Dodaj do ulubionych

akcja reaktywacja - nasze historie leczenia

15.02.20, 20:58
Czołem Wiara,

dla nowych opiszę w dużym skrócie swoją historię. Skoro mamy się wspierać, wypadałoby cos o sobie wiedzieć na początek.(zachęcam Was, żebyście zrobili tak samo) NIe jestem tak płodny jak August ale mu depczę po piętach.

Kilkanaście lat przywiała mnie tu chęć uzyskania pomocy i znalezienie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Byłem nieopierzonym, zagubionym dzieciakiem, nie mającym bladego pojęcia o uzależnieniach a o terapii wiedziałem tyle co kura o teorii względności. Moim problem były dragi. Na dzień dobry trafiłem na leczenie stacjonarne w poradni uzależnień, gdzie uczęszczałem na terapię indywidualną oraz grupową oraz beznamiętnie na mitingi NA przy okazji. Następnie zaliczyłem detoks, dwa ośrodki półotwarte, 2 zamknięte i jeden o podwyższonym rygorze z którego zwiałem po 5 dniach przez okno, co zaliczam do swoich najlepszych życiowych decyzji. Spróbowałem jeszcze po drodze leczenia w hostelu terapeutycznym. I tu się zatrzymam żeby zrobić dygresję. Hostel terapeutyczny był po to, żeby ułatwić start w życie osobom uzależnionym po ukończeniu leczenia zamkniętego. Ja nigdy takiego leczenia nie przeszedłem w całości, ale nie za bardzo wiedzieli co ze mną zrobić, więc mnie tam wsadzili. Warunkiem pobytu w hostelu było chodzenie do pracy lub szkoły. Ogólnie człowiek był wolny jak strzała, musiał tylko wracać do 22.00 i raz w tygodniu robić obiad dla reszty mieszkańców. Poza tym uczestniczyć w razie możliwości w społecznościach. Dlaczego Wam o tym mówię? Bo to była najlepsza, najbardziej sensowna forma leczenia z jaką się spotkałem. Człowiek nie wypadał z systemu. Zachowywał role społeczne, mógł się rozwijać, spotykać ze znajomymi, żyć. Jednocześnie miał wsparcie mieszkańców, terapeutę uzależnień 24/24, psychologa i psychiatrę. Tak powinna wyglądać terapia na starcie. ZE świecą szukać takich przybytków. Z tego co wiem hostel został zlikwidowany niedługo potem jak go opuściłem.
Długo korzystałem z pomocy TU. Jednak chodzenie tam mnie przygnębiało. Ciągle identyfikowałem się z problemem. Spotykałem ziomków pod poradnią i w końcu doszedłem do wniosku, że basta. Pracowałem już wówczas w zawodzie i ostatnią rzeczą na jaką mogłem sobie pozwolić to to żeby mnie ktoś z firmy przydybał jak idę na terapię. Największym problemem okazało się zmienienie psychiatry. W ośrodkach lekarz jest praktycznie od ręki. Koniec końców pomógł mi lekarz pierwszego kontaktu, którego poprosiłem o pomoc. Powiedziałem wprost, że nie chce identyfikować się z problemem i potrzebuję kogoś nie związanego z tematem. Nowy Wielebny zupełnie nie znał się na ćpunach ale powiedział, że chętnie z jednym nawiąże bliższa współpracę a w razie W podpyta kolegów. Anioł nie człowiek.
Po jakimś czasie zwrócił mi uwagę, że samo łykanie prochów nic mi nie da i czy bym jednak nie wrócił na terapię. Nie było mi to na rękę. Jakiś czas przed tą rozmową rzuciłem psychoanalizę freudowską. Po dwóch latach na kozetce u niedoświadczonej, młodziutkiej pani psycholog (terapia niskopłatna, częściowo refundowana z ramienia fundacji) , która rozpierdzieliłą mnie na drobne kawałki ( powinnaś za to siedzieć koleżanko!) byłem tak negatywnie nastawiony do terapii, że na samą myśl robiło mi się niedobrze. Wielebny polecił mi jakiegoś typa, wręczając mi kartkę z jego numerem telefonu. Z zadzwonieniem zwlekałem ponad miesiąc. W końcu jak już było naprawdę źle zdecydowałem się zadzwonić. To było dwa lata temu.
Początkowo w ogóle nie wiedziałem o co temu facetowi chodzi. Ponad rok na każdą sesję przychodziłem naćpany, a sesje miałem dwa razy w tygodniu. Bałem się przyjść trzeźwy. Bałem się na niego spojrzeć. Bałem się cokolwiek powiedzieć. Często moje sesje trwały 10/15 minut bo ja nie byłem w stanie wytrzymać ani minuty dłużej. Porozumiewałem się poprzez rysunki ( dalej tak czasem robię). Co się okazało? Że narkotyki to tylko objaw. Tak samo jak autodestrukcja i wiele wiele innych. Nauczyłem się niesamowitych rzeczy. Udało mi się przerwać ciąg. Wspomnę, że jednocześnie prowadzi mnie psycholog z programu Candis (dla użytkowników konopii). Nikt mi nie zabrania palić. Nikt nie mówi mi słowa, że mam przestać. Ja sam tego chcę. Nie paliłem ostatanio dwa miesiące. Czasami palę czasami nie. Nauczyłem się, że jak nawet zapalę świat nie zawala się z hukiem. Nie jestem skończonym ćpunem, nieudacznikiem który ciągle łamie abstynencję. Nikt mi nie każe się kajać, obiecywać, że już nigdy. ( jakie nigdy?) Oni mi pomagają zrozumieć siebie. Nawet jeżeli palę, wiem dlaczego to robię. Pracujemy nad emocjami które próbuje sobie regulować poprzez jaranie. Nie nad jaraniem. To nie z nim mam problem. Zanim zaczniecie się zastanawiać dlaczego chcecie przestać ćpać i pić, zastanówcie się co Wam to daje. Co Wam ułatwia i w jakich momentach sięgacie po używki. Ja po nie sięgałem ponieważ czułem się nieakceptowany, odtrącany, nie rozumiałem otaczającego świata, czułem się samotny. Odkąd uczę się żyć rzadziej to robię. Najtrudniejsze i czego jeszcze do końca nie potrafię to być sam ze sobą. Kończę pracę i wiem, że wracam do pustego domu. Pierwsza myśl. Wrócę to sobie zapalę. No bo co mam robić? A tu się nagle okazało, że raz się przełamałem, drugi, trzeci i można nie jarać codziennie. Szok. Po dwóch miesiącach niepalenia stwierdziłem: ale ja jestem spoko jak nie palę, chyba nawet fajniejszy niż jak palę. Potem zapaliłem i wcale nie było fajnie. Potem na chwile przestałem i znów wróciłem żeby sprawdzić czy na pewno tak jest. Obecnie nie jaram 5 dzień chociaż mógłbym ale nie chcę. Objawy abstynencyjne (marihuana) opisze w osobnym wątku bo sam kiedyś sporo szukałem na ten temat i w sumie niewiele znalazłem a wiem, że to chodliwy temat. OK czekam na Wasze historie. Podzielcie się. Razem damy radę. JOŁ
Obserwuj wątek
    • 7zahir Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 16.02.20, 14:39
      Tytuł wątku zobowiązuje, wiec odrobina o mnie.
      W lipcu minie 17 lat , jak doszłam do ściany z piciem i już nie chciałam tak żyć.
      Wczesniej próbowałam terapii indywidualnej - myśląc, ze dam radę , ale nie dałam.
      3 lipca rozpoczęłam terapie w ośrodku leczenia uzależnień w Skoczowie,
      gdzie zrozumiałam co się ze mną działo i na czym polega mechanizm choroby.
      Potem rok jeszcze chodziłam na terapie grupowa i oczywiście cały czas na mityngi AA.
      Dużo czytałam , tez wypowiedzi tu na forum, zanim zdecydowałam się napisać.
      Samoobserwacja pomaga mi wyciszać emocje , zeby nie doprowadzić do ich rozgrzania do czerwoności :-)
      Z perspektywy czasu mogę napisać, ze nauka życia na nowo jest bardzo ciekawa :-)
      • zdzislaw511 Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 16.02.20, 17:21
        Skoro mamy porozmawiać na forum to i ja napiszę o sobie.
        Czternaście lat temu 6 lutego pogotowie zabrało mnie nieprzytomnego do szpitala w trakcie już trzytygodniowego ciągu. Po20 godzinach odzyskałem przytomność i rozpoczął się detoks. Po zakończeniu i po reprymendzie od ordynatora oddziału ( nie napiszę jakiej bo nie da się :D) postanowiłem coś ze sobą zrobić. Terapia w poradni uzależnień pokazała mi mechanizmy choroby i sposób na jej zatrzymanie. Skończyłem terapię i zacząłem chodzić na grupę zapobiegania nawrotom i na mitingi AA. Trwa to dziś, chodzę na mitingi, założyłem wspólnie z kolegami grupę w moim miasteczku, odzyskałem zaufanie rodziny a na mitingu rocznicowym, moja dorosła już córka powiedziała publicznie że jest ze mnie dumna.
        Czego chcieć więcej, żyję , jestem spokojny i szczęśliwy a wszystko zawdzięczam sobie i ruchowi AA. Pozdrawiam Zdzisław.
        • solwer Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 17.02.20, 09:12
          Ja moich nałogów nie mam na kogo zwalić:( Szczęśliwe ,chociaż niebogate dzieciństwo, uznanie wśród rówieśników. W miarę bezproblemowe małżeństwo i ojcostwo. Praca a właściwie Tyrka nie dająca czasu na popijawy.(tylko po 18, no chyba że weekendy) Nie tęskniłem do ludzi. Tęskniłem do spokoju, do szklaneczki whisky czy koniaku które to ułatwiały. Śmiało mogłem powiedzieć: piję i palę bo lubię. Z tytoniem (60szt papierosów /doba), rozprawiłem się szybko i bez większych problemów. Była nerwowość. Były sny o paleniu. Były żale- jak to!? Do końca życia nie będę mógł zapalić. Przetrwałem! Ha! Lecz suma nałogów jest wielkością stałą, więc ta szklaneczka czy lampka szybko przekształciła się butelkę. Sugestie bliskich typu: za dużo pijesz, pomijałem żartem. Około 2004 r. zacząłem zauważać także negatywne skutki picia.(zagubienia dokumentów, pobicia, okradanie mnie) Reakcją był koniec picia w miejscach publicznych. Pomogło. Mąż i ojciec, niekonfliktowy, zawsze na luzie, w domu. To usypiało czujność .Cechy organizmu- brak kaca, pozwalały wywiązywać się w pracy. Intuicyjnie jednak czułem, że coś nie tak! Zacząłem szukać wiedzy w temacie. Znalazłem fora które poruszały temat alkoholizmu w tym f. Uzależnienia Gazety. Nic z tych kłótni (2006-8),dyskusjami zwanymi nie rozumiałem. Dowiedziałem się jednak że nie ma lekarstwa na alkoholizm. Jest tylko bardzo ciężka praca nad sobą, której efektem może lecz nie musi być trwała abstynencja. Naiwnie myślałem że skoro z tytoniem mi poszło (ten podziw wśród znajomych jak tego dokonałeś!?) to z alkoholem też sobie poradzę. Tylko po co, przecież wszystko gra! Jest gites.W ten sposób dociągnąłem do 2010.Z testów wynikało, że jestem uzależniony a skoro tak to trzeba przestać. Wytrwałem bez większych przeszkód pół roku Naiwnie uważałem, że nie jestem alkoholikiem! Przecież mogę nie pić! Zakrapiana uroczystość rodzinna skusiła mnie .I.poszły konie po betonie. Analizując ten okres stwierdzam, że właściwie stale „byłem” na promilach.
          Jednak w przebłyskach świadomości dochodziło do mnie, że przestałem pić bo lubię. Zrozumiałem ,że piję bo muszę! Zacząłem intensywnie szukać możliwości jak z tego stanu wyjść. Nieocenione linki 7zahir uzupełniane niezobowiązującą zachętą do przerwania tego ciągu - podziałały .Reszty dokonały prelekcje , Melibrudy, Osiatyńskiego i innych. Dowiedziałem się, że każdy uzależniony ma w życiu stan, kiedy już nie chce więcej pic, brać, ćpać! Organizm w ten sposób się broni przed zniszczeniem (stąd te nie dające się wyjaśnić okresy abstynencji uzależnionych ) Ja na taki stan wręcz czekałem. Chciałem go wykorzystać!. Tylko czy dam radę samodzielnie? Przykłady Eski i Janula z tut. Forum nastrajały optymistycznie, lecz samodzielny detoks w ich wykonaniu t.j ćwiartka wódki, stopniowo obniżana do zera budził moją obawę. Bałem się(nie byłem wstanie iść za ich przykładem) Po kolejnym urwanym filmie, odczułem narastający wstręt do alkoholu. Zanim on przeszedł, znalazłem się na prywatnym detoksie w domu koleżanki .Tam pod kroplówkami spędziłem 6 dni w zasadzie je przesypiając . Żyłem. Podziękowałem i jakby nigdy nic wróciłem do domu. Bardzo szybko zorientowałem się ,że przerwać ciąg picia jest łatwo, lecz utrzymać abstynencję, jest znacznie trudniej. Konieczne jest tutaj, moim zdaniem, przekształcenie nawyków, zmiana cech charakteru, rozliczenie się w własnym błędami które nagle zauważamy.Swoista adaptacja do życia bez..... To bardzo trudne, dlatego niektórzy sądzą ,że to niemożliwe. Ja zdecydowałem się nie korzystać z terapii ani z żadnych grup wsparcia (braki czasowe) Z perspektywy prawie 6 lat abstynencji i trzeźwienia mogę powiedzieć ,że to był duży błąd*. Ten błąd przekułem na sukces !Dzięki niesamowitej pracy, pokonaniu wielu rozterek ,stałemu uczeniu się siebie. -Mogę powiedzieć Dlaczego nie pijesz ? Bo nie odczuwam takiej potrzeby.

          *Wzorcowemu wychodzeniu z czynnego uzależnienia wg mnie poddali się 7zahir i Zdzisław. Ten typ terapii umożliwia natychmiastowe wykrycie ukrytych zaburzeń, często towarzyszących uzależnieniom (depresja bordeline itp.) Pomysł założenia własnej grupy już nieanonimowych alkoholików przez Zdzisława to majstersztyk (nudzi cię pobyt na grupach AA ? Załóż z przyjaciółmi własną).Trzymając się idei będziecie rozmawiali o tym co was interesuje) Bo abstynencja i trzeźwienie wymaga dyskretnemu wspomagania. Te spotkania są jak aspiryna po przebytym zawale .Trzeba ją brać!

    • afq Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 17.02.20, 12:06
      ok, więc i parę słów ode mnie o sobie

      normalny chłopak, z normalnego domu, dzis wiem że sporo deficytów z niego wyniosłem
      ale nie mogę mówić o traumatycznym dzieciństwie, pijanych rodzicach, awanturach itp
      wszystko szło jak z płatka, wymarzone studia, fajna praca, dom, rodzina, syn
      znajomi, wspólne wyjazdy, imprezy..
      w tym wszystkim właściwie zwykłe problemy..
      narastające..
      rozwód, własna firma w której jak to bywa raz na wozie raz pod,
      kolejni znajomi, inne imprezy.. alkohol, narkotyki..
      firma rosła, problemy i napięcia też
      może napije się żeby zasnąc spokojnie
      raz drugi trzeci
      a moze wciągne coś, zeby dzien sprawnie przejsc, bo tyle spraw
      czwarty piąty raz..
      sprawy zaczeły się walić więc uznałem że przetrwam ten trudny okres
      po prostu trzeba przeczekać
      tyle ze to czekanie bolało, tłumiłem ból wiadomo jak
      wyszedł mi z tego pięcioletni ciąg
      kiedy sie połapałem że to slepa uliczka było za późno, nie dało sie przestać
      jakiś czas jeszcze godziłem się z myslą że sam z tego nie wyjde, że trzeba będzie sie przyznac, przed sobą, przed rodziną
      ostatecznie dzień w którym trzeźwy ale nie świadom tego co robie, ocknąłem się znów w tym samym sklepie
      był dniem w którym poszukałem ośrodka
      15 maja 2017 roku byłem na pierwszym spotkaniu z terapeutą
      16 października 2017 roku to dzień kiedy ostatni raz złamałem abstynencje - nastepnego dnia złamałem kolejną rzecz - stare przyzwyczajenie - ściemy, kłamstwa, wybielanie siebie - przyznałem się do złamania abstynencji
      to było dla mnie niezwykle ważne doświadczenie dużo chyba ważniejsze niż przyznanie że jestem uzależniony

      do tej pory wciąż spotykam się z terapeutą, wciąż dotykam nowych, jeszcze nie odkrytych mielizn we mnie
      pomimo tego że dziś, zasypiam codziennie szczęśliwy
      regularnie też spotykam się z grupą, zawsze wyjdę z tamtąd czymś zainspirowany

      i chyba w ogóle mam się za szczęściarza
      już tu kiedyś to napisałem, to ze wpadłem w uzaleznienie.. też było mi chyba potrzebne
      dzieki niemu jestem tu gdzie jestem i jestem tym kim jestem
      bez tak nabitego guza niczego bym nie zrozumiał i niczego nie zmienił, pozornie pewny siebie do końca



      --
      cokolwiek mówię, nie oczekuję, że się ze mną zgodzisz
      • solwer Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 17.02.20, 16:14
        Ty:] firma rosła, problemy i napięcia też,może napije się żeby zasnąc spokojnie.raz drugi trzeci
        Ja Praca a właściwie Tyrka….Tęskniłem do spokoju, do szklaneczki whisky czy koniaku które to ułatwiały.
        Zadziwiająca zbieżność (No ja nie wciągałem) To się nazywa brak umiejętności odreagowania stresu bez używek. W momencie kiedy to sobie uświadomiłem było już z górki. pomogła książka Hans Selyje ,”Stres okiełznany” Ty miałeś terapeutę Ja zanim znalazłem metodę…….dziesiątki nieprzespanych nocy(już na trzeźwo)
        Ty -wciąż dotykam nowych, jeszcze nie odkrytych mielizn we mnie… Ja -też tak miałem
        Aż do momentu przeczytania książki (tytuł i autor na żądanie, bo wyleciała z pamięci) z której wynikało, że skłonność do uzależnień w wielu udokumentowanych badaniami przypadkach, może być spowodowana zbyt…. opieszałym podaniem piersi noworodkowi .Wtedy przestałem szukać mielizn, przyczyn. Czy muszę znać przyczyny powstawania czarnych dziur? Wystarczy wiedzieć ,że są i konsekwentnie ich unikać. Po w jakimś czasie przestaną być dziurami (mieliznami,)
        Piszesz; i chyba w ogóle mam się za szczęściarza
        O nie tu o szczęściu nie może być mowy .Zwróć uwagę, gdybyśmy tylko o jeden rok byli dłużej w stanie jakim byliśmy. To prawdopodobnie nigdy byśmy się nie wyrwali z czynnego nałogu* … Na martwej głowie guzy nie powstają..To wręcz niewiarygodnie trudne, przyznać przed sobą i bliskimi -Jestem uzależniony .
        *mniemanologia?fanfaronada?
        • afq Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 17.02.20, 16:41
          :-)

          z tymi mieliznami.. może nieco inaczej to ujmę..
          moja łódź niezle sobie radzi dzis na falach :-) [pozostane w marynistycznych klimatach]
          troche sie w zęzie zbiera woda.. mogę ją bez trudu wybrać albo i nie i bez obaw żeglować
          ale..
          może poszukam jeszcze tego mikroprzecieku, może nie jednego :-)
          i go uszczelnie

          z tym szczęściarzem.. tak, wiem, masz racje
          poza dobrym samopoczuciem, zdaje sobie sprawę z włozonej pracy która efekty dała i daje


          --
          cokolwiek mówię, nie oczekuję, że się ze mną zgodzisz
          • afq Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 17.02.20, 16:53
            ja nie mogę solwer uznać że wszystko zawdzięczam tylko sobie
            wiele osób mną potrząsało
            ale miałem szczęście spotkać i tych, którzy potrafili mądrze do mnie dotrzeć

            i choc to może brzmieć absurdalnie.. moje uzależnienie traktuje jako szczęsliwe dla mnie
            bogu dziekuje że kiedy mi sie wszystko pochrzaniło w któryms momencie
            ze mnie przed tym nie uchronił
            mogłem w tamtym popłochu i gonitwie dozyć życie do końca w jakims nawet zadowoleniu moze
            moze nawet nie popadając w uzaleznienie
            i "nie oddychając pełną piersią"

            --
            cokolwiek mówię, nie oczekuję, że się ze mną zgodzisz
    • solwer Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 18.02.20, 19:13
      Ciekawy ,i bardzo dojrzały post.Mogę tak powiedzieć, gdyż podczytywałem cię, jako jedną z barwniejszych postaci forum jeszcze przed 2010 rokiem i mam to porównanie.Jeśli widzisz sens i efekty udziału w programie Candis to dobrze. Mnie jednak chodzi o to, czym gasisz emocje, gdy górują nad tobą? Tylko marychą, czy mocniejszymi dragami.Lub wprost czy czujesz się (jesteś ) od czegoś uzależniony?
      • szacki Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 18.02.20, 20:37
        Ostatni raz brałem coś mocniejszego ładnych kilka miesięcy temu. Kumpel przytachał mi na chatę mdma. Zwykle to wyglądało tak, że ktoś coś przyniósł i kończyło się na jednym wieczorze albo max weekendzie. Rzadko pozwalam sobie na takie ekscesy (kiedyś częściej) z powodu jazd psychicznych , z którymi się później borykam. Kokaina tak mi szkodzi, że prawie pewnik, że na drugi dzień wyląduje u psychiatry więc raczej unikam. Amfetaminą gardzę ( naprawdę rzadko a jak już to bardzo mało ) Dopalaczy bym nie wziął do ust. Z chemią staram się nie zadzierać. Pić, praktycznie nie piję. Czasem jakieś piwo z kumplami. Najczęściej wino ale to też w niewielkich ilościach. Wódkę to nawet nie pamiętam kiedy widziałem ostatni raz na oczy. Alk mi szkodzi. Poza tym jestem na lekach. W domu nie trzymam alkoholu. Największym problemem jest marihuana ( nie jaram od tygodnia) Kupowałem dużo i paliłem dużo. Codziennie. W tym wypadku klasyka gatunku. Straty, straty i jeszcze raz straty. Przyznaję się, tak jestem uzależniony od THC. I tytoniu, gdyż jaram jointy. Kolejnym problem są samookaleczenia. I seks. Bywają okresy które bym określił jazdą bez trzymanki. Potem następuje czas względnego spokoju. Odcinam się od wszystkiego. Liżę rany i biję się w piersi, że już nigdy więcej. Straty, straty i jeszcze raz straty. Dzięki terapii mam wrażenie zataczania coraz szerszych kręgów wokół wyżej wymienionych problemów ( są jeszcze inne ale już Wam oszczędzę). Ciągi są krótsze. Konsekwencje nie tak dotkliwe. Jest to cholernie powolny proces ale czuję, że idę do przodu i tego się trzymam. Wszystko co robię jest wymierzone przeciwko samemu sobie. Celem jest zadanie sobie jak największego cierpienia. Przez ostatni rok miałem wrażenie, że specjaliści po prostu sztucznie utrzymywali mnie przy życiu, tzn. robili wszystko żebym się nie zabił. Nie widziałem sensu. Jedna wielka depresja. Myśli suicydalne na okrągło. Wyprowadzili mnie na prostą. Czuję się dobrze. Chcę utrzymać ten stan.
        • solwer Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 20.02.20, 09:08
          Po tych kilkunastu latach brania i palenia ,twoje płuca, wątroba wymagają chyba regeneracji.Trzeba to zrobić równolegle lub niezależnie od terapii u "wielebnych". Najpierw jakieś próby wątrobowe ,tomografia płuc....usg jamy brzusznej.-trzeba wiedzieć co masz i w jakim stanie. Równolegle znajdź i przeczytaj artykuł 25 potwierdzonych korzyści zdrowotnych płynących z N-acetylocysteiny (NAC) ( i inne w temacie NAC)
          Znalazłem tam takie punkty które mogą cię zainteresować:
          1) NAC pomaga chronić przed uszkodzeniem wątroby
          3) NAC zapobiega i leczy przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP)(ja to stosuję z dobrym skutkiem)
          11) NAC może pomóc eliminować efekty schizofrenii
          12) NAC może zapobiec uzależnieniom( szczególnie marihuana- już obniżenie potrzeby jarania jest istotne))
          13) NAC może zapobiegać depresji i zaburzeniom afektywnym dwubiegunowym
          14) NAC może zapobiec zaburzeniom obcesyjno-kompulsywnym (OCD)
          Środek nie jest drogi, lecz ma paskudny smak i zapach. Dzienne dawkowanie od 500-1800mg jako roztwór z wodą i sokiem.Kupować tylko proszek czysty, bez żadnych dodatków. Ponieważ "wielebni" coś ci tam przepisują, wiec trzeba ich powiadomić,by sprawdzili ew interakcje.
            • solwer Re: akcja reaktywacja - nasze historie leczenia 21.02.20, 07:24
              Od roku.
              U mnie stwierdziłem pozytywny wpływ na ułatwienie odkrztuszania i wątrobę. Ok.5 lat temu miałem lekko stłuszczoną wątrobę. Ostatni tomograf(27.01) Brak stłuszczenia* Na NAC trafiłem, poszukując środka mukolitycznego ,a właściwie substancji czynnej lekarstwa ułatwiającego odkrztuszanie. Przepisany ACC forte (i inne) zawierał oprócz substancji czynnej - 600 mg acetylocysteiny, całą gamę dodatków… a, opakowanie( ok 20zł) starczało na 5 dni.
              *brałem tez fosfolipidy w postaci , (3-sn-fosfatodylo)choliny 3x600 mg/doba ( lek nie suplement) niezbyt systematycznie (z przerwami)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka