zwolennik_twardej_reki
24.10.17, 14:13
Prawdopodobnie OK jest we wlasciwy sposob utylizowac nawet niebezpieczne odpadki, ale wy sobie z wlasnego srodowiska robicie doslownie jaja.
Zanieczysczenia w ziemi siedza setki lat a usuwanie tego bedzie poza waszymi mozliwosciami jak was od koryta kiedys odetna. Moe znajdzie sie jakas polska Erin Brokovich, buahahaha.
Lokalsi to spoko, wymra na raka, reszta ucieknie. Ale jak syf wlezie do wod gruntowych ?
zaLczam ciekawsze fragmenty
Wiosną 2015 roku w lokalnym skupie złomu Skiba znajduje dziesiątki tajemniczych beczek. Wiele z nich ma zamazane etykiety, ale niektóre daje się odczytać: dichlorometan, szybko parująca substancja o właściwościach rakotwórczych, niebezpieczna dla skóry i oczu. Na innych beczkach symbole trupich czaszek.
– Skąd to? – pyta.
– Z wysypiska śmieci – mówią pracownicy skupu złomu.
W tym czasie mieszkańcy Szprotawy skarżą się na narastający słodkawy smród, pieką ich oczy, kaszlą i mają zawroty głowy.
Jak będziesz wnikał, to stanie ci się krzywda!
Latem Skiba fotografuje szlam wyciekający przez ogrodzenie składowiska na drogę publiczną i sąsiadujące pola uprawne. Dokumentuje przewracające się ogrodzenie, osuwiska śmieci, plamy po odciekach, usychające drzewa. Zawiadamia radę miejską, ta zwraca się do burmistrza, by zarządził kontrolę.
– Przyjechałem po dwóch tygodniach i było jeszcze gorzej, szlam lał się na drogę. Nabrałem trochę do butelki. Wtedy z zaparkowanego tira wyskoczył kierowca i rzucił się na mnie. Chwilę później przybiegł kierownik wysypiska.
Skiba zostaje pobity, ma rozdartą kurtkę, uszkodzony motor.
– Jak będziesz wnikał, to stanie ci się krzywda! – słyszy.
Cztery razy dzwoni na policję, która przyjeżdża po godzinie. W tym czasie napastnicy uciekają, tir wjeżdża na teren składowiska, na placu gaśnie oświetlenie. Policja nie próbuje nawet tam wejść.
Skiba jeździ pod wysypisko jeszcze wiele razy. Czasami w nocy. Widzi światła latarek, słyszy głosy i stukanie opróżnianych beczek. Jednego dnia, na początku 2016 roku, naliczył 156 ciężarówek, które wjechały na wysypisko. Rejestracje nie tylko polskie, ale też francuskie, niemieckie.
– Miałem kilka przypadków, że ciężarówka chciała mnie zepchnąć z drogi, więc na jakiś czas odpuściłem. Zrobiło się niebezpiecznie, a ja mam rodzinę przecież – mówi mi.
Skiba mieszka na szprotawskim osiedlu Sowiny, nieco ponad kilometr od wysypiska. Ma 47 lat. Kiedyś wojskowy, dziś pracuje w branży budowlanej.
Na początku 2016 roku fotografuje węże, którymi odcieki z wysypiska wylewane są na sąsiednie pola. W maju tego roku znów robi zdjęcia, znów zgłasza sprawę do miasta.
W czerwcu pod swoim domem widzi auta na francuskich rejestracjach, jacyś ludzie obserwują jego dom, wskazują palcami. Kilka dni później ktoś zarysowuje bok jego auta.
Idzie na policję. Słyszy, że jego zgłoszenie pobicia sprzed roku zniknęło z archiwów.
– Nie ma żadnego nagrania moich zgłoszeń, a dzwoniłem cztery razy.
Mieszkańcy informują się na Facebooku: „Wysypisko płonie!”
Wysypisko widać z podwórka domu moich kolejnych rozmówców.
– Nie potrzebujemy w sypialni lampki nocnej, tak czasami świeci z wysypiska, gdy w nocy pracują – śmieje się mieszkanka Sowin, dzielnicy Szprotawy. Do wysypiska ma niecałe 300 metrów.
