Dodaj do ulubionych

Ryszard Gontarz nie zyje

20.08.17, 19:44
Nie byłem człowiekiem Moczara

„Z Moczarem widziałem się może dwa razy. Nie byłem jego człowiekiem głosiłem własne poglądy. Gdy ktoś mnie zapytał na spotkaniu na Uniwersytecie Poznańskim czy jestem człowiekiem Moczara, odparłem: „Nie, ja jestem człowiekiem Gontarza i Polski” – mówił w 2001 roku w wywiadzie z Myślą Polską Ryszard Gontarz (ur. 1930), zmarły po ciężkiej chorobie 17 sierpnia 2017 roku

Mamy właśnie kolejną rocznicę tzw. wydarzeń marcowych, dziś traktowaną niemal jak święto państwowe. Nic dziwnego, od 1989 r. Polską rządzą „komandosi”. Pan był aktywnym uczestnikiem tamtych wydarzeń po stronie polskiej jako publicysta. Na wstępie poproszę więc o syntetyczną odpowiedź na pytanie: czym był właściwie Marzec ’68?

– Sprawa ma kilka warstw. Jedna to akcja „komandosów”, związana z „Dziadami”, wiecem na Uniwersytecie Warszawskim, manifestacjami studenckimi w Polsce. To kwestia bezpośrednich sprawców prowokacji pod pretekstem zdjęcia „Dziadów” z desek teatralnych.

Faktem jest że „Dziady” zdjęto, co spowodowało oburzenie studentów.

– To wielkie kłamstwo, bo „komandosi” robili wszystko, by do zdjęcia „Dziadów” doprowadzić. Nie ulega to wątpliwości, teraz sami „komandosi” temu nie zaprzeczają. Świadczy o tym wiele materiałów źródłowych, również pochodzących od nich. Mówił o tym wprost Szlajfer, opisał dokładnie Mencwel. Bezpośrednią przyczyną zdjęcia „Dziadów” była świadoma akcja „komandosów” i parasol ochronny, jaki roztoczyli nad nimi ciągle jeszcze bardzo wpływowi „puławianie”, czyli frakcja żydowska w PZPR.

To jedna warstwa. Jest i druga – o co walczyli „komandosi”, jaki był cel całej operacji?

– Tu nie uciekniemy od daty – czerwiec 1967 roku, tzn. agresji Izraela na państwa arabskie. Podkreślam – Marzec zaczął się w czerwcu. Blitzkrieg na Bliskim Wschodzie stanowił bezpośrednią przyczynę Marca ’68. W tym momencie nastąpiła ewidentna erupcja szowinizmu żydowskiego w środowiskach żydowskich na świecie i w Polsce. Mogę to nawet zrozumieć – po wszystkim, co przeżyli w czasie wojny i okupacji niemieckiej, w czasie bezwzględnej eksterminacji, byli dumni, że ich armia pobiła przeciwnika, wykonała wspaniałą operację.

Odrębną sprawą jest jednak stosunek Żydów w Polsce, licznie usytuowanych wysoko i bardzo wysoko w aparacie państwowym i partyjnym, do oficjalnego i jednoznacznego stanowiska władz polskich wobec agresji. Jak pamiętamy, władze opowiedziały się po stronie napadniętych, a przeciwko napastnikom. Gomułka określił to „przeciwko burzycielom pokoju”. Dokonał tego przy okazji kongresu CRZZ.

I tu doszło do konfliktu na tle problemu lojalności wobec interesów międzynarodowych państwa, jakiekolwiek owo państwo by nie było. A wytyczną ruchu syjonistycznego wobec mniejszości żydowskich na całym świecie był nakaz podwójnej lojalności, z wyraźnym prymatem lojalności wobec Izraela.

A jakie były objawy reakcji środowisk żydowskich na wieść o zwycięstwie Izraela w wojnie siedmiodniowej?

– Najprzeróżniejsze. Były to więc objawy radości, które – jak przypuszczam – przeszłyby bez represji. Co innego jednak, gdy rozpoczęła się antygomułkowska akcja środowisk żydowskich w Polsce. Rozpętali całe piekło. Charakterystyczne była tu reakcja oficerów żydowskich w Wojsku Polskim, którzy uczestniczyli ochoczo w zwalczaniu Gomułki i jego ekipy, opowiadającej się przeciwko Izraelowi. Gomułka został w ciągu godziny po wygłoszeniu swojego przemówienia ogłoszony „antysemitą”. Pretekstem do tej „nominacji” było słynne określenie tych środowisk mianem „piątej kolumny”.

Chociaż akurat ten fragment został wykreślony z oficjalnej wersji wystąpienia.

– Uczynił to sam Gomułka na skutek sugestii Ochaba i kilku innych „puławian”. Sądzę, że gdyby nie izraelski Blitzkrieg, to Marzec przesunąłby się w czasie, może o dwa, trzy lata. Konflikt nastąpiłby w sytuacji znacznie gorszej – nałożyłyby się na siebie przyczyny Marca i Grudnia. Zetknięcie się tych elementów mogłoby dać ogromny sukces „komandosom” i ich protektorom – „puławianom”.
Chyba to nie jedyne przyczyny.

– Oczywiście, tłem tego i innych konfliktów była permanentna walka, używając określenia Jedlickiego, między „chamami” i „żydami”. Łamiąc ten szyfr, między „natolińczykami” a „puławianami”, lub inaczej – między nurtem patriotycznym a żydowskim w ruchu lewicowym.
Przejdźmy z kolei do Pańskiego udziału w tych wydarzeniach. Był on niebagatelny, skoro nienawiść za Pańską postawę w tamtym czasie ściga Pana do dziś.
– W okresie Marca moje poglądy były już skrystalizowane: miałem właściwą ocenę zarówno 1948 r., jak i 1956 r., rozumiałem procesy toczące się tak w Polsce jak i rządzącej partii. Niemniej minęło mi pierwsze zachłyśnięcie się socjalizmem, kiedy pewien stary komunista – Żyd przekonywał mnie, że Żydzi są najlepszymi komunistami, bo nie mają ojczyzny, więc stworzyli ruch robotniczy i komunistyczny, odgrywając w nim czołową rolę. „No, tak, ma rację” – myślałem sobie.

Potem dowiedziałem, dlaczego to Zambrowski był „demokratą”, a Zenon Nowak „stalinowcem”. Jakimś kluczem do tego jest opowiadanie mojego przyjaciela – Kazimierza Kąkola. Jego szwagier Teofil Głowacki był znanym działaczem PPS-u w czasie II wojnie światowej. Został aresztowany przez UB. I tak opowiadał: „Sądził mnie Żyd, prokuratorem był Żyd, trzech oprawców było Żydami”.

Otóż byli oni komunistami, tak długo, jak pozostawali przy władzy, gdy ją utracili, od razu „stawali się” Żydami. Nie miałem trudności z wyborem, chociaż wielu moich znajomych takie kłopoty miało. Trudno się dziwić, wiedza na temat Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza Izraela była zerowa. Nie pisało się na ten temat praktycznie w ogóle, lub o sprawach drugorzędnych.

W sumie nie miałem żadnych kłopotów z wyborem – wiedziałem sporo o Izraelu, a bardzo dużo o sprawach polskich. Jeśli miałem do wyboru Gomułkę czy Zambrowskiego, nie zastanawiałem się ani chwili. Gomułka był tym, którego Zambrowski wsadzał, stanąłem więc po stronie „wsadzanego”.
Czy tylko dlatego, że go wsadzili? Kim był dla Pana Gomułka?

– Mimo wszystko stanowił dla mnie symbol nurtu narodowego w partii. To nie znaczy, że byłem, jak w 1956 r., zafascynowany Gomułką. Tak wybrawszy, miałem świadomość, że z Października ’56 zostały szczątki. Gdy później pytano mnie na wiecach, spotkaniach, „co to jest ten Marzec?”, odpowiadałem: „To jest ciąg dalszy zahamowanego Października”. Reakcje na taką odpowiedź w komitetach wojewódzkich były straszne, słano donosy do KC, oburzeni aparatczycy pytali: „Kto zahamował? Tow. Wiesław?”

To jaki sens miało Pańskie zaangażowanie w Gomułkę?

– Ponowne zaufanie Gomułce miało tylko jeden wyznacznik: z tego co się stało, zostaną wyciągnięte wnioski, nastąpią głębokie zmiany w polityce wewnętrznej i gospodarczej, będzie kontynuowana tzw. demokratyzacja. Uległem czarowi ponownie obudzonej nadziei. W latach 1956-1968 nadzieja ta gasła dosyć szybko.

Ja utraciłem nadzieję właściwie na początku 1968 r. Napisałem wtedy reportaż w obronie biednego chłopa, któremu zabrano ziemię daną podczas reformy rolnej. Sytuacja była taka: bohater mojego reportażu nie zdążył na czas, gdy dzielono ziemię, bo leczył się w szpitalach po pobycie w obozie. Dostał więc 3 ha z tzw. „resztówki”, ale w dzierżawę, nie na własność. Potem, bodaj przy organizowaniu kołchozu, tę ziemię mu odebrano.

Ktoś go do mnie skierował. Chłop nie chciał usiąść, stał w progu, miętosząc w popękanych od roboty rękach czapkę. W tej czapce, za podszewką, miał dekret o reformie rolnej. Pokazał mi ten papier i spytał: „Panie czyja to władza?” Temat wziąłem i napisałem reportaż pt. „Czyja to władza?” Wybuchła gigantyczna afera, chociaż przedmiotem mojej krytyki były władze powiatowe i jakieś urzędy wojewódzkie. Okazało się, że popełniłem straszliwe przestępstwo.

Początkowo w redakcji zapanowała ogromna radość – reportaż puściła cenzura! – ja otrzymałem ekstra premię, naczelny był zachwycony. W czasie kolegium dzwoni telefon. Naczelny odbiera, słucha, blednie, powtarza ciągle „tak jest”, odkłada sł
Obserwuj wątek
    • rabbi.rozencwajg Re: Ryszard Gontarz nie zyje 20.08.17, 19:51
      Naczelny odbiera, słucha, blednie, powtarza ciągle „tak jest”, odkłada słuchawkę i mówi: „Tow. Wiesław jest w najwyższym stopniu oburzony twoim reportażem”. No i wyleciałem z redakcji „Sztandaru Młodych”. Wtedy otrzymałem pierwszy, jeszcze złagodzony, zakaz pisania.

      No to kochał Pan „Wiesława”, czy nie?

      – Jak powiedziałem, złudzeń miałem już niewiele, ale, ja, wyrzucony na skutek „oburzenia Wiesława”, poparłem go wybierając mniejsze zło, i – przyznaję – mając pewną nadzieję. Wydawało mi się, że skoro „puławianie” tak mu przyłożyli, to coś zrozumie.

      Było jeszcze w moim rozumowaniu coś o wiele istotniejszego. Za kim poszli studenci? Za wąską grupą, kompletnie izolowaną od życia przeciętnych Polaków, mieszkającą w luksusowych mieszkaniach w Alei Róż i okolicach? Bronili wyrzuconych Michnika i Szlajfera? Za czym poszli studenci? Za jedynym programem, „komandosów”, tzn. listem Kuronia i Modzelewskiego, będącego mieszanką trockizmu i maoizmu?

      Wolne żarty. Dla mnie było oczywiste, że młodzież była gotowa do wybuchu, bo nie akceptowała tamtej rzeczywistości. Wystarczał więc byle zapalnik. Toteż w pierwszym swoim artykule „marcowym” pt. „Inspiratorzy”, wyklętym po wsze czasy, przeprowadziłem ostrą granicę między prowokującymi a sprowokowanymi. Chodziło mi też o uniknięcie za wszelką cenę rozlewu krwi, do czego dążyli „komandosi” – słynne „Studenci, robotnicy, żołnierze, krwawy Budapeszt”, sformułowane przez Antoniego Zambrowskiego.

      „Komandosi”, a z pewnością ich polityczni protektorzy, system ten doskonale znali, bo go tworzyli. Wiedzieli, że dalsze rozhuśtanie nastrojów, wciągnięcie w awanturę robotników, musi doprowadzić do przelewu krwi. Taki był mechanizm systemu. Oczywiście, zieloni politycznie polscy studenci nie mieli najmniejszego pojęcia o prawdziwych zamiarach sprawców Marca ’68. Im podsuwano hasła demokracji, zdjętych „Dziadów” itp. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że gdyby im się udało, to krew by się polała.

      Czemu się nie udało? Poziom niezadowolenia społecznego był już przecież wysoki.

      – Ponieważ „komandosi” nie wiedzieli czym żyje przeciętny Polak, którego los był im kompletnie obcy. Jako zapalnik próbowali uruchomić wywołaną przez nich sprawę „Dziadów”, co działało tylko na część studentów i część literatów. Inni wzruszali ramionami, mówiąc: „Jakie „Dziady”? To my jesteśmy dziadami”.

      „Komandosi” próbowali wprawdzie uruchomić robotników, ale byli zupełnie nieprzygotowani. Robotnicy żyli innymi problemami. Już dojrzali wiekowo i politycznie komandosi wyciągnęli z tamtej lekcji nauczkę i w 1980 r. byli dobrze przygotowani do kontaktów z robotnikami.

      Po drugie, zaskoczyło ich kompletnie użycie argumentu narodowościowego, na co reagowali stereotypem „antysemityzmu”, w tym wobec mnie. To paranoja! Ja im przecież nie kazałem się zbierać w wyłącznie w żydowskim gronie, ani Moczar ani Gomułka. Ta grupa młodzieży żydowskiej żyła w samoizolacji. Opowiadanie, że był to czysty przypadek stanowi oczywiste kłamstwo. Jaki przypadek? Przecież dobierali się według jakiegoś klucza, a był to klucz narodowościowy.

      Dlatego w wyklętym artykule „Inspiratorzy” pisałem m.in.: „Studenci, kocham i cenię waszą odwagę przekonań”, a jednocześnie apelowałem, by uczyli się patrzeć i rozróżniać, komu, o co, naprawdę chodzi. Oni przecież ryzykowali, mimo politycznej niedojrzałości walczyli za jakąś sprawę, chociaż do końca nie wiedzieli za jaką. Jednak cukiereczków za to nie oczekiwali. Pały były pałami, areszt aresztem, a relegacje z uczelni łamały życie raz na zawsze.

      Komandosi pokończyli niewiele później uczelnie zagranicą lub w kraju – polscy studenci nie. Komandosów nigdy nie kierowano do karnych kompanii, polskich studentów – tak.

      Moim przesłaniem było, że cenię ich ideowość, ale ostrzegam przed polityczną naiwnością. Moje artykuły wtedy już nie szły przez cenzurę, lecz Biuro Prasy KC. Toteż bardzo obawiałem się, że cytowany fragment zostanie wykreślony. Artykuł ten czytał sam Gomułka i nie zakwestionował tych słów. To dla mnie zagadka do dziś.

      Marzec się jednak skończył V Zjazdem i wszystko zaklajstrowano. Nic się nie stało, budujemy dalej socjalizm, trąbka na odwrót zabrzmiała głośno, żadnych konsekwencji politycznych nie wyciągnięto z marcowej lekcji.

      – Przed zjazdem w partii działy się bardzo ciekawe rzeczy, o czym dziś nikt nie pisze, bo jak tu mówić, że w parszywym PZPR mogło się dziać coś dobrego. Partia liczyła wtedy ok. 2 mln ludzi, a Marzec ’68 ożywił nurt narodowo-patriotyczny. Ci ludzie reagowali podobnie jak ja – chcieli poważnych zmian.

      Zmian, ale o jakim charakterze?

      – Ewolucyjnym. Zmiana ustroju aktem jednorazowym, rewolucyjnym była wówczas niemożliwa. Więcej, stanowiła zbrodniczą utopię, bo w Polsce popłynęłaby rzeka krwi. „Komandosom” chodziło też o zmiany, ale o lewackie, w kierunku trockistowskim, maoistowskim, a nie demokratycznym. O powrót tatusiów-stalinowców do władzy.

