leny20-4-7
09.06.17, 18:36
Nie dalej jak miesiąc temu, z ZImnym wszedłem w dyskusję m.in. o nadzwyczajnej kaście ludzi.
Z moich obserwacji wynikało, że środowisko śędziowskie "samo się nie oczyszcza" w związku z tym zapowiedziałem, że chociaż nie podoba mi się styl i po części forma propozycji wprowadzenia zmian w sądownictwie "ten kraju", to jestem w stanie przymknąc na to oko, chyba że ktokolwiek wskaże mi przykłady UKRANIA sędziego...podkreślę UKRANIA=wyrzucenia z palestry, bo przeniesienie do innego oddziału żadną karą przeciez nie może byc uznane.
i do dziś cisza...aż nie chce się wierzyc, że po "25latach wolności" nie ma przykładów podziekowania za służbę czarnym owcom...przynajmniej nikt nie wpisał.
Dziś za to wpisuję kolejny przykład, po którym mówię donośne...Panie Ziobro, weź Pan to zaoraj!!!
"Władysław W. chciał sprzedać holenderskim inwestorom kamienicę. W tym celu pobrał od nich 6 mln zaliczki, ale... umowy nie podpisał. W tym samym czasie przypomniał sobie o dwójce nieślubnych dzieci. Skontaktował się z ich matką i wniósł do sądu o zawarcie ugody alimentacyjnej. Na jej mocy miał płacić 100 tys. zł alimentów miesięcznie (!) oraz wyrównać zaległości alimentacyjnej z kilku poprzednich lat. Strony wspólnie stwierdziły, że do zapłaty jest okrągłe 6 mln zł zaległych alimentów. Skąd takie kwoty? Otóż metoda "na alimenty" to stary trik wszystkich przekręciarzy, którzy próbują ukryć swój majątek przed wierzycielami. Zgodnie z obowiązującym prawem, jeśli sąd zasądzi alimenty, to mają one pierwszeństwo zaspokojenia przed wszystkimi innymi roszczeniami.
W ten oto sposób Władysław W. uchronił swój majątek (kamienicę) przed Holendrami, którzy przekazali mu wcześniej 6 mln zł tytułem zaliczki. Okazało się bowiem, że sędzia Beata R. z Poznania bezrefleksyjnie zgodziła się na sądowe zawarcie ugody alimentacyjnej. Holendrzy wnieśli sprawę o odzyskanie 6 mln zł do sądu. Uzyskali tytuł wykonawczy i skierowali sprawę do komornika. Ten zajął kamienicę, sprzedał ją na licytacji, ale cała uzyskana w ten sposób kwota pieniędzy trafiła do formalnie do nieślubnych dzieci Władysława W. Zgodnie z decyzją sędzi Beaty R. był on bowiem wobec nich potężnie zadłużony alimentacyjnie, a te długi miały pierwszeństwo w zaspokojeniu przed wszystkimi innymi długami. W ten oto sposób wierzyciela Władysława W., nie dość, że wtopili 6 mln zł, to jeszcze nic nie odzyskali.
Opisany powyżej przekręt przy współudziale sędzi Beata R. był aż tak chamski, że nie można było go ukryć. Sprawa trafiła przed sąd dyscyplinarny, który nie miał wątpliwości - za "rażące niedbalstwo" oraz "dotkliwe skutki wizerunkowe dla wymiaru sprawiedliwości" wydalił sędzię Beatę R. z zawodu, tj. zastosował najsurowszą możliwą karę dyscyplinarną.
I tutaj dopiero zaczyna się istota problemu. Sędzia Beata R. odwołała się bowiem od decyzji sądu dyscyplinarnego do Sądu Najwyższego (miała takie uprawnienie). Co zrobili sędziowie Sądu Najwyższego? Uznali, że wydalenie z zawodu był karą nazbyt dotkliwą. Mimo "rażącego niedbalstwa" postanowili przywrócić Beatę R. do zawodu i zmienić karę na mniej dotkliwą, tj. przeniesienie do innego sądu.
Beata R. trafiła ostatecznie do sądu w Rzeszowie, gdzie po orzekała w zaledwie dwóch sprawach i... zachorowała. Po roku przebywania na L4 Krajowa Rada Sądownictwa (KRS) przeniosła ją w stan spoczynku, co oznacza, że dożywotnio dostawać będzie 75 proc. otrzymywanego ostatnio uposażenia sędziowskiego (tj. między 5-6 tys. zł)."
roczne L4!!!
ładne dożywotnia pensja bez płacenia złotówki składki przez cały okres "sędziowania"...
ZAORAJ PAN TO PANIE ZBIGNIEWIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!