Bielecki rzuca parę szczegółów (z Rzepy)

15.12.03, 09:06
ANALIZA
Najbardziej zawiniła Francja

JĘDRZEJ BIELECKI

Unia Europejska w poszerzonym składzie rozpoczyna swoją historię od kryzysu.
Na pierwszym szczycie, na którym przywódcy 10 nowych państw członkowskich
mieli prawo głosu, doszło do bezprecedensowego fiaska negocjacji. Nigdy dotąd
w dziejach integracji spotkanie, podczas którego miano uzgodnić nowy traktat,
nie zakończyło się tak spektakularną klęską.

Chęć obarczenia winą nowych państw członkowskich sama się narzuca. Jednak
przebieg brukselskiego szczytu przeczy tej hipotezie. Wśród krajów
najzagorzalej broniących swoich racji byli zarówno nowi (Polska), jak i
starzy (Hiszpania, Niemcy) członkowie. Podobnie wśród tych, którzy byli
gotowi na daleko idący kompromis (Węgry, Dania).

W Brukseli wielu dyplomatów było skłonnych winą za fiasko obarczyć samą
Polskę. To prawda, postawa Leszka Millera była bezkompromisowa. Polski
premier od początku konferencji międzyrządowej popełnił istotny błąd. Zamiast
bronić naszego miejsca w Unii, zapowiedział "obronę Nicei". Opozycja
wykorzystała to, wpędzając szefa rządu na pozycję, z której nie miał odwrotu.
Do Brukseli Miller przyjechał właściwie bez żadnego pola manewru.

Tego błędu nie popełnili Hiszpanie. Wbrew obietnicom złożonym Polakom premier
Jos?-Maria Aznar był gotów na kompromis, byle zachować maksimum władzy w
Unii, ale opierając się na innych zasadach. W Brukseli Hiszpanie zresztą o
mało nie dopięli swego. W pewnym momencie i oni, i Niemcy zgadzali się co do
przyjęcia proponowanego w konstytucji systemu tzw. podwójnej większości
(krajów i ludności), tyle że zmodyfikowanej na korzyść Madrytu. Izolowany
Leszek Miller pewnie w końcu by ustąpił.

Do tego jednak nie doszło z winy Francji. I to zapewne ją trzeba obciążyć
największą odpowiedzialnością za klęskę szczytu. Prezydent Jacques Chirac,
podobnie jak Miller, nie chciał iść na kompromis. Jednak opór Polski być może
dałoby się przełamać, znacznie bardziej wpływowej Francji raczej nie.

Dlaczego Chirac pierwszy wstał od negocjacyjnego stołu? Wielu podejrzewa, że
Francji jest na rękę klęska projektu konstytucji, tym bardziej że kto inny
przyłożył do niej rękę. Paryż nie pozbył się obaw, czy należy przyznać
Niemcom o wiele więcej władzy w Unii niż mają Francuzi i czy Komisja
Europejska powinna być ponadnarodowym "rządem Europy", w którym nie zawsze
będą zasiadać francuscy przedstawiciele. Aby nie narazić na szwank świetnie
rozwijającego się partnerstwa z Niemcami, Chirac bronił oficjalnie rozwiązań
konstytucji, ale chyba nie do końca wierzył w ich sens.

Gdyby nie opór Chiraca wobec przyznania większych wpływów w Radzie UE Niemcom
podczas szczytu w Nicei, już trzy lata temu wiele rozwiązań proponowanych
przez Konwent byłoby ujętych w unijnych traktatach. Polska nie mogłaby
protestować przeciwko bardziej demokratycznemu systemowi głosowania, a
poszerzona Unia miałaby większe gwarancje sprawnego funkcjonowania. W zamian
była niezdarna próba zmiany uzgodnionych rozwiązań "rzutem na taśmę" na kilka
miesięcy przed poszerzeniem Wspólnoty. Trudno się dziwić, że budziła obawy
Warszawy.

Co dalej? Wbrew groźnym deklaracjom z Brukseli Polska nie musi wyjść z tej
rozgrywki stratna. Twarda postawa Warszawy zmusza do liczenia się z jej
stanowiskiem. Podczas szczytu premier Silvio Berlusconi nie chciał izolować
Polski, bo konflikt iracki pokazał, że jest to istotny sojusznik. A premier
Wielkiej Brytanii Tony Blair nie zgodził się na poparcie konstytucji bez
uwzględnienia polskich racji.

Prezydent Chirac i kanclerz Schr?der pośpiesznie wysunęli koncepcję
budowy "twardego jądra" Unii, z którego Polska mogłaby być wykluczona. Ryzyko
zepchnięcia naszego kraju na margines jest jednak ograniczone. Realnie na
razie jedynym możliwym obszarem współpracy jest obrona, ale tylko z udziałem
Wielkiej Brytanii. A to gwarantuje, że i Polska byłaby dopuszczona do takiej
inicjatywy.

Więcej Polska ryzykuje z powodu powiązania negocjacji o konstytucji z
rokowaniami nad kształtem przyszłego budżetu. Raczej nie możemy już liczyć na
taką pomoc, jaką dostała Hiszpania. Ale raczej z powodu kłopotów
gospodarczych Niemiec, których na to nie stać.

Dotacje z Brukseli zaś to i tak grube miliardy euro. Unia to "minimum" musi
dać, bo inaczej po prostu przestanie funkcjonować. -
    • bebokk To faktycznie nie takie proste 15.12.03, 09:59
      Ciekawe,ale nie wiadomo jak to było naprawdę.
      Bielecki zapomina tylko o tym, że Miller nie mógł się zgodzić jeszcze z jednego
      powodu : ustępstwo byłoby kolejnym niebezpiecznym precedensem i oznaczałoby, że
      wszystkie unijne reguły można kolejny raz zmieniać w trakcie gry ( ostatnio
      sprawa z deficytem budżetowym Francji i Niemiec ).
      Niemcy mogłyby idąc tym tropem poszerzyć kompetencje Trybunału Unii w
      Luksemburgu o sprawy majątkowe i w ten sposób otworzyć furtkę dla wypędzonych.
      Pamiętajmy, że Schroeder przegrana 99% wybory, a nowy rząd Stoibera popierałby
      pomysły Steinbach i roszczenia ziomkostw.
      Czesi odcinając się do Polski mogą wpaść w pułapkę.
      Czechom ich tchórzostwo w sprawie Nicei wyszłoby wtedy tak jak sprawa z
      Sudetami w 1938.
      • robisc Re: To faktycznie nie takie proste 16.12.03, 01:13
        Niemniej możliwy był jednak komprmis (prznajmniejtak sądzę). Oczywiście za
        cenę uzyskania konkretnych obietnic w sprawie podziału srodków w przyszłym
        budżecie UE. Ale może faktycznie było na takie rokowania za wcześnie?
        • vico1 Re: To faktycznie nie takie proste 16.12.03, 23:47
          Dobrze o Polsce w tym artykule:

          www.euobserver.com/index.phtml?aid=13906
          " ...Polska i Hiszpania byly przygotowane do kompromisow. Francja niestety nie."
Pełna wersja