      Moją dewizą w tej sytuacji było powiedzenie jednej z bohaterek filmu Ryszarda Filipskiego „Gdzie woda czysta i trawa zielona”: „Jeśli już Pan Bóg spuścił nam na głowę ten socjalizm, to go przynajmniej dobrze róbmy”.

      Co u Pana znaczyło „róbmy dobrze socjalizm”?

      – Skoro partia sprawowała monowładzę i mieliśmy ograniczoną suwerenność, jakakolwiek naprawa musiała zacząć się w partii. Wszelkie inne próby były skazane na niepowodzenie. Funkcjonowaliśmy w systemie monopartyjnym, wówczas nie do ominięcia. Sama kampania przedzjazdowa toczyła się w atmosferze dużego ożywienia politycznego, spór dwóch orientacji w partii wywołał społeczne żądania zmian.

      W kampanii padały ciekawe żądania: rotacji kadr na najwyższych stanowiskach, dwukadencyjności na funkcjach obieralnych, demokratycznych wyborów do instancji partyjnych. Nie można było demokratyzować kraju bez demokratyzowania partii. W partii narastała fala roszczeń politycznych. Byłem wówczas bardzo aktywny, dużo jeździłem, przemawiałem, ideą przewodnią moich działań było „idziemy drogą Października”. Przez pewien czas byłem przekonany o nieodwracalności tego procesu.

      Towarzysz Wiesław miał jednak inne zdanie. Kiedy przekonał się Pan o tym, że proces ten jest jednak odwracalny?

      – Trudno o jakąś cezurę czasową czy faktograficzną. Ale było widoczne, że postulaty przechodziły do KW, tu je czyszczono – jeszcze nie do końca, lecz padały w KC, a przed salą kongresową umierały. Pamiętam symptomatyczny fakt. Artur Starewicz padł w wyborach na delegata w Zielonej Górze. Gomułka wściekł się i kazał Cyrankiewiczowi dopilnować jego wyboru z Krakowie. I tow. Cyrankiewicz dopilnował. Sam zjazd odbył się już bez żadnych niespodzianek, według starego wypróbowanego schematu. Wprawdzie niektórzy kandydaci do władz dostali dużo skreśleń, ale to wszystko. Listopadowy zjazd stanowił śmierć nadziei marcowych.

      W książce Jerzego Brochockiego „Rewolta marcowa” pada Pańskie nazwisko w kontekście Pana przemówienia do kadry partyjnej MSW, co miało miejsce tuż po wspomnianym V Zjeździe. Autor prezentuje dwie wersje tego incydentu, nagłośnionego zresztą niesamowicie przez Wolną Europę. Jedno jest jasne, po tym wystąpieniu został Pan poddany represjom: zawodowym – zakaz publikowania na czas nieokreślony, politycznym – usunięto Pana z partii, policyjnym – cofnięto Panu paszport. Reszta jest dość niejasna. Zacznijmy od tego, co Pan powiedział zgromadzonym bezpieczniakom.

      – Zaprosił mnie Komitet Zakładowy PZPR. Powiedziałem to, co setki razy głosiłem na różnych spotkaniach, w tym np. w Wydawnictwie MON.

      Gdzie jak gdzie, ale w MSW doskonale wiedzieli kogo i o jakich poglądach zapraszają.

      – Nie mogli nie wiedzieć, ich zawód to wiedzieć. Nie twierdzę jednak, że moje wystąpienie stanowiło rezultat rozstroju nerwowego. To była całkiem świadoma decyzja, że muszę to zrobić. Miałem świadomość, że – szczególnie na skutek propagandy zachodniej – jestem postrzegany jako tuba Moczara czy, według innych, Gomułki. Taki facet od doraźnej „antysemickiej” roboty. Chciałem z tej całej historii wyjść czysty, odciąć się od tego co się działo, a działo się wbrew woli,
        • rabbi.rozencwajg Re: Ryszard Gontarz nie zyje 31.08.17, 17:22
          Masz racje, masakra.

          www.polishclub.org/2017/08/30/tworzenie-judeopolonii-rola-mossad-u-nzz-solidarnosc/

          --
          Naród,który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości.
          Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, co ją głoszą. Prawda jest mową nienawiści. Mówienie prawdy w epoce zakłamania, jest rewolucyjnym czynem. George Orwell
            • rabbi.rozencwajg Wspomnienie o Ryszardzie Gontarzu 11.09.17, 15:51
              Najwybitniejszego, najbardziej „niepoprawnego politycznie” publicystę, scenarzystę i dramaturga, poznałem w 1968 r. przez Bohdana Porębę.
              Początkowo wydawało mi się, na podstawie kłamliwych tekstów większości prasy „salonowej” i rozmów „korytarzowych” na Woronicza czy w WFD, że to jeden z czołowych „moczarowców”, a więc oczywiście „antysemitów” i „narodowych komunistów”.
              Ale wystarczyło kilka rozmów i przekonałem się, że to po prostu polski patriota, rozumiejący, iż na tamtym etapie należy reformować sypiący się system, ale nie mogą tego robić dawni stalinowcy i ich dzieci – zwani wówczas „komandosami”.
              Był również krytyczny wobec Kuronia i Michnika, jak i wobec Gomułki, który kilkakrotnie represjonował Ryszarda Gontarza poprzez zakazy druku. O tych zakazach nigdy nie zająknęli się „obrońcy Adama Mickiewicza” i urządzający demonstracje na spektaklach „Dziadów”, które doprowadziły do wydania przez Gomułkę zakazu dalszych spektakli. Temu zakazowi także Ryszard Gontarz był przeciwny. Ale o tym „obrońcy” Mickiewicza także udawali, że nie wiedzą.
              Ponurym paradoksem jest fakt, że ci sami ludzie walczyli zajadle w ostatnich latach przeciw Mickiewiczowi i Sienkiewiczowi w lekturach szkolnych, wychwalając ponad miarę Gombrowicza…
              Przypomnę teraz najważniejsze publikacje Ryszarda Gontarza, o których stalinowcy nie pamiętają: były to wstrząsające reportaże o dzieciach wegetujących w rozpadającym się domu opieki w Lublinie – w czasie, kiedy towarzysze z PZPR budowali sobie komitet w Lublinie. Wówczas Ryszard Gontarz pisał, że powinni ten budynek przekazać powojennym sierotom.

              Innym razem pisał o człowieku, który w ramach reformy rolnej otrzymał kilka hektarów i któremu „władza ludowa” zabierała grunt do polskiej odmiany sowieckiego kołchozu. Tego typu interwencyjnych reportaży w obronie zwykłych ludzi było bardzo dużo, wdowa – Pani Elżbieta Jaroń – ma ich całą stertę. Sądzę, że patriotyczna prasa narodowa winna przypomnieć większość tych tekstów.

              Ważna częścią działalności twórczej Pana Ryszarda były scenariusze filmowe i teatralne, w tym m.in. scenariusze do filmów dokumentalnych „Sprawiedliwi” (film o ratowaniu przez Polaków Żydów w czasie okupacji – w reżyserii Jana Kidawy), „Cena życia i śmierci” oraz fabularnych: „Dwaj Panowie N”, „Gdzie woda czysta i trawa zielona” (scenariusz ten został nagrodzony na Festiwalu Filmowym w Gdańsku), „Antyki”, „Zamach stanu” (wersja filmowa i czteroodcinkowa – telewizyjna).

              Korzystał z nich Ryszard Filipski, tworząc teatr RF w Nowej Hucie. Reżyserował również Jego sztuki teatralne: „Nasza Patetyczna”, „Piękne słowo NIE”, „Przed Grudniem”, „Nakaz aresztowania”, „Nie ma ratunku” (zostały zakupione przez Telewizję Polską, ale emisji nie doczekały się do dziś).
              „Zamach stanu” (1980) – scenariusz filmu napisał Ryszard Gontarz
              Wiele scenariuszy filmowych – ze wspomnianym „Zamachem stanu” – doczekało się jednak ekranizacji, ale najważniejszym był „Hubal” w reżyserii Bohdana Poręby, którego inspiratorem i obrońcą przed głupimi urzędnikami był właśnie Ryszard Gontarz.
              Przypomnę, że film ten jest jednym z rekordzistów frekwencyjnych – obejrzało go ponad 12 milionów widzów.
              Specjalnie na sercu leżały Panu Gontarzowi sprawy Kresowiaków i Mazurów. Na pogrzebie widziałem przedstawicieli tych środowisk.
              Na koniec przypomnę, że Pan Ryszard był synem przedwojennego zawodowego wojskowego, uczestnika wojny 1920 r. i wojny obronnej 1939 r., zamordowanego przez Niemców w czasie organizowania ZWZ i AK. Po śmierci Ojca, kilkunastoletni przedwojenny harcerz, utrzymywał chorą na gruźlicę Matkę i dwie siostry, najmując się do najcięższych prac polowych. Od śmierci głodowej uratowali Go żołnierze sowieccy, wkraczający na wschodnie tereny Polski.

              Potem zjawił się u Pana Ryszarda dawny przyjaciel Ojca – oficer Batalionów Chłopskich, a potem Armii Krajowej – z propozycja wstąpienia do Urzędu Bezpieczeństwa. Motywował to tym, że „ jeśli nie my – Polacy – to aparat ten obejmą sowieccy Żydzi”.

              Kilkunastoletni Ryszard Gontarz wstąpił wówczas do UB, ale został wkrótce stamtąd usunięty i uwięziony za „ZATAJENIE KONTAKTÓW Z ARMIĄ KRAJOWĄ I ZA NAZWANIE „MORDERCAMI” FUNKCJONARIUSZY WIĘZIENIA NA LUBELSKIM ZAMKU” (takie uzasadnienie wyczytałem w materiałach Instytutu Pamięci Narodowej). Teczka w IPN jest dostępna każdemu badaczowi historii najnowszej czy twórcy filmowemu.

              Po latach występują kontakty Pana Ryszarda ze służbami PRL, ale głownie w celu zdobywania materiałów do tekstów publicystycznych, nawołujących do naprawy systemu i oczyszczenia aparatu z wrogów Polski. Apogeum następuje w marcu 1968 r., o czym już wyżej wzmiankowałem.

              Kiedy pytałem w ostatnich latach o takich ludzi, jak Gomułka czy Moczar, Pan Ryszard oceniał ich jako „półinteligentów, którzy może dobre mieli intencje, ale nie wystarczyło im odwagi, by podołać reformom we współczesnym, skomplikowanym układzie, w którym się Polska znalazła”. Był także wyjątkowo krytycznie ustosunkowany do polityki Jaruzelskiego i Kiszczaka, których Adam Michnik uznawał za „ludzi honoru”. O tym także media „salonowe” milczą aż do dziś.

              Nieco światła na działalność Ryszarda Gontarza w ostatnich latach starałem się rzucić w filmie pt. „Rewolta marcowa”, opartym o książkę Jego autorstwa pod pseudonimem Jerzy Brochocki i wspomnieniach samego Pana Ryszarda. Postaram się, aby film ten ukazał się w Internecie, bowiem żadna z telewizyjnych stacji nie odważyła się go pokazać.
              Sądzę, że najwyższy czas, aby „zamilczanego na śmierć” do tej pory publicystę, dramaturga i działacza politycznego, o niepokornym, niezależnym charakterze, przybliżyć Polakom. Mimo często kontrowersyjnych opinii o Jego poglądach, warto je poznać.
              Cześć Jego pamięci.

              Krzysztof Wojciechowski


              --
              Naród,który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości.
              Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, co ją głoszą. Prawda jest mową nienawiści. Mówienie prawdy w epoce zakłamania, jest rewolucyjnym czynem. George Orwell
                • rabbi.rozencwajg Rysiek napisal 11.09.17, 18:24
                  najlepsza ksiazke o zydowskiej ruchawce w marcu 68.

                  marucha.wordpress.com/2010/01/22/o-rewolcie-marcowej-1968-w-polsce/
                  --
                  Naród,który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości.
                  Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, co ją głoszą. Prawda jest mową nienawiści. Mówienie prawdy w epoce zakłamania, jest rewolucyjnym czynem. George Orwell

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka