pepe49
01.04.23, 11:08
Specjalista patrzy na sprawę. Nie ma niemieckiego pochodzenia. Być może dlatego formułuje opinie w sposób nie spotykany w Polsce.
Prof. Samuele FURFARI
Profesor geopolityki Université Libre de Bruxelles. Autor książek dotyczących uzależnień energetycznych krajów w kontekście polityki globalnej. Prezes Europejskiego Stowarzyszenia Inżynierów i Przemysłowców.
wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-samuel-furfari-czy-polska-odrzuci-zla-polityke-energetyczna-narzucona-przez-niemcy/
Polska dobrze wie, co musi zrobić. Chciałbym, aby przejęła inicjatywę w zmianie polityki Brukseli/Strasburga, aby porzuciła sny, które doprowadziły nas do kontroli Władimira Putina nad naszą suwerennością energetyczną – pisze prof. Samuele FURFARI
Wojna na Ukrainie boleśnie ujawnia kilka niepowodzeń Unii Europejskiej. Ale podkreśla też wielkość narodu polskiego. Europejczycy są pełni podziwu dla odpowiedzialności władz i mieszkańców Polski, zwłaszcza za ich wielkoduszne przyjęcie Ukraińców uciekających przed śmiercią w wyniku niesprawiedliwej wojny prowadzonej przez Rosję. Ale, jak zawsze, w nieszczęściu można znaleźć rozwiązania, które pozwolą uniknąć w przyszłości takich samych trudności.
Obiektywnie rzecz biorąc, to energia znajduje się w centrum tej katastrofalnej sytuacji. Gdyby Rosja nie była tym, co geolodzy nazywają geologicznym skandalem, światowym gigantem w dziedzinie zasobów energetycznych (20 proc. światowego gazu, 6 proc. światowej ropy i 15 proc. światowego węgla), nie doszłoby do tego. To właśnie to bogactwo niezbędnej energii, energii, której świat tak bardzo potrzebuje, daje Władimirowi Putinowi buławę. Co więcej, UE jest w dużym stopniu uzależniona od rosyjskiej energii. Z jednej strony ze względów historycznych, ponieważ kraje, które ucierpiały pod dyktaturą sowiecką, musiały być klientami ZSRR. Z drugiej strony ze względu na to, że na wolnym rynku logiczne wydaje się kupowanie tam, gdzie cena jest niska, a biorąc jeszcze pod uwagę bliskość dostawcy, tak właśnie było w przypadku Rosji.
Rosnące zapotrzebowanie na energię doprowadziło do dalszego silnego uzależnienia UE od Rosji. Rosyjski gaz stanowi 45 proc. importu państw członkowskich UE. To import rzędu 150–170 mld m3 rocznie, w zależności od tego, jak bardzo surowe są zimy. Rosyjska ropa naftowa i produkty ropopochodne stanowią 33 proc. naszego importu, węgiel – 26 proc., a uran – 20 proc. Nie należy lekceważyć importu rosyjskiego oleju napędowego, ponieważ trudności administracyjne w UE i nadmierne ograniczenia środowiskowe osłabiły przemysł rafineryjny w Europie. Tak więc rafinerie rosyjskie, które nie podlegają naciskom ekologów w Brukseli/Strasburga, funkcjonują częściowo na potrzeby zasilania naszych pojazdów.
Od lat ostrzegam przed błędną polityką energetyczną UE. Pracując przez 36 lat jako urzędnik wyższego szczebla w Dyrekcji Generalnej ds. Energii Komisji Europejskiej i wykładając geopolitykę energetyczną na różnych uniwersytetach przez 19 lat, uważałem i nadal uważam, że mam odpowiednie doświadczenie, by ostrzegać o tych kwestiach. Ale zielone zaślepienie (albo jakieś inne) jest w Brukseli/Strasburgu całkowite, więc nie udało się wnieść racjonalności do tej debaty.
Winne Niemcy
Wielokrotnie ostrzegałem przed konsekwencjami, jakie może mieć dla UE podążanie za niemiecką doktryną polityki energetycznej. Po wyborach 26 września 2021 r. rząd Berlina wraz z Partią Zielonych uparcie opowiada się za Energiewende. Wende oznacza „zwrot”, co UE przetłumaczyła na „transformację”. Ich polityka polega na promowaniu energii wiatrowej i słonecznej „za wszelką cenę” (w jednym z krajów UE o najmniejszym nasłonecznieniu), zaprzestaniu lokalnego wydobycia węgla brunatnego (najtańszego paliwa kopalnego na świecie) oraz zamknięciu w pełni sprawnych elektrowni jądrowych, które mogłyby działać jeszcze przez kolejne 20 lat.
Kraj, który chciał zrezygnować z paliw kopalnych i energii jądrowej, stał się uzależniony od rosyjskiego gazu w stopniu wykraczającym poza zdrowy rozsądek. Problemem nie jest gaz. Problemem jest nadmierne poleganie na gazie pochodzącym z jednego tylko kraju. Niemieccy ekolodzy skutecznie sprzeciwili się różnym planom budowy terminali gazowych na Morzu Bałtyckim, za których pośrednictwem miałby być importowany ciekły gaz ziemny. Dla nich taki terminal oznaczałby utrwalenie importu energii ze źródeł kopalnych: dwa gazociągi z Rosji – tak, terminale gazowe otwarte na świat – nie. Zaskakujące rozumowanie. Prawie wszystkie morskie państwa członkowskie UE posiadają jeden lub więcej terminali LNG. Francja posiada trzy porty LNG, Włochy również trzy, Hiszpania siedem, a Polska i pobliska Litwa po jednym. Jak możemy godzić się na pouczanie w sprawach energetycznych przez tak kiepskiego stratega?
Niemcy popełniły wszystkie błędy w dziedzinie energetyki i poniosą poważne tego konsekwencje. Podążając za ekologicznymi organizacjami pozarządowymi, Niemcom prawie udało się narzucić reszcie UE rezygnację z energii jądrowej. Zielona doktryna, którą Niemcy narzucają Polsce i innym państwom członkowskim, to z jednej strony iluzja redukcji globalnej emisji CO2, a z drugiej rezygnacja z energetyki jądrowej. Ta niechęć do energii jądrowej prowadzi do postrzegania polityki energetycznej wyłącznie przez pryzmat energii elektrycznej. Jest to poważny błąd, ponieważ zapotrzebowanie na energię elektryczną stanowi w UE średnio tylko 23 proc. końcowego zapotrzebowania na energię. Główną energią końcową jest ciepło, dlatego 70 proc. gazu ziemnego zużywanego w UE służy do produkcji ciepła. Jak Niemcy będą ogrzewać domy i fabryki i jak będą produkować ciepło, którego potrzebują wszystkie procesy przemysłowe?
Ta niechęć do energetyki jądrowej, pomijająca podstawowe zapotrzebowanie na ciepło, doprowadziła do nieuzasadnionego uzależnienia od energii rosyjskiej. W 2019 roku Niemcy zaimportowały 84 mld m3 gazu, z czego 51 mld m3 pochodziło z Rosji. Gazociąg Nord Stream 1, który omija Ukrainę, Białoruś i Polskę, poprowadzony przez Morze Bałtyckie, jest eksploatowany od 2011 roku i może przesyłać 55 mld metrów sześciennych rocznie, a nowy gazociąg Nord Stream 2 tyle samo. Posunięto się nawet do tego, że przygotowano się do importu wodoru z Rosji w ramach projektu pirolizy gazu ziemnego – dzięki temu rozwiązaniu węgiel powinien pozostać w Rosji, a rzekomo zielona energia powinna trafić do Niemiec. Przystępujące do tego projektu państwa miały być jeszcze bardziej zależne od Moskwy i zmusiły całą UE do przyjęcia ich utopijnej polityki wodorowej. Potępiłem tę utopię w mojej książce The Hydrogen Illusion.
Jednak najdziwniejsze w przypadku tak dużej gospodarki jest to, że nie zbudowała ona ani jednego terminalu gazowego, który mógłby przyjmować tankowce przewożące skroplony gaz ziemny (LNG), co umożliwiłoby dostawy z rynku światowego, gdy oczywistą receptą na tanią energię jest dywersyfikacja źródeł.
Co więcej, Niemcy starają się zakazać używania węgla. Tymczasem górnicy na Śląsku mają gorzką świadomość konsekwencji takiego zakazu. Wydaje się, że ekolodzy, przy finansowym wsparciu Gazpromu, zrobili też wszystko, by zdezawuować gaz łupkowy, który występuje w wielu krajach europejskich, w tym w Polsce.
To, czy chcą być ekstremistami, to ich sprawa. Problem polega na tym, że ze względu na swoją potęgę gospodarczą, a co za tym idzie – polityczną – Niemcy narzuciły swoją doktrynę całej Unii Europejskiej, która przełożyła ją na Europejski Zielony Ład. Angela Merkel zaaranżowała tę politykę, a Ursula von der Leyen wprowadza ją w życie przy współudziale Fransa Timmermansa. Komisja zmusiła Polskę i inne państwa członkowskie do zastosowania się do niemieckich nakazów.