"Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie?

31.01.06, 22:07
Od pewnego czasu uczęszczam na mityngi A.A. i często słysze tam takie
sentencje "nie chodź tam gdzie piłeś/ nie chodź tam, gdzie jest alkohol".
Szczerze mówiąc te wskazówki/ zalecenie średnio mnie przekonują.
tzn. rozumiem ich źródło, ale nie podobają mi się.
Czy naprawdę muszę porzucać koncerty, dyskoteki czy kluby i stawać sie
mnichem, by prowadzic trzeźwe zycie. Na dzis wydaje mi sie, że takie
postępowanie tylko mnie będzie frustrowało, i odniesie odwrotny skutek.
Nie słyszałem o wielu dyskotekach bez alkoholu przeznaczonych dla wszystkich.
    • paulsixtus Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 01.02.06, 00:41
      Nikt tu nie mowi o byciu mnichem... Trzeba sobie jednak zdac sprawe z tego, ze
      bardziej jestesmy bezpieczni w domu, niz na dysotece z barem alkoholowym - a
      jesli jeszcze ta dyskoteka, czy koncert wiaza nam sie scisle ze starym rytualem
      picia alkoholu, to trzeba bardzo uwazac - najczęściej toną nie ci, ktorzy nie
      umieja plywac, ale ci, ktorzy uwazaja sie za swietny plywakow.
      pozdrawiam
      PaulSixtus
      • addicted1 Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 01.02.06, 18:39
        Rozumiem, tylko że miejsc tzw. towarzyskich czy kulturalnych spotkań bez
        alkoholu nie ma praktycznie.
        Ja zgadzam się, że nie mam czego szukac w jakiejś podrzędnej piwialni.
        Ale jeżeli jeszcze zanim zacząłem pić przesiadywałem w muzycznych klubach czy
        knajpach, to jakoś chyba się da (pamiętam- kiedyś barman smiał się, gdy po 2
        godzinach zamówiłem drugier piwo)

        Wolałbym raczej usłyszec "chodź tylko uważaj" niż " nie chodź".
        • ignifer Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 02.02.06, 18:30
          Cieszę się, że znalzłam to forum, bo mam podobne przemyślenia na temat jak nie
          zdziczeć i nie schlać się przy okazji. Nie piję od 3 miesięcy i od tego czasu
          mam różne zonki z wypełzaniem na światło dzienne. Kiedy zaczęłam tzrźwieć
          dotarło do mnie, że w naszym społeczeństwie jest jak na lekarstwo miejsc gdzie
          nie spożywa się alkoholu. Ludzie przy piwku robią wszystko. Obiad w knajpie,
          wieczór w pubie, kino (a potem w środku seansu kwik bo się lać chce...) nie
          mówiąc już o dyskotekach gdzie chodzi się tylko po to żeby się narąbać a rano
          długo zastanawiać się co to za stwór śpi z nami w łóżku... Kilka razy w sumie na
          próbę poszłam do jednego czy drugiego pubu ale na trzeźwo nagle wszystko
          przestało być takie fajne jak po pijaku. Ludzie mnie denerwowali i ci już pijani
          i ci jeszcze nie. Ci pijani są najgorsi. Kiedy myślę, że ja też bywałam takim
          upierdliwym matołem (a na bank bywałam i to dość intensywnie...) to robi mi się
          niedobrze ze wstydu. Ma to wymiar terapeutyczny, bo kiedy patrzę na tych różnych
          bełkocących filozofów to mówię sobie nevermore... Tak czy inaczej bycie mnichem
          jest realnym zagrożeniem, bo ja np z pijanymi nie mogę się dogadać, mam dosyć
          textów w stylu "od jednego piwa nie umrzesz" a przecież nie będę każdemu
          spowiadać się z mojego alkoholizmu. Opcjonalny text: "jesteś w ciąży? który
          miesiąc?". Jak to możliwe, że prawie nikt nie idzie do knajpy pogadać przy soku,
          tylko przy piwie a ten co nie pije to albo dziwadło albo transport do domu, bo
          prowadzi. Czy dumne istoty ludzkie potrzebują notorycznego znieczulenia
          alkoholowego żeby wyrwać pannę albo pogadać z kumplem? To o czym oni gadają
          skoro na trzeźwo się nie da. Ja zdecydowanie zmniszałam i zdziczałam ale jeśli
          mam na widok rzeczywistości albo żeby zrównać się mentalnie z podpitym rozmówcą
          znowu zacząć chlać to wolę siedzieć w domu... A to co jeszcze zauważyłam to to
          że nawet ci z moich znajomych, którzy prędzej zmieniliby płeć niż przyznali się
          do nadmiernego zainteresowania alkoholem, męczą się siedząc ze mną nad soczkiem.
          Czyżby nawet tzw. wartościowi ludzie nie potrafili dobrze bawić się na trzeźwo?
          albo ja jestem do dupy rozmówcą...
          • paulsixtus Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 03.02.06, 02:01
            >Jak to możliwe, że prawie nikt nie idzie do knajpy pogadać przy soku
            > ,
            > tylko przy piwie a ten co nie pije to albo dziwadło albo transport do domu, bo
            > prowadzi. Czy dumne istoty ludzkie potrzebują notorycznego znieczulenia
            > alkoholowego żeby wyrwać pannę albo pogadać z kumplem?

            Hej:)

            My, alkoholicy tym sie roznimy od innych,ze nie pijemy w sposob kontrolowany.
            Alkohol nie jest jednak zly, nie jest wrogiem sam w sobie - i osoba ktora nie
            zalatwia sobie alkoholem zludy lepszego swiata, ma prawo posiedziec przy piwie,
            czy trzech nawet. To nie swiat jest durny, tylko my jestesmy chorzy, Ignifier:)
            Dla nas te trzy piwa to tylko przygrywka do kolejnych pijanych dni, miesiecy,
            czy lat....I zdajac sobie sprawe ze swojej choroby, nie pchamy sie w paszcze
            lwa.
            A miejsca, gdzie sie nie widzi alkoholu? Nie mozna i nie nalezy calego swiata
            sobie podporzadkowac, ale mozna na przyklad zaprosic znajomych do domu, w
            ktorym na pewno nic z alkoholem sie nie znajdzie. Mozemy wyjsc na spacer, do
            kina, czy gdziekolwiek nas oczy poniosą. Trzezwosc to nowe rozwiazania, a nie
            ograniczenia:)
            Dla mnie dzisiaj pub to juz nie to. Dla mnie alkoholika, tak jak teraz
            analizuje - nigdy nie bylo rozmowy przy piwku. Tylko piwko przy rozmowie (czy
            potem, przy bełkocie:) )
            pozdrawiam
            PaulSixtus

            • ignifer Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 03.02.06, 12:23
              My, alkoholicy tym sie roznimy od innych,ze nie pijemy w sposob kontrolowany.
              > Alkohol nie jest jednak zly, nie jest wrogiem sam w sobie - i osoba ktora nie
              > zalatwia sobie alkoholem zludy lepszego swiata, ma prawo posiedziec przy piwie,
              >
              > czy trzech nawet. To nie swiat jest durny, tylko my jestesmy chorzy, Ignifier:)
              > Dla nas te trzy piwa to tylko przygrywka do kolejnych pijanych dni, miesiecy,
              > czy lat....I zdajac sobie sprawe ze swojej choroby, nie pchamy sie w paszcze
              > lwa.

              :) my się nie pchamy w paszczę lwa ale lew łazi za nami i patrzy na nas
              Disneyowskimi oczkami i obiecuje złote góry... Masz rację mówiąc o chorobie i o
              tych którzy piją dwa trzy piwa i potrafią przestać ale tak z ręką na sercu ilu
              takich ludzi jest? Moim, zdaniem ilość ludzi, którzy naprawdę uważają piwo za
              dodatek do rozmowy a nie na odwrót jest zastraszająco niewiele. Zaznaczam że
              jest to całkowicie subiektywna i alkoholicka opinia. Opinia poparta z resztą
              czymś w rodzaju badań. Przeprowadziłam tak jakby sondę pośród różnych moich
              znajomych i jeśli chodzi o spędzanie czasu poza domem to u wszystkich wygrywa
              siedzenie przy piwie, nawet jeśli dana osoba nie przepada za piwem. Człowiek
              potencjalnie nie uzależniony stając przde wyborem przy barze zawsze wybiera
              alkohol. To co mnie nurtuje to to czy ten wypijający trzy piwa i mówiący dość
              nie mówi dość tylko dlatego że już wystarczająco (na razie) odurzył się.
              Zakładając że są jednostki które po połowie piwa są podpite to dla nich dwa piwa
              są stanem upojenia. Takie reflaksje o mówieniu dość nachodzą mnie bo ja sama
              potrafiłam w ciągu wieczora wysączyć od 3 do 5 piw, nie upić się tylko
              podtrzymywać pewien stan odurzenia. Tzw. dobry humor. Wiedziałam ile mogę wypić
              gdzie kończy się dobry humor a zaczyna wstawienie znałam przewidywany przebieg
              itp. Potrafiłam iść na imprezę z postanowieniem wypicia 4 kieliszków wódki i
              dotrzymać tego, bez mieszania alkoholi itp. A jednak stojąc przy barze zawsze
              wybierałam piwo. Poprostu zastanawiam się nad mechanizmami picia w naszym
              społeczeństwie, nad powodami i nad tym jak to wygląda w praktyce. Pewnie jest to
              jakaś nadinterpretacja ale myśle że wielu ludzi jest uzależnionych powiedzmy w
              znikomym stopniu który nie wpłynie na ich życie w żaden sposób poza tym że
              zawsze, często nieświadomie wybiorą piwo do pizzy. Są to moje teoretyczne
              przemyślenia oczywiście poniekąd spowodowane złością na los że oni mogą a ja
              nie, jednak oprócz samego alkoholizmu mam jeszcze jedną przypadłość przez którą
              pić nie mogę i jest to motywacja silniejsza niż jakakolwiek terapia. Ehhh tak
              poprostu chciałam opisać to co mi łazi po głowie :)
              • e4ska Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 03.02.06, 13:24
                Ignifer, smutno się czyta pytanie "gdzie chodzić"?

                Wszędzie, gdzie się da, ale czy np. bar piwny to jest jakieś wesołe miejsce? W
                barach piwnych zionie tak straszliwą nudą, że jakby nie piwo i tajemnie
                podlewana gorzała, trzeba by gości zakuwać w kajdany i kneblować, bo albo by
                pouciekali, albo zaczęli wyć z rozpaczy.
                Zazdrościsz pijącym, bo im nie nudno, a Tobie tak. I prawidłowo się męczysz, bo
                mordęga oglądania tych samych rozmamłanych buziek, ględzenia o niczym, stolikowe
                metafizyki, trwanie w całej jego obleśności, kompletne nic-nie-dzianie, przecież
                to jakaś chińska tortura jest!

                "a sama
                > potrafiłam w ciągu wieczora wysączyć od 3 do 5 piw, nie upić się tylko
                > podtrzymywać pewien stan odurzenia". Nie upiłaś się po pięciu piwach! Czyżby?
                Ja potrafiłam w pojedynkę opróżnić 0,7 + dodatki z wczorajmizostało, ale żebym
                była pijana? Co to, to nie:)

                Mimo że sama jestem alkoholiczką z zaszczytnym stażem, muszę powiedzieć, że
                dziwi mnie jakaś nieludzka wprost cierpliwość wysiadywania, wystawania przy
                ohydnej cieczy przypominającej mocz i marnowania czasu danego nam tylko jeden
                jedyny raz w czasoprzestrzeni.
                Ludzkość nie kończy się na bywalcach dyskotek i pubów, a teraz, kiedy nie
                pijesz, znajdziesz na pewno jakieś pocieszenie. Z tego, co wyczytałam na
                Internecie i w księgach niezbyt uczonych, po trzech miesiącach masz - jak w
                banku - kaca egzystencjalnego. Ale przy okazji - ile perspektyw do przemyśleń i
                wyborów życiowych:)

                Nie zamartwiaj się nagłą samotnością, ciesz z trzeźwienia i tego, że nie
                będziesz leżeć zarzygana w rowie ani dawać za flaszkę, co podobno zdarza się na
                tym najlepszym ze światów.
                Powoli przestaję się dziwić, że zdrowiejący alkoholicy oddają się rozmaitym
                pasjom, co daje im jakieś szczęście. Przed Tobą też pewnie jakaś perspektywa
                ciekawa, a jeśli młodo rzucasz, to osiagniesz niejeden sukces.

                Trochę mi wyszła ta wypowiedź po belfersku, ale ja sobie w ten sposób pomogłam
                wyjść z zazdrości, że inni piją, a mnie nie wolno. Na razie mam tylko niecałe
                dziesięć trzexwych miesięcy, bywało ciężko, ale teraz już poukladałam, co mogłam
                poukładać. Ty sobie też poradzisz, z odrobiną cierpliwości - na pewno.

                Pozdrawiam
                • ignifer Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 04.02.06, 21:50
                  e4ska!
                  dzięki! Robię co mogę... i też myślę że dam sobie radę ale panie Michale na Boga
                  dopóki mam jajniki to będę marudzić... Marudzę bo chcę bo życie jest złe :)
    • jack1971 Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 02.02.06, 18:50
      Sztuką jest stworzenie wokół siebie (lub przyłączenie się do) grupy znajomych,
      która bądź to w ogóle nie pije, bądź to pije w sposób dalece umiarkowany.
      Chodzi o ludzi, z którymi "bezpiecznie" można pójść w "niebezpieczne" miejsca,
      takie jak klub. Jeśli nie ma się takiej grupy zaufanych osób, to być może
      lepiej zmodyfikować swój styl życia. Nie trzeba być mnichem, można odnaleźć
      swoją pasję poza klubami, dyskotekami czy uczestniczeniem w koncertach. To
      trudne, ale możliwe, wiem o ludziach, którzy tak zrobili i są trzeźwi.
      Pozdrawiam
      Jack
      • ignifer Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 02.02.06, 20:32
        Zgadzam się w 100% i zdaję sobie z tego sprawę. Obecnie jestem na etapie nauki
        życia z trzeźwością i muszę sama z sobą się dogadać zanim zacznę dogadywać się z
        innymi. Jak się okazało gdzieś w czasie mojego picia wymieniłam wszystkich
        znajomych i przyjaciół na tych od kieliszka. Kiedy ujrzałam ich na trzeźwo to
        się przeraziłam jak nie wiem co... Tak jak pisałam to była silna grupa pod
        wezwaniem ale bez wódy zupełnie nie do zniesienia. Jedyny temat rozmowy to wóda,
        gdzie ją wpompować w siebie, kogo zaprosić na wpompowanie, lub bardziej
        reflexyjnie, kto ostatnio ile w siebie wpompował i gdzie puścił pawia i jakiego
        koloru był ten paw... Ale mniejsza o to. Obecnie jestem w szoku, bo poznaję się
        na nowo (na trzeźwo) i zawieram ze sobą zupełnie nową znajomość. Razem z tą
        znajomością dopadły mnie różne przemyślenia o których już wspominałam a które
        rozbroiły mnie zupełnie. Zobaczyłam jaką niesamowitą przestrzeń w ludzkim życiu
        zajmuje alkohol. Myślę, że jest to częściowo kwestia naszej kultury, od małego
        pzryzwyczajani jesteśmy do widoku flaszek i podpitych wujków i stryjków na
        wszystkich imieninach urodzinach weselach i innych imprezach rodzinnych. Takie
        imprezy w ogóle nie mają racji bytu jeśli nie są zakrapiane. Co mnie zastanawia
        to to że nikomu nawet przez myśl nie przejdzie że można inaczej świętować.
        Alkohol i spotkanie towarzyskie i tzw dobra zabawa to takie Gombrowiczowskie "bo
        Słowacki wielkim poetą był". Musiałam zbierać zęby z podłogi kiedy usłyszałam od
        kolegi "o rany święta, znowu trzeba będzie pić..." Kolega jest weekendowym
        alkoholikiem, ofiarą zamydlającego oczy "jest sobota, trzeba wyjść na piwo." To
        jego o rany jest jak najbardziej na miejscu, bo zazwyczaj po takiej sobocie
        budzi się z podbitym okiem bez telefonu i na tragicznym kacu. Rzyga jak kot a o
        15 idzie z kumplami na klina. Znam tabuny ludzi którzy właśnie tak robią.
        Zastanawiam się gdzie w tym jest sens i jak oni mogą nie widzieć jak głupie to
        jest. Gdyby się nad tym zastanowić to makabrycznie wielu ludzi jest
        uzależnionych od alkoholu, w różnym stopniu, na różne sposoby ale fakt że niemal
        każde kontakty międzyludzkie podlewane są wódką piwem czy czymś innym daje do
        myślenia.
        • jerzy30 Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 02.02.06, 20:40
          chodzic mozna wszedzie ale trzeba uwazac.
          Z tym ze ja przez kilka lat takich miejsc unikalem jak ognia - teraz sobie
          pozwalam, jak w pracy jest imienionowa impreza to nie znikam [ja nie pije] -
          chodze tez do knajp na obiadki czsami - z klubani nie wiem jak jest i muzyczka
          na zywo bo raczej jestem domator i nie mam takich dylematow - ale nadal nie
          chodze do budek z piwem [zbyt je lubilem i nadal dziala na mnie jego zapach i
          ta pianka]
          • addicted1 Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 03.02.06, 14:58
            Ja mam ten problem, że tak naprawdę nigdy nie lubiłem mordowni z piwem,
            chodziłem tam czasem tylko z namowy towarzyszy.
            Osobiscie wolalem wywalic na szybkiego cos na swiezym ( nawet w mróz) i wtedy
            isc do "normalnego" miejsca- gdzie są fajni ludzie, fajne dziewczyny itp.
            Więc nie jest dla mnie problemem nie chodzenie do pijalni typowych.
            Ale nie jestem domatorem- w przaeciwienstwie do kolegi- i stąd mój dylemat.

            p.s. zgadzam się w 10% odnosnie tego oglądu kieliszkowych znajomych po zabraniu
            im flaszki. z reguły okazuje się, że ich prawie wcale nie znam, ze nie mam
            wspolnych zainteresowan, mamy zupelnie odmienny swiatopogląd etc, a mimo to
            spedzilismy razem wiele setek godzin:)

            na szczescie mam wiele przyjazni niekieliszkowych, z tych drugich juz nawet
            pijąc zacząłem rezygnowac (wolalem wypic sam a potem isc do klubu zamiast
            siedziec w melinie).
            • addicted1 Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 03.02.06, 14:59
              miało być w 100 (stu) %
    • addicted1 Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 03.02.06, 19:20
      Ostatnio łapię się na myśli, że widząc w jakims np. filmie imprezujących ludzi,
      tanczących itp., to łapię się na tym, że to nie dla mnie, jeżeli nie chcę pić.
      A ta myśl mnie wkurza, bo przecież wiele ludzi bawi się na trzeźwo- i to nie na
      zasadzie, ze coś ich ogranicza, tylko po prostu tak lubią.
      Taki etap chciałbym osiągnąć.

      • jerzy30 Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 03.02.06, 22:11
        ja taki etap już mam
      • ignifer Re: "Nie chodź tam, gdzie sie pije"- a gdzie? 04.02.06, 21:46
        bo przecież wiele ludzi bawi się na trzeźwo- i to nie na
        zasadzie, ze coś ich ogranicza, tylko po prostu tak lubią.


        Rany też im zazdroszczę i podziwiam, bo dla mnie impreza miała zawsze sens tylko
        wtedy gdy można było sobie popić. Wczoraj wpadłam na genialny pomysł i wysępiłam
        "literaturę fachową". I według tej literatury mam kryzys i jestem na dobrej
        drodze do wpadki. Literatura wykazuje że powinnam wyeliminować czynnik
        stresogenny. Mam więc pytanie czy ma ktoś pożyczyć siekierę bo muszę porozmawiać
        z mamusią, z którą na razie muszę mieszkać. Poza tym polecam wszystkim książkę
        Johna Bradshaw'a "Toksyczny wstyd". Co prawda zdruzgotała mnie i zadziałała jak
        lewatywa z esperalu ale polecam wszystkim, którzy zapijali dziurę w duszy. Swoją
        drogą powinnam rozdawać autografy bo jestem główną bohaterką tej książki...
        A wracając raz jeszcze do moich dywagacji o zalkoholizowanym społeczeństwie to
        pogadałam sobie o tym z moją panią doktor pierwszego kontaktu, która
        jednocześnie prowadzi poradnię leczenia uzależnień. Ona ma ten komfort bawienia
        się na trzeźwo dla samej zabawy i też uważa że alkohol jest denerwująco
        wszechobecny. Kiedy idzie z mężem na imprezę ma z kim rozmawiać tylko przez
        pierwsze godziny bo potem towarzystwo przechodzi na bzyczando. Ona też ma
        problemy ze znalezieniem towarzystwa które nie kręci się wokół popijania. Kiedyś
        próbowała zadawać pytania i rozmawiać ze swoimi znajomymi co skończyło się
        ostracyzmem. Ludzie widząc ją i jej męża niepijących albo kpili albo obrażali
        się albo unikali jej i tematów które poruszała. Jak stwierdziła osoby niepijące
        są dla innych powodem do reflexji nad sobą i własnym piciem (piciem męża, żony
        itd...). powodem niewygodnym bo taka reflexja może ujawnić coś paskudnego.
        Zauważyliście kiedyś jak wygląda rozmowa i innymi na temat używek np wywiad z
        lekarzem? Pyta o palenie, narkotyki a jeśli chodzi o picie zadowala się
        stwierdzeniem "w normalnych ilościach"... A co to są normalne ilości? wychodzi
        na to że taki pan doktor, ciocia Jadzia czy ktoś tam boi się usłyszeć ile
        dokładnie wypijasz jako alkoholik bo może nagle okazać się że ona sama chla dwa
        razy więcej pod uroczą przykrywką tradycji, polskich zwyczajów i innych
        społecznych sloganów wstydliwie maskujących nasze ułomności...
Pełna wersja