kot.behemot
11.06.05, 22:41
Na innym forum pojawiło się pytanie, które sprowokowało ciekawa dyskusję,
bardziej przystającą chyba do "Polityki i Gospodarki". Żeby się więc temat nie
zmarnował, wklejam swoją opinię i zapraszam do dyskusji.
--------
Zachciało mi się nauki, niegdyś, przyznaję, bez żadnych wzniosłych motywacji.
Ot, ciekawe rzeczy, do których zawsze miałem smykałkę. Jeszcze wyjeżdżając z
Polski (1998), nie byłem na tyle dojrzały, żeby wyraźnie sobie sformułować
inne cele, niż własny rozwój, choć widziałem, że niezbyt dobrze się dzieje i
mniej więcej wiedziałem dlaczego. Ale z pewnej perspektywy drzewa już nie
zasłaniaja lasu i wyrobiłem sobie poglądy następujące:
Zacznijmy od ustalenia, dlaczego niezbyt dobrze się w Polsce dzieje. Otóż jest
to związane z konsensusem, do jakiego doszli nasi ekonomiści, dotyczącym
strategii tzw. transformacji ustrojowej. Konsensus był szeroki, od lewa, do
prawa, a sprowadzał się do rozumowania następującego:
"Polska jest krajem biednym = Polska jest na poziomie Trzeciego Świata ->
musimy stosować metody krajów Trzeciego Świata, żeby się wzbogacić."
W praktyce, mieliśmy być konkurencyjni dzięki posiadaniu "taniej i
wykwalifikowanej siły roboczej", którą zarządcy naszej ekonomii chcieli
konkurować o "inwestycje", o montownie Hyundaia i im podobne "zaawansowane
technologie". Tej strategii podporządkowany jest system prawny i podatkowy
(wysokie bariery wejścia dla małego biznesu) Rzeczypospolitej.
Priorytet dla wybranej ścieżki rozwoju jest odzwierciedlony w nakładach na
naukę (czyli szansie na NAPRAWDĘ zaawansowane technologie, a nie na montowanie
koreańskiego chłamu): 0.3% PKB. Kto żyw z co rozsądniejszych naukowców, ten
nawiał za granicę, żeby nie zasilać puli rezerwowej siły roboczej, lub
potiomkinowskiej wystawy pod tytułem "PAN" albo "Instytut ...". Nawianie,
pragnę podkreślić, nie jest niepatriotycznym czynem owej grupy, tylko
przewidywalnym (i bez watpienia przewidzianym) skutkiem stawiania przez nasze
elity rządzące na INNĄ drogę rozwoju niż gospodarka oparta o wiedzę. Nie
zdezerterowaliśmy, nie obraziliśmy się na Polskę, nie rzuciliśmy Szefowi na
biurko rezygnacji, tylko dostaliśmy wypowiedzenie, proszę Państwa. Wobec
przyjętego paradygmatu rozwoju zostaliśmy uznani za grupę w Polsce niepotrzebną.
Żeby nie rozwlekać - jestem wobec tej strategii w opozycji. Zacznijmy od tego,
co w niej nie gra. Najpierw empiria: po 15 latach można już przecież ocenić
owoce: 20% bezrobocia, płace tych wykwalifikowanych pracowników na żenującym
poziomie. Dynamika PKB osiągnęła maksimum w połowie lat 90-tych, a potem
zaczęła się kicha.
Teraz teoria: fabryką świata są i będą Chiny, a to dlatego, że dysponuja na
wsi rezerwuarem kilkuset milionów ludzi, którzy z pocałowaniem ręki zgodzą się
pracować za $60/miesiąc. Następne w kolejce są Indie. Dowolny popyt na pracę
może być w ten sposób zaspokojony.
Przyjęcie w Polsce strategii rozwoju, sprowadzającej się do licytowania się
płacami w dół z krajami Trzeciego Świata musi prowadzić do wymienionych
wcześniej skutków. Żeby znaleźć pracę dla milionów bezrobotnych, musielibyśmy
obniżyć płace do poziomu zbliżonego do chińskiego. Tyle, że my Trzecim Światem
nigdy nie byliśmy, nie startowaliśmy z poziomu zadowolenia z miski ryżu na
obiad. Nie będzie u nas przyzwolenia społecznego na płace na poziomie
wieśniaka, który przyjeżdża do Guangzhou i zdaje mu się, że łapie Buddę za
nogi. Co więc jest? Jest bezrobocie, jako skutek przyjęcia błędnej strategii
rozwoju.
Błędnej, bo nie byliśmy Trzecim Światem. Mieliśmy narzucony, księżycowy system
gospodarczy, który nie pozwalał na rozwój gospodarczy porównywalny z USA czy
Europą Zachodnią. Ale cywilizacyjnie, poziomem nauki i techniki od tego
Zachodu nie odbiegaliśmy. Dowód - proszę zobaczyć, ilu w USA Polaków, Rosjan
(wykształconych w krajach pochodzenia) jak sobie radzą, ile wnoszą innowacji.
Owa różnica poziomu cywilizacyjnego między nami a Trzecim Światem została
całkowicie zaniedbana, gdy określano nam metody dojścia do zamożności. Uznano,
że skoro jesteśmy biedni, to nasza bieda jest identyczna z biedą południowego
Koreańczyka sprzed pół wieku, i w związku z tym musimy zmałpować tamtejsze
rozwiązania (nawet retorykę przejęto - Tygrysy Europy Wschodniej, hehe).
Doktrynerstwo, według mnie, nie przystające do zmienionych warunków i innego
stanu wyjściowego. Kto nie wierzy, temu powtarzam kawałek o empirii: minęło 15
lat transformacji, płace żenujące, bezrobocie 20%. "Po owocach ich poznacie",
jak mawia Dobra Księga.
Alternatywą byliśmy MY. Czynnikami produkcji są bowiem kapitał, wiedza i
praca. Kapitału w Polsce nie było, o uwarunkowaniach dotyczących pracy
napisałem, co zaś do wiedzy, to się nią własnie dzielimy z Ameryką i Europą
Zachodnią. IIIRP postawiła na oferowanie pracy. Błędnie, ale nie jest to
jeszcze uznany pogląd.
Jeśli się kiedyś stanie uznany, jeśli Polska zacznie szukać alternatywy, to
przydałoby się, żeby miał kto z wiedzą wrócić, a to MY jesteśmy jej
depozytariuszami. Jakkolwiek dęcie by to nie brzmiało, jesteśmy nauką polską
na emigracji, analogie z Sikorskim nie sa pozbawione sensu. Jesteśmy na
emigracji, żeby być naukowcami, żeby nie rozmienić się na drobne ucząc, dla
pieniędzy, półgłówków informatyki w "szkołach biznesu", czy administrując
bazami danych w hurtowniach. Albo snując się w wytartych płaszczykach po
uczelnianych korytarzach i zastanawiając się, czy wystarczy dzisiaj na bułkę i
jogurt. Albo liczyć na jakiś bezproduktywny etat, otrzymany dzięki układom.
Powyższe rozmienianie, snucie i nepotyzm byłoby może rozumiane jako
"patriotyczne", ja jednak wolę rozumieć patriotyzm pozytywistycznie -
rządzącym elitom pokazać palucha, za zmarnowane okazje nazwać ich idiotami i
dążyć do zmiany. Z zagranicy, jesli trzeba. Na bycie posłusznym Murzynem,
płacącym drakońskie podatki na realizację ich doktrynerskich pomysłów raz -
nie mam ochoty, dwa - TO właśnie uważam za niepatriotyczne.
Behemot
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15562&w=24986431&a=25091186