jest zgodne z
      funkcjonującą w prawie międzynarodowym publicznym i prywatnym, a także w
      polskim prawie cywilnym - koncepcją praw nabytych. Prawa podmiotowe, zwłaszcza
      własność powstała w oparciu o system właściwy w momencie powstania, zachowują
      swoją treść i zakres również wtedy, "kiedy na skutek zmiany powiązania
      właściwym stanie się inny system, nawet nie przewidujący ich istnienia". W
      prawie międzynarodowym i cywilnym obowiązuje zasada, że co raz zostało nabyte
      zgodnie z prawem, jest nienaruszalne bez zgody nabywcy, z wyjątkiem
      nadzwyczajnych względów "użyteczności publicznej". Zasadę tę utrzymuje projekt
      konstytucji Unii Europejskiej. Jest ona także zgodna z art. 6 ust. 2 Traktatu z
      Maastricht stanowiącym, że Unia Europejska respektuje prawa podmiotowe
      wynikające z tradycji konstytucyjnych wspólnych dla państw członkowskich, oraz
      z postanowieniami Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności
      z 4 listopada 1950 r. Ochrona praw własności została jeszcze bardziej
      wzmocniona zmianą Traktatu z Maastricht dokonaną w Amsterdamie. Stwierdzono
      mianowicie w art. 6 ust. 1, że Unia opiera się na zasadach wolności,
      demokracji, przestrzegania praw człowieka i podstawowych wolności oraz państwa
      prawa. Zasady te są wspólne dla wszystkich państw członkowskich. W przypadku
      naruszenia tych zasad Rada Europejska stwierdza naruszenie i wzywa rząd danego
      państwa do zajęcia stanowiska, usunięcia naruszenia pod rygorem pozbawienia
      praw wynikających z traktatu akcesyjnego. Rząd polski utrzymuje, że ze znanych
      mu ekspertyz wynika, że polskie ustawodawstwo, jak i międzynarodowe, skutecznie
      nas chroni przed roszczeniami majątkowymi "wypędzonych" Niemców. Jednak jak
      dotąd nie przedstawiono polskiej opinii publicznej przedmiotowych ekspertyz czy
      też rządowego dokumentu.
      Sporna pozostaje wykładnia punktu 5. identycznego pod względem treści
      oświadczenia polskiego i niemieckiego ministra spraw zagranicznych (Krzysztofa
      Skubiszewskiego i Hansa Dietricha Genschera) z 17 czerwca 1991 r. związanego z
      podpisanym w tymże dniu Traktatem o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy.
      W punkcie 5. czytamy: "Obie Strony oświadczają zgodnie: niniejszy traktat nie
      zajmuje się sprawą obywatelstwa i sprawami majątkowymi". Polski rząd wywodzi z
      tego zapisu, że problem roszczeń własnościowym w stosunkach dwustronnych już
      nie istnieje. Niemcy zaś uważają, że kwestie prawne dotyczące własności nie
      były przedmiotem rozmów i są nadal otwarte. To niemieckie stanowisko zostało
      poparte orzeczeniem Federalnego Trybunału w Karlsruhe. Polski rząd nie
      podejmuje żadnych kroków, aby obie strony uzgodniły swoje stanowisko w tej
      bardzo ważnej kwestii dla Polski.
      Znamienne jest, że po przełomie w 1989 r. władze III Rzeczypospolitej nie
      przeprowadziły do końca koniecznej prywatyzacji państwowych nieruchomości i
      gruntów oraz mienia komunalnego na Ziemiach Odzyskanych. Użytkowanie wieczyste
      ziemi - niefunkcjonująca w prawie unijnym instytucja - nie została zamieniona
      na własność. Polacy na Ziemiach Odzyskanych w przeważającej większości nie są
      pełnoprawnymi gospodarzami - właścicielami ziemi, nieruchomości, swych domów,
      do których zapukają po 1 maja 2004 roku ich dawni właściciele - Niemcy,
      okazując swoje dokumenty - księgi wieczyste.
      A co zrobią polskie sądy, które po przystąpieniu Rzeczypospolitej do Unii
      Europejskiej w razie wątpliwości co do obowiązywania lub wykładni przepisów
      wspólnotowo-unijnych mają obowiązek zwrócić się z zapytaniem do Europejskiego
      Trybunału Sprawiedliwości? Dostaną odpowiednie wiążące dyrektywy. (Prawo unijne
      ma wyższość nad prawem krajowym). Już obowiązuje w Unii Europejskiej orzeczenie
      tegoż Trybunału wydane po analizie sposobu stosowania prawa własności przez
      organy krajowe, zgodności z zasadami prawa wspólnotowego, procesów
      nacjonalizacji i wywłaszczania, stanowiące, że własność jest prawem podstawowym
      oraz że państwo ponosi odpowiedzialność za szkodę, "jakiej doznała dana osoba
      wskutek błędnego lub wybiórczego stosowania przez sądy krajowe prawa
      wspólnotowo-unijnego lub w wyniku jego niestosowania".
      Trzeba mieć na uwadze, że zgodnie z ogólnymi zasadami prawa międzynarodowego
      wywłaszczanie wiąże się nieodłącznie z odszkodowaniem. Zatem sądy polskie będą
      miały podstawy prawne do oddalania roszczeń o zwrot majątków poniemieckich,
      którego właścicielami obecnie są Polacy (korzystają z ochrony własności według
      prawa unijnego i polskiego), ale nie unikniemy zapłaty odszkodowania za
      pozbawienie własności "wypędzonych" Niemców czy też "uciekinierów", jak i ich
      następców prawnych.
      Waldemar Gałuszko, radca prawny, Szczecin


      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040311&id=my12.txt
    • przycinek.usa Niemcy sudeccy chcą zaskarżyć Czechy 14.03.04, 18:07
      Niemcy sudeccy chcą zaskarżyć Czechy w Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu
      Niemcy domagają się majątków

      Siedemdziesięciu siedmiu sudeckich Niemców z RFN i Austrii złoży w najbliższych
      dniach do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu skargę na Republikę Czeską o
      naruszenie praw człowieka - poinformowała wczoraj czeska gazeta "Lidove
      noviny". Jej zdaniem, Niemcy domagają się od władz w Pradze zwrócenia
      skonfiskowanych na podstawie dekretów Benesza majątków bądź - jeśli to
      niemożliwe - wypłaty odszkodowań.
      Czeska gazeta ubolewa, że potomkowie Niemców sudeckich wysiedlonych z Czech po
      II wojnie światowej chcą przywitać Czechy w Unii Europejskiej, skarżąc je do
      Trybunału.
      Sudeccy Niemcy domagają się, jej zdaniem, od władz w Pradze uchylenia dekretów
      Benesza, które były podstawą do wysiedleń. "Skarga jest już gotowa i w
      najbliższych dniach będzie złożona w Strasburgu" - napisała lokalna gazeta
      Niemców sudeckich "Sudetenpost", cytowana przez "Lidove noviny".
      Na podstawie dekretów prezydenta Czechosłowacji Edwarda Benesza po II wojnie
      światowej z kraju tego wysiedlono ponad 2,5 miliona Niemców sudeckich. Wielu z
      nich kolaborowało z hitlerowcami po zajęciu przez nich Czechosłowacji. Majątki
      wysiedlonych zostały skonfiskowane i zostali oni pozbawieni obywatelstwa.
      Restytucje majątkowe w Czechach nie dotyczą majątku Niemców sudeckich. Sądy
      czeskie, które rozpatrywały ich wnioski, w swych negatywnych orzeczeniach
      powoływały się na dekrety Benesza.
      Ziomkostwa Niemców sudeckich od dawna domagają się ich uchylenia, twierdząc, że
      zastosowano w nich niedopuszczalną z punktu widzenia praw człowieka zasadę
      odpowiedzialności zbiorowej. Czesi bronią dekretów, dowodząc, że rozpatrywać je
      trzeba jedynie w kontekście historycznym i że ich uchylenie doprowadziłoby do
      wielkich zmian własnościowych. Według niektórych szacunków ziomkostw, wartość
      majątku poniemieckiego w Czechach szacowana jest na 250 mld euro.
      Skargi złożone przez Niemców sudeckich w Strasburgu nie zawierają wniosku
      dotyczącego uchylenia dekretów Benesza. Skarżący domagają się rekompensaty za
      pozostawiony majątek.
      Jeśli pozwy rzeczywiście wpłyną do Trybunału Praw Człowieka i zostaną
      rozpatrzone, może to oznaczać poważne problemy także dla Polski. Nasz kraj jest
      bowiem drugim - obok Czech - państwem, wobec którego niemieccy wypędzeni
      wysuwają roszczenia o odszkodowania za pozostawione mienie.
      Na początku tego roku przewodniczący Pruskiego Towarzystwa Powierniczego i
      Ziomkostwa Ślązaków Rudi Pavelka zagroził Polsce masowymi pozwami do Trybunału.
      Wymienione Towarzystwo pomaga wypędzonym Niemcom formułować pozwy o
      odszkodowania od Polski.
      Opinie w dziale "Świat".
      Jacek Szpakowski, PAP

      www.naszdziennik.pl/
      Komentarze:

      Informację o planach Niemców sudeckich pozwania Czech do Trybunału Praw
      Człowieka komentują:

      Halina Nowina Konopczyna (Porozumienie Polskie)
      Niedawno czytaliśmy wypowiedź jednego z deputowanych niemieckich, który wprost
      powiedział, że sprawy dochodzenia dawnych majątków niemieckich nie były
      poruszane w trakcie negocjacji, ponieważ sprawą nadrzędną było rozstrzygnięcie
      przystąpienia do UE nowych państw. Natomiast w tej chwili zacznie się cały
      proces rewindykacji tych majątków zarówno w Czechach, jak i w Polsce. Podjęta
      wczoraj przez Sejm uchwała zobowiązująca rząd do działań zabezpieczających
      Polskę przed podobnymi roszczeniami jest niestety tylko uchwałą. Ostrzegaliśmy
      my, ostrzegali inni przed konsekwencjami akcesji Polski do Unii, Polacy
      niestety uwierzyli komuś innemu.

      Aleksander Szczygło (PiS), zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji
      Europejskiej
      Rząd czeski ustami prezydenta Havla zaczął wysyłać niejednoznaczne sygnały
      dotyczące tego, jak traktować dekrety Benesza. Zaczął mówić o pewnej krzywdzie,
      która została wyrządzona, o odpowiedzialności zbiorowej. Dzięki takim
      wypowiedziom Niemcy stają się coraz bardziej pewni siebie, a teraz, jak widać,
      mogą one doprowadzić do tego, że te deklaracje staną się swego rodzaju
      przepustką do żądania odszkodowań za skutki dekretów Benesza. Rząd polski w
      latach 90. nie wysyłał takich sygnałów, w których dawałby do zrozumienia, że
      to, co się stało, nie było sprawiedliwością dziejową, bo było. Jest w tym
      przypadku istotna różnica. Dekrety Benesza były aktem prawnym, który został
      wydany przez rząd czeski. Jeśli chodzi o polskie ziemie północne i zachodnie -
      była to decyzja wielkiej czwórki, i to do niej Niemcy powinni zgłaszać
      pretensje.
      not. JS

      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040313&id=sw14.txt
    • robisc Uchwalili sobie 14.03.04, 19:24
      O ewentualnych roszczeniach Niemców


      pap, kid 12-03-2004, ostatnia aktualizacja 12-03-2004 20:13

      Uchwałę w sprawie ewentualnych roszczeń niemieckich podjął Sejm w czwartek
      późnym wieczorem. "Sejm RP wszystkie kwestie związane z przejęciem przez Polskę
      majątków po byłych przesiedleńcach z Ziem Odzyskanych uważa za ostatecznie
      zakończone i w żaden sposób niepodlegające rozpoznawaniu przez Trybunał
      Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich w Luksemburgu lub Europejski Trybunał
      Praw Człowieka w Strasburgu. Dotyczy to także ewentualnych roszczeń
      odszkodowawczych. (...) Polska nie będzie związana jakimkolwiek orzeczeniem
      przyjętym przez instytucje UE zapadłe w tych sprawach" - czytamy w uchwale,
      która ma tylko znaczenie polityczne i nie rodzi skutków prawnych.

      • przycinek.usa o! 14.03.04, 19:30
        To ciekawe. Znaczy sie debilizm w historycznym szycie. Tylko, ze oni
        zapomnieli, ze rzad podpisal traktat. A to zmienia z deczka postac rzeczy.

        Jest dokladnie tak, jak mowi Wrobel, zacytowany pare postow wyzej.
        Szkoda, ze w tej uchwale Sejmowej nie znajduja sie slowa na temat sadow w
        Polsce. Bo przeciez to tez bedzie problem tych sadow.
    • przycinek.usa zobowiazanie rzadu do dzialan. 18.03.04, 23:37
      Reparacje czas podjąć



      Komisja Spraw Zagranicznych przyjęła wczoraj projekt uchwały, w której Sejm
      wzywa rząd do podjęcia rozmów z rządem niemieckim na temat reparacji wojennych
      dla Polski.

      Sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych przyjęła w pierwszym czytaniu uchwałę, w
      której Sejm zobowiązuje rząd do "wyegzekwowania od Niemiec należnych Polsce
      reparacji wojennych z tytułu strat i szkód, jakie Polska poniosła w wyniku
      planowych zniszczeń dokonanych przez Niemcy w czasie II wojny światowej i do
      rozpoczęcia w tym celu rozmów z rządem Republiki Federalnej Niemiec". Uchwałę
      poparli wszyscy członkowie komisji, chociaż posłowie SLD opowiedzieli się za
      wersją mniej stanowczą, tj. za użyciem w tekście sformułowania "Sejm wzywa
      rząd" zamiast "Sejm zobowiązuje rząd". Uchwała trafi teraz do drugiego czytania
      na forum Sejmu.
      Obecny na posiedzeniu komisji przedstawiciel MSZ Jan Truszczyński stwierdził,
      iż posłowie powinni wstrzymać się z przyjęciem dokumentu do czasu przygotowania
      przez rząd odpowiednich analiz prawnych.
      - Musimy zaczekać, aż wykształci się dominujący w Polsce pogląd doktryny w
      sprawie podstaw prawnych wystąpienia o reparacje - powiedział Truszczyński.
      Wskazał też, że ekspertyzy, z których korzystała podkomisja, różnią się w
      konkluzjach. Przedstawiciel Departamentu Prawno-Traktatowego MSZ poinformował,
      że przygotowanie opinii prawnej w tej kwestii zajmie miesiąc lub nawet dwa. -
      MSZ miało dostatecznie dużo czasu na ekspertyzy prawne od sierpnia ubiegłego
      roku, kiedy wniesiony został do laski marszałkowskiej projekt uchwały. Teraz
      poczytane to zostanie jako próba odwlekania prac nad uchwałą - odparł
      wnioskodawca projektu Jerzy Czerwiński (RKN).
      Sprawozdawca projektu w imieniu podkomisji Janusz Dobrosz (LPR) przypomniał, że
      Sejm już raz w przeszłości zobowiązał rząd do podniesienia kwestii reparacji, a
      dotyczyło to rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego.
      Podkomisja dysponowała trzema ekspertyzami na temat reparacji. Profesor
      Władysław Czapliński zaprezentował w swojej opinii stanowisko, iż Polska nie ma
      podstaw prawnych do żądania reparacji wojennych od Niemiec, ponieważ zrzekła
      się ich w jednostronnej deklaracji z 23 sierpnia 1953 r. Czapliński jest też
      zdania, iż praktycznie nie jest możliwe oszacowanie wielkości szkód
      poniesionych przez Polskę. Profesor Zdzisław Garlicki stwierdził z kolei, że
      umowa poczdamska była typową umową wielkich mocarstw na rzecz państwa
      trzeciego. Na mocy tego traktatu zobowiązano ZSRS do zaspokojenia polskich
      roszczeń odszkodowawczych z części reparacji przyznanych ZSRS, a Polska jako
      państwo trzecie przyjęła to rozwiązanie. Garlicki uważa, że domaganie się
      obecnie reparacji od Niemiec oznaczałoby podważenie traktatu poczdamskiego. -
      Należy pamiętać, że umowa poczdamska zawiera jeszcze inne, chyba daleko
      ważniejsze postanowienia na korzyść Polski jako "państwa trzeciego", dotyczące
      nabytków terytorialnych na zachodzie i północy - ostrzegł ekspert. Trzecia,
      najobszerniejsza ekspertyza, oparta na materiałach źródłowych, została
      przygotowana przez berlińskiego prawnika Stefana Humburę. Autor wskazuje w niej
      na ewolucję prawa międzynarodowego w kierunku wypracowania nowych standardów
      ochrony, co powoduje, że "powstały obszary prawne, w których możliwe będzie
      przeprowadzenie weryfikacji powojennych działań państwa polskiego". W tej nowej
      sytuacji jest także, jego zdaniem, możliwe podważenie na gruncie prawnym
      skuteczności zrzeczenia się reparacji przez Polskę. Według niego, nie są też
      wykluczone roszczenia indywidualne, składane przez obywateli poszkodowanych
      wskutek wojny. Humbura ostrzega, że kwestia wzajemnych roszczeń w stosunkach
      polsko-niemieckich, która do chwili akcesji może być rozwiązana w ramach
      stosunków bilateralnych, po akcesji stanie się problemem całej Unii, a jej
      rozwiązanie będzie wtedy wypadkową siły politycznej i skuteczności danego
      państwa w strukturach Unii.
      Małgorzata Goss

      • robisc możliwe rozwiązania 19.03.04, 18:12
        www.bankier.pl/wiadomosci/article.html?article_id=1067554
        • vico1 Re: możliwe rozwiązania 19.03.04, 19:39
          Jeden euro piechota nie chodzi, ale gdyby to mialo ukrecic szyjke wszelkim
          roszczeniom, proponowalbym wariant1 wink
    • przycinek.usa artykul z Tygodnika Solidarnosc. 17.04.04, 21:39
      Ziemie Odzyskane - przez Niemców
      Krzysztof Świątek

      Polska własność na terytoriach północnych i zachodnich może być poważnie
      zagrożona po 1 maja ze względu na żądania roszczeniodawców zza Odry. Zaczną oni
      dochodzić swoich praw majątkowych przed europejskimi trybunałami. Istnieje
      jednak sposób, aby tego procederu uniknąć - rząd powinien wywalczyć odpowiedni
      zapis w przygotowywanym traktacie konstytucyjnym Unii.

      Organizacją, która przygotowuje już pozwy sądowe o odzyskanie mienia utraconego
      przez wysiedlonych Niemców, jest Pruskie Powiernictwo. Oferuje ono pomoc
      roszczeniodawcom i najprawdopodobniej będzie ich zbiorowo reprezentować -
      posiadając prawne pełnomocnictwa.
      Niedopuszczalny błąd Skubiszewskiego
      W Polsce nikt nie sporządza szacunkowych danych, jak duża może być skala
      niemieckich żądań. Nadchodzą jednak w tej sprawie złowróżbne sygnały z RFN.
      - Rudi Pawelka, przewodniczący Pruskiego Powiernictwa, mówił niedawno, że
      liczbę Niemców, którzy będą dochodzić swojej własności na naszych Ziemiach
      Odzyskanych, szacuje na 1 milion. Na podstawie różnego rodzaju dokumentacji,
      np. ksiąg wieczystych, można trochę tę grupę ograniczyć - do około 600 tysięcy
      osób. W każdym wypadku zagrożenie jest bardzo duże, nawet przy założeniu, iż
      nie wszyscy będą dochodzić swoich praw - podkreśla poseł Jerzy Czerwiński z
      Ruchu Katolicko-Narodowego.
      Fatalnym błędem było pominięcie spraw majątkowych w traktacie polsko-niemieckim
      o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 roku.
      Odpowiedzialność za to niedopuszczalne zaniechanie ponosi ówczesny minister
      spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski. Później rozpoczęła się batalia o
      uregulowanie kwestii własności na Ziemiach Odzyskanych trwająca do dziś. W
      Sejmie II kadencji została uchwalona ustawa o automatycznym przekształceniu
      wieczystego użytkowania dla właścicieli z tych terenów na prawo własności.
      Schody zaczęły się wtedy, gdy trzy gminy zaskarżyły zgodność tego prawa z
      konstytucją. Uznały one, że tracą w ten sposób duże środki wynikające z opłat z
      tytułu wieczystego użytkowania.
      - Trybunał Konstytucyjny, wbrew woli całego ówczesnego sejmu, przyznał rację
      gminom. Wtedy ta ustawa stała się martwa. Zaprzepaszczono szansę na załatwienie
      sprawy jednym aktem prawnym bez ponoszenia opłat przez właścicieli, na które
      nie wszystkich przecież stać - argumentuje poseł Janusz Dobrosz z Ligi Polskich
      Rodzin. - Orzeczenie trybunału było nonsensowne, gdyż interesy samorządów,
      dysponujących tymi gruntami przez zaledwie 5-6 lat postawiono wyżej, niż prawa
      wieczystych użytkowników, którzy posiadali je od 30-40 lat.
      Tymczasem władze niemieckie niejednokrotnie oficjalnie wyrażały jednoznaczne
      poparcie dla starań mających na celu podważenie polskiej własności na ziemiach
      północnych i zachodnich.
      - Już w 1991 roku minister spraw zagranicznych Niemiec Hans Dietrich Genscher
      wystosował list intencyjny towarzyszący traktatowi polsko-niemieckiemu,
      skierowany do ministra Skubiszewskiego, w którym zaznaczył, że RFN nie zgadza
      się na zmiany własnościowe na Ziemiach Odzyskanych - przypomina poseł Janusz
      Dobrosz. - Taka jest niemiecka doktryna prawna, co potwierdzają między innymi
      orzeczenia Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Wielokrotnie uznawał on, że
      roszczenia przesiedlonych są legalne. To jest olbrzymie niebezpieczeństwo dla
      naszych interesów narodowych.

      Przesiedleni wspierani przez niemiecki rząd
      W 1998 roku Bundestag przyjął rezolucję stwierdzającą powojenne wysiedlenia
      Niemców za niezgodne z prawem międzynarodowym i zaapelował do rządu
      federalnego, aby nadal zabiegał o interesy tzw. wypędzonych. To określenie
      forsowane jest po to, by podkreślić rzekomą nielegalność wywłaszczeń oraz
      straszne krzywdy, jakich mieli doznawać ludzie, którzy zostali zmuszeni do
      zmiany miejsca zamieszkania. Należy jednak raczej używać konsekwentnie
      określenia "przesiedleni", gdyż tym akcjom - będącym skutkiem powojennych
      ustaleń zwycięskich mocarstw, a więc mającym umocowanie w prawie
      międzynarodowym - nie towarzyszyły żadne prześladowania. Temat niemieckich
      roszczeń powraca także zawsze w trakcie kampanii wyborczych w Niemczech.
      Niektórzy pretendenci do fotela kanclerza (np. Edmund Stoiber z CDU/CSU)
      zupełnie otwarcie deklarowali, że wysiedleni bądź ich spadkobiercy muszą
      mieć "prawo powrotu" na polskie Ziemie Odzyskane. Także działalność
      niemieckiego Centrum Wypędzonych Eriki Steinbach jest stale dotowana z budżetu
      centralnego.
      11 kwietnia 2003 roku sejm przyjął ustawę o kształtowaniu ustroju rolnego. Jej
      artykuł 15 stanowi, że osoby fizyczne i ich zastępcy prawni, tj. spadkobiercy,
      którzy byli użytkownikami wieczystymi nieruchomości przeznaczonych na cele
      mieszkalne lub rolnicze zarówno 26 maja 1990 r., jak i 23 kwietnia 2001 roku -
      otrzymują prawo ich własności nieodpłatnie. Tym samym powstał krąg osób, które
      dzięki temu zapisowi, zostały uwłaszczone bez konieczności ponoszenia
      dodatkowych opłat, które dla wielu są zbyt wysokie. Starostowie i wójtowie
      zostali zobligowani do sporządzenia odpowiedniego rejestru tych właścicieli
      oraz zawiadomienia ich o nabyciu prawa własności. Także wpis do ksiąg
      wieczystych odbywa się za darmo.
      Pozostali użytkownicy wieczyści mogą przejmować nieruchomości odpłatnie. Kwotą
      należną za przekształcenie jest wartość własności pomniejszona o wartość prawa
      użytkowania. Przy czym zasadą jest 70-proc. bonifikata od tej opłaty. Ponadto
      należna do zapłaty suma nie może być wyższa niż 10 proc. wycenionej własności.
      Rada Miejska Szczecina poszła jeszcze dalej, uchwalając 90-proc.upust przy
      zamianie użytkowania wieczystego na prawo własności.
      - Do urzędu wpłynęło około 15 tys. wniosków w tej sprawie. Obecnie są one
      realizowane. Większość rozpatrywana jest pozytywnie - informuje Jerzy Krawiec,
      dyrektor Wydziału Gospodarki Nieruchomościami w szczecińskim magistracie.
      Także we Wrocławiu zdecydowano o bonifikatach dla wieczystych użytkowników,
      którzy za przekształcenia płacą tylko 5 proc. wartości nabywanej własności.

      Konieczny zapis w konstytucji UE
      Posłowie nie są spokojni, jeżeli chodzi o sprawę ewentualnych roszczeń
      niemieckich. Świadczy o tym treść podjętej 12 marca uchwały, w której
      napisano: "Wszystkie kwestie związane z przejęciem przez Polskę majątków po
      przesiedleńcach z Ziem Odzyskanych, uważa się za ostatecznie zakończone i w
      żaden sposób nie podlegające rozpoznaniu przez trybunały europejskie". Projekt
      przygotowany przez Ruch Katolicko-Narodowy poparły wszystkie kluby
      parlamentarne, łącznie z SLD. Jednak w opinii ekspertów uchwała sejmu nie
      zamyka w żaden sposób możliwości dochodzenia swoich praw przez Niemców przed
      Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu, a także Europejskim
      Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu.
      - Ta uchwała nie wiąże organów międzynarodowych. Jeżeli Niemiec, który stracił
      majątek na Ziemiach Odzyskanych, wystąpi o jego zwrot w Polsce, a wyrok będzie
      dla niego niekorzystny, to będzie mógł dochodzić swoich praw przed europejskimi
      trybunałami - uważa członek Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Piotr Kładoczny.
      Zdają sobie z tego sprawę pomysłodawcy uchwały, dlatego znalazło się w niej
      dodatkowe wezwanie skierowane do naszych władz.
      - Sejm, przyjmując ten projekt, zobowiązał rząd do wywalczenia w negocjowanym
      obecnie traktacie konstytucyjnym Unii Europejskiej zapisu, który stwierdzałby,
      że nie można podważać praw polskich obywateli do ziem północnych i zachodnich.
      To jest warunek konieczny. Dzięki takiemu zastrzeżeniu sprawa zostałaby
      ostatecznie rozwiązana - zaznacza poseł Jerzy Czerwiński.
      Niestety, w chwili gdy trzeba walczyć o broniące naszych interesów zapisy w
      europejskiej konstytucji, w Polsce odbywają się polityczne przetasowania
      postkomunistów i ta sprawa jest marginalizowana.
    • robisc Zaczęło się 05.05.04, 22:04
      Niemcy/ Wypędzeni wnieśli pozwy o zwrot mienia


      05.05.2004 Berlin (PAP) - 79 Niemców sudeckich wywłaszczonych po II wojnie
      światowej przez władze Czechosłowacji wniosło indywidualne pozwy do
      Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu - poinformowała w środę
      agencja DPA powołując się na przewodniczącego "Inicjatywy Niemców sudeckich",
      Ericha Hoegna.


      Rzecznik strasburskiego trybunału nie potwierdził wpłynięcia skargi.

      Po pierwszej grupie skarg złożone zostaną kolejne pozwy -zapowiedział Hoegn.

      Niemcy sudeccy domagają się zwrotu majątków rolnych lub "odpowiedniego"
      odszkodowania. Wśród osób, które wniosły pozwy, znajdują się także właściciele
      fabryk, dzieł sztuki oraz sanatoriów w zachodniomorawskich kurortach.

      Władze Czechosłowacji przymusowo wysiedliły po ostatniej wojnie światowej ponad
      3 mln Niemców. Ziomkostwa Niemców sudeckich nie popierają starań o odzyskanie
      mienia.

      Informacje o mieniu pozostawionym w Polsce przez przymusowo wysiedlonych
      Niemców gromadzi spółka "Pruskie Powiernictwo" z siedzibą w Duesseldorfie. W
      przypadku niepowodzenia starań o odzyskanie mienia przed polskimi
      sądami, "Pruskie Powiernictwo" zamierza zwrócić się do trybunału w Strasburgu
      oraz innych sądów międzynarodowych
    • przycinek.usa Śląsk częścią Niemiec? 07.05.04, 20:06
      Śląsk częścią Niemiec?
      PAP 18:20

      "Śląsk w latach 1945-91 był częścią ziem wschodnich niemieckich pod tymczasową
      administracją Polski i ZSRR" - takie zdanie znalazł w publikacji
      współfinansowanej przez opolski Urząd Marszałkowski poseł Ruchu Katolicko
      Narodowego Jerzy Czerwiński.

      "Autor tej publikacji uważa, że Śląsk był do 1991 roku częścią Niemiec" -
      powiedział Czerwiński. Jego zdaniem dopuszczenie do pojawienia się takiego
      sformułowania w publikacji współfinansowanej przez urząd marszałkowski "jest
      ewidentnym brakiem dbałości o przyzwoitość". "To zdanie używane jest przez
      przesiedleńców jako koronny argument uzasadniający ich dążenie do odzyskania
      majątków, lub uzyskania odszkodowań" - dodał opolski poseł RKN.

      Niefortunne zdanie znalazło się w części historyczno- statystycznej "Polsko-
      angielsko-niemieckiego glosariusza regionalnego" - publikacji, która zawiera
      najważniejsze słowa i wyrażenia, w tym nazwy instytucji i imprez na
      Opolszczyźnie sformułowane w trzech językach. Autorem książki jest Tomasz
      Kamusella, były doradca marszałka województwa ds. współpracy z zagranicą
      podczas poprzedniej kadencji samorządu.

      W specjalnie wydanym oświadczeniu zarząd województwa rządzonego przez koalicję
      SLD i mniejszości niemieckiej zapewnił że nic nie wiedział o dołączeniu do
      glosariusza dodatku historyczno- statystycznego. "Kategorycznie oświadczamy, że
      nie zgadzamy się z tymi treściami glosariusza, które wzbudzają kontrowersje,
      nie mieliśmy wpływu na treść publikacji, nie została nam ona przedstawiona do
      recenzji" - czytamy w oświadczeniu.

      Po ujawnieniu sprawy urząd marszałkowski nakazał wstrzymanie druku i kolportażu
      publikacji, zapowiedział także, że obietnica wsparcia finansowego zostanie
      zrealizowana dopiero po poprawieniu książki. (ck)

      wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?wid=5227513&kat=1342
      • wislok1 Polecam lekturę 07.05.04, 21:21
        Kto nie zalogowany u mnie na forum, to zapraszam

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15232&w=12482683
        • przycinek.usa to ja pozwole sobie przekopiowac, dobra? 07.05.04, 21:35
          Znikające godło Polski w Strzelcach Opolskich

          jon 03-05-2004, ostatnia aktualizacja 03-05-2004 20:03

          Z budynku starostwa w Strzelcach Opolskich, na polecenie starosty Mniejszości
          Niemieckiej, przed 1maja zdjęto godło Polski. - Już wisi i wszystko jest w
          porządku - zapewnił nas w poniedziałek poseł Henryk Kroll, szef MN

          - Nie wiem, dlaczego starosta to zrobił, ale już jest po sprawie, nie ma o
          czym gadać - dodał.

          Starosta Gerhard Matheja wyjaśnił Radiu Opole, że zdejmując godło i
          umieszczając dwujęzyczne napisy na budynku, chciał podkreślić fakt, że
          wchodzimy do jednej wielkiej europejskiej rodziny.

          Jego zachowanie wzburzyło bardzo opolskich polityków. Andrzej Namysło, szef
          SLD w regionie, zauważył, że starosta jeszcze nie rozumie integracji
          europejskiej i faktu, że nadal pozostajemy odrębnym państwem.

          - To prowokacja - stwierdził z kolei Jerzy Czerwiński z Ruchu Katolicko-
          Narodowego. - Albo głupota, ale o to nie posądzam kogoś, kto piastuje
          stanowisko starosty. Moim zdaniem część społeczeństwa będzie teraz sądziła,
          że Europejczycy w takim właśnie poważaniu, jak starosta, będą mieli nasze
          godła.

          Czerwiński chciałby wyciągnięcia konsekwencji wobec starosty, który nie wie,
          że na budynkach administracji musi być polskie godło. - Jeśli tych
          konsekwencji nie wyciągnie Mniejszość Niemiecka, to powinien to zrobić organ
          nadzoru, którym jest wojewoda.

          Tymczasem wojewoda Elżbieta Rutkowska już rozmawiała ze starostą. -
          Wyjaśniłam mu, że samorządowcy też są reprezentantami państwa polskiego. Na
          szczęście obiecał mi, że godło natychmiast wróci na budynek.

          miasta.gazeta.pl/opole/1,35114,2053707.html
          • wislok1 Dobra 07.05.04, 22:06
            Niezłe
      • utiat Śląsk częścią Czechoslowacji _!_!_!_!_!_!_!_!_!_!_ 13.07.04, 12:35
        Przycinek.usa jestes doprawdy ciezkim przypadkiwm myslacego inaczej. Slask jest
        jednym z krajow korony swietego Waclawa. Tak bylo jest i bedzie.
    • robisc Erika przystepuje do działania 09.05.04, 20:07
      Steinbach potwierdza cele Niemieckiego Związku Wypędzonych
      Niedziela, 9 maja 2004, 19:55
      Odszkodowania dla osób, które straciły swe majątki oraz budowa centrum
      przeciwko wypędzeniom - to dla Eriki Steinbach dwa główne kierunki działania.
      Została ona ponownie wybrana na przewodniczącą Niemieckiego Związku Wypędzonych.
      O swoich priorytetach mówiła dziś na zjeździe w Berlinie. Dla Steinbach sprawy
      majątkowe są nadal otwarte, ale trzeba je rozwiązać bez stawiania wygórowanych
      żądań i w zgodzie z publicznym dobrem obu stron. Skrytykowała też działalność
      Pruskiego Powiernictwa, ale nie na tyle poważnie, by zahamować prace tej
      organizacji.

      Szef Powiernictwa - Rudi Pawelka na tym samym zjeździe zapowiedział, że chce
      skierować do polskich sądów zbiorowe pozwy o zwrot majątków lub odszkodowanie.

      Jeśli odpowiedź będzie negatywna - zamierza zwrócić się do trybunałów
      międzynarodowych.
      • wislok1 Oni czują się pewni na 100 procent 09.05.04, 20:12
        Poczytaj o Strzelcach Opolskich. Starosta ma gdzieś państwo, ktoremu oficjalnie
        służy. W Alzacji za coś takiego już by był dawno na bezrobociu i w sądzie.

        Polecam :
        www.silesia-schlesien.com/
      • krzysztofsf Zapominasz i linkach n/t 09.05.04, 21:11
        • wislok1 Link 09.05.04, 21:54
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15232&w=12482683&v=2&s=0
          • krzysztofsf Re: Link 09.05.04, 22:45
            Twoj to juz widzialem smile
            To do Robiego bylo upomnienie......
            • robisc Re: Link - jak zwykle RMF 09.05.04, 22:49
              www.rmf.fm/wiadomosci/index.html?id=68668&loc=1
    • wislok1 Józefa to się żarty trzymają 09.05.04, 22:20
      Marszałek Sejmu Józef Oleksy podkreślił, że Polska po wejściu do Unii
      Europejskiej stała się krajem bezpiecznym. "Już nas nie zaatakują, już nam
      kraju nie podzielą. Nikt nie zawładnie dobrem i wolnością Polski" - powiedział.
      info.onet.pl/916240,11,item.html
      • przycinek.usa Nie tylko jego. 10.05.04, 19:31
        To sie chyba tez zalicza do "roszczen"? Nie?


        Dolnośląska prowokacja
        10.05.2004 15:01 (aktualizacja 16:11)
        Kilkadziesiąt plakatów w języku niemieckim ze zdjęciami z czasów II wojny
        światowej zostało rozrzuconych oraz przyczepionych do słupów ogłoszeniowych w
        Karpaczu, Szklarskiej Porębie, Cieplicach, Podgórzynie i Jeleniej Górze. Oprócz
        tekstu w języku niemieckim były tam zdjęcia zagłodzonych dzieci niemieckich i
        leśna egzekucja Niemca, którą przeprowadzają Polacy.

        Na plakatach widniały m.in. napisy: "Polacy i Czesi witamy w UE". A dalej
        ostrzeżenie, że "niemieckie prawo działa wiecznie i wszyscy mordercy zostaną
        osądzeni".

        Na prowokacje ostro zareagował wojewoda dolnośląski Stanisław
        Łopatowski. "Akcja ta, to wybryk nielicznej grupy ekstremistów, których celem
        jest podważenie osiągnięć narodów polskiego i niemieckiego w normalizacji
        wzajemnych, dobrosąsiedzkich stosunków. Prowokacja ta, bez względu na to, kto
        jest jej autorem, w żaden sposób nie wpływa na sytuację prawną Polaków
        mieszkających na Dolnym Śląsku i innych tzw. Ziemiach Odzyskanych" - napisał w
        oświadczeniu.

        Łopatowski przypomniał, że stan prawny tych ziem został ustalony w IX uchwale
        Konferencji Poczdamskiej, a nienaruszalność i poszanowanie integralności
        terytoriów potwierdzone zostały dwoma aktami: z 1970 r. pomiędzy RFN i PRL i
        traktatem z 14 listopada 1990 r. pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Republiką
        Federalną Niemiec.

        Według Mieczysława Kapuścińskiego, rzecznika policji w Jeleniej Górze, obecnie
        trudno powiedzieć, co było napisane na tych plakatach, gdyż rozzłoszczeni
        ludzie, którzy przeczytali tekst, zrywali je i niszczyli. Nie wiadomo też
        dokładnie, ile ich było. Sprawą plakatów zajęła się już prokuratura
        jeleniogórska, która najpierw musi jednak zlecić ich przetłumaczenie.

        (PAP)
        • przycinek.usa jak to widzi GW: 10.05.04, 22:24
          Niemieckie plakaty straszą na Dolnym Śląsku

          Maciej Miskiewicz 10-05-2004, ostatnia aktualizacja 10-05-2004 18:51

          "Polacy i Czesi, serdecznie witamy w UE. Nasze prawo pracuje skrupulatnie.
          Morderstwo nie przedawnia się" - takie plakaty zawisły w weekend w kilku
          miejscowościach Kotliny Jeleniogórskiej

          Napisane po niemiecku czarno-białe afisze formatu A-2 zarzucają Polakom i
          Czechom mordowanie Niemców po II wojnie światowej. Wyrażają nadzieję, że domy i
          ziemia zostaną zwrócone dawnym niemieckim właścicielom.

          Afisze zawisły na słupach i tablicach ogłoszeniowych m.in. w Jeleniej Górze,
          Karpaczu i Podgórzynie. - Mieliśmy też sygnały ze Szklarskiej Poręby i
          Piechowic - dodaje nadkom. Mieczysław Kapuściński, rzecznik Komendy Miejskiej
          Policji w Jeleniej Górze. W sobotę około tysiąca plakatów pomniejszonych do
          formatu A-4 ktoś rozrzucił w pobliżu tłumnie odwiedzanej przez turystów,
          również niemieckich, świątyni Wang w Bierutowicach.

          - Pierwszy plakat sam zerwałem. Gdy okazało się, że jest ich więcej, poprosiłem
          straż miejską o ich usunięcie - mówi Bogdan Malinowski, burmistrz Karpacza.
          Część zerwali mieszkańcy. Na plakatach nikt się nie podpisał. Kim mogą być
          autorzy?

          - Nie mamy z tym nic wspólnego. To chuligański wybryk. Czysta głupota -
          podkreśla Friedrich Petrach, przewodniczący dolnośląskiego oddziału
          Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego.

          Peter Ohr, konsul generalny Niemiec we Wrocławiu: - Jestem oburzony.

          Wojewoda dolnośląski Stanisław Łopatowski: - To wybryk nielicznej grupy
          ekstremistów. Właściciele nieruchomości na Dolnym Śląsku nie mają się czego
          obawiać.

          Andrzej Reczka, prokurator rejonowy w Jeleniej Górze: - W tekstach nie ma
          nawoływania do waśni narodowościowych. Wyjaśniamy, kto zorganizował tę akcję.

          Z nieoficjalnych informacji wynika, że plakaty mogli rozklejać pasażerowie
          czarnego BMW na niemieckich numerach. W poniedziałek afiszy już nie było na
          ulicach.
          • przycinek.usa i Onet 10.05.04, 22:41
            Kraj
            PAP, mat /2004-05-10 06:00:00

            Dolnośląskie: Szokujące plakaty na ulicach

            "Słowo Polskie": Nieznani sprawcy rozwiesili nocą plakaty w języku niemieckim,
            zarzucające Polakom i Czechom mordowanie Niemców.

            Plakaty zawierają groźby ścigania przez niemieckie prawo. Rozlepiono je nocą z
            piątku na sobotę ma słupach ogłoszeniowych w Jeleniej Górze, Karpaczu i
            Podgórzynie. Duże, czarno-białe, prymitywnie wydrukowane zawierają zdjęcia
            grobów ofiar masowych zabójstw oraz pojedynczych ciał zamordowanych ludzi, a
            także teksty zarzucające Polakom i Czechom ludobójstwo na Niemcach - pisze
            wrocławskie "Słowo Polskie".

            Jest na plakatach fotografia, na której cywile w lesie strzałami w tył głowy
            zabijają dwie klęczące nagie osoby. Inna fotografia przedstawia pielęgniarkę i
            troje śmiertelnie zagłodzonych dzieci, na jeszcze innej żołnierz w rogatywce
            prowadzi pod rękę zrozpaczoną kobietę, obok idzie mężczyzna z dzieckiem na
            ręce - podaje gazeta.

            Teksty w języku niemieckim zostały złożone różną czcionką. Nie ma wątpliwości,
            że wycięte zostały z różnych publikacji. Pod nagłówkiem czytamy: "Polen und
            Tschechen herzlich willkommen in der EU" (Polacy i Czesi, serdecznie witamy w
            UE). Poniżej jest pogróżka: nasze prawo pracuje skrupulatnie, morderstwo nie
            przedawnia się. Na jednej z list owych "zbrodni" widnieje informacja o śmierci
            2 milionów Niemców w sowieckich obozach koncentracyjnych, miliona w
            amerykańskich, 120 tys. we francuskich, 100 tys. w jugosłowiańskich oraz 22
            tysiące w polskich i czeskich. W innych tekstach powtarzają się zarzuty
            masowych morderstw na Niemcach. W nagłówku drugiego plakatu mówi się o 3,5
            milionach wymordowanych Niemców - informuje dziennik.

            W Jeleniej Górze plakaty naklejone zostały na miejskich słupach ogłoszeniowych.
            Na pierwszy rzut oka widać, że nie zrobiła tego firma dzierżawiąca je.
            Pracownicy umieszczają nowe plakaty w taki sposób, żeby nie zasłaniać wcześniej
            wywieszonych, ale wciąż aktualnych. Wypatrzone przez nas na ruchliwej ulicy
            Bankowej w centrum Jeleniej Góry naklejone zostały na świeżo umieszczonych tam
            plakatach 57. Wyścigu Pokoju - pisze "Słowo Polskie".

            Prokurator rejonowy Andrzej Reczka powiedział, że dopiero po analizie treści
            plakatów będzie mógł ocenić, czy mamy tu do czynienia z przestępstwem. "W
            Polsce zakazane jest propagowanie faszyzmu" - powiedział. "Gdyby tego typu
            treści znalazły się na plakatach, sprawa byłaby jasna" - podaje dziennik.

            W Karpaczu plakaty pojawiły się w sobotę na miejskich tablicach ogłoszeniowych,
            natomiast w niedzielę rozrzucane zostały jako ulotki. Marcin Goetz, którego
            firma ma wyłączność na oklejanie tablic nic o plakatach nie wiedział. Burmistrz
            Bogdan Malinowski, który stara się codziennie przejść ulicami swego miasta,
            zobaczył plakaty w sobotę przed południem i zarządził, żeby straż miejska je
            zerwała - informuje gazeta.

            "Plakaty mogą zwiększyć obawy przed tym, że po wejściu do Unii na te ziemie
            powrócą Niemcy" - powiedział. "Szczególnie wśród ludzi starszych" -
            pisze "Słowo Polskie".

            info.onet.pl/916300,11,item.html
    • przycinek.usa Wniosek do Trybunalu Konstytucyjnego 13.05.04, 05:47
      Warszawa, 30.04.2004 r.

      Trybunał Konstytucyjny
      Al.Szucha 12A
      00-918 Warszawa

      Wnioskodawca:
      Grupa posłów na Sejm RP
      reprezentowanych przez posła
      Marka Kotlinowskiego

      Adres do korespondencji:
      Klub Parlamentarny
      Liga Polskich Rodzin
      ul.Wiejska 4/6/8, 00-902 Warszawa

      Uczestnicy postępowania:
      Sejm RP,
      Prezydent RP,
      Rada Ministrów,
      Minister Spraw Zagranicznych,
      Prokurator Generalny,

      WNIOSEK

      o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej Traktatu
      dotyczącego przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej,
      podpisanego 16 kwietnia 2003 roku w Atenach i ratyfikowanego przez Prezydenta
      RP (Dz.U. NR 90 poz. 864 z dnia 30 kwietnia 2004 roku), oraz art.234 Traktatu
      ustanawiającego Wspólnotę Europejską.

      Wnosimy o stwierdzenie niezgodności:
      1. art.1 ust.1 i ust.3 Traktatu dotyczącego przystąpienia Rzeczypospolitej
      Polskiej do Unii Europejskiej, oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków
      przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej oraz dostosowań w Traktatach
      stanowiących podstawę Unii Europejskiej, będącego integralną częścią Traktatu
      podpisanego 16 kwietnia 2003 roku w Atenach z preambułą Konstytucji RP w części
      dotyczącej suwerenności Narodu Polskiego oraz art.8 ust.1, art.91 ust.3,
      art.188 i art.235 Konstytucji RP

      oraz

      2. art. 234 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską w części, w której
      nakłada obowiązek na sądy ostatniej instancji i trybunały przedstawiania pytań
      w sprawie ważności i interpretacji przepisów wspólnotowych także wtedy, gdy
      przepisy te są niezgodne z Konstytucją RP, oraz ustanawia związanie polskich
      sądów i trybunałów stanowiskiem Trybunału Sprawiedliwości WE wtedy, gdy
      stanowisko to wymaga wydania orzeczenia niezgodnego z Konstytucją RP z art.8
      ust.1, art.174, art.178 ust.1, art.188 i art.195 ust.1 Konstytucji RP

      UZASADNIENIE

      1. Suwerenność Narodu i niepodległość Państwa Polskiego należą do najwyższych
      wartości konstytucyjnych, co znajduje wyraz w preambule do Konstytucji
      Rzeczypospolitej Polskiej: "W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny,
      odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o
      Jej losie, my, Naród Polski (?) wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za ich
      walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, (?) zobowiązani, by
      przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego
      dorobku (?) ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa
      podstawowe dla państwa. (?) Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej
      Rzeczypospolitej tę Konstytucję będą stosowali, wzywamy aby (?) poszanowanie
      tych zasad mieli za niewzruszoną podstawę Rzeczypospolitej Polskiej."
      Suwerenność Narodu Polskiego zostaje przekreślona, jeśli Polska związuje się
      prawem organizacji ponadnarodowej, bo tak definiowana jest i taką jest Unia
      Europejska oraz Wspólnoty w literaturze "europejskiej" i orzecznictwie
      Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (J.Barcz red.J.Barcz: Prawo Unii
      Europejskiej. Zagadnienia systemowe, Warszawa 2002, str.52; oraz red.R.Skubisz:
      Orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, Warszawa 2003 str.27).
      Ponadnarodowy - oznacza coś więcej niż "międzynarodowy", o którym mowa w art.90
      ust.1 Konstytucji RP. Oznacza stojący "ponad" narodami, co jest sprzeczne z
      istotą pojęcia suwerenności. Suweren nie ma bowiem nad sobą już nikogo.
      Konstytucja RP w kilku artykułach posługuje się pojęciem "organizacja
      międzynarodowa" i "prawo międzynarodowe", jednak nigdzie nie mówi o
      organizacji "ponadnarodowej", ani przystąpienia do takiej organizacji nie
      przewiduje.
      W preambule do Konstytucji RP mowa jest o współpracy Polski ze wszystkimi
      krajami, co oznacza równość partnerów, nie zaś wchłonięcie jednego państwa i
      Narodu przez organizm supranarodowy. Rola przedmiotowa Narodu w ramach
      organizmu ponadnarodowego, który wprawdzie gwarantuje w niektórych wymiarach
      pewne wysokie standardy cywilizacyjne i kulturalne nie może zastąpić dążenia
      Narodu do samodzielnego osiągania tych standardów w równej współpracy z innymi
      suwerennymi narodami. Doświadczenie historyczne uczy, że żywotność Narodu i
      jego zdolność do konkurowania z innymi mają lepsze warunki rozwoju, jeśli Naród
      zachowuje suwerenność i w pełni suwerenny byt państwowy.
      Przynależność Polski do organizacji ponadnarodowej, której istotą jest
      przejmowanie kolejno, docelowo i nieodwracalnie suwerennych praw narodów jest
      sprzeczna z zasadą suwerenności Narodu Polskiego wyrażoną dobitnie w preambule
      Konstytucji RP. Przepisy art.1 ust.1 i 3 Traktatu dotyczącego przystąpienia
      Polski do UE oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia, włączając
      Państwo i Naród Polski w system organizacji ponadnarodowej jaką jest Unia
      Europejska naruszają wspomnianą zasadę.

      2. Art.8 ust.1 Konstytucji RP stanowi, że "Konstytucja jest najwyższym prawem
      Rzeczypospolitej Polskiej". Sensu tej normy nie można zawężać tylko do prawa
      wewnętrznego, stanowionego przez organy RP, lecz należy rozumieć ją jako
      regulację dotyczącą całości prawa obowiązującego na terenie RP wiążącego jej
      organy i obywateli. Z normą art.8 ust.1 Konstytucji RP nie da się pogodzić
      zasady bezwzględnego pierwszeństwa prawa wspólnotowego przed prawem krajowym,
      która to zasada jest wyprowadzona pośrednio przez orzecznictwo Trybunału
      Sprawiedliwości WE (dalej: ETS) z szeregu unormowań traktatów stanowiących
      część składową Traktatu dotyczącego przystąpienia RP do Unii Europejskiej
      (dalej: Traktat akcesyjny) i które to pierwszeństwo dotyczy każdego przepisu
      unijnego przed każdym przepisem krajowym, w tym rangi konstytucyjnej. Zasada ta
      według stałej linii orzecznictwa ETS i doktryny prawa "europejskiego" obejmuje
      całość relacji między prawem wspólnotowym a prawem krajowym, nie wyłączając
      pierwszeństwa także wspólnotowego prawa pochodnego przed normami
      konstytucyjnymi państw członkowskich. (Por. szczególnie wyroki ETS w sprawach:
      26/62 Van Gend i Loos v.Holenderska Administracja Podatkowa (1963) ECR 1; 6/64
      F.Costa v.ENEL (1964) ECR 585; 14/68 Walt Wilhelm v. Federalny Urząd Kartelowy
      (1969) ECR 1; 11/70 Międzynarodowe Tow. Handlowe v. Einfuhr (1970) ECR 1161;
      106/77 Administracja Finansów Publicznych v. Simmenthal (1978) ECR 629. W
      uzasadnieniach tych wyroków ETS stwierdził m.in.: "EWG stanowi porządek ? na
      rzecz, którego państwa zredukowały ? swe prawa suwerenne". "Żadne normy prawa
      wewnętrznego nie mogą mieć pierwszeństwa przed Traktatem?". "Prawo wynikające z
      Traktatu ?nie może być z samej natury uchylone przez prawo wewnętrzne,
      niezależnie od jego rangi?". "Ważność środków Wspólnoty oraz ich skuteczność w
      prawie wewnętrznym nie może być podważana przez stwierdzenia, że jest ono
      przeciwne prawom fundamentalnym sformułowanym w konstytucji państwa
      członkowskiego?". "Zgodnie z zasadą prymatu prawa wspólnotowego przepisy
      Wspólnot wywierają w wewnętrznym porządku prawnym nie tylko taki skutek, że
      poprzez samo wejście w życie uniemożliwiają stosowanie każdego przepisu prawa
      wewnętrznego z nimi sprzecznego, lecz także, skoro stanowią one hierarchicznie
      wyższą część składową porządku prawnego obowiązującego na terytorium każdego
      państwa członkowskiego, powodują, że wejście w życie nowej normy prawa
      wewnętrznego jest niemożliwe w takim zakresie, w jakim byłaby ona sprzeczna z
      normami wspólnotowymi". Jedno z orzeczeń mówi o "absolutnym pierwszeństwie
      prawa wspólnotowego przed całością prawa krajowego", co oznacza też, że
      naruszenie praw podstawowych obywateli "nie mogą być oceniane za pomocą
      krajowych praw podstawowych".)
      Tak rozumiana zasada pierwszeństwa prawa wspólnotowego nie da się pogodzić
      również z treścią art.91 ust.3 Konstytucji RP, który dopuszcza wprawdzie
      pierwszeństwo prawa stanowionego przez organizację międzynarodową przed prawem
      polskim, ale co najwyżej przed ustawą. Nie dopuszcza on jednak pierwszeństwa
      jakiej
      • przycinek.usa dokonczenie 13.05.04, 05:49
        Nie dopuszcza on jednak pierwszeństwa jakiejkolwiek formy prawa stanowionego
        przez taką organizację przed polską Konstytucją. Przepis art.91 ust.3
        Konstytucji RP jest w tym zakresie spójny z treścią art.8 ust.1 Konstytucji.
        Treści art.8 ust.1 nie zmienia także art.9 Konstytucji, nakazujący
        Rzeczypospolitej Polskiej przestrzeganie "wiążącego ją prawa międzynarodowego".
        Jest bowiem oczywiste, że usytuowany wyżej w hierarchii konstytucyjnych zasad
        ustrojowych art.8 nakazuje przestrzeganie prawa międzynarodowego, jednak w
        granicach Konstytucji RP.
        Przedstawiony wyżej zarzut dotyczący sprzeczności z Konstytucją RP unijnej
        zasady pierwszeństwa prawa wspólnotowego także przed Konstytucją polską mógłby
        być osłabiony argumentem, że przecież Polska wiążąc się traktatami składającymi
        się na akcesję, przekazuje organom wspólnotowym kompetencje do stanowienia
        prawa tylko w zakresie ściśle określonym tymi traktatami. Argument taki byłby
        jednak chybiony w świetle dotychczasowej praktyki prawotwórstwa wspólnotowego
        znajdującej pełne wsparcie w orzecznictwie ETS, które bardzo często opiera się
        na rozszerzającej interpretacji kompetencji prawotwórczych organów
        wspólnotowych, na domniemaniu tychże kompetencji, na konstrukcji effet utile,
        które w praktyce stanowią całkowite zaprzeczenie teoretycznej zasady
        ograniczonych kompetencji powierzonych.

        3. Niebezpieczeństwo narzucania Polsce norm pochodnego prawa wspólnotowego
        sprzecznych z Konstytucją RP byłoby mniejsze, gdyby Trybunał Konstytucyjny mógł
        efektywnie orzekać o niekonstytucyjności takich norm, i w konsekwencji o
        zakazie ich stosowania w obszarze działania organów Państwa Polskiego.
        Niestety, z art. 188 Konstytucji RP nie wynika właściwość Trybunału
        Konstytucyjnego w tych sprawach. Trudno bowiem uznać akty normatywne stanowione
        przez organy wspólnotowe za "akty normatywne centralnych organów państwa" w
        rozumieniu tego artykułu Konstytucji. Nawet zaś, gdyby Trybunał Konstytucyjny
        posunął się w tym zakresie do rozszerzającej interpretacji tego przepisu
        konstytucyjnego, to na mocy prawa wspólnotowego (art.234 TWE) miałby on
        obowiązek zwrócić się do ETS o wyrażenie przez ten Sąd wiążącego dla polskiego
        Trybunału Konstytucyjnego stanowiska w rozpatrywanej przez Trybunał kwestii
        relacji prawa wspólnotowego i Konstytucji RP. Nie ulega zaś wątpliwości, że
        werdykt ETS w oparciu o całą dotychczasową wykładnię prawa wspólnotowego
        stwierdzi pierwszeństwo niekonstytucyjnej normy wspólnotowej przed Konstytucją
        RP. Sytuacja taka sprowadzi polski Trybunał Konstytucyjny do roli "pasa
        transmisyjnego" dla orzecznictwa ETS na terenie Polski, a tym samym wyłączania
        się przez Trybunał Konstytucyjny od wyeliminowania z obrotu prawnego
        niekonstytucyjnej normy wspólnotowej, albo też do dania pierwszeństwa
        Konstytucji RP. W tym drugim jednak wypadku mielibyśmy do czynienia z jawnym
        konfliktem między Rzecząpospolitą Polską a Unią Europejską, która wymaga od
        państw członkowskich lojalnego i bezwzględnego respektowania pierwszeństwa
        prawa wspólnotowego nawet przed narodowym prawem konstytucyjnym. Niestosowanie
        się do prawa wspólnotowego naraża państwo na sankcje przewidziane w Traktatach,
        nie mówiąc już o ujemnych konsekwencjach politycznych i gospodarczych.
        (zob.też: Z.Czeszejko-Sochacki, L.Garlicki, J.Trzciński: Komentarz do ustawy o
        Trybunale Konstytucyjnym, Wydawnictwo Sejmowe 1999, str.30).

        4. Na terenie państwa może obowiązywać tylko jeden porządek konstytucyjny.
        Konstytucja jest wyrazem woli suwerennego Narodu. Nie może być dwóch porządków
        konstytucyjnych, jeden - narodowy i drugi - ponadnarodowy, z których każdy
        oparty jest na zasadzie swej normatywnej nadrzędności. Nie może być dwóch sądów
        konstytucyjnych (polskiego Trybunału Konstytucyjnego i Europejskiego Trybunału
        Sprawiedliwości), tak jak nie może być też dwóch centralnych parlamentów.
        Tymczasem, rozwój prawa wspólnotowego zmierza nieuchronnie w kierunku takiej
        właśnie sytuacji, stanowiąc kulminację pewnych zjawisk normatywnych, z którymi
        już obecnie mamy do czynienia. Wyrazem tego jest projekt przyszłej konstytucji
        europejskiej, który expressis verbis w art.10 mówi o swej nadrzędności nad
        całym prawem państw członkowskich. Jest to przy tym projekt, u podstaw którego
        nie leży wola narodu, gdyż nie istnieje nic takiego, jak naród europejski.
        Istnieje realna obawa, że ta kuriozalna sytuacja normatywna sprzyjać będzie
        kolejnym działaniom politycznym i prawodawczym zmierzającym do wykreowania
        narodu europejskiego, w którym roztopią się istniejące w Europie narody
        państwowe. Nawet jeśli zachowana zostanie polska tożsamość etniczna i
        kulturowa, będzie to ostateczny kres suwerenności Narodu Polskiego, która jest
        fundamentem Konstytucji RP. Poddanie więc Państwa Polskiego przez treść art.1
        ust.1 i 3 Traktatu akcesyjnego i art.2 Aktu dotyczącego warunków przystąpienia,
        systemowi opartemu o dwa różne, choć równie "nadrzędne" porządki: polski i
        wspólnotowy, w sytuacji gdy ten ostatni traktowany jest w Traktacie akcesyjnym
        w domyśle jako wobec polskiego "nadrzędny" - jest sprzeczne z art.8 ust.1,
        art.91 ust.3 i art.188 Konstytucji RP oraz z jej preambułą w zakresie na
        wstępie wskazanym.

        5. Sprzeczność między prawem wspólnotowym a polskim porządkiem Konstytucyjnym
        ma nie tylko charakter potencjalny lecz występuje już aktualnie. Przykładami
        mogą być art.13 ust.1 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (dalej:
        TWE) i art.31 ust.1 lit.b Traktatu o Unii Europejskiej (dalej: TUE). Art.13
        ust.1 TWE jest sprzeczny z art.18 Konstytucji RP w zakresie w jakim upoważnia
        Wspólnoty Europejskie do wydawania przepisów prawnych mających na celu
        zaprzestanie dyskryminacji z powodu orientacji seksualnej. Podczas, gdy art.18
        Konstytucji RP małżeństwem określa związek wyłącznie kobiety i mężczyzny. A
        contrario, związków jednopłciowych nie dopuszcza. Z kolei, art.31 ust.1 lit.b
        TUE jest wprost sprzeczny z art.55 ust.1 Konstytucji RP, w zakresie w jakim
        stwarza podstawy dla ekstradycji obywateli polskich do innych krajów Unii
        Europejskiej, bowiem według jednoznacznego brzmienia art.55 ust.1 Konstytucji
        RP: "Ekstradycja obywatela polskiego jest zakazana".
        Wnioskodawcy nie zaskarżają powyższych przepisów z osobna, ponieważ w ich
        rozumieniu wskazane wyżej zarzuty są skonsumowane przez zarzuty dotyczące art.1
        ust.1 i3 Traktatu akcesyjnego oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków
        przystąpienia Polski do UE. Akcesja ma charakter całościowy. Polska przystępuje
        do całego porządku UE, zarówno w tych częściach, które nie są niezgodne z
        polską Konstytucją, jak i w tych, które taką niezgodność wykazują. Nie ma
        możliwości akcesji "częściowej", z pominięciem niekonstytucyjnych segmentów
        prawa wspólnotowego. Wykazanie, że choćby jeden segment aquis communautaire nie
        da się pogodzić z zasadami i normami polskiej Konstytucji wystarczy za
        uzasadnienie niekonstytucyjności akcesji jako takiej.

        6. Art.1 ust 1 i 3 Traktatu akcesyjnego oraz art.2 Aktu dotyczącego warunków
        przystąpienia Rzeczypospolitej do UE włączają polski system prawa w cały system
        prawa unijnego. Polska przystępując do Unii Europejskiej musi przejąć całość
        unijnego zasobu prawnego, tj. tzw.prawo pierwotne, prawo pochodne, łącznie z
        tzw. wspólnotowym zasobem prawnym, tj. acquis communautaire (J.Barcz,
        A.Michoński we Wprowadzeniu do: Traktat Akcesyjny. Traktaty stanowiące podstawę
        Unii. Prawo polskie - dokumenty, Warszawa 2003, str.21). Wskutek zawarcia
        Traktatu akcesyjnego, na mocy jego art.1 ust. 1 i 3 oraz art.2 Aktu dotyczącego
        warunków przystąpienia doszło do sytuacji, w której do konstytucyjnego systemu
        Państwa Polskiego do, jej fundamentalnych zasad wyrażonych m.in. w preambule
        Konstytucji i art.8 (zasady suwerenności Narodu Polskiego i zasady nadrzędności
        Konstytucji RP na terenie Polski), w art.91 ust.3 (pierwszeństwo prawa
        organizacji między
        • przycinek.usa Re: dokonczenie 13.05.04, 05:51
          (pierwszeństwo prawa organizacji międzynarodowej najwyżej przed polską ustawą)
          oraz w art.188 Konstytucji uprawniającym i zobowiązującym Trybunał
          Konstytucyjny do orzekania o zgodności z polską Konstytucją prawa
          obowiązującego na terenie RP - dołączono zasady i reguły całkowicie z nimi
          sprzeczne i wprost te zasady polskiej Konstytucji znoszące. Tzn. na mocy
          cytowanych przepisów objętej wnioskiem umowy międzynarodowej włączono Polskę
          nie do organizacji międzynarodowej opartej na równej współpracy w pełni
          suwerennych państw (na co zezwala Konstytucja RP) lecz do nieznanej polskiej
          Konstytucji organizacji "ponadnarodowej", kształtującej swe uprawnienia z
          obszarów suwerenności przejmowanych stopniowo od państw członkowskich (w tym
          Polski). Poprzez art.1 ust.1 i 3 Traktatu akcesyjnego oraz art.2 Aktu
          dotyczącego warunków przystąpienia wyrażono zgodę (z pominięciem procedury
          zmiany Konstytucji), na zastąpienie zasady nadrzędności Konstytucji RP zasadą
          wykształcona zresztą tylko przez orzecznictwo unijne o "absolutnym
          pierwszeństwie prawa wspólnotowego przed całością prawa krajowego" z
          Konstytucją polską włącznie. Pozakonstytucyjnie i sprzecznie z treścią art.188
          Konstytucji zmieniono rolę Trybunału Konstytucyjnego i charakter jego zadań na
          terytorium Polski. Zaskarżone przepisy Traktatu akcesyjnego podporządkowując -
          z pominięciem procedur zmiany Konstytucji - Państwo Polskie prawu unii
          Europejskiej zmieniły tym samym wprost konstytucyjny system państwa i prawa
          polskiego co nakazuje orzec o ich niezgodności z Konstytucją RP. W tak
          zmienionym na mocy zaskarżonych przepisów ustroju Państwa sądy polskie i inne
          organy władzy państwowej stosować mają w pierwszym rzędzie prawo wspólnotowe.
          Również taka sytuacja jest wprost sprzeczna z treścią art.8 ust.1 i art.178
          Konstytucji RP.
          Zgodnie z oczywistą zasadą państwa prawa zawierane także na podstawie art.90
          ust.1 Konstytucji RP umowy międzynarodowe muszą być z polską Konstytucją zgodne
          (Z.Czeszejko-Sochacki i in., Komentarz?, str.29)

          7. Objęta wnioskiem umowa międzynarodowa została ratyfikowana przez Prezydenta
          RP na podstawie zgody wyrażonej w referendum ogólnokrajowym. Mógłby więc zostać
          zgłoszony zarzut, iż skoro zgoda na przystąpienie Polski do Unii Europejskiej
          wyrażona została w takim trybie, więc Trybunał Konstytucyjny nie może orzekać o
          zgodności Traktatu akcesyjnego z Konstytucją, gdyż nie ma on kompetencji
          orzekania o zgodności z Konstytucją wyrażonej w referendum woli Narodu. Zarzut
          ten nie byłby jednak zasadny, gdyż Trybunał Konstytucyjny może kontrolować
          konstytucyjność umowy międzynarodowej także takiej, która ratyfikowana była
          przez Prezydenta RP za uprzednią zgodą wyrażoną w referendum (o której mowa w
          art.90 ust.1 Konstytucji). Art. 188 pkt.1 Konstytucji poddaje bowiem kontroli
          TK wszystkie umowy międzynarodowe, bez żadnych ograniczeń związanych z trybem
          ich ratyfikacji lub jej brakiem.

          8. Jak wskazano wyżej, związanie Polski prawem Unii Europejskiej oznacza
          jednoznaczną, choć formalnie pośrednią zmianę konstytucyjnego ustroju państwa i
          jego porządku prawnego, w szczególności radykalne ograniczenie zakresu
          stosowania art.8 ust.1 Konstytucji. Dla tego typu zmiany Konstytucji jej
          art.235 ustanawia jednak bardzo wysokie wymagania proceduralne, tj.
          kwalifikowaną większość głosów w obu izbach parlamentu, wydłużone terminy
          procedowania oraz możliwość żądania nawet przez 1/5 ustawowej liczby posłów
          przeprowadzenia referendum zatwierdzającego zmiany Konstytucji. Tryb
          ratyfikacji Traktatu akcesyjnego dostosowany jedynie do ratyfikacji umów
          międzynarodowych ustanawiających członkostwo w organizacji międzynarodowej, nie
          pozbawiającej Rzeczypospolitej Polskiej suwerenności i to w sposób trwały i
          nieodwracalny, nie spełnił wymogów art.235 Konstytucji ani w sensie formalnym
          (procedury i terminy) ani w sensie materialnym (zgoda kwalifikowanej większości
          w obu izbach parlamentu i w referendum zatwierdzającym). Konstytucja RP może
          być zmieniona tylko w trybie w niej ustanowionym.

          9. Jeśli chodzi o zarzut sformowany w punkcie 2 petitum wniosku, to został on
          już w znacznej mierze uzasadniony w związku z zarzutem poddania Polski zasadzie
          nadrzędności prawa wspólnotowego nad polskim prawem konstytucyjnym.

          Ze wszystkich powyższych względów wnosimy jak na wstępie.
    • przycinek.usa Niemiecko-polski proces o kamienicę (OPOLE) 23.05.04, 00:08
      Agnieszka Jukowska, Opole 21-05-2004, ostatnia aktualizacja 20-05-2004 22:28

      W piątek przed sądem w Prudniku (Opolskie) starosta stanie do walki o kamienicę
      w Głogówku ze spadkobiercami jej właścicielki, która wyemigrowała do Niemiec w
      1980 r.

      - Na Opolszczyźnie jest około siedmiuset budynków, które podobnie jak ta
      kamienica mają nieuregulowany stan prawny - ocenia poseł Jerzy Czerwiński (Ruch
      Katolicko-Narodowy).

      Zgodnie z prawem PRL obowiązującym w 1980 r. Gertruda Golbe, żeby móc wyjechać
      do Niemiec, musiała zrzec się polskiego obywatelstwa i swojej nieruchomości.
      Kamienica z mocy prawa przeszła na własność państwa. Kłopot w tym, że urzędnicy
      ówczesnej rady narodowej zapomnieli o wpisie do księgi wieczystej.

      Sprawa wyszła na jaw w 2001 r., kiedy do małej pracowni modniarskiej w Głogówku
      weszła Ingeborg Stralla i oznajmiła: - Jestem właścicielką całego budynku.

      Państwo Prykowie wynajmujący lokal oniemieli. Od ponad 20 lat kamienica
      należała do skarbu państwa. Oni administrowali ją od prawie dziesięciu. Czynsze
      regularnie płacili miastu, które obiecywało im, że będą mogli przejąć budynek
      przez zasiedzenie.

      Skąd w pracowni Pryków wzięła się pani Stralla (wcześniej Strzała)? Najpierw
      razem z bratem przeprowadziła w Prudniku sprawę spadkową po pani Golbe. A potem
      już na swoje nazwisko założyła księgę wieczystą dla kamienicy.

      Z dokumentem potwierdzającym własność Niemcy przyszli do Pryków i zaproponowali
      im kupno budynku.

      - Kazali przyszykować 185 tysięcy zł w miesiąc - opowiada Benedykt Pryk. -
      Zapytałem, co z pieniędzmi, które tu włożyłem w gruntowny remont. A oni mi na
      to: po co ja to robiłem, jak to nie było moje?

      Po wizycie "nowych właścicieli" państwo Prykowie poskarżyli się do urzędu
      wojewódzkiego: "Kto jest faktycznym właścicielem nieruchomości?". Wojewoda
      odpowiedział, że oczywiście skarb państwa i nakazał staroście prudnickiemu
      wystąpić do sądu o zmianę w księdze wieczystej. W postępowaniu pozaprocesowym
      się to nie udało. Stąd proces, który rozpoczyna się dziś. Starosta przekonuje w
      pozwie, że państwo zgodnie z prawem przejęło budynek po wyjeździe pani Golbe w
      1980 r. Powołuje się tu na przepisy z 1961 r. i z 1946 r. (piszemy o nich
      obok). Starosta nie wyjaśnia, dlaczego urzędnicy zaniedbali w 1980 r. wpisu do
      księgi wieczystej.

      - Oryginał księgi zaginął w czasie wojny. Pani Golbe nie chciała jej zakładać,
      bo zamierzała z Polski wyjechać - opowiada Barbara Pryk. Razem z mężem
      przyjechała do Głogówka w 1976 r. Wynajęli od pani Golbe pomieszczenie na
      pracownię modniarską i przez cztery lata płacili jej czynsz. Po wyjeździe
      właścicielki płacili czynsz miastu. W 1993 r. dostali propozycję
      administrowania kamienicą w zamian za gruntowny remont. Wyłożyli na niego
      blisko 70 tys. zł. -

      - Myśmy tu tyle lat życia poświęcili, tyle pieniędzy - mówi rozżalony Benedykt
      Pryk. - Dlaczego mamy to teraz stracić? Bo urzędnik nie wywiązał się ze swoich
      obowiązków?

      Jak państwo przejęło dom pani Golbe?

      Nieruchomości takich jak ona osób emigrujących do Niemiec przechodziły z mocy
      prawa na własność państwa na podstawie ustawy z 1961 r. o gospodarce terenami w
      miastach i osiedlach.

      Przepis odwoływał się do słynnego dekretu Bieruta z 1945 r. o majątkach
      opuszczonych i poniemieckich i dotyczył byłych obywateli Rzeszy Niemieckiej,
      którzy byli narodowości polskiej i po wojnie uzyskali polskie obywatelstwo, np.
      Ślązaków.

      Osoby te traciły nieruchomość z dniem, w którym zrzekły się obywatelstwa,
      oddały dowód osobisty i otrzymały dokument uprawniający do wyjazdu za granicę.

      Ustawa z 1961 r. wymagała jednak, by prezydium rady narodowej (odpowiednik
      dzisiejszego zarządu gminy) złożyło wniosek o wpis państwa do księgi
      wieczystej. Jak wynika z akt opisywanej przez "Gazetę" sprawy, tego właśnie
      warunku nie dopełniły ówczesne władze Głogówka.

      Oba akty prawne, które służyły państwu polskiemu do przejmowania poniemieckich
      nieruchomości - dekret z 1945 r. i ustawa z 1961 r. - uchylono w 1985 r.

      Jerzy Czerwiński, poseł Ruchu Katolicko-Narodowego:

      - Myślę, że na Opolszczyźnie jest około 700 budynków z nieuregulowanym stanem
      prawnym. W podobny sposób Niemcom udało się już odzyskać dwie kamienice w
      Kędzierzynie-Koźlu. I chcą teraz zrobić z tych spraw wydarzenie propagandowe.

      Sprawa jest precedensowa ze względu na to, że nie dotyczy osób przesiedlonych
      tuż po wojnie, ale osób, które dużo później zostawiały tu swoje domy w zamian
      za zgodę na legalny wyjazd za granicę. I właśnie oni korzystają dziś z
      nieudolności urzędników, którzy nie wpisywali do ksiąg wieczystych faktu
      przejęcia nieruchomości przez państwo.

      Wyemigrowało 1,4 mln osób

      Od 1950 do 1990 r. z Polski do Niemiec wyemigrowało 1,4 mln osób. - Takie dane
      podaje strona niemiecka - zastrzega dr Aleksandra Trzcielińska-Polus, politolog
      z Instytutu Śląskiego w Opolu.

      Jej zdaniem trudno ocenić, ilu spośród wyjeżdżających pozostawiło po sobie
      nieruchomości o nieuregulowanym statusie prawnym. Problem raczej nie dotyczy
      osób, które wyjechały w latach 80., a to największa grupa emigrantów do
      Niemiec - 766 tys. - Natomiast wyjeżdżającym wcześniej rzeczywiście często
      konfiskowano majątki - mówi dr Trzcielińska-Polus.

      Rudi Pawelka, przewodniczący Ziomkostwa Ślązaków w Niemczech i szef rady
      nadzorczej Pruskiego Powiernictwa:

      Sprawa pani Stralla to precedens. Chodzi w niej o to, czy dekrety o
      wypędzeniach jeszcze obowiązują, czy już nie. W tym wypadku wydaje się, że
      nadal są w mocy. Pani Stralla została przecież wpisana jako właścicielka w
      księdze wieczystej i ma zostać z niej wykreślona na polecenie polskich władz,
      które powołują się na ustawę z 1961 r., która z kolei odwołuje się do dekretu z
      1946 r.

      To nie do przyjęcia, aby prawo stanowiło, że jeśli ktoś wyjeżdża z kraju i
      zrzeka się obywatelstwa, to traci też własność. Jak może własność wiązać się z
      obywatelstwem? Jesteśmy w UE i wskutek przeprowadzki z kraju do kraju nie mogę
      tracić prawa do mojej własności.

      Oczywiście, istnieje problem niedziałania prawa wstecz - ale w tym wypadku
      chodzi o decyzję podejmowaną przez polskie władze teraz, kiedy Polska jest już
      w UE. Polska nie może dyskryminować cudzoziemców ani w stanowieniu prawa, ani w
      sądownictwie.

      My, jako Ziomkostwo Śląskie, obserwujemy tę sprawę, doradzamy i pomagamy pani
      Stralla. Ale jako precedens sprawa może być też interesująca dla Pruskiego
      Powiernictwa.

      Niemieckie roszczenia

      Czy Polacy mieszkający na tzw. Ziemiach Odzyskanych powinni się obawiać
      roszczeń byłych właścicieli niemieckich i ich spadkobierców?

      Wśród prawników panuje przekonanie, że ci Niemcy (ok. 3 mln osób), którzy
      zostali wysiedleni z Polski tuż po wojnie, nie mają szans na odzyskanie swoich
      majątków (wiadomo, takie były skutki decyzji podjętych w Poczdamie).

      Inaczej jest z osobami - byłymi obywatelami Rzeszy i niekoniecznie Niemcami -
      które wyjechały do Niemiec w późniejszych latach (np. w ramach akcji łączenia
      rodzin) i musiały zrzec się nieruchomości. Historycy szacują, że takich osób
      było około miliona!

      Tymi właśnie przypadkami jako rokującymi wygraną zamierza się zająć w pierwszej
      kolejności Pruskie Powiernictwo (Preussiche Treuhand). To firma założona w 2000
      r. przez Ziomkostwo Śląskie i Wschodniopruskie oraz działaczy środowisk tzw.
      wypędzonych. Celem Powiernictwa jest "zabezpieczenie roszczeń bądź też zwrot
      majątku skonfiskowanego na Wschodzie przez państwa wypędzające", czyli Polskę,
      Czechy i Rosję. Na razie Pruskie Powiernictwo nie wystąpiło z żadnymi
      roszczeniami, lecz tylko zbiera informacje o majątkach Niemców pozostawionych
      na wschodzie po wojnie.

      Przewodniczący rady nadzorczej Pruskiego Powiernictwa i zarazem szef Ziomkostwa
      Śląskiego Rudi Pawelka deklaruje, że firma "nie chce zniszczyć Polski", lecz
      dąży do rozwiązań "znośnych dla wszystkich stron". Nie wyklucza jednak
      d
      • przycinek.usa dokonczenie 23.05.04, 00:09
        Nie wyklucza jednak dochodzenia praw wypędzonych na drodze sądowej przed
        trybunałami europejskimi. Od działalności Pruskiego Powiernictwa zdystansował
        się Związek Wypędzonych i jego szefowa Erika Steinbach. Mimo to organizatorzy
        Pruskiego Powiernictwa są nadal wysokiej rangi działaczami swoich ziomkostw i
        Związku Wypędzonych.

        anr, mawi
        Agnieszka Jukowska, Opole

        serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2085148.html?as=2&ias=2
    • robisc Czesi też mają problem 31.05.04, 21:41
      Premier Bawarii wzywa Pragę do potępienia wysiedleń
      Poniedziałek, 31 maja 2004, 05:45 (ostatnia zmiana: 05:59)
      Szykuje się kolejna burza w stosunkach czesko-niemieckich. Premier Bawarii
      Edmund Stoiber wezwał rząd Czech do potępienia, jako niesprawiedliwości,
      wypędzenia trzech milionów Niemców z Czechosłowacji po zakończeniu II wojny
      światowej.
      Niedawno potwierdzone trwanie przy bezprawiu wypędzeń, nie pasuje do
      europejskiej wspólnoty prawa i wartości - powiedział Stoiber podczas 55. zjazdu
      Niemców sudeckich w Norymberdze. Premier Bawarii powiedział też, że po
      wstąpieniu Czech do Unii Europejskiej cała Wspólnota powinna zabiegać o
      unieważnienie aktów prawnych dotyczących wypędzeń.

      W sobotę bawarska minister spraw socjalnych Christa Stewens (CSU) apelowała
      do władz w Pradze o unieważnienie dekretów wydanych przez prezydenta
      Czechosłowacji Edwarda Benesza. Stanowiły one podstawę prawną do wysiedlenia i
      wywłaszczenia Niemców oraz pozbawienia ich czechosłowackiego obywatelstwa.
      Benesz był prezydentem Czechosłowacji w latach 1945-48.

      Czesi obawiają się, że odwołanie dekretów podważyłoby wiele późniejszych aktów
      prawnych, wprowadziłoby chaos do systemu własności w tym kraju albo też
      zmusiłoby rząd w Pradze do wypłaty ogromnych odszkodowań. Większość Niemców
      wysiedlonych po wojnie z Czech osiedliła się w Bawarii. Chadeckie władze z
      premierem landu Edmundem Stoiberem występują jako obrońcy interesów wypędzonych.
      • klip-klap Czeski prezydent stanowczo odpowiada 02.06.04, 14:26
        Wciąż o dekretach Benesza

        "Bezczelnością" nazwał czeski prezydent Vaclav Klaus wypowiedź premiera Bawarii
        Edmunda Stoibera na temat dekretów Benesza. Niemiecki polityk powiedział, że
        dyskusja na temat ich unieważnienia - dekrety stały się podstawą wysiedlenia
        Niemców sudeckich z Czechosłowacji oraz konfiskaty ich majątków - dopiero się
        rozpoczyna i że jest ona problemem wewnętrznym Unii.

        - Dekrety są obecnie sprawą, którą powinna zająć się Unia. Jeśli Czesi myślą, że
        będą mieć spokój, to muszę im oświadczyć: teraz zaczyna się nowa dyskusja, którą
        przeprowadzimy w unijnym kręgu. Czesi będą musieli potępić powojenne wygnanie
        Niemców. Chcemy takiej Europy, w której nie będzie miejsca dla wysiedleńczych
        dekretów - powiedział premier Bawarii podczas 55. dni ziomkostwa Niemców
        sudeckich w Norymberdze. Dodał, że dopóki Praga nie wyrzeknie się dekretów,
        Stoiber nie tylko nie odwiedzi Czech, ale będzie je zwalczał na wszystkich
        możliwych frontach.

        Czeska reakcja na jego słowa była natychmiastowa. Prezydent Vaclav Klaus
        określił wypowiedź Stoibera jako skandaliczną i bezczelną. - Uwagi, komu należy
        się miejsce w Unii Europejskiej, a komu nie, są nie do przyjęcia, podobnie jak
        próby porównania wysiedleń Niemców sudeckich z Czechosłowacji z okrucieństwami
        drugiej wojny światowej - powiedział prezydent, który nie zamierza "nawet kiwnąć
        palcem" w celu unieważnienia dekretów. - Dekrety pozostają częścią czeskiego
        porządku prawnego - oświadczył.

        Według szefa czeskiego rządu Vladimira Szpidli - który jak podkreśliła praska
        prasa zachował zimną krew i nie dał się sprowokować do ostrej wypowiedzi -
        "temat dekretów jest całkowicie zamknięty i nie ma potrzeby prowadzenia w tej
        sprawie jakiejkolwiek dyskusji".

        Dekrety Edwarda Benesza, ówczego prezydenta Czechosłowacji, wydane zostały zaraz
        po drugiej wojnie światowej. Na ich podstawie wysiedlono z jej terytorium około
        2,5 miliona Niemców sudeckich. Stracili oni również swoje mienie i obywatelstwo
        czeskie. Według sudeckich ziomkostw, które liczą na zwrot niemieckich majątków,
        ich wartość szacowana jest obecnie na około 250 mld euro.

        Barbara Sierszuła z Pragi, p.z., pap
        • wislok1 Bo to jest prezydent, jak się patrzy 02.06.04, 20:14
          Czesi się nie dadzą
    • przycinek.usa Zabużanie czekają na wyrok Trybunału w Strasburgu 12.06.04, 21:47
      Zabużanie czekają na wyrok Trybunału w Strasburgu

      d, PAP 11-06-2004, ostatnia aktualizacja 11-06-2004 21:22

      22 czerwca Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wyda wyrok o
      doniosłym znaczeniu dla około 80 tys. osób, które mają prawo do rekompensaty za
      mienie w granicach obecnej Litwy, Ukrainy i Białorusi utracone po 1945 r.

      Wyrok trybunału będzie dotyczył skargi 60-letniego mieszkańca Wieliczki Jerzego
      Broniowskiego. Domaga się on od Polski odszkodowania za mienie zabużańskie
      pozostawione przez jego rodzinę, gdy musiała ona po II wojnie światowej opuścić
      ziemie na dawnych Kresach (pozostawiony we Lwowie majątek Broniowski szacuje na
      blisko 2 mln ówczesnych złotych i uznaje, że władze zwróciły mu tylko 4 proc.
      wartości straty).

      W 1996 r. Broniowski poskarżył się przed strasburskim trybunałem (organem Rady
      Europy), że niezapłacenie odszkodowania jest złamaniem przez Polskę pierwszego
      protokołu dodatkowego do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantującego
      prawo do ochrony własności.
    • klip-klap o jakie mienie chodzi ? 22.06.04, 11:32
      Tysiące niemieckich obywateli otrzymało w ostatnim czasie żądania zwrotu
      świadczeń wyrównawczych, a więc swego rodzaju odszkodowań za mienie pozostawione
      w krajach, z których przybyli do RFN. Dotyczy to także byłych obywateli Polski,
      którzy wyjechali dobrowolnie do Niemiec i uzyskali niemieckie obywatelstwo.

      Niemieckie władze wychodziły w przeszłości z założenia, że osoby takie nie mogą
      swym mieniem dysponować, co było warunkiem wystarczającym do uzyskania
      świadczenia. Teraz jednak dochodzą do wniosku, że sytuacja w Polsce zmieniła się
      i istnieje możliwość objęcia w posiadanie pozostawionych tam nieruchomości. W
      samym Dortmundzie jest ponad 400 takich spraw. Rezultatem może być wiele
      procesów o ustalenie stanu prawnego nieruchomości w Polsce.

      Zwrot świadczeń wyrównawczych

      Jak poinformował "Rz" G�nter Gallenkamp z Federalnego Urzędu ds. Świadczeń
      Wyrównawczych, żądania zwrotu świadczeń nie mają bynajmniej na celu skłonienia
      niemieckich obywateli do podjęcia prób odzyskania swych byłych majątków w
      Polsce. Jak twierdzi, postawa niemieckich władz jest wynikiem jasnej
      interpretacji odpowiednich zapisów w ustawie o świadczeniach wyrównawczych,
      obowiązującej od 1952 r. Przewiduje ona konieczność zwrotu otrzymanych w RFN
      świadczeń za mienie pozostawione za granicą przez osoby, które nie utraciły swej
      własności lub też ją później odzyskały. Dotyczy to w pierwszej kolejności około
      pół miliona byłych obywateli NRD. Jest też spora grupa byłych polskich
      obywateli, którzy po przybyciu do RFN otrzymali niemieckie obywatelstwo z racji
      pochodzenia. Są to tzw. późni przesiedleńcy. Jak przekonuje Gallenkamp, żądania
      zwrotu odszkodowań nie dotyczą w żadnym wypadku niemieckich wypędzonych, a więc
      osób pozbawionych własności w Polsce na podstawie odpowiednich aktów prawnych.
      Jego zdaniem obowiązek zwrotu świadczeń nie dotyczy także późnych
      przesiedleńców, których własność przeszła po wyjeździe z Polski i zrzeczeniu się
      polskiego obywatelstwa na rzecz skarbu państwa. Nie wiadomo jednak, jak
      traktować przesiedleńców figurujących nadal w polskich księgach wieczystych.
      Jeżeli uznać ich za właścicieli mogących dysponować swobodnie swą własnością, to
      musieliby oni zwrócić otrzymane w Niemczech świadczenia.

      Przypadek z Prudnika

      Problem jest jednak skomplikowany, o czym świadczy sprawa tocząca się przed
      sądem w Prudniku. Obywatelka Niemiec, która wyjechała z Polski w 1980 r. wraz z
      matką, figuruje obecnie w księdze wieczystej jako spadkobierczyni nieruchomości
      po swej matce. Reprezentujący skarb państwa starosta prudnicki jest jednak
      przekonany, że na podstawie ustawy z 1961 r. nieruchomość powinna była przejść
      na własność państwa. Z nieznanych przyczyn skarb państwa nie został swego czasu
      wpisany do księgi wieczystej. Powstał problem. Sprawa jest obecnie rozpatrywana
      w postępowaniu cywilnym. Takich przypadków może być w przyszłości więcej.
      Interesuje się nimi Pruskie Powiernictwo (Preussische Treuhand), organizacja
      grupy niemieckich wypędzonych powołana do wspierania ich roszczeń
      odszkodowawczych w nadziei, że rozstrzygnięcie w tej sprawie będzie miało
      charakter precedensowy.

      Zadecydują sądy

      Berliński adwokat Stefan Hambura przedstawił kilka dni temu przypadek byłej
      obywatelki Polski Luize Schaffrat, która wyjechała z Górnego Śląska do RFN w
      1978 r. Jej mąż był współwłaścicielem domu w Gliwicach. Na tej podstawie za
      pozostawione w Polsce mienie otrzymał w RFN odszkodowanie. Tymczasem burmistrz
      Dortmundu, gdzie mieszka pani Schaffrat, zażądał od niej niedawno zwrotu
      wypłaconych świadczeń wyrównawczych, argumentując to tym, iż sytuacja w Polsce
      zmieniła się i może ona swobodnie dysponować swym majątkiem jako spadkobierczyni
      zmarłego męża. Na tej podstawie Urząd ds. Świadczeń Wyrównawczych w Dortmundzie
      zażądał zwrotu wypłaconych odszkodowań, oceniając ich wysokość na 4,6 tys. euro.
      Urząd nie wiedział nawet, że zmarły mąż pani Schaffrat figuruje nadal w polskiej
      księdze wieczystej jako współwłaściciel. Adwokat Hambura zapowiada wniesienie
      sprawy do niemieckiego sądu, którego zadaniem będzie ocena, czy żądania urzędu
      są uzasadnione, czy też nie, biorąc pod uwagę ustawę z 1961 r.

      Istnieje także możliwość wystąpienia na drogę sądową w Polsce w celu wyjaśnienia
      stanu prawnego. Od konkretnych rozstrzygnięć niemieckich sądów w takich sprawach
      zależeć będzie w pewnym stopniu, czy niemieccy przesiedleńcy starać się będą o
      zwrot swych nieruchomości. Dotyczy to jednak przypadków, kiedy stan prawny
      nieruchomości budzić może wątpliwości, jak to ma miejsce w Prudniku. Jak
      powiedziała wczoraj "Rz" rzeczniczka niemieckiego MSZ, absurdem byłoby
      doszukiwanie się jakichkolwiek motywów politycznych w sprawach związanych ze
      świadczeniami wyrównawczymi.

      Piotr Jendroszczyk z Berlina
      • przycinek.usa To jest bardzo zla wiadomosc. 22.06.04, 18:24
        Bo oznacza ona dokladnie to, co przewidywalismy przed referendum. Eskalacje
        roszczen.

        A co za problem przekupic Polski Rzad, aby podpisal traktat regulujacy sprawy
        majatkowe? Zaplaca np. 100 milionow euro dla SLD i Belka, albo kolejny
        sprzedajny H. pojedzie i podpisze. A roszczenia wybuchna po tym jak bomba.


        Ja widze, ze gadanie glupkow, ze jak Niemcy chca odszkodowac - to my tez, za II
        wojne, to od razu widze, ze to sie moze tak skonczyc.

        Przekupia paru prominentnych urzednikow i oni podpisza co im sie pod reke
        podetknie. DOKLADNIE TO CO IM KAZA. I wtedy Giertych nie bedzie mial wyjscia
        tylko wyjsc na ulice.

        A Polacy beda ze swoich podatkow placic niemcom przez 100 lat za te majatki.

        Boze, co za skurwysy___ !

        Najgorsze, ze to jest plan realizowany z zegarkiem w reku, dokladnie i
        precyzyjnie. Ciagle ktos cos usprawiedliwia. A to, ze rzad niemiecki "nie
        popiera" a to ze "wypedzeni" sa rzekomo w mniejszosci, a to, ze sie
        politycy "odzegnuja". A to takie pierdolenie jest. Od razu widac o co chodzi.

        Chodzi o pieniadze. A oni sie pewnie czuja, bo wlasnie Polska wstapila i minely
        juz 2 miesiace i to jest dopiero poczatek.

        Rzad niemiecki doskonale wie co sie swieci i to jest skoordynowana akcja.
        To nie ma watpliwosci. To jest wielkie chamstwo a Polacy widzac to i nie
        reagujac sa po prostu glupcami.

        Chyba faktycznie spoleczenstwo w koncu sie obudzi i powiesza tych wszystkich
        Kwasniewskich, Millerow i reszte, za namawianie do tej unii.


      • przycinek.usa Polska zapłaci miliardy zabużanom? 22.06.04, 18:28
        Strasburg: Polska zapłaci miliardy zabużanom?
        IAR, a 22-06-2004, ostatnia aktualizacja 22-06-2004 17:49

        Polska przegrała sprawę o odszkodowania dla zabużan przed Europejskim
        Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Sąd uznał roszczenia ale nie zasądził
        wypłaty odszkodowań. Zobowiązał rząd Polski do rozwiązania tej kwestii

        Trybunał orzekł, że wniosek mieszkańca Wieliczki jest słuszny i uzasadniony, a
        Polska naruszyła postanowienia europejskiej konwencji praw człowieka.
        Broniowski domagał się od państwa odszkodowania w wysokości 390 tysięcy
        złotych, czyli równowartości pozostawionego we Lwowie rodzinnego domu z
        ogrodem. Przyznanie racji skarżącemu tworzy precedens, który może kosztować
        skarb państwa kilka miliardów złotych. Ponad 4 tysiące zabużan i ich
        spadkobierców posiada już zaświadczenia o należnym im odszkodowaniu za
        pozostawione na wschodzie mienie. Polska ma w ciagu trzech miesięcy wypłacić
        Broniowskiemu równowartość 12 tysięcy euro, a więc ponad 55 tysięcy złotych
        kosztów procesowych.

        Zabużanie z niecierpliwością oczekiwali na decyzję Trybunału, bowiem nie
        satysfakcjonuje ich uchwalona w styczniu ustawa, która gwarantuje rekompensatę
        w wysokości jedynie 15 procent wartości pozostawionego majątku, przy czym nie
        więcej niż 50 tysięcy złotych. Samo odszkodowanie - według ustawy - ma być
        zaliczką na poczet wartości nieruchomości, którą zabużanin może kupić od skarbu
        państwa.

        Jak podkreślił dziś na antenie Sygnałów Dnia w Programie Pierwszym Polskiego
        Radia Andrzej Korzeniowski - przewodniczący Ogólnopolskiego Stowarzyszenia
        Kresowian Wierzycieli Skarbu Państwa - państwo wystawia na sprzedaż
        nieruchomości niepotrzebne, w większości w fatalnym stanie. Poza tym dla
        uprawnionych ustawą osób wydatki związane z nabyciem są tak duże, że nie są w
        stanie zrealizować tej ustawy - przekonywał Korzeniowski.

        Zabużanie to osoby, które pozostawiły swoje mienie na terenach byłych Kresów
        Wschodnich Rzeczpospolitej, należących obecnie do Litwy, Białorusi i Ukrainy.
        Do grupy uprawnionych zostali zaliczeni również obywatele polscy repatriowani
        do kraju na podstawie umowy z 1957 roku między rządami Polski i ZSRR. W razie
        śmierci właściciela nieruchomości, uprawnienia dziedziczą wszyscy jego
        spadkobiercy lub jeden z nich wskazany przez pozostałych.

        Tylko w pierwszym etapie repatriacji przesiedlono 1 milion 750 tysięcy osób.
        Wiele uzyskało wówczas gospodarstwa rolne, domy, mieszkania oraz inne
        nieruchomości na Ziemiach Odzyskanych. Ocenia się, że zaspokojono około 2/3
        roszczeń. Według szacunków, do tej pory nie otrzymało rekompensat około 85
        tysięcy zabużan.

        Paweł Filipek, Koordynator ośrodka praw człowieka na Uniwersytecie
        Jagiellońskim

        Według eksperta można mówić o salomonowym rozwiązaniu Trybunału w
        Strasburgu. "Wydaje mi się, że sędziowie wzięli pod uwagę trudną sytuację
        polskiego budżetu, która powstałaby, gdyby wszystkim w krótkim czasie trzeba by
        wypłacić odszkodowania" - wyjaśnił Filipek. Dodał, że Trybunał dał polskim
        władzom 6 miesięcy na to, by z Jerzym Broniowskim uzgodniły wysokość
        odszkodowania. "Jeżeli rząd tego nie zrobi, sędziowie w Strasburgu mają pełne
        prawo do wyznaczenia wysokości odszkodowania" - mówił Paweł Filipek.

        Według Pawła Filipka decyzja Trybunału, chociaż dotyczy wyłącznie jednej osoby,
        może spowodować, że Polska będzie musiała spełnić żądania innych zabużan.

        "To orzeczenie jest wiążące dla Polski tylko w sprawie Broniowskiego" -
        powiedział ekspert. Dodał jednocześnie, że jest też wyraźnym sygnałem dla
        rządu, by w sposób ekspresowy coś z tą sprawą zrobił. "Albo przewidział jakąś
        formę odszkodowania, albo umożliwił, by dochodzenie tych roszczeń było możliwe
        w oparciu o krajowe prawo" - powiedział Filipek.
        • hydy Re: Polska zapłaci miliardy zabużanom? 24.06.04, 09:39
          zazwyczaj pisuję na FK, ale interesuje mnie temat Twojego wątku, a i widzę, że
          Ty również nie strnisz od problemu smile

          na FK napisałem, że

          skoro państwo nie potrafiło przez blisko 60 lat
          uregulowac tej kwestii ustawowo we własnym zakresie, to organy organizacji
          międzynarodowych, do których sami zgłosiliśmy akses, po prostu wymusza na nas
          stosowanie zasad, ktorych jako RP zobowiązaliśmy się przestrzegać

          gdyby tę kwestię urageulowano w odpowiednim czasie, problemu by już dzis nie
          było - zobacz jak "wykorzystano" kwoty gierkowskich kredytów, które spłacamy i
          będziemy jeszcze czas jakiś spłacać; PRLowska władza porafiła marnować kasę jak
          żadna inna przedtem i potem - a za nic miała elementarne poszanowanie własnych
          zobowiązań w stosunku do dziesiątków tysięcy obywateli - wszak to nie nikt inny
          jak ona podjęła decyzję o zwrocie mienia zabużańskiego.

          co ciekawe - na tle ostatnich wyroków TK dotyczących wykładni zakresu obowiązku
          naprawienia szkody (art 77 ust. 1 k-cji - uchylenie w części art. 260 par. 1
          ordynacji podatkowej oraz art. 160 par. 1 kpa, a wcześniej art. 418 kodeksu
          cywilnego), Skarb Państwa musi zwrócic nie tylko (zwaloryzowaną) wartość
          nominalną utraconego mienia ale róznież "korzyści utracone" (!), czyli mówiąc
          najprościej to, co właściciel gruntu/nieruchomości uzyskałby, gdyby prze te 60
          lat "prawidłowo" gruntem/nieruchomością gospodarował (!)

          niejednokrotnie będzie to kwota bliska tej wartości gruntu (czy ktoś się
          orientuje jak się ma wartość rocznych płodów np. z 1 hektara, pomniejszona o
          konieczne roczne nakłady na ten hektar i pomożona przez 60, do wartości ziemi o
          takiej powierzchni?)
    • wislok1 Zaczęło się 09.07.04, 14:27
      Niemcy pozywają Czechów
      Autor: gajasirocco
      Data: 08.07.2004 15:08 + dodaj do ulubionych wątków

      Sudetendeutsche Initiative pozwało państwo czeskie w Trybunale Europejskim w
      Srasburgu o zwrot mienia pozostawionego po II wojnie światowej. Pozwali
      państwo czeskie za to, że na podstawie dekretów Benesza wysiedliło Niemców z
      terenów zachodniej Czechosłowacji- roszczenia dotyczą zwrotu gruntów ornych,
      gospodarstw, fabryk, kamienic, sanatoriów, a nawet zamków.
      Sprawa ta ma ogromne znaczenie również dla Polski, ponieważ ziomkowie
      wysiedleni z terenów zachodniej Polski chcą dochodzić swoich praw do
      pozostawionego tutaj majątku. Nadzieje na spełnienie roszczeń wzrosły po
      ogłoszeniu wyroku, w którym nakazano państwu polskiemu wypłacić odszkodowanie
      wysiedlonym z byłych Kresów Zabużanom.
      - na podstawie "Dekrety Benesza nie są martwe"- Die Welt

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=12607&w=14043167

      • Polecam ten tekst ! Szykują się DUUŻE kłopoty
      wislok1 08.07.2004 23:26 odpowiedz na list odpowiedz cytując


      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040702/publicystyka/publicystyka_a_6.html

      Zwłaszcza ciekawy jest ten fragment:

      Trybunał w Strasburgu złamał zasadę, iż nie zajmuje się sprawami sprzed swego
      powstania. Do niedawna odżegnywał się od rozpatrywania tzw. starych spraw, a
      złamał tę zasadę po raz pierwszy przed około dwoma laty, podejmując decyzję o
      dopuszczalności rozstrzygnięcia w sprawie Broniowski przeciwko Polsce,
      dotyczącej mienia zabużańskiego. Tak oto Trybunał otworzył puszkę Pandory.
      Orzeczenia w tych sprawach będą miały dla Polski zasadnicze znaczenie. Trybunał
      uznał wówczas, że choć naruszenie praw zabużan nastąpiło, zanim objęte zostały
      ochroną na podstawie art. 1 protokołu nr 1 do europejskiej konwencji praw
      człowieka, jednak z uwagi na "ciągłość naruszenia" (skutki trwają) sprawa
      objęta jest jego kompetencją. Wcześniej podobne skargi, np. ze strony byłych
      właścicieli z Prus Wschodnich, były oddalane.

      I ten:

      Rządy polski i niemiecki reprezentują odmienne stanowiska prawne w sprawach
      wypędzenia. Rząd niemiecki uważa, że wywłaszczenia dokonane bez odszkodowań
      były niezgodne z prawem międzynarodowym, polski jest innego zdania. Jednak
      problem dzisiaj polega na czymś innym - na bezczynności polskiego rządu
      wykorzystywanej przez rząd niemiecki. Jak niedawno napisało niemieckie
      Ministerstwo Finansów w liście do jednego z wypędzonych, który wystąpił o
      odszkodowanie do rządu federalnego, Republika Federalna zrezygnowała jedynie z
      roszczeń terytorialnych wobec Polski i uznała jej granice, ale "nie
      zrezygnowała przez to z indywidualnych roszczeń Niemców". Ministerstwo
      poradziło swemu rodakowi, aby wystąpił przeciwko Polsce na drogę procesową.
    • przycinek.usa Niemcy się nie zrzekną odszkodowań 13.07.04, 23:04
      Niemcy się nie zrzekną odszkodowań

      Anna Rubinowicz-Gründler, Berlin 13-07-2004, ostatnia aktualizacja 13-07-2004
      19:21

      Oczekiwanie na to, że niemiecki prezydent lub kanclerz zrzekną się roszczeń
      majątkowych w imieniu wszystkich Niemców, jest nierealistyczne ze względów
      politycznych. Co gorsza, sytuacja prawna może się okazać niekorzystna dla Polski

      Ostrzegają przed tym niektórzy niemieccy eksperci i komentatorzy. Dostrzegają
      oni panujące w ostatnim czasie napięcie w stosunkach między Polską a Niemcami
      wywołane kwestią ewentualnych roszczeń odszkodowawczych niemieckich
      wypędzonych. Największe dzienniki opiniotwórcze krytycznie odnotowały polską
      dyskusję o tym, czy żądać od Niemiec reparacji wojennych, i uchwałę Sejmu, iż
      kwestie majątkowe uznajemy za zamknięte i nie podporządkujemy się orzeczeniom
      międzynarodowych trybunałów w tej materii.

      W ciągu najbliższych dwóch tygodni do Polski przyjadą obaj najwyżsi rangą
      niemieccy politycy: w czwartek nowy prezydent Horst Köhler, który nasz kraj
      obrał za cel swej pierwszej podróży zagranicznej, a 1 sierpnia kanclerz Gerhard
      Schröder. Niestety, żaden z nich nie ogłosi w Warszawie, iż obywatele Niemiec
      nie będą już zgłaszali żadnych roszczeń majątkowych wobec Polski. "(...) tego
      ani prezydent, ani kanclerz nie mogą powiedzieć. Inaczej ściągną
      wielomiliardowe roszczenia na rząd Niemiec" - stwierdza komentator poczytnego
      berlińskiego dziennika "Der Tagesspiegel" i znawca problematyki polsko-
      niemieckiej Christoph von Marschall. W komentarzu opublikowanym w poniedziałek
      von Marschall po raz pierwszy mówi wprost to, co nieoficjalnie od lat
      powtarzają niemieccy dyplomaci, posłowie i rządowi urzędnicy. Żaden rząd
      Niemiec, niezależnie od politycznych barw, nie weźmie na siebie
      odpowiedzialności politycznej i finansowej wynikającej z oczekiwanej przez
      Polaków deklaracji. "Trybunał konstytucyjny Niemiec uznał traktaty Willy'ego
      Brandta z krajami wschodnioeuropejskimi za zgodne z niemiecką konstytucją
      dlatego, że rząd Niemiec nie zrezygnował w nich z prywatnych roszczeń
      własnościowych Niemców w stosunku do mienia na utraconym wschodzie; rząd
      zresztą nie może tego uczynić. Dlatego we wszystkich polsko-niemieckich
      układach jest zdanie, że nie dotyczą one kwestii własnościowych" - pisze
      publicysta.

      Niemcy - z wyjątkiem kręgów w rodzaju związanego z wypędzonymi Powiernictwa
      Pruskiego - zdają sobie sprawę z tego, że z politycznego i moralnego punktu
      widzenia jest niewyobrażalne, aby Polska, pierwsza ofiara wojny, musiała
      zwrócić niemieckim wypędzonym ich dawne majątki lub wypłacić za nie
      odszkodowania. Jednak publicysta "Tagesspiegla" nie jest jedynym, który
      ostrzega Polaków, że sytuacja prawna nie jest jednoznaczna i może się okazać
      niekorzystna dla Polski.

      Dlaczego? Z powodu skomplikowanych zaszłości historycznych i legislacyjnych
      zaniedbań po 1989 r. "Polska bowiem do dziś nie dokonała jednolitej regulacji,
      jak postępować z nieruchomościami upaństwowionymi za komunizmu. Co gorsza,
      powojenne rządy w Polsce - m.in. pod presją ZSRR - uznały nowe granice i nową
      sytuację własnościową, zrezygnowały z odszkodowań od wschodnich sąsiadów i z
      reparacji od zachodnich. Dlatego Polska sama jest odpowiedzialna za
      odszkodowania dla polskich wypędzonych [tj. dla zabużan - red.]. Ostatnio
      Polska zwraca także nieruchomości organizacjom żydowskim i polskim obywatelom -
      to precedensy, na które mogą się powoływać niemieccy wypędzeni" - pisze von
      Marschall.

      Na unijny zakaz dyskryminacji chcą się powoływać zwłaszcza liderzy Pruskiego
      Powiernictwa. Szef rady nadzorczej PP Rudi Pawelka poucza na prelekcjach swych
      słuchaczy, że to najpewniejsza droga do odzyskania majątków lub uzyskania
      odszkodowań przed europejskimi trybunałami. Zdania niemieckich prawników są
      podzielone. Podczas marcowej konferencji prawników zorganizowanej przez Związek
      Wypędzonych wielu cenionych w tym środowisku specjalistów wyrażało się
      sceptycznie o szansach poszkodowanych Niemców na wywalczenie na drodze sądowej
      prawa do powrotu lub odszkodowań.

      Jednak inni eksperci, a także komentator "Tagesspiegla", nie wykluczają takiego
      zagrożenia dla Polski, m.in. dlatego że - zdaniem von Marschalla - Polska nie
      uchwaliła w porę "inteligentnej ustawy o zwrocie nieruchomości, odszkodowaniach
      lub rezygnacji z obu". Także i on obawia się więc argumentu w postaci unijnego
      zakazu dyskryminacji. Teraz - dodaje - "Polakom pozostaje tylko nadzieja, że
      europejscy sędziowie znajdą jakieś wyjście, aby naprawić zaniedbanie, wyjście,
      które pojedna prawo i sprawiedliwość".


      wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2178225.html
      • przycinek.usa Polski ekspert: mamy w ręku argumenty, które są w 13.07.04, 23:05
        Polski ekspert: mamy w ręku argumenty, które są w stanie odeprzeć niemieckie
        żądania

        Kolejne polskie ekipy rządowe nie podjęły wystarczających kroków w celu
        rozwiązania problemu utraconego przez wypędzonych Niemców majątku. Podstawowym
        zaniedbaniem w tej dziedzinie była rezygnacja z uchwalenia ustawy
        reprywatyzacyjnej jeszcze przed przystąpieniem Polski do UE. Obecnie
        jakiekolwiek próby uregulowania tej palącej kwestii muszą uwzględniać
        roszczenia wypędzonych, którzy od 1 maja 2004 r. nie mogą być dyskryminowani w
        stosunku do polskich obywateli.

        Polska ma jednakże w ręku silne argumenty, które są w stanie odeprzeć
        niemieckie żądania. Obok racji historyczno-moralnych wymienić należy fakt, iż
        wypędzeni otrzymali już od niemieckiego skarbu państwa częściowe odszkodowania,
        ponadto przejęcie niemieckich nieruchomości w latach 1945-47 znajdowało oparcie
        w prawie międzynarodowym, w tym w szczególności w Umowie Poczdamskiej,
        wreszcie, co najważniejsze, nieruchomości te przejęto jako reparacje wojenne,
        których Niemcy Polsce w gotówce nie wypłaciły, co ułatwiło szybką odbudowę
        gospodarczą Niemiec po wojnie.

        Autor jest prawnikiem, pisze pracę naukową na temat sytuacji prawnej Niemców w
        powojennej Polsce
      • przycinek.usa Komentuje prof. Anna Wolff-Powęska 13.07.04, 23:06
        Prof. Anna Wolff-Powęska, Instytut Zachodni, Poznań:

        Christoph von Marschall. znawca i życzliwy komentator stosunków polsko-
        niemieckich, daje niezwykle uczciwy przegląd wielce skomplikowanej materii,
        jaką są gromadzące się niczym czarne chmury nad Polską różne roszczenia
        odszkodowawcze. Jednocześnie przybliża swoim czytelnikom stan ducha większości
        Polaków; blisko 60 lat od zakończenia II wojny głównym źródłem antagonizującym
        dziś oba społeczeństwa jest podstępna spuścizna wojny i nieuregulowanych
        kwestii prawnych - widmo niebotycznych spłat.

        Nie ma łatwego wyjścia z tej sytuacji. Szkoda że w tych okolicznościach
        większość naszych posłów koncentruje się na wskazywaniu winowajców lub
        poszukiwaniu rewanżu. Brakuje natomiast, choćby w polsko-niemieckiej grupie
        parlamentarnej, inicjatyw w kierunku rozwiązania tego węzła gordyjskiego. Z
        uwagi na kompleksowość zagadnienia krokiem w dobrą stronę mogłoby być
        porozumienie rządów państw-adresatów roszczeń. Byłaby to ważna polityczna
        deklaracja, być może pierwsza w Unii po jej rozszerzeniu próba wspólnych
        rozwiązań ze strony państw stojących w czasie wojny zarówno po stronie
        sprawców, jak i ofiar. Droga być może skomplikowana. U jej celu leży jednak
        pokój społeczny, bo przecież nie państwo, lecz obywatele, podatnicy staliby się
        w tym przypadku ofiara nowej niesprawiedliwości dziejowej.
        • przycinek.usa a ja dodam od siebie. Odetkalo nagle profesorow. 13.07.04, 23:08
          Rok temu smiali sie nam w twarz. Dzisiaj nagle martwia sie.

          Ciekawe co sie stalo?

          Moze sie profesorowie i prawnicy nagle douczyli?
          Caly rok im to zajelo. W sumie calkiem szybko jak na kadre naukowa.
          • klip-klap Re: a ja dodam od siebie. Odetkalo nagle profesor 13.07.04, 23:20
            Mozliwe,ze byla na to blokada,przeciez dziennikarze mieli wytyczne jak
            informowac(ha,ha,ha) o Unii. Teraz beda udawac ,ze wszystko ok i na czas.
            • przycinek.usa Re: a ja dodam od siebie. Odetkalo nagle profesor 13.07.04, 23:24
              problem w tym, ze Polska straci na tym kase. WASZA kase.
              Bo NIE kontrolujecie wlasnego panstwa.

              • klip-klap jak ? 13.07.04, 23:31
                A co niby radzisz?
                Kaczynski krzyknie:kara smierci! i juz banda matolow na niego zaglosuje,Belka ze
                skoczy z VIP-ami,PiS ze bedzie bronic lokatorow przed wlascicielami,SdPl ze
                zabierze bogatym,itd.
                To sa uroki demokracji naszej krotkiej. Kto ma kontrolowac,wyborca co po
                tygodniu zapomina o machlojach ?

                Nie wiadomo kto w istocie rzadzi,bo wszedzie pelno agentow i TW. Wiec jak niby
                mamy to kontrolowac?
    • klip-klap skoro nawet gazeta o tym pisze 15.07.04, 11:57
      to znaczy,ze zarty sie skonczyly

      Anna Rubinowicz-Gründler, Berlin 13-07-2004, ostatnia aktualizacja 13-07-2004 19:21

      Oczekiwanie na to, że niemiecki prezydent lub kanclerz zrzekną się roszczeń
      majątkowych w imieniu wszystkich Niemców, jest nierealistyczne ze względów
      politycznych. Co gorsza, sytuacja prawna może się okazać niekorzystna dla Polski

      Ostrzegają przed tym niektórzy niemieccy eksperci i komentatorzy. Dostrzegają
      oni panujące w ostatnim czasie napięcie w stosunkach między Polską a Niemcami
      wywołane kwestią ewentualnych roszczeń odszkodowawczych niemieckich wypędzonych.
      Największe dzienniki opiniotwórcze krytycznie odnotowały polską dyskusję o tym,
      czy żądać od Niemiec reparacji wojennych, i uchwałę Sejmu, iż kwestie majątkowe
      uznajemy za zamknięte i nie podporządkujemy się orzeczeniom międzynarodowych
      trybunałów w tej materii.

      W ciągu najbliższych dwóch tygodni do Polski przyjadą obaj najwyżsi rangą
      niemieccy politycy: w czwartek nowy prezydent Horst Köhler, który nasz kraj
      obrał za cel swej pierwszej podróży zagranicznej, a 1 sierpnia kanclerz Gerhard
      Schröder. Niestety, żaden z nich nie ogłosi w Warszawie, iż obywatele Niemiec
      nie będą już zgłaszali żadnych roszczeń majątkowych wobec Polski. "(...) tego
      ani prezydent, ani kanclerz nie mogą powiedzieć. Inaczej ściągną wielomiliardowe
      roszczenia na rząd Niemiec" - stwierdza komentator poczytnego berlińskiego
      dziennika "Der Tagesspiegel" i znawca problematyki polsko-niemieckiej Christoph
      von Marschall. W komentarzu opublikowanym w poniedziałek von Marschall po raz
      pierwszy mówi wprost to, co nieoficjalnie od lat powtarzają niemieccy dyplomaci,
      posłowie i rządowi urzędnicy. Żaden rząd Niemiec, niezależnie od politycznych
      barw, nie weźmie na siebie odpowiedzialności politycznej i finansowej
      wynikającej z oczekiwanej przez Polaków deklaracji. "Trybunał konstytucyjny
      Niemiec uznał traktaty Willy'ego Brandta z krajami wschodnioeuropejskimi za
      zgodne z niemiecką konstytucją dlatego, że rząd Niemiec nie zrezygnował w nich z
      prywatnych roszczeń własnościowych Niemców w stosunku do mienia na utraconym
      wschodzie; rząd zresztą nie może tego uczynić. Dlatego we wszystkich
      polsko-niemieckich układach jest zdanie, że nie dotyczą one kwestii
      własnościowych" - pisze publicysta.

      Niemcy - z wyjątkiem kręgów w rodzaju związanego z wypędzonymi Powiernictwa
      Pruskiego - zdają sobie sprawę z tego, że z politycznego i moralnego punktu
      widzenia jest niewyobrażalne, aby Polska, pierwsza ofiara wojny, musiała zwrócić
      niemieckim wypędzonym ich dawne majątki lub wypłacić za nie odszkodowania.
      Jednak publicysta "Tagesspiegla" nie jest jedynym, który ostrzega Polaków, że
      sytuacja prawna nie jest jednoznaczna i może się okazać niekorzystna dla Polski.

      Dlaczego? Z powodu skomplikowanych zaszłości historycznych i legislacyjnych
      zaniedbań po 1989 r. "Polska bowiem do dziś nie dokonała jednolitej regulacji,
      jak postępować z nieruchomościami upaństwowionymi za komunizmu. Co gorsza,
      powojenne rządy w Polsce - m.in. pod presją ZSRR - uznały nowe granice i nową
      sytuację własnościową, zrezygnowały z odszkodowań od wschodnich sąsiadów i z
      reparacji od zachodnich. Dlatego Polska sama jest odpowiedzialna za
      odszkodowania dla polskich wypędzonych [tj. dla zabużan - red.]. Ostatnio Polska
      zwraca także nieruchomości organizacjom żydowskim i polskim obywatelom - to
      precedensy, na które mogą się powoływać niemieccy wypędzeni" - pisze von Marschall.

      Na unijny zakaz dyskryminacji chcą się powoływać zwłaszcza liderzy Pruskiego
      Powiernictwa. Szef rady nadzorczej PP Rudi Pawelka poucza na prelekcjach swych
      słuchaczy, że to najpewniejsza droga do odzyskania majątków lub uzyskania
      odszkodowań przed europejskimi trybunałami. Zdania niemieckich prawników są
      podzielone. Podczas marcowej konferencji prawników zorganizowanej przez Związek
      Wypędzonych wielu cenionych w tym środowisku specjalistów wyrażało się
      sceptycznie o szansach poszkodowanych Niemców na wywalczenie na drodze sądowej
      prawa do powrotu lub odszkodowań.

      Jednak inni eksperci, a także komentator "Tagesspiegla", nie wykluczają takiego
      zagrożenia dla Polski, m.in. dlatego że - zdaniem von Marschalla - Polska nie
      uchwaliła w porę "inteligentnej ustawy o zwrocie nieruchomości, odszkodowaniach
      lub rezygnacji z obu". Także i on obawia się więc argumentu w postaci unijnego
      zakazu dyskryminacji. Teraz - dodaje - "Polakom pozostaje tylko nadzieja, że
      europejscy sędziowie znajdą jakieś wyjście, aby naprawić zaniedbanie, wyjście,
      które pojedna prawo i sprawiedliwość".

      wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2178225.html
    • klip-klap z Rzepy 15.07.04, 12:05
      Z Niemcami bez opcji zerowej

      BARTOSZ JAŁOWIECKI

      (...)

      Historia uczy, że kiedy Niemcy podają się za ofiary, inne narody powinny wytężyć
      słuch i przetrzeć oczy. A my, Polacy, w szczególności. Badania wskazują, że
      większość obywateli zamieszkujących ziemie zachodnie i północne, tak właśnie
      czyni. Mieszkańcy tych terenów obawiają się niemieckich roszczeń majątkowych, na
      co słusznie reagują polscy parlamentarzyści. W marcu Sejm przyjął prawie
      jednogłośnie uchwałę, w której oficjalnie uznał wszystkie kwestie związane z
      przejęciem przez Polskę majątków po byłych przesiedleńcach z ziem odzyskanych za
      ostatecznie zamknięte i w żaden sposób niepodlegające rozpoznaniu przez
      trybunały europejskie. Stwierdził, że Polska nie będzie związana jakimkolwiek
      orzeczeniem przyjętym przez instytucje Unii Europejskiej w tych sprawach i
      zobowiązał rząd do oświadczenia tego państwom członkowskim Wspólnoty.

      Dla "władzy ludowej" głos ludu jednak nigdy nie miał szczególnego znaczenia. Tak
      więc wywodzący się z peerelowskich elit rząd SLD - UP ciągle ignoruje kwestię
      niemieckich roszczeń. Na początku tego roku w "Sygnałach dnia" w Programie 1
      Polskiego Radia minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz stwierdził,
      że indywidualne procesy Niemców "nie mogą się toczyć przed innymi instytucjami
      niż sądy polskie, bo nic za granicą nie jest właściwe do rozpatrywania kwestii
      własnościowych w Polsce". A na pytanie jednej z polskich gazet, z jakich powodów
      MSZ nie wykonał uchwały sejmowej i nie przesłał oświadczenia państwom Unii,
      rzecznik resortu oświadczył: "Nie mam informacji, dlaczego ani czy istniał taki
      wymóg".

      Teraz, kiedy w Strasburgu Europejski Trybunał Praw Człowieka przyjmuje kolejne
      skargi Niemców Sudeckich na Republikę Czeską, a w Luksemburgu przesiedleńcy
      składają do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i Parlamentu Europejskiego
      przychylne sobie opinie autorytetów prawa międzynarodowego odnoszące się do
      kwestii tzw. wypędzeń i wywłaszczeń, rząd włącza pierwszy bieg i zaczyna
      dopuszczać myśl, że Polska może również być pozywana za granicą. Ale woli się
      nie rozpędzać. Piórem Renaty Kowalskiej z MSZ, rząd wyraził właśnie "poważne
      wątpliwości, czy ETPC mógłby kiedykolwiek potraktować potencjalne roszczenia
      niemieckich wypędzonych przeciwko Polsce w sposób podobny do roszczeń
      zabużańskich" ("Rz" z 8 lipca).

      Żadnych wątpliwości nie ma za to wiceminister spraw zagranicznych Jakub Wolski.
      Jest on absolutnie przekonany o tym, że wszelkie roszczenia zostały uregulowane
      ostatecznie na etapie zjednoczenia Niemiec. Niedawno w Sejmie tak się wypowiadał
      na ten temat: "Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec, tzw.
      traktat 2+4 podpisany w Moskwie przez Stany Zjednoczone, ZSRR, Wielką Brytanię,
      Francję, Niemcy, NRD 12 września 1990 r., zamyka wszelkie sprawy wynikające z
      drugiej wojny światowej, w tym rozliczenia o charakterze odszkodowawczym".

      Jednak praktyka zainteresowanych państw jednoznacznie wskazuje, że traktat tych
      kwestii nie zamyka. Same mocarstwa-strony traktatu 2+4 (USA, Francja, Wielka
      Brytania i ZSRR) w dwa tygodnie po jego podpisaniu zawarły z Niemcami dodatkową
      umowę w formie wymiany not dodatkowo chroniącą ich powojenne działania wobec
      majątków niemieckich. W przypadku Stanów Zjednoczonych formalna deklaracja o
      niedochodzeniu od Niemiec reparacji została wyciągnięta jeszcze dalej w
      przyszłość i złożona dopiero w lipcu 2000 r.

      Również na płaszczyźnie stosunków polsko- -niemieckich traktat 2+4 niewiele
      pozamykał. Mieliśmy po nim umowę Kastrup - Żabiński (świadczenia dla ofiar
      nazizmu), wymianę listów do traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej
      współpracy (kwestie majątkowe) oraz wspólne oświadczenie (odszkodowania za pracę
      niewolniczą i przymusową). Minister Wolski powinien o tym wiedzieć.

      Polska jest chyba w tej chwili jedynym krajem, którego doktryna prawa
      międzynarodowego traktuje traktat 2+ 4 za równoznaczny z traktatem pokojowym.
      Sami Niemcy nie we wszystkich przypadkach uznają go za taki. Dla Berlina
      zastępuje on traktat pokoju wyłącznie w sytuacjach, kiedy inne umowy zawarte z
      aliantami w latach 1949 -1989 do takiego traktatu się odnoszą.

      Takie różnice w interpretacji prawa składają się na opisane przez Gontarskiego i
      Hamburę przypadki zachęcania przez władze niemieckie obywateli RFN do
      podnoszenia roszczeń wobec Polski. Przytoczone przez tych autorów przykłady
      dowodzą, jak za pojednawczym tonem części berlińskich elit kryje się spora
      aktywność mająca na celu wyrządzenie Polsce poważnej szkody. Polski rząd musi
      przestać chować głowę w piasek i udawać, że nic się nie dzieje. Czas publicznie
      przyznać, że nie wszystkie kwestie odszkodowawcze zostały ostatecznie
      uregulowane, a dotyczy to w szczególności reparacji wojennych.

      W kilkunastoletniej historii stosunków wolnej Rzeczypospolitej z Niemcami rzadko
      powracaliśmy do spraw reparacji. Kierowaliśmy się idealizmem. Woleliśmy nie
      precyzować zakresu zrzeczenia się reparacji z 1953 wobec Niemiec wschodnich.
      Także w procesie 2+4 (1990), podczas negocjacji umowy o dobrym sąsiedztwie i
      przyjaznej współpracy (1991), w procedurze przystępowania do europejskiej
      konwencji praw człowieka i podstawowych wolności (1993) czy negocjacji traktatu
      akcesyjnego (2002) wiele przemilczeliśmy, licząc na niemiecką wielkoduszność.
      Przeliczyliśmy się. Nasze uczucia nie zostały odwzajemnione.

      Przyjazna postawa Polski nie zachęciła kolejnych rządów RFN do zaprzestania
      współfinansowania środowisk "wypędzonych". Sami "wypędzeni" raczej nie
      przekonali się do idei pojednania. Wręcz przeciwnie. Związek Wypędzonych zamiast
      się rozwiązać, kwitnie. Nowe pokolenie działaczy, urodzonych i wychowanych w
      dobrobycie Republiki Federalnej Niemiec, ze wzmożoną energią przystępuje do
      działań antyczeskich i antypolskich. Rosję jakoś ciągle omijają, bo jest duża i
      silna. Jeszcze nigdy w historii RFN inicjatywy Związku nie miały tak szerokiego
      poparcia na niemieckiej scenie politycznej. Doskonale widać to na przykładzie
      Centrum przeciwko Wypędzeniom, którego zwolennikami są prominentni chadecy,
      socjaliści i liberałowie, a środki na jego budowę wpłynęły już od ponad 400
      niemieckich miast i gmin.

      Gdybyśmy w tej sytuacji, jak sugerują Gontarski i Hambura, wybrali opcję zerową
      i zrzekli się wszelkich roszczeń wobec Niemiec w imieniu państwa polskiego i
      polskich obywateli w zamian za podobny ruch po stronie niemieckiej, to
      postąpilibyśmy w duchu dotychczasowej linii. Co więcej, de facto uznalibyśmy, że
      wojenne rachunki krzywd Polaków i Niemców są porównywalne. Byłoby to niemoralne,
      ale i nierozsądne. Decydując się na taki krok prawdopodobnie nie uchronilibyśmy
      się także przed zagrożeniem ze strony środowisk "wypędzonych".

      Prawo międzynarodowe ma już własne mechanizmy pozwalające ominąć rządy i ich
      poparcie dla jednostki w dochodzeniu jej roszczeń. Spadkobiercy "wypędzonych" są
      majętni, zawzięci i dobrze zorganizowani. Będą przeciwko nam wykorzystywali
      każdy katalizator prawny, łącznie z ewentualną ustawą reprywatyzacyjną.
      Jakiekolwiek zrzeczenia rządu RFN mogłyby się okazać niewystarczające. W sądach
      w Polsce, jak również za granicą musimy się liczyć z tym, że przegramy niektóre
      sprawy.

      Dlatego w rozmowach z Niemcami Polska winna przyjąć bardziej historycznie
      adekwatną postawę. Przy okazji nadchodzącej 60. rocznicy wybuchu powstania
      warszawskiego, trzeba wrócić do kwestii reparacji. Posłowie muszą wymusić na
      rządzie przedstawienie propozycji zakresu zrzeczenia się ich z 1953 r. To
      Polska, jako państwo, któremu przysługują reparacje, decyduje, w jakim stopniu
      zamierza je pobierać. Takie jest nasze prawo. Czas, by z niego zacząć korzystać,
      gdy ze swych "praw" korzystają inni.

      Autor jest koordynatorem programowym Nowej Inicjatywy Atlantyckiej działającej
      przy American Enterprise Institute w Waszyngtonie (www.aei.org/nai); byłym
      przewodniczącym Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie

      http://www.rzeczpospolita
    • przycinek.usa Powiernictwo Pruskie chce wysiedlać Polaków 20.07.04, 04:43
      Pruskie pojednanie

      Powiernictwo Pruskie chce wysiedlać Polaków z Pomorza, Warmii i Mazur

      Aleksandeer von Waldow po raz pierwszy swój rodzinny majątek chciał odzyskać
      na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dziś jest przekonany, że
      dzięki Trybunałowi w Strasburgu majątek odzyska w ciągu najbliższych lat.


      MATEUSZ WYRWICH



      Osiemnastowieczny biały kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny
      kontrastuje z niebem wieczoru i zasłoną zieleni. Osadzony na niewielkim
      wzniesieniu patrzy oknami dzwonnicy w kilometrową przestrzeń. Nieco dalej
      neogotycka wieża w angielskim stylu wywyższa lewy szczyt pałacu pobudowanego w
      1863 roku na zamówienie Roberta Fridricha von Waldow. Założyciela dóbr w
      Meretin. U jej dołu rozciąga się folwark z kilkunastoma budynkami zbudowanymi z
      czerwonej cegły pruskiego muru.

      Rodzinne gniazdo

      Meretin zostało założone w blisko połowie czternastego wieku przez niemieckiego
      rycerza Woldera. Gniazdem dla rodziny von Waldow, linii Hammer Berstein,
      Meretin stał się od 1721 roku. Wówczas folwark z kilkuset hektarami kupił
      Sigismund. Jego grób i małżonki Ulli leży w końcu pałacowej alei z
      napisem: „Die liebe horet nimmer auf” (Miłość nigdy nie ustaje). Meretin to
      dzisiejszy Mierzęcin. Położony blisko sto czterdzieści kilometrów od Poznania i
      pięćdziesiąt od Gorzowa Wielkopolskiego. W czasie wojny pałac i zabudowania nie
      zostały zburzone. Do lat dziewięćdziesiątych właścicielem dóbr był PGR, który
      doprowadził posiadłość do ruiny. W 1998 roku kupiła ją spółka, której
      właścicielami są Piotr Nowakowski i Piotr Olewiński. Pałac i folwark po latach
      powstał z ruin, a jego renowacja była wielokrotnie nagradzana wyróżnieniami
      Generalnego Konserwatora Zabytków - za kunszt pracy konserwatorskiej.

      Powrót przodka

      Wysoki, rześki mężczyzna w jasnym prochowcu z górą sześćdziesięcioletni
      spacerował po sierpniowym Mierzęcinie 1986 roku. Od czasu do czasu klął po
      niemiecku. Szczegółowo oglądał budynki. Wzbudzał zainteresowanie ówczesnej
      milicji. Pytany o dociekliwość odpowiadał, że mieszkał tu i szuka wspomnień.
      Nazywał się Aleksander von Waldow. Był zamożnym profesorem architektury.
      Wykładał między innymi na uczelniach w Koloni. Przez ponad piętnaście lat
      projektował dla hiszpańskich kontrahentów.

      Po raz wtóry profesor architektury odwiedził Mierzęcin i Dobiegniew w 1990
      roku. Zwrócił się wówczas do władz gminy o zwrot majątku. Jego zachowanie
      ożywiło lęki mieszkańców „ziem odzyskanych” o stabilność własności. Jednak w
      gminie wyśmiano go i poradzono, by w tej sprawie rozmawiał z urzędem
      wojewódzkim. Waldow skierował więc pismo do urzędu o zwrot majątku. Odpowiedź,
      jaką uzyskał od polskiego MSZ nie zadowoliła go. Ponowił propozycję wobec władz
      samorządowych cztery lata później. Zaproponował założenie fundacji, z
      większościowym kapitałem dla gminy. Ta jednak propozycji Niemca nie wzięła pod
      uwagę. W zamian bowiem, w nieodległej przyszłości, oczekiwał zwrotu majątku. –
      Był bardzo miły. Uśmiechnięty. Twarz nabierała nieprzyjemnego wyrazu, kiedy
      mówiliśmy, że nic z tego interesu nie wyjdzie – wspomina po latach wizytę
      Aleksandra von Waldow Tadeusz Kałuziak, zastępca burmistrza miasta i gminy
      Dobiegniew.

      Ratować zabytki

      Piotr Nowakowski i Piotr Olewiński z Poznania, przyjaciele z lat szkolnych i
      studenckich, w końcu lat siedemdziesiątych postanowili założyć własną firmę
      produkującą farby. Denerwowała ich intelektualna stagnacja na uczelni i brak
      finansowych perspektyw. Pozycję pracowników naukowych zamienili więc na
      status „prywaciarzy”. Dziś ich spółka jest znanym w kraju i za granicą
      producentem farb i lakierów. Zatrudniają kilkaset osób. Kiedy w połowie lat
      dziewięćdziesiątych zastanawiali się nad budową ośrodka wypoczynkowego dla
      załogi zdecydowali, że nie będą wznosić nowych obiektów, a restaurować stare. -
      Doszliśmy do przekonania, że lepiej ratować podupadający zabytek, niż tworzyć
      coś nowego – podkreśla Piotr Olewioński.



      Uważał, że to jego własność

      Spółka, za niewielkie pieniądze, kupiła dobra mierzęcińskie - folwark i pałac -
      podczas przetargu w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.
      Rychło okazało się, że renowacja będzie kosztowała zdecydowanie więcej niż
      pierwotnie szacowano. Dodatkowych kosztów przysporzyło poszukiwanie planów
      pałacu i majątku w niemieckich archiwach. Okazało się, że ich nie ma.
      Postanowili zatem zwrócić się do Aleksandra von Waldow o udostępnienie
      dokumentacji architektonicznej. Uzyskali jedynie kilka, tuż przedwojennych,
      zdjęć obiektu. - Również rzut pałacowego parteru narysowany w taki sposób, że
      nie stanowiło to nawet rysunku technicznego. – Uzupełnia Piotr Nowakowski. –
      Ale też von Waldow zdecydowane napisał, że właścicielem Meretin jest on i jego
      rodzina, a nie my.

      Mimo to wywiązała się korespondencja pomiędzy nowymi właścicielami a
      przedwojennym. Wreszcie spotkali się w Polsce w 1998 roku. - Myśleliśmy, że
      przyjedzie butny Niemiec strzelający obcasami w esesmańskim stylu – opowiada
      Piotr Nowakowski. – Okazało się, że przyjechał sympatyczny starszy pan. Jednak
      w delikatny sposób cały czas podkreślał swoje prawa do Mierzęcina. Mimo to,
      zdecydowaliśmy, że dla pojednania będziemy współpracować.

      Stwarzać wrażenie

      Aleksander von Waldow był tego samego zdania. Uważał, że coraz częściej
      powinien odwiedzać pałac. Jak zwierzył się jednemu ze znajomych: „By pilnować
      swego i sprawiać wrażenie, że odbudowa folwarku i pałacu odbywa się pod jego
      kierownictwem”. Faktycznie bywał w Mierzęcinie kilka razy do roku. Jego udział
      w restauracji był jednak żaden. Waldow bowiem niewiele pamiętał obiekt sprzed
      wojny. Odbudowę pałacu ukończono w 2002 roku. Na uroczysty bankiet, we
      wrześniu, przybyła ośmioosobowa rodzina byłych właścicieli. W programie
      uroczystości było zapalenie świec w pałacowym żyrandolu. Na poziomie dwóch
      rodzin miał to być symboliczny gest pojednania pomiędzy Polakami a Niemcami.
      Świece zapalały dzieci Piotra Nowakowskiego i Piotra Olewińskiego. Wspólnie z
      ostatnią niemiecką mieszkanką Mierzęcina Irmą von Waldow. – Był to też
      symboliczny akt przekazania niemieckiego Meretin w polskie ręce - opowiada
      Piotr Nowakowski. - W tej uroczystości brał udział Aleksander, który
      przywoływał co i rusz słowa: Dona nobis pacem (Obdarz nas pokojem).

      Kilka miesięcy później, wiosną 2003 roku, na przyjęciu urodzinowym kuzynki
      Waldowa w Mierzęcinie odbył się konkurs rysunkowy. Wówczas to Aleksander
      namalował most, a na nim człowieka. Podpisał obrazek „Most pomiędzy narodami”. -
      Znowu symbol pojednania – podkreśla Piotr Olewiński.

      Polska prowokacja

      Wczesną jesienią 2003 Waldow, bez wiedzy właścicieli, przyjechał do pałacu z
      telewizją Deutsche Welle. W wywiadzie, jakiego udzielał mówił między innymi, że
      Mierzęcin należy do niego. Dodał przy tym, że spółka Olewińskiego i
      Nowakowskiego może bezpłatnie dzierżawić posiadłość przez 10, 20 lat, bo
      zainwestowała w jego odbudowę duże pieniądze. W niedługi czas później powtórzył
      swoje stanowisko w rozmowie z dziennikarzem dziennika „Rzeczpospolita”. Dodał
      też: „crying...)hitlerowskie Niemcy nie napadły na Polskę bez powodu. Po pierwsze
      związana traktatami z Francją i Anglią Polska zagrażała Niemcom. Po drugie nie
      respektowała praw mniejszości niemieckiej. Po trzecie pragnęła włączyć
      zamieszkane przez Niemców Wolne Miasto Gdańsk do swego terytorium(...)”. -
      Wypowiadał zdania zupełnie niedopuszczalne dla nas – podkreśla Nowakowski. -
      Dowiedzieliśmy się też, że jest wiceprzewodniczącym Preussische Treuhand
      (Pruskie Powiernictwo). Organizacji, która postawiła sobie za cel odebranie
      byłych niemieckich majątków w Polsce. W tej sytuacji absolutnie nie mogliśmy
      zaakceptować obecności te
      • przycinek.usa dokonczenie i link: 20.07.04, 04:45
        tego pana w Mierzęcinie. O czym go poinformowaliśmy.

        Ład przedjałtański

        Tymczasem okazało się, że od kilku lat Aleksander von Waldow bywał na
        spotkaniach u Eriki Steinbach. Czynnie również wspierał jej kampanię wyborczą.
        Od lat był też w bliskich kontaktach z Hansem Gunterem Parplies’em,
        wiceprzewodniczącym Związku Wypędzonych. Waldow w czasie, kiedy „jednał” się z
        Polakami w Mierzęcinie, zapewniał też w Austrii na kongresie „Mut Zur Ethik”,
        że obwiązującą mapą dla Niemiec jest ta z 1939 roku. Jako współzałożyciel
        Preussische Treuhand rysował też nową wizję Europy. A w niej twór o
        nazwie „Centropa”. W organizm ten, według polityków Powiernictwa, wchodziłoby
        polskie Pomorze, Warmia i Mazury, jak również część Obwodu Kaliningradzkiego.

        Ziemie te miałyby być wyłączone spod jurysdykcji Polski i Rosji. I poddane pod
        zarząd UE. Polacy natomiast mieliby być stamtąd wysiedleni. Osiedleni natomiast
        Niemcy. Polacy w zamian za to mogliby otrzymać bony, za które mogliby wykupywać
        swoje posiadłości na dawnych, wschodnich terenach Polski. – Nie wiem, czy taki
        jest tylko Aleksander, czy jest ich więcej? – zastanawia się Piotr Olewiński. –
        Wiem na pewno, że nie jest mi miło słyszeć, kiedy Waldow mówi na łamach Die
        Zeit, „Mam przyjaciela w Mierzęcinie, który kupił od przestępczego państwa
        polskiego kradziony towar i będzie go musiał oddać”. Mam żal do naszych władz,
        że nie załatwiły z Niemcami problemu zwrotu mienia jednoznacznie. Bo to pozwala
        na nieprzyjemnie i, jak widać, dowolne interpretacje.

        Tymczasem Aleksander von Waldow wystąpił do Trybunału Praw Człowieka w
        Strasburgu z wnioskiem o zwrot pałacu, folwarku i blisko pięciu tysięcy
        hektarów ziemi.

        Mateusz Wyrwich



        kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1175646&KAT=245
      • klip-klap Re: Powiernictwo Pruskie chce wysiedlać Polaków 20.07.04, 11:54
        Podwójna gra Berlina


        Wbrew zapewnieniom prezydenta Niemiec Horsta Koehlera o rezygnacji z roszczeń
        rząd niemiecki udziela pośredniej pomocy byłym właścicielom w podjęciu decyzji o
        pozwaniu państwa polskiego do sądu o zwrot mienia. Niemcy zorientowali się, że w
        wielu przypadkach w polskich księgach wieczystych obywatele niemieccy do dzisiaj
        figurują jako właściciele. Wobec powyższego Federalny Urząd do Spraw Odszkodowań
        w Bad Homburg sprawdza zasadność wypłaconych przesiedleńcom przed laty
        odszkodowań za utracone mienie.
        Każdy, kto nie udowodni, że przy wyjeździe jego nazwisko zostało skreślone z
        ksiąg wieczystych w Polsce, a tym samym utracił dom czy ziemię, musi oddać do
        kasy państwowej 4 tys. 600 euro. Znając niemieckich urzędników, sprawdzą oni
        wszystkie przypadki wypłacenia odszkodowania, a jest ich miliony.
        Prowadzi to do tego, że nawet obywatele niemieccy, którzy do tej pory nie nosili
        się z zamiarem skarżenia Polski, postawieni przed alternatywą: zwrot pieniędzy
        albo odzyskanie mienia od Polaków, będą z pewnością wybierać tę drugą możliwość.
        Fala procesów będzie z pewnością prowadzona przy pomocy organizacji Pruskie
        Towarzystwo Powiernicze, która oficjalnie jest instytucją prywatną i nie podlega
        władzom niemieckim. Tym samym rząd niemiecki, "napędzając" jej potencjalnych
        nowych członków, pośrednio popiera działania roszczeniowe tej organizacji.
        Na to dwulicowe prowadzenie polityki przez Niemcy zwracana była wielokrotnie
        uwaga na łamach prasy polskiej. Rząd niemiecki podpisuje umowy międzynarodowe,
        wypowiada się ustami polityków, że nie ma roszczeń wobec Polski, a jednocześnie
        sprawy majątkowe pozostawia swoim obywatelom jako osobom prywatnym i udziela im
        potajemnie wszelkiej pomocy, zarówno prawnej, jak i finansowej.
        Nie na darmo kanclerz Schroeder ogłosił się naszym adwokatem przy przystępowaniu
        do Unii, a następnie zmienił szaty i przywdział togę prokuratora...
        Henryk Przemyski
        www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040720&id=sw02.txt
    • klip-klap Dziennik Polski 20.07.04, 12:03
      480 mld dolarów strat

      Na tyle prof. Alfons Klafkowski wyliczył zniszczenia materialne Polski
      poniesione wskutek agresji niemieckiej

      (INF. WŁ.) Jeżeli sądy polskie lub Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekną,
      że obywatelom niemieckim należą się odszkodowania za mienie pozostawione na
      terenach, które w 1945 r. weszły w skład państwa polskiego, to ich wypłatę
      powinien wziąć na siebie niemiecki rząd - przekonują politycy Polskiego
      Stronnictwa Ludowego(...)

      Według posła Dobrosza nic nie stoi na przeszkodzie, aby obywatele niemieccy,
      którzy zostali wysiedleni po wojnie z terytorium państwa polskiego, zostali
      zaspokojeni w swoich roszczeniach. - Ciężar odszkodowań musi jednak na swoje
      barki wziąć państwo niemieckie. Polska przecież nie żąda od Ukrainy, Białorusi,
      Rosji czy Litwy pokrycia odszkodowań, jakich domagają się tzw. Zabużanie, czyli
      Polacy wypędzeni ze swoich domostw na wschodzie.
      Nasz rozmówca przypomina, że Niemcy, którzy określają się mianem wypędzonych,
      wspierani są z budżetu federalnego. - Prawdą jest też i to, że rząd niemiecki
      poucza ich, aby z żądaniami odszkodowawczymi zwracali się do rządu polskiego i
      naszego wymiaru sprawiedliwości - mówi Janusz Dobrosz(...)

      Prof. Alfons Klafkowski, wybitny znawca problematyki, oszacował i przedstawił w
      1988 r. wyliczenia, z których wynika, że straty materialne Polski poniesione
      wskutek agresji niemieckiej to równowartość 480 mld dolarów (gdyby doliczyć
      odsetki za 16 lat od tej sumy, to trzeba byłoby mówić o kwocie wyższej niż 500
      mld dolarów)(...)

      Prof. Andrzej Jaeschke, senator SLD, politolog z Akademii Pedagogicznej w
      Krakowie, ucina krótko: - Mówienie o jakichkolwiek odszkodowaniach dla obywateli
      niemieckich jest bezprzedmiotowe. Stanowisko obu zainteresowanych rządów w tej
      materii jest jednoznaczne. I polski, i niemiecki odrzucają taką możliwość. Tą
      sprawą nie powinno się grać, straszyć ludzi, antagonizować narody, wywoływać
      upiory z przeszłości.
      WŁODZIMIERZ KNAP

      dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/07.19/Kraj/12/12.html
    • przycinek.usa Interia o roszczeniach 18.08.04, 19:25
      fakty.interia.pl/news?inf=529918
      ciekawe. wklejam tylko link.
    • przycinek.usa nagonka 19.08.04, 19:12
      Artykuł Nathaniela Poppera w żydowskim piśmie "Forward" z 6 sierpnia 2004 r.
      nawołuje Żydów i Niemców, by wspólnymi siłami zaspokajali swoje roszczenia
      przeciw Polsce. Tekst nosi znamienny tytuł: "Bitwa roszczeniowa rozszerza się
      na polski front".



      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040819&id=my12.txt
      (...)Popper cytuje Żyda, doradcę prezydenta Clintona, Stuarta Eizenstata: "Jest
      rzeczą wysoce niemoralną, że rząd USA nie poparł żydowskich roszczeń wtedy,
      kiedy Polska przystępowała do NATO i do Unii Europejskiej".
      Podobny antypolski artykuł opublikował Jabeen Bhatti w "The Wall Street
      Journal" z 11 sierpnia 2004 r., z podróży do Legnicy, pod tytułem "Echa wojny.
      Wypędzeni z Polski w 1945 roku Niemcy chcą odzyskać majątki; po przystąpieniu
      Polski do Unii Europejskiej zgłoszono tuziny roszczeń do ziemi; wielu Polaków
      jest przerażonych". Autor pisze, że polscy żołnierze "wypędzili" Niemców z ich
      domów,(...)
Pełna wersja