– Gardło boli, oczy szczypią, w głowie się kręci, z nosa się leje. Ale jak udowodnię, że to od wysypiska?
Jak jest wiatr północny, północno-zachodni, to trzeba uciekać z podwórka. Okna szczelnie pozamykane i siedzimy w domu, wyjść się nie da.
Albo wyjeżdżamy. Jak zachodni, to na centrum miasta leci. Ale najgorsze te pożary. Któregoś razu obudziłam się w nocy, w domu pełno dymu, myślałam, że chałupa się pali. Ale wyszłam na podwórko i było czarno od dymu. Wiało w naszą stronę akurat.
Pożar na wysypisku wybucha w niedzielę 27 sierpnia, pod wieczór. Płonie pół hektara śmieci niewiadomego pochodzenia. Słup czarnego dymu widać z daleka, chmura szybko dryfuje w kierunku Szprotawy, niesie się na 5 kilometrów. Gasi go siedem zastępów straży. Nikt jednak nie informuje mieszańców Szprotawy o zagrożeniu, nie ma komunikatów w mediach, nie ma działań lokalnego centrum kryzysowego. Na stronie miasta pojawia się wieczorem jedynie krótki komunikat. Mieszkańcy informują się na Facebooku: „Zamykać okna! Wysypisko płonie!”.
– Było jak na wojnie. Nagle coś walnęło. Myśleliśmy, że na poligonie ćwiczą [kilkanaście kilometrów dalej brygada kawalerii pancernej ma poligony]. Wychodzę, patrzę, a tu dym leci z wysypiska. To te beczki wybuchały – mówi mieszkanka Sowin.
Następnego dnia wojewódzki inspektorat ochrony środowiska wydaje komunikat: „Próbki powietrza nie wykazały wartości stwarzających zagrożenie dla zdrowia mieszkańców”.
To pierwszy pożar w tym roku. Ale w zeszłym wysypisko płonęło trzykrotnie.
– Jesteśmy tak blisko, że słychać, jak stróże gadają na wysypisku. W nocy pracują, a przecież naszych komunalnych wtedy nie przywożą. Przez 15 lat urosła wielka góra. Przecież to nie ze Szprotawy. Ptaków mnóstwo, wielkie kruki, roznoszą śmieci po lasach, często szczątki zwierząt można znaleźć – mówi mieszkanka Sowin. – Wcześniej woda w studni była smaczna. Nadal wygląda na czystą, ale już nie jest dobra. Od dwóch lat wodę do picia kupujemy w sklepie.
Jadę do wsi Bobrzany, na północny zachód od wysypiska, pierwsze domy stoją tam w odległości 1,2 kilometra od hałdy śmieci.
Mirosław Ziętal, sołtys. – W tym roku mamy szczęście, wiało przeważnie na Szprotawę. Miasto ma przynajmniej pieniądze z tego wysypiska, a my ani grosza, tylko smród. Dziś rano okropnie śmierdziało, szedłem na grzyby akurat. Najgorzej, jak coś robią, jak tylko to ruszą. To okna nie otworzysz. Ludzie się boją o dzieci. Nie wiem, czy to w całości od tego wysypiska, no ale skądś to się bierze, w gminie notujemy wzrost zachorowań na nowotwory. Tu nie ma już zakładów przemysłowych, wszystko poupadało, najbliższy jest Kronopol w Żarach.
– W domu dwie astmy – dodaje żona sołtysa. – Ja i wnuczka. Skąd? Przecież mamy piękne lasy, Bory Dolnośląskie, z tej strony obszar Natura 2000.
No i szczury. Mieszkańcy okolicy sypią trutki, zakładają pułapki, ale nic to nie daje.
Wysypisko widać już z daleka, gdy jedzie się ze Szprotawy na Żagań. Ludzie mówią o niej ironicznie „nasza Śnieżka”. Ma powierzchnię 15 ha, wysokość kilkudziesięciu metrów. Powstało w 1998 roku, gdy zarząd miasta sprzedał teren prywatnemu właścicielowi. Dawniej miał służyć odpadom pohutniczym, ale huta padła, a z nią kilka tysięcy miejsc pracy, restauracje, kino, kręgielnia, scena, ośrodek kultury.