pepe49
18.07.06, 19:05
„NIEMIECKA PRASA NAS ATAKUJE”
Gazety w Niemczech od dawna skrajnie negatywnie przedstawiają wydarzenia w Polsce.
(„Dziennik”, 8-9 07 2006)
Zdzisław Krasnodębski
Czytałem setki niemieckich artykułów o Polsce, często bardzo krytycznych,
nierzadko - zwłaszcza w ostatnich latach - na granicy paszkwilu. Muszę jednak
przyznać, że ten z „Tageszeitung" przebija wszystkie.
Oczywiście jak zwykle w podobnych przypadkach od razu pojawiły się w Polsce
glosy, że nie ma czym zaprzątać sobie głowy, że chodzi przecież tylko o jakiś
tam satyryczny, choć plugawy, artykulik w jakiej śnic nieznaczącej niszowej
gazetce. Rzeczywiście, gdyby to był tylko wygłup jednego dziennikarza w
gazecie, którą - istotnie - czytają w zasadzie już tylko dinozaury pokolenia
'68 lub topniejąca garstka lewackich studentów, to sprawa byłaby niewarta
zachodu. Ale ów „artykulik" w tej „niszowej gazetce", związanej jednak
srodowiskowo z partią do niedawna rządzącą, czyli Zielonymi, a więc wcale nie
tak marginalną, jak by można sądzić po jej nakładzie, wpisuje się w całą serię
niewybrednych ataków na Polskę. Wyróżnia go ów bardzo specyficzny rodzaju
humoru, który przemawia tylko do Niemców, i to pewnego typu, niestety dość
rozpowszechnionego. Wbrew bowiem częstemu mniemaniu empirycznie istniejący
Niemcy nie są narodem myślicieli i poetów, jak chciała kiedyś madame de Stael,
lecz potomkami rzemieślników i chłopów. Lubią dowcip gruby, rubaszny, który,
najogólniej rzecz biorąc, krąży uparcie wokół kwestii wydalania, co potwierdza
hipotezę psychologów społecznych o analnym charakterze naszych zachodnich
sąsiadów. Nic tak nie fascynuje Niemców jak defekacja, a w programach
rozrywkowych czy występach estradowych publiczność bawi się najlepiej, gdy
ktoś ściągnie spodnie i wypnie goły tyłek. Ten artykuł nie jest w gruncie
rzeczy niczym innym jak takim wypięciem w naszą stronę z akompaniamentem
prostackiego rechotu.
Prawdziwym niepokojem napawa jednak fakt, że ogólne treści w nim zawarte można
spotkać także w znacznie poważniejszych gazetach. Na przykład artykuły pióra
Konrada Schullera publikowane we „Frankfurter Allgemeine Zeitung" od dawna w
sposób skrajnie negatywny przedstawiają polityczne wydarzenia w Polsce.
Antypolskie mity
Myliłby się ktoś, kto by twierdził, że jest to wynik działań obecnego
polskiego rządu lub obecnego prezydenta. Takie stwierdzenia, których nie
brakuje w polskich mediach i wśród an-typisowsko nastawionych
intelektualistów, to odwracanie kota ogonem. Stosunki polsko-niemieckie
pogorszyły się już dawno temu i nie ulega wątpliwości, że odpowiedzialność za
to spada w znacznie większym stopniu na stronę niemiecką niż polską. Nie
chodzi tylko o działalność Związku Wypędzonych. Polityka rządu Schrödera,
nazwana czerwono-zielonym wilhelminizmem, której symbolem stal się projekt
Gazociągu Bałtyckiego, siłą rzeczy musiała doprowadzić do napięć i negatywnych
reakcji po polskiej stronie. Media niemieckie dzielnie sekundowały tej
polityce. W ostatnich paru latach przetoczyły się trzy wielkie kampanie
medialne, w których Polska i Polacy przedstawiani byli w sposób nie mający nic
wspólnego z tak często przywoływanym w odświętnych przemówieniach duchem
europejskim, duchem pojednania, solidarności i wzajemnego szacunku.
Pierwsza była związana z naszym zaangażowaniem się w Iraku, druga pojawiła się
tuż po przystąpieniu Polski do Unii, kiedy w stylu prawdziwie neowilhemińskim
ostrzegano przed zalewem tanią siłą roboczą i dumpingiem, trzecia miała
miejsce w czasie ostatnich wyborów, a szczególnie po wyborze Lecha
Kaczyńskiego na prezydenta. Żadna z tych kampanii medialnych nie była
mitygowana przez niemieckich polityków czy tak rzekomo post narodowe
autorytety intelektualne, mimo że padały słowa znacznie wykraczające poza
dopuszczalny standard. Oprócz tych trzech wielkich kampanii można było
zaobserwować stalą, wytrwałą pracę niemieckich publicystów nad „dekonstrukcją
polskich mitów" i przeformułowaniem obrazu historii, w której coraz wyraźniej
akcentowano niemieckie cierpienia i polskie uwikłanie w zbrodnie narodowego
socjalizmu. Dlatego też nie może już nawet dziwić to, że niedawno „FAZ"
opublikował artykuł o agresywnej polityce przedwojennej Polski, w którym
czytelnik może znaleźć potwierdzenie pokutującego dotychczas na marginesie
przekonania, że odpowiedzialność za wybuch wojny w 1939 r. spada po części
także na Polskę. Także obraz obecnej sytuacji w Polsce jest bardzo wypaczony.
Nie chodzi przy tym o rzeczową krytykę, ale o selektywne, pełne złej woli i
fałszu informowanie czytelników. Czytelnik niemiecki nie może się na przykład
dowiedzieć, co tak naprawdę Polska ma przeciwko budowie Gazociągu Bałtyckiego,
jakie argumenty sprawiają, że Polacy nie chcą się zgodzić na budowę Centrum
Przeciwko Wypędzeniom, z jakimi problemami wewnętrznymi boryka się Polska.
Szczególnie nie-obiektywnie relacjonowano ostatnie wybory i interpretowano ich
rezultaty. Niemiecka publiczność mogła odnieść wrażenie, że kampania wyborcza
w Polsce dotyczyła w wielkiej mierze kwestii polityki zagranicznej i była
szczególnie antyniemiecka. Lecha Kaczyńskiego traktuje się w mediach
niemieckich bardzo niechętnie. Nie pomogła nawet jego udana wizyta. Przyczyną
nie są wcale jakieś drobne niezręczności ani też fakt, że obecny polski
prezydent w przeciwieństwie do swego poprzednika nie jest „wielkim
komunikatorem". Tak naprawdę nie chce się mu zapomnieć policzenia strat
wojennych Warszawy, sprzeciwu wobec projektu Gazociągu Baltyckiego oraz
niechęci do używania europejskiej no-womowy, pustej i pełnej frazesów, ale
funkcjonalnej. Również fakt, że bracia Kaczyńscy nawiązują do polskiej
tradycji patriotycznej, na przykład do Armii Krajowej, nie budzi w Niemczech -
ze zrozumiałych względów - entuzjazmu. To, co dla nas niezależnie od poglądów
politycznych jest patriotyzmem, dla Niemców jest już polskim nacjonalizmem,
który trzeba wyplenić w procesie europeizacji Wschodu. Przedstawianie braci
Kaczyńskich jako tępych nacjonalistów, ośmieszanie ich i izolowanie mieści się
doskonale w tym programie. Fakt, że czyni to z taką zajadłością „TAZ” także
nie jest przypadkiem - dla europejskiej lewicy Polska, Polska nielewacka,
stała się ulubionym przedmiotem ataków w ramach transnarodowego „Kulturkampfu".
Wciąż żywe uprzedzenia
Trzeba, niestety, z przykrością stwierdzić, że antypolonizm stał się w
Republice Berlińskiej całkowicie „salonfähig" (wytworny, wykwintny, salonowy -
Pepe). Owszem widać, że nowej niemieckiej ekipie zależy na przyjaznych
relacjach z Polską. Wyraźnie stara się ona o ocieplenie stosunków. Nie ulega
wątpliwości, że powinno to być także naszym celem, ale trudno nie zauważyć, że
w żadnym spornym punkcie rząd niemiecki nie zmienił swojej polityki. Zatem
przekonanie, że to polska strona nie przyjmuje wyciągniętej ręki, jest błędne.
Proponuje się nam przyjaźń, ale tylko na własnych, twardych i egoistycznie
narodowych warunkach. Od usiłowań niemieckiego rządu, by poprawić stosunki
polsko-niemieckie, odbiegają nastroje w niemieckim społeczeństwie, gdzie
zwłaszcza - ale nie tylko - w warstwach niższych ciągle jeszcze trwają
pradawne, historycznie ukształtowane uprzedzenia, które eufemistycznie nazywa
się stereotypami, podczas gdy w istocie chodzi o zupełnie klasyczny rasizm,
pochodzący jeszcze z czasów kolonizowania „polskich Irokezów".
Jeszcze hardziej powinny nas martwić polskie reakcje, nasza niezdolność do
poradzenia sobie z tą sytuacją. Przez lata całe uprawialiśmy strusią politykę:
sprawy sporne odkładano na bok, posługiwano się eufemizmami, byliśmy układni i
naiwni, nabieraliśmy się na nic nieznaczące pochlebstwa, cieszyliśmy się z
drobnych korzyści, zbiorowych i indywidualnych. Być może rację mają ci, którzy
twierdzą, że prezydent nie ma dobrych doradców w polityce zagranicznej,
zwłaszcza niemieckiej. A może