Dodaj do ulubionych

Mimowolne pożytki z lektury książek historycznych

29.03.20, 21:24
Chcąc poczytać co nieco na temat tzw. reform józefińskich zaopatrzyłem się w książkę François Fejtö (1909-2008), „Józef II”, którą dzisiaj skończyłem czytać. Pod tym względem jestem nieco zawiedziony, bo autor, historyk francuski pochodzenia węgierskiego, wyjaśnia głównie, dlaczego owe reformy nie za bardzo się powiodły, a od niektórych następcy musieli nawet odstąpić – ze wszystkimi tego skutkami. Jedyne trwałe osiągnięcie to właściwie tylko zniesienie poddaństwa chłopów; miodem na moje uszy, jako zatwardziałego, ba wściekłego, antyklerykała, było to, że arcykatolicki Cesarz jednym pociągnięciem pióra skasował WSZYSTKIE zakony próżniacze, tzn. te, które nie prowadziły jakiejś konkretnej działalności: naukowej, dobroczynnej, opiekuńczej itp., a więc tych wszystkich kamedułów, karmelitów i innych gamoni, skonfiskowany zaś majątek, którego wartość po sprzedaży wyniosła 60 mln florenów (czyli plus-minus roczny budżet państwa) został wydatkowany na oświatę, tworzenie nowych parafii i podobne wydatki, również domy opieki, sierocińce itd. Mało tego, cesarz spotkawszy się osobiście z papieżem, numeru którego nie pamiętam, a sprawdzać mi się nie chce, Pius nr 6, o ile się nie mylę, pogroził temu ostatniemu palcem, że zsekularyzuje wszystko, jak kościół będzie się stawiać. Tak więc, w arcykatolickiej Austrii bulle i inne enuncjacje papieskie mogły być wydawane wyłącznie za cesarskim placet. Ale nie to okazało się być największym pożytkiem lektury. Najważniejsze dla mnie okazały się być pewne fragmenty rzucone jakby en passant, i tym chcę się zająć.
Fragment 1: Autor przypomniał Monteskiusza, fragment z którego wpleciony został w interesujący passus samego Fejtö:
„Europa, po rozdarciach wojen religijnych, stała się ponownie jednością duchową, jaką była w szczytowym punkcie rozwoju katolicyzmu. Czciła jednego Boga: „absolutne” państwo. Ale rzeczą dziwną było, iż ów „absolut” dzielił się na tyle rywalizujących ze sobą jednostek, ilu było książąt w Europie. Wszystkie państwa, mimo swej różnorodności, miały tę samą mentalność, ten sam język (francuski), ten sam ceremoniał; jednakże wspólnym ich imperatywem moralnym była ekspansja kosztem drugiego.
Montesquieu był jednym z pierwszych, który odkrył tę wewnętrzną sprzeczność wieku. Książę wierzy, iż będzie większy wskutek upadku państwa ościennego. Przeciwnie! W Europie sprawy tak się układają, iż wszystkie państwa zależą wzajemnie jedne od drugich. Francja potrzebuje dostatku Polski i Moskwy, jak Gujenna potrzebuje Bretanii, a Bretania Andegawenii. Europa jest państwem złożonym z wielu prowincji – pisał.
Rzeczywiście, Europa stanowiła jedną cywilizację dzielącą się na państwa, które rywalizowały ze sobą w imię tych samych dogmatów i które chciały być niezawisłe. I kiedy burżuazja zajmie miejsce arystokracji w rządzeniu państwami, kiedy klasy średnie przejmą na siebie rolę odgrywaną jeszcze niedawno przez wielkich panów, nowym przywódcom nie uda się już zmienić podstawowego dogmatu życia politycznego, który przecież tak bardzo jest przeciwny jedności naszej kultury.
Główna przyczyna wojny siedmioletniej, podobnie jak wojny o sukcesję austriacką – i tak też będzie w przypadku wszystkich wojen XIX i XX wieku – tkwi w przesądzie, jaki Europejczyk odziedziczył z epoki barbarzyńskiej; zakłada on, iż władca – czy też naród, jak to dziś mówimy – może stać się „wielkim” wyłącznie kosztem swoich sąsiadów. To, że praca, talent, sprawność organizacyjna i pokój mogłyby również stać się źródłami wielkości – ta prawda nie przeniknęła jeszcze do świadomości powszechnej.”
Obserwuj wątek
    • gandalph Re: Mimowolne pożytki z lektury książek historycz 29.03.20, 21:27
      Fragment 2: może dla nas w Polsce mniej istotny, ale jakby znajomo pachnie:
      „Tak samo jak w przypadku liberalizmu angielskiego, korzenie liberalizmu węgierskiego sięgają feudalizmu. Demokracja będzie się dlatego z takim trudem ugruntowywać na Węgrzech – z większym w każdym razie trudem niż na przykład w Czechach – że szlachta węgierska, dzięki swojej liczebności, swojemu uporowi, swojej żądzy władzy, zwycięsko oparła się unifikacyjnym i niwelującym zakusom absolutyzmu habsburskiego i w ten sposób zachowała aż do końca monarchii, a nawet dłużej, jeśli nie swoje znaczenie ekonomiczne, to przynajmniej prestiż i wpływ polityczny. Józef musiał niebawem uznać, że obiecując utrzymanie status quo, przecenił lojalność szlachty, a jednocześnie nie docenił siły jej przywiązania do przywilejów feudalnych, które utożsamiała ze swoją odrębnością narodową.”
      Fragment 3: niezwykle ważny, również/przede wszystkim dla nas, bo ściśle związany z europejską polityką międzynarodową; fragment jest dość długi:
      „Od pokoju westfalskiego prawem Europy była „równowaga”. Równowaga ta, co prawda, nie była ani ostateczna, ani niezmienna; od 1648 roku zmieniała się ona kilkakrotnie. Ale Habsburgowie mogli ją zmieniać mniej niż jakiekolwiek inne mocarstwo. Rok 1648 był triumfem monarchii narodowych nad Habsburgami reprezentującymi zasadę monarchii powszechnej i ponadnarodowej. Mocarstwa zainteresowane utrzymaniem pokoju westfalskiego stale miały się na baczności przed próbami ekspansji monarchii. Jeśli Prusy powiększały swoje terytorium, była to tylko ekspansja monarchii „narodowej”, zgodnie z wiecznymi prawami sztuki polityki; nikt nie oskarżał Fryderyka, że chce założyć cesarstwo. Jeśli natomiast dynastia austriacka próbowała tylko zdobyć Belgrad, mocarstwa europejskie – słusznie czy niesłusznie, to inna sprawa – widziały w tym usiłowanie wskrzeszenia monarchii powszechnej.
      „Równowaga”, na którą czuwały wszystkie mocarstwa, była jedynie federacją obronną, prawdziwym permanentnym spiskiem przeciwko Austrii: nie pozwalano jej, nie dopuszczano, żeby się zachowywała jak nowoczesne państwo narodowe. Prusy zawdzięczały swój wzrost owej stałej i tradycyjnej nieufności, która przetrwała aż do 1918 roku. Józef, który nie chciał zrezygnować z federacyjnej i cesarskiej struktury monarchii i który próbował przekształcić swoje kraje w nowoczesną monarchię, nie zdawał sobie sprawy, że narody i dynastie widzą w nim następcę Karola V. Im bardziej wojownicza i wymagająca była jego postawa, tym więcej jego przyjaciół odsuwało się od niego – ponieważ chcieli tylko gwarantować utrzymanie monarchii, i tym bardziej wzmacniali się jego wrogowie – ponieważ mogli odgrywać rolę obrońców prawa międzynarodowego. W razie powodzenia Józef znalazłby się w konflikcie z całą Europą.
      […] z powodu swej niejednorodnej struktury monarchia była niezdolna do postawy agresywnej i do polityki zaborczej. Obecnie możemy dodać, że – nawet gdyby monarchia była potężniejsza z wojskowego punktu widzenia – nieufność i niechęć wobec Habsburgów, psychologiczna podstawa zasady „równowagi”, uniemożliwiłyby mimo wszystko powodzenie jej przedsięwzięć lub przynajmniej ich trwałe powodzenie. Austrię uratowało to właśnie, że została sprowadzona do sytuacji obronnej w wieku XVIII, w obliczu ekspansywnej polityki monarchii francuskiej (pokój w Utrechcie, 1713), i w wieku XIX w obliczu imperializmu napoleońskiego. Mimo swojego nietrwałego charakteru w porównaniu z koncentracją władzy, jaką przedstawiała Francja, Austria zawdzięczała swoje istnienie faktowi, iż była jednogłośnie uważana za niezbędną przeciwwagę dla życia Europy”.
      • gandalph Re: Mimowolne pożytki z lektury książek historycz 29.03.20, 21:28
        Fragment 4: dotyczy koncepcji Józefa II z 7. grudnia 1786 r. według jego odręcznej notatki do kanclerza Kaunitza. Jest to fragment z geometrycznego punktu widzenia nie jednospójny (strona 256 i dalsze), dlatego nie będzie cytatu; zamiast tego omówienie:
        Cesarz sugerował rzecz następującą: „Domy austriacki i brandenburski szczerze ze sobą związane i działając zgodnie nie musiałyby się niczego obawiać ani ze strony jednego, ani kilku mocarstw, które by się ze sobą połączyły; byłyby one arbitrami nie tylko Niemiec, ale również Europy…”
        Była to niezwykle śmiała koncepcja, coś jakby zarys preludium anszlusu. Kaunitz, w obszernym memorandum, wyperswadował cesarzowi taki pomysł; w skrócie brzmiało to „nie warta skórka wyprawy”, co w sposób bardziej zawoalowany brzmiało następująco: „Otóż Kaunitz uważa, że interesy Austrii i Prus są „diametralnie przeciwstawne”; będą one diametralnie przeciwstawne „aż do momentu, kiedy jednemu z dwóch mocarstw uda się podporządkować sobie drugie z nich”. Warto ten moment zapamiętać, bo z punktu widzenia Polski oznaczało to złe wieści.
        Fragment 5: jest to cały rozdział 11 części II, dotyczący wojny o łacinę na Węgrzech.
        Zaczęło się niewinnie. Na początku 1784 r. cesarz zwrócił się do kancelarii węgierskiej z pytaniem, czy jej zdaniem język węgierski mógłby stać się językiem urzędowym kraju. Kancelaria odpowiedziała, że NIE. Przyczyna prosta: język węgierski był językiem plebsu, a i to nie całego, gdyż w krajach Korony Węgierskiej zamieszkiwały różne nacje: Rumuni, Niemcy, Chorwaci, Słowacy itd. Językiem urzędowym była łacina. Po łacinie też był sporządzony najważniejszy dokument, coś jak nasze Statuty Wiślickie, mianowicie Tripartitum z 1514 r., gdzie były drobiazgowo wyszczególnione przywileje szlacheckie. W związku z powyższym w kwietniu 1784 zarządził, że z dniem 1. listopada wszystkie urzędy centralne mają wystawiać dokumenty po niemiecku. W ciągu roku miały to uczynić komitaty, zaś w ciągu 2 lat po niemiecku miała być prowadzona korespondencja między komitatami i władzami gubernialnymi. Czyżby cesarz miał zakusy germanizacyjne? Nic z tych rzeczy. Po prostu, język plebsu nie nadawał się na język urzędowy, łacina była językiem martwym, zaś niemiecki był w dodatku JUŻ językiem urzędowym. Jeszcze mniej biadali nad tym literaci węgierscy, w ogóle nieliczni, bo w ten sposób otrzymywali dostęp do literatury światowej. Korzystny wpływ tej „germanizacji” dał się odczuć dopiero po 1-2 pokoleniach. Przy okazji tej rewolucji językowej pojawiła się innowacja społeczna, niezwykle ważna: pojawiła się instytucja rejentów wiejskich, którzy mieli posiąść umiejętność tłumaczenia kmiotkom tekstów prawniczych niemieckich.
        Tak więc różnie z tą germanizacją bywało.

        • gandalph Re: Mimowolne pożytki z lektury książek historycz 29.03.20, 21:29
          Fragment 1 to jakby przypomnienie, i zarazem busola, ale też uzasadnienie, że Europa stanowi cywilizacyjną jedność. To już zapowiedź tej ścieżki ewolucyjnej, na końcu której znajduje się Unia Europejska i to w wydaniu Ojczyzna-Europa, nie to, co usiłują wmówić różne półgłówki: Europa ojczyzn. Monteskiusz już rozumiał, a ci 300 lat później nie rozumieją?
          Jedno jest wszakże „ale”; jako wściekły rusofob nie mogę pominąć tej zakały ludzkości, tej stacji benzynowej udającej państwo, jak to celnie określił Joe Biden. Mowa rzecz jasna o Rosji. Rosja w żaden sposób nie należy do europejskiego cywilizacyjnego. Monteskiusz mógł sobie nie zdawać sprawy z niuansów, mógł potraktować państwo carów jako przykład pierwszy z brzegu, ale ... Rosja to w prostej linii spadkobierca Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, powstałego gdzieś na przełomie XIII i XIV wieku na peryferiach Rusi będącej pod władaniem Mongołów. Nie była ani największym, ani najważniejszym, ani najstarszym księstwem ruskim. Kijów będący de facto filią rusko-skandynawskiego księstwa Nowogrodu Wielkiego, a właściwie Pana Nowogrodu Wielkiego, upadł jeszcze przed najazdem mongolskim. Nowogród wyszedł obronną ręką, ale za to wykończyli go dwaj ostatni Rurykowicze: Wasyl Srogi i Iwan Groźny. Dodajmy: wykończyli miotając się w czasie pra-smuty, w jaką wpędzili Moskwę. Niszcząc Nowogród zniszczyli paręset lat tradycji cywilizacyjnej wyrosłej w ścisłym związku z Bizancjum, od którego przejął nie tylko kulturę, ale i prawo rzymskie, w dodatku w wydaniu istotnie ulepszonym przez dorobek myśli finansowej i żyłki handlowej Greków. Nowogród przejął również chrześcijaństwo, fakt, w obrządku wschodnim, ale w niczym nieodstającym od Konstantynopola. Nie można tego powiedzieć o cerkwi prawosławnej Rusi Moskiewskiej, czy też w ogóle Rusi – poza Nowogrodem. Jej wpływ na ludność w czasach przedmongolskich był dokładnie ŻADEN, w zasięgu jej oddziaływania było mniej niż 1% ludności. Paradoksalnie, rozkwit cerkwi prawosławnej to dopiero czasy niewoli mongolsko-tatarskiej. Potem zaś kolejni carowie, od Iwana IV po Piotra I i Katarzynę II czynili wszystko, co możliwe, aby wziąć ową cerkiew pod but i uczynić z niej bezwolne narzędzie. I sprawa najważniejsza: Moskwa powstała na gruzach – instytucjonalnych, cywilizacyjnych, prawnych i infrastrukturalnych Złotej Ordy, czyli prawa i cywilizacji mongolskiej.
          Fragment 2 dotyczy niby to członu węgierskiego monarchii Habsburgów, ale czy nie brzmi przypadkiem znajomo?
          Fragment 3 i 4 wyjaśnia, dlaczego, jakim cudem Austria przetrwała aż do 1918 roku i dlaczego była cały czas w defensywie. W ogóle fragment ów zasługuje na dogłębną analizę. Zwracam jednak uwagę na niby to uboczną nić w tym wątku, mianowicie o niemożności sojuszu Austrii i Prus. Nie mam pod ręką tekstu źródłowego, muszę sięgnąć do zakamarków pamięci. Mianowicie albo w 1912 albo wiosną 1914 r. Józef Piłsudski wygłosił profetyczny odczyt, w którym zawarł bardzo mądrą myśl, która miała się sprawdzić. Rzecz sprowadzała się do tego, że Polska u schyłku XVIII wieku padła ofiarą „koncertu mocarstw”. Wprawdzie w późniejszym okresie, a nawet między zaborami, dochodziło do konfliktu zaborców, ale zawsze to był jeden z trzech wariantów: Austria i Rosja przeciwko Prusom, Prusy i Rosja przeciwko Austrii, Austria przeciwko Prusom z Rosją jako niby-arbitrem. Tymczasem, co najmniej od kongresu berlińskiego w 1878, a zapewne od czasu wojny krymskiej, zaczęło się rysować zbliżenie prusko-austriackie, czyli dokładnie to, czego chciał Józef II, a co Kaunitz uważał za niemożliwe i niepożądane.
          Fragment 5 jest chyba dostatecznie jasny, tym bardziej, że wojna o łacinę była w istocie elementem szerszego kontekstu zmagań między cesarzem i szlachtą oraz arystokracją węgierską w kwestii chłopskiej.
          • gandalph Z innej beczki 12.04.20, 15:42
            Skończywszy czytać wyżej wymienioną książkę sięgnąłem po następną Mariana Bielickiego "Zapomniany świat Sumerów". W rozdziale dotyczącym z grubsza kwestii, co było pierwsze, kura czy jajko, a więc hieroglify egipskie, czy gliniane tabliczki skrobane trzcinowymi rysikami czytam:
            "...co najmniej 95% tych tabliczek [sumeryjskich, znalezionych przez archeologów] zawiera teksty o charakterze gospodarczym - spisy inwentarza, rachunki, pokwitowania, raporty dotyczące ofiar i dobytku świątyni etc. W związku z tym panuje przekonanie, że pismo w Sumerze zrodziło się w wyniku potrzeb życia gospodarczego, owej specyficznej gospodarki miast-państw, która wymagała ścisłej ewidencji wszelkich dóbr materialnych, wszelkich wydatków i dochodów. Paręset lat później powstaje pismo w Egipcie, ale tu działały inne niż w Sumerze przesłanki - za pomocą pisma Egipcjanie sławili bogów i faraonów. Bardziej prozaiczne, przyziemne pobudki, które stały się dla Sumerów natchnieniem do wynalezienia pisma, sprawiły, że musiało ono szybko przejść szereg faz rozwojowych tak, aby stało się przydatne do wyrażenia złożonych czynności gospodarczych, musiały zostać zastąpione znakami, przekazującymi dźwięki języka. Pismo stało się więc fonetyczne." I tu dochodzimy do cloux problemu. Pismo obrazkowe, jak w Egipcie, może z powodzeniem być używane dla celów, hm, liturgicznych (który z bogów ma dłuższego), ale kompletnie nie nadaje się do celów operowania pojęcia abstrakcyjnymi, np. w matematyce, ale nie tylko. Pytanie za 5 pkt, czy są może jeszcze gdzieś na świecie kraje, w których używa się pisma obrazkowego? Podpowiem: jakiś czas temu pojawił się wątek "Chińskie firmy powszechnie kradną...", gdzie pozwoliłem sobie wtrącić swoje trzy grosze w powątpiewaniu w zdolności Chińczyków. Bo czymże innym niż pismem obrazkowym, fakt, nieco uproszczonym, jest chiński alfabet? Wiem od osób znających się na rzeczy, że w takiej informatyce Chińczycy są ciency jak makaron i że są spławiani, w razie rekrutacji, o ile to tylko możliwe.